czwartek, 13 czerwca 2019

Któż się dzisiaj pasjonuje poezją - poza poetami i ich żonami?

   Jest jeszcze strefa ciszy, strefa milczenia. Poezja mówi, ale zawsze, czy prawie zawsze, mówi znad granicy milczenia. W przeciwieństwie do tych oratorów, którym trzeba wskazywać zegar, żeby wreszcie umilkli, poezja na ogół takich przestróg nie potrzebuje, milczenie pracuje w niej, kryje się tuż pod powierzchnią.
   Czy jednak możemy tyle nadziei pokładać w poezji? Któż się dzisiaj pasjonuje poezją - poza poetami i ich żonami? Powoli zanika postać krytyka literackiego, specjalisty od poezji, miłośnika poezji. Wielkie dzienniki na ogół ją ignorują, telewizja nie interesuje się nią....


Adam Zagajewski - Substancja nieuporządkowana. Esej O zdziwieniu. Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, s. 86

sobota, 1 czerwca 2019

Chris Skaife - Strażnik kruków



Okładka przyciąga wzrok. Wielki (w naturze dorosły kruk ma ok. 60 cm długości i waży ponad kilogram), dominujący czarny ptak na czerwonym tle wygląda mniej więcej tak groźnie, jak w mojej wyobraźni. Ale… kruki w Tower? Może dać książce szansę? Dałam i nie żałuję.

Okazało się (i niech mi wybaczą ignorancję czytelnicy lepiej zorientowani w ornitologii), że zarówno od osoby strażnika, jak i kruków zależą losy królestwa. Przynajmniej tak głosi legenda. Póki kruki na wieży Tower, póty Anglicy mogą spać spokojnie…

Autorem książki jest strażnik pałacu i twierdzy Jej Królewskiej Mości, członek Przybocznej Gwardii Królewskiej, strażnik kruków, czyli osoba kompetentna. Na dodatek okazał się wspaniałym gawędziarzem… Pisze lekko, ze sporą dozą poczucia humoru i dystansem do siebie.

I na podkreślenie zasługuje fakt, że Chris jest prawdziwym pasjonatem:
„… kiedy nie spędzam czasu z krukami, czytam o nich. Jako strażnik kruków od dawna zbieram legendy i opowieści o tych ptakach z całego świata. Mam na ten temat wiele publikacji książkowych, a do tego całe teczki rozmaitych wycinków i kserokopii, zapiski moich poprzedników, listy od ornitologów i przyrodników specjalizujących się w krukach – moja pasja w tym względzie jest, jak widzicie, nieposkromiona. Jestem ornitofilem, ornitoświrem i ornitożercą; nic, co ptasie, nie jest mi obce.” [str. 169]

Strażnika i jego podopiecznych łączy fascynująca więź. „Jako strażnik kruków mogę obserwować życie i zwyczaje jednego z najciekawszych gatunków zwierząt na ziemi. Przekonałem się, że kruki wiele łączy z ludźmi: są wszechstronne, mięsożerne i potrafią przystosować się do równych warunków, stać je zarówno na wspaniałomyślność, jak i na okrucieństwo, przeważnie jednak potrafią się między sobą dogadywać…” [str. 17]

Relację Chrisa rozpoczyna lista obecności z charakterystyką poszczególnych ptasich rezydentów wieży. I ten jego osobisty stosunek do swoich podopiecznych widać wyraźnie. Gdyby nie pewność, że mowa o ptakach, można by w pierwszej chwili pomyśleć, że Chris opisuje swoich kolegów – ludzi.
„Jeśli kiedyś odwiedzicie Tower, z łatwością rozpoznacie Munin – to ten kruk, który na mój widok leci w odwrotnym kierunku! Po wielu latach podchodów, utarczek i negocjacji określiłbym nasze wzajemne stosunki jako chłodny szacunek.” [str. 25]

To tylko jeden z wielu przykładów, które bym tu chętnie przytoczyła. :)



W pewnym momencie Chris przyznaje też, że uwielbia oprowadzać wycieczki. Wierzę, bo jest urodzonym gawędziarzem, jego opowieść jest potoczysta, dowcipna, żartobliwa, a kilka razy sprawiła, że uśmiechnęłam się szeroko. Podstawowa zasada przewodnika, którą przekazuje się każdemu kolejnemu nowicjuszowi: „choć oni sami będą opowiadać daną anegdotę po raz tysięczny, muszę pamiętać, że oprowadzani przez nich turyści słyszą ją właśnie po raz pierwszy.” [str. 135]
Muszę to sobie zapamiętać…

„Nigdy nie nazywajcie uniformu strażnika kostiumem, dobrze? Ponieważ to nie jest kostium! Kostiumy to przebrania, a uniform stanowi oznakę przynależności do określonej profesji. Ten nasz zaprojektowano w połowie XIX wieku jako wygodniejszą formę ubioru. Do tamtej pory strażnicy codziennie musieli wkładać strój ceremonialny. Obecnie nosimy pełną wersję jedynie w ważne święta państwowe i z okazji wizyt królowej. Utrzymanie galowego uniformu w dobrym stanie i czystości stanowi nie lada wyzwanie! (Na przykład słynna kryza zrobiona jest z mocno nakrochmalonego płótna, ciasno plisowanego i umocowanego na grubym drucie. Ma sprawić, że nosząca go osoba będzie się trzymać prosto w obecności władcy – i uwierzcie mi, że to działa).” 
[str. 128]



Z opowieści Chrisa dowiemy się, jak mieszkają kruki, co jedzą, jak spędzają dzień, ale i tego, jak wygląda praca strażnika, jak zachowują się turyści, tłumnie odwiedzający wieżę Tower. Ponadto sporo ciekawostek o samej wieży Tower. I co to jest KerPlunk. :)
Otrzymujemy też sporą dawkę inspiracji z literatury i sztuki.

Jak już zdradziłam, nie lubiłam kruków. Czy to się zmieniło teraz, gdy zamknęłam książkę? Przyznaję, że tak. Może nie na tyle, że mogę się zaliczyć do grona ich miłośników, ale z pewnością dostrzegam w nich coś więcej niż tylko czarną groźną postać na gałęzi. I bardzo chętnie pojechałabym do Londynu, żeby posłuchać opowieści Wspaniałego Przewodnika.


Christopher Skaife: Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower. Wydawnictwo Znak, Kraków 2019; przekład Aleksandry Kamińskiej



Tekst zamieściłam wcześniej na blogu Biblioteki Uniwersyteckiej


piątek, 24 maja 2019

Uwielbiam zaszywać się w swojej bibliotece...

I nagle jakimś cudem znalazłem się tu, w zamku w środku Londynu, i w każdej wolnej chwili - czy to na urlopie, czy wczesnym rankiem albo późnym wieczorem - szperam w książkach, wyszukując nowe informacje o Tower i o krukach. Zrobił się ze mnie niezły mól książkowy! Uwielbiam zaszywać się w swojej bibliotece i zgłębiać jakieś zagadnienie związane z krukami - takie dłuższe, na co najmniej trzy nabicia fajki. Czemu Munin bywa agresywna? Dlaczego Harris tak lubi siedzieć na trawie? Jaki nowy dźwięk naśladuje Merlina? [...] Z przyjemnością mogę powiedzieć, że nasz dom, skryty przy północno-zachodnim odcinku zewnętrznych murów twierdzy, w niczym nie przypomina zakurzonego bunkra - przeciwnie, to oaza ciszy i spokoju w samym sercu metropolii. A w jednym zakamarku tego miłego zakątka kryją się moje biurko i biblioteczka. W myślach nazywam ją Kruczą Kwaterą Główną, swoim przytulnym gniazdkiem.

Christopher Skaife: Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower. Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, s. 166, przekład Aleksandry Kamińskiej

wtorek, 21 maja 2019

nie człowiek pisze książki, lecz książki wykorzystują ludzi, by zostać napisanymi...

W powiedzeniu, iż to nie człowiek pisze książki, lecz książki wykorzystują ludzi, by zostać napisanymi, skryło się przeczucie tego dość powszechnego doświadczenia relacji ze słowem pisanym: nadmiaru mądrości tekstu względem autora tekstu. Napisałem i dopiero potem zacząłem rozumieć napisane; zacząłem dostrzegać głębsze znaczenie napisanego. W bardziej dosadnej wersji powiedzenie brzmi tak: "Pisarze są głupsi od swoich książek".
...
Tak zaczyna się nowa książka Jacka Dukaja. A ja mam przeczucie, że dalej będzie równie interesująco.

Na przykład tak:
"Jak długo człowiek musi pracować? Tak długo, jak długo nie wymyśli sposobów, by pracowano za niego - potem Homo sapiens tylko "siedzi i patrzy na pracę". Lubi ją mieć przy sobie. Żeby serce nie pękło z żalu.

Jacek Dukaj: Po piśmie. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, s. 7 i 63

środa, 15 maja 2019

Bibliotheca caput omnium. Studenci wśród książek - książki wśród studentów. Czyli rzecz o studiowaniu w dawnych wiekach - wykład w Bibliotece Uniwersyteckiej


Bibliotheca caput omnium. Studenci wśród książek - książki wśród studentów. Czyli rzecz o studiowaniu w dawnych wiekach 
Wykład dr Alicji Szulc odbył się wczoraj, 14 maja 2019 roku, w ramach Tygodnia Bibliotek.


Sala była pełna...


A po studiach... Peregrynacya dwuletnia każdemu Polakowi potrzebna. Święte słowa! :)






I jeszcze po wykładzie był czas na refleksje...


Zdjęcia zrobiłam 14 maja 2019 roku.

sobota, 13 kwietnia 2019

Olgierd Budrewicz i Wiesław Ochman rozmawiają O wszystkim


Olgierd Budrewicz i Wiesław Ochman… Pierwsza myśl – dwa światy. A jednak niezupełnie – dwa elementy dominują w życiu obu panów: podróże i muzyka, bo jeden z nich dzięki muzyce zjeździł cały świat, chociaż twierdzi, że podróżować nigdy nie lubił i nie lubi, dla drugiego podróże były sposobem na życie, a dzięki nim poznał muzykę, jaką niewielu ma możliwość usłyszeć. Sam zresztą przyznaje, że „nie jestem koneserem muzyki. Jednak w czasie podróży – bo to w końcu jest część mojego zawodu – wielokrotnie dotykałem spraw muzyki czy śpiewu. Muszę powiedzieć, że nawet czasami diabli mnie biorą, bo jak słucham współczesnych utworów, hip-hopów i tym podobnych, to nasuwają mi się obrazy z Afryki Środkowej. Miałem tam okazję oglądać takie spektakle, w których półnadzy albo zupełnie nadzy aktorzy tańczyli i śpiewali – jeżeli to można nazwać śpiewem, bo przeważnie mruczeli. Poza tym mieli jakieś instrumenty, których nie potrafi nazwać nikt poza wybitnymi specjalistami” [s. 39]

Mam wrażenie, że to muzyka jest punktem najściślej ich łączącym i to ona dominuje w całej rozmowie, mimo starań pana Wiesława: „Dlatego ja bardzo mało mówię tu o śpiewaniu, bo to nie ma sensu. Wymieniam tylko niektóre nazwiska. Dobrze się stało, że rozmawiamy raczej o naszych prywatnych spojrzeniach na to, co się dzieje wokół, o naszym stosunku do kraju, do ludzi.” [s. 140]

O sprawach wielkich i małych, o polityce, architekturze i ratowaniu zabytków, kulturze, świecie znanym z telewizji i tym, do którego kamery nie docierają, o swojej młodości i o planach na przyszłość.

Panowie mają spore doświadczenie życiowe (książka jest zapisem rozmowy, która odbyła się w roku 2009), szczęśliwie jednak nie sprawiają wrażenia zmęczonych życiem i mają dystans do świata i siebie oraz poczucie humoru.

„Olgierd Budrewicz: Ta amerykańska różnorodność mnie czasami dobija: poprosiłem kiedyś znajomą, która leciała do USA, żeby przywiozła mi do pokoju taki spray z ładnym zapachem. Ta kupiła siedem, bo nie potrafiła wybrać!

Wiesław Ochman: Teraz musisz sobie urządzić siedmiopokojowe mieszkanie…” [s. 64-65]

Olgierd Budrewicz i Wiesław Ochman – dwa światy, muzyka i egzotyka, jak to w pewnym momencie zostało sformułowane. Ale pewnie to prawda, że aby się przyjaźnić, nie trzeba być bardzo podobnym, bo panowie znali się od lat i potrafili rozmawiać O WSZYSTKIM.


Olgierd Budrewicz i Wiesław Ochman rozmawiają O wszystkim. Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2010, 151 s.


Tekst zamieściłam wcześniej na blogu BU

piątek, 12 kwietnia 2019

Ucieczka od świata z książką w ręku...

OLGIERD BUDREWICZ: Ach, ta magia lektur...
WIESŁAW OCHMAN: To prawdziwy czar: nie ma nic piękniejszego, niż ucieczka od świata z książką w ręku. Książka nigdy nie zginie, bo jest to bardzo osobista rzecz. Zamykasz się z nią, jesteś sam, twoja wyobraźnia zaczyna pracować, sam decydujesz, jak zobaczyć przyrodę, postaci, przedmioty.
OLGIERD BUDREWICZ: I uczucia. Na przykład "Miłość w czasach zarazy". gruba i piękna książka Marqueza, jest jednym wielkim hymnem na cześć miłości. Oczywiście, przy okazji znajdziemy tu wszelkie możliwe nieprzyjemności, zdrady, katastrofy. Autor opisuje Kolumbię sprzed ponad stu lat tak wspaniale, że wypada mi tylko otworzyć usta i podziwiać. A miłość do matki? Romain Gary wspaniale opisuje ją w "Obietnicy poranka". Jest kilka takich właśnie książek, które cenię szczególnie: ich autorzy czują tak, jak czuje normalny, przyzwoity człowiek.
...

Olgierd Budrewicz i Wiesław Ochman rozmawiają O wszystkim. Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2010, s. 69

piątek, 5 kwietnia 2019

To, co najciekawsze, wciąż jest przed nami...


Gdy zaproponowano mi napisanie tekstu o książce, na którą chciałabym zwrócić uwagę czytelników, nie zastanawiałam się długo, o jakiej publikacji chcę pisać, właściwie od razu pojawiła się myśl – dobrze, o dziennikach Agnieszki Osieckiej! Jakżeby inaczej… Przecież Osiecka to dla mnie guru polskiej poezji (nie tylko śpiewanej). I dopiero wtedy, gdy usiadłam, żeby coś sensownego napisać, zrozumiałam, w co się wpakowałam! Bo jak opisać w kilku(nastu) zdaniach wydawnictwo obliczone na wiele tomów? Niemożliwe! Ale cóż, słowo się rzekło, kobyłka u płotu…
Agnieszka Osiecka – człowiek – legenda i historia polskiej piosenki drugiej połowy XX wieku.  I chociaż wiadomo, że w swoich tekstach przemycała elementy autobiograficzne, to z niczym nie da się porównać zapisków prowadzonych dzień po dniu przez ponad 50 lat. Notatek, o których wiedziało bardzo niewiele osób z jej otoczenia, a które teraz do wydania przygotowuje – za sprawą jej córki, Agaty Passent – Fundacja Okularnicy.
Dzienniki są wydawane bardzo porządnie; pod względem edytorskim mamy do czynienia ze wspaniałą robotą. Bardzo szczegółowe przypisy (chwilami przychodziło mi do głowy, że nawet nieco zbyt szczegółowe, ale tak, wiem, czepiam się…), szczęśliwie zamieszczone na dole strony, więc nie trzeba co chwilę kartkować książki, jeżeli chce się śledzić nie tylko zapiski Agnieszki, ale i tropy odsłaniane przez edytorów…
Pamiętam swoją ekscytację sprzed 5 lat, gdy w dniu premiery nabyłam Dzienniki 1945-1950 i, nie mogąc doczekać się czytania, kartkowałam je już w tramwaju, jadąc do domu. Pamiętam zapał i lekkie uczucie pobłażania dla dziewczynki, która zapisywała sobie, co jadła na obiad, kiedy była w szkole i na pływalni, z kim i o czym rozmawiała…  Przy kolejnych tomach odbiór zapisków się zmienił, z ekscytacji i fascynacji przeszedł w fazę spokojnego i cierpliwego zainteresowania, a niekiedy znużenia lub ekscytacji.
Lektura Dzienników bywa trudna, niekiedy nawet nudna…, bo nudne bywa czytanie o tym, co codziennie robi kilkuletnia dziewczynka lub rozważań nastolatki o kolejnych przyjaźniach,  zauroczeniach i miłościach, tych wielkich i tych przelotnych… No, ale przecież Agnieszka była wtedy przeciętną dziewczynką i niesprawiedliwością z mojej strony byłoby oczekiwanie jakiejś pogłębionej analizy jej ówczesnego świata. A jednak fakt, że autorkę tych zapisków znamy doskonale od innej strony i wiemy, co wydarzy się później (mam na myśli, oczywiście, tylko jej wizerunek publiczny), bardzo pomaga w przetrwaniu nudniejszych fragmentów. Bo jesteśmy pewni, że to, co najciekawsze, wciąż jest przed nami. A już teraz, po lekturze tych pierwszych tomów Dzienników  wiemy, że czekać naprawdę warto! Bo i czasy przełomowe, burzliwe i ciekawe, i osoba, która je komentuje, absolutnie niebanalna. Na osłodę i jako balsam pojawiają się smaczki, zapowiadające tę prawdziwą duchową ucztę, jak choćby refleksje o nocy wigilijnej, wybrane przeze mnie nieprzypadkowo, bo przecież nasza Wigilia Anno Domini 2018 już za niecałe trzy tygodnie…
„Noc wigilijna. Niebo jak z granatowego, lśniącego papieru, a na nim pełno wesoło migających gwiazdek – złotych i ognistych. Śnieg z białego, skrzypiącego marcepanu otula gałęzie drzew i miękko pierzynką ściele się u płóz mknących saneczek zaprzęgniętych w białe myszki, szczury i skrzydlate pegazięta. Słychać tylko dzwoneczki sanek wesoło wyśpiewujące melodie wigilijnych bajek. Przycupnięte przy drodze chałupki wyglądają jak domki Baby Jagi z cukru i piernika. Śmieją się ciepłymi światełkami kwadratowych okien, za którymi pstra i czekoladowa choinka cieszy rozkrzyczane dzieciaki. Rumiane i nieznośne, na pół z lękiem, na pół radośnie zerkają w stronę drzwi: Zaraz przyjdzie święty Mikołaj. W kąciku pod drzewkiem Święta Rodzina przyjmuje podarki.
„Stille Nacht, heilige Nacht…” 
Jest ładnie. Życie ma 5 lat i rumiane buziaki”1
Całe szczęście, że Agnieszka – która o swojej chorobie i nieuchronnym odejściu wiedziała na tyle wcześnie, że zdążyła uporządkować swój dobytek (napisała o tym Magda Umer w przedmowie do równie ciekawego wydawnictwa Listy na wyczerpanym papierze, Agora 2016) – nie zniszczyła tych najwcześniejszych, często naiwnych, ale zawsze szczerych i pisanych nie pod publiczkę ani z myślą o przyszłych czytelnikach, zapisów, jak zrobiłaby pewnie większość z nas, jak ja sama zrobiłabym z pewnością! Bo dzięki temu stopniowo otrzymujemy całościowy obraz osoby, bez której życie kulturalne drugiej połowy XX wieku byłoby o wiele uboższe.
Obawiam się tylko jednego: jeżeli na razie, po 5 latach od wydania pierwszego tomu i po 5 tomach, jesteśmy w roku 1955 (Agnieszka ma 19 lat, a lata początkowe to często notatki skrótowe i mniej obszerne niż te późniejsze, które mogą nie zmieścić się w jednym woluminie), a tempo wydawania kolejnych roczników się zwolni, czy zdołam doczekać ostatniego tomu? I czy dam radę go przeczytać, zanim starcza zaćma zamgli mi wzrok? Bardzo bym tego chciała!
1 Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1952, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, s. 527.
Dotychczas w Wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazały się następujące tomy Dzienników:
Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1945-50, Warszawa 2013.
Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1951, Warszawa 2014.
Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1952, Warszawa 2015.
Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1953, Warszawa 2017.
Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1954-1955, Warszawa 2018.

Tekst zamieściłam wcześniej na blogu Biblioteki Uniwersyteckiej.

środa, 3 kwietnia 2019

Ennio Morricone


Misja – Morricone, Morricone – Misja, dwa słowa, które dla mnie tworzą niemal jedność. Wiele lat temu po raz pierwszy wzięłam do ręki płytę z muzyką do filmu i dość nieufnie włożyłam ją do odtwarzacza. No jak to, muzyka z filmu? Bez obrazu? Miałam szczęście, bo gdyby to była muzyka z innego filmu, jakaś bezładna kawalkada dźwięków, a i taka bywa muzyka ilustracyjna, to pewnie z daleka omijałabym potem wszystkie wydawnictwa z napisem OST (Original Soundtrack = oryginalna ścieżka dźwiękowa). I nie poznałabym wielu naprawdę wspaniałych ilustracji.  Bo muzyka filmowa rządzi się swoimi prawami, bywają bardzo rozbudowane sekwencje rozpisane na całą orkiestrę, ale częściej niż gdzie indziej zdarzają się króciutkie perełki, delikatne i kameralne, niewiele tonów, jeden instrument. Niedoścignionym mistrzem takich krótkich, niedających się zapomnieć fraz jest właśnie Ennio Morricone.
Autobiografia Ennio była dla mnie zaskoczeniem, nie wiedziałam, że takie wydawnictwo powstało. Ale gdy ją zobaczyłam, wiedziałam, że na pewno nie trafi na półkę z napisem „do przeczytania w wolnej chwili”. Dla niej tę wolną chwilę się wygospodarowuje, a nie zdaje się na los.
Morricone przyznaje, że „możliwość spojrzenia z boku na własne życie i przeanalizowania jego poszczególnych etapów okazała się arcyciekawym doświadczeniem”. s. 7
Jest nim także dla nas.
To rozmowa dwóch fachowców, poważnie traktujących siebie nawzajem i przyszłego czytelnika. Obaj panowie odbywają swoistą podróż w czasie, cofając się do samych początków, sporo miejsca poświęcając także teorii muzyki. Przyznaję, że te fragmenty rozmowy były dla mnie – osoby, która lubi  muzykę, ale nie ma wykształcenia muzykologicznego – nieco trudniejsze, lecz nie zmniejszyły mojego zainteresowania lekturą.
Morricone odpowiada na pytania obszernie, rzeczowo i szczegółowo. Czytelnik nie znajdzie tu jednak ploteczek z wielkiego filmowego świata, nie ma wchodzenia z butami w czyjąś prywatność. Otrzymujemy za to kawał rzetelnej wiedzy o muzyce i człowieku, który nie ufa komputerowi, nigdy nie nauczył się pisania maili, przedkładając ponad nie telefon, faks i zwykłą kartkę papieru; uwielbia szachy i uzyskał remis w partii z samym Borisem Spaskim; nie udaje, nie kryguje się, ani nie puszcza oka do swoich fanów. Bywa dla nich szorstki i brutalnie szczery, jak wtedy, gdy otwarcie stwierdza, że przysyłane mu przez nich płyty „do posłuchania” po kilku sekundach lądują w koszu na śmieci…
Otwarcie opowiada o tym, co jest najtrudniejszym doświadczeniem dla kompozytora muzyki filmowej, co dla niego jest ważne poza muzyką, o zawodowych i twórczych kryzysach, o filmach, które lubi (nie tylko tych, przy których pracował), o kulisach współpracy z najważniejszymi reżyserami kina światowego.
Wspomina także o Polsce, ale odszukanie kontekstu zostawiam uważnemu czytelnikowi.
Mam ostatnio szczęście do wydawnictw starannie opracowanych. I ta książka też jest taka. Dostajemy nie tylko wywiad-rzekę z Ennio Morricone, ale i wspomnienia o nim różnych osób (nie tylko reżyserów), z którymi współpracował przez lata swojej działalności. Całość uzupełniają indeks nazwisk oraz chronologiczne wykazy utworów muzyki absolutnej i użytkowej.
Mamy też ciekawą inicjatywę wydawcy. Po zeskanowaniu kodu lub wpisaniu oryginalnego tytułu książki do wyszukiwarki pewnego znanego serwisu muzycznego otrzymujemy możliwość słuchania wszystkich utworów wymienionych w książce. Ja podczas czytania włączałam sobie własne płyty. Nie wiem zatem, czy po wpisaniu tytułu książki serwis nie zażąda dodatkowo numeru paragonu lub faktury za książkę…
Ale zapraszam do sprawdzenia, czytania i słuchania. Naprawdę warto!
Ennio Morricone. Moje życie, moja muzyka. Autobiografia. Rozmawiał Alessandro De Rosa. WAM, Kraków 2018, przekład Karoliny Dyjas-Fezzi

Tekst zamieściłam wcześniej na blogu Biblioteki Uniwersyteckiej.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Wspólna lektura :)


"Jeszcze tam stoisz? Odłóż ten aparat i przyłącz się do nas.
Wolne krzesło czeka, a książki starczy na pewno" :)

piątek, 29 marca 2019

Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj...



Nie wierzę, że jest wśród Czytelników ktoś, kto nie skojarzył prawidłowo tej frazy. Oczywiście, to Starsi Panowie i ich Kabaret!

Kabaret niezwyczajny, ponadczasowy, inteligentny i kulturalny, a zarazem oceniający i ośmieszający, nie stroniący od inwektyw (szuja…), osądów (dranie…), pogróżek (przeklnę cię…).

Sprzeczność? Niekoniecznie.

Starsi Panowie, Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, to dżentelmeni starej daty w obowiązkowych eleganckich frakach. Przez ich „mieszkanie” przewijają się tłumy oryginalnych postaci. I najczęściej nie są to osoby miłe i kulturalne, powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie. Starsi Panowie mają ze swoimi sąsiadami i nieproszonymi gośćmi pod górkę i często bywają z ich powodu zakłopotani i onieśmieleni, ale nigdy nie tracą fasonu, zimnej krwi i dobrych manier…

Witold Filler napisał w swoich Ludziach śmiechu (PIW 1972): „Ułudny świat ‚Starszych Panów’, gdzie wszystkie chropowatości prawdziwego świata zostały sprowadzone do wymiarów grzecznej bajki, wyzwolił w aktorach jakiś siódmy zmysł ironii, a także umiejętność kokieteryjnej zabawy słowem i pozą.”

Co takiego było w Kabarecie, że gromadził przed radiem z lufcikiem rodziny i sąsiadów? Czy to ta wspomniana umiejętność zabawy, czy też ta ironia i dystans do świata? A może wdzięk prowadzących albo doskonałe aktorstwo zapraszanych aktorów?

To jedna z zagadek, którą od lat próbują rozwikłać osoby najbardziej – moim zdaniem – kompetentne, syn Starszego Pana A (zainteresowanym polecam książkę Dariusza Michalskiego o Jerzym Wasowskim), Grzegorz Wasowski i jego żona, Monika Makowska-Wasowska.

Właśnie pojawiła się w księgarniach ich kolejna publikacja: Kabaret Starszych Panów. Życiorys nieautoryzowany, z posłowiem Konstantego Przybory.

W pierwszej chwili pomyślałam sobie: czego jeszcze mogę się dowiedzieć? Przecież czytałam „wszystko”, co napisano o Starszych Panach… Zachęcona jednak bardzo bogatym materiałem ikonograficznym, zaczęłam książkę przeglądać, czytać, wreszcie połknęłam ją w jedną noc.

Koncepcja książki jest oryginalna. Ze wspomnień Grzegorza Wasowskiego i pamiętników Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego oraz wcześniejszych publikacji autorzy „zbudowali” rozmowę czworga, w której biorą udział: WUJO – Jeremi Przybora, TATA – Jerzy Wasowski oraz oni, Monika i Grzegorz. Poza faktami znanymi już z innych opracowań pojawiają się smaczki, dotychczas niepublikowane, niedawno wygrzebane w archiwach materiały i teksty autorstwa Jeremiego Przybory.

Za te nieustające poszukiwania oraz mozolną pracę archiwalną jestem państwu Wasowskim szczerze wdzięczna. I czekam na ich kolejne odkrycia.

A czas oczekiwania umilę sobie piosenkami z Kabaretu Starszych Panów.

Monika i Grzegorz Wasowscy: Kabaret Starszych Panów. Życiorys nieautoryzowany. Wydawnictwo WAM, Kraków 2018.

Tekst zamieściłam wcześniej na blogu Biblioteki Uniwersyteckiej

czwartek, 28 marca 2019

Fenomen "photobooków"


Dzisiaj miałam okazję uczestniczyć w ciekawej prelekcji Adama Mazura, wykładowcy Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, na temat fenomenu książek fotograficznych, niszowym - mimo wieloletniej obecności -  zjawisku na rynku książki.




Prelekcja została zorganizowana przez Wojewódzką Biblioteką Publiczną w ramach nowego cyklu spotkań dla moderatorów i klubowiczów Dyskusyjnych Klubów Książki - "Wiedza o kulturze".


Photobooki, publikacje mistrzów współczesnej fotografii polskiej i światowej.
Zjawisko, o którym wiem wciąż za mało...



Zdjęcia zrobiłam 28 marca.

poniedziałek, 25 marca 2019

Wykład w Bibliotece Uniwersyteckiej: "Darczyńcy Biblioteki Uniwersyteckiej w okresie polonizacji zbiorów"

Uniwersytet im. Adama Mickiewicza jest żwawym Jubilatem,
w tym roku obchodzi stulecie swojego istnienia. 
Z tej okazji mają miejsce różne wydarzenia, przybliżające Dostojnego Jubilata i jego dzieje.
 Oto jeden z nich, wykład:


"Darczyńcy Biblioteki Uniwersyteckiej w okresie polonizacji zbiorów"

Temat ten można przedstawić w nudnej formie, podobnej do czytania książki telefonicznej, można też zaprezentować go w sposób przykuwający uwagę słuchaczy na ponad godzinę.
I tak właśnie zrobił erudyta i gawędziarz, Andrzej Jazdon.




Wykład - połączony z przygotowaną przez Małgorzatę Głowacką-Helak ekspozycją wybranych darów (w Galerii BU) - odbył się w Bibliotece Uniwersyteckiej 25 marca 2019 roku.


wtorek, 12 marca 2019

O biblioterapii słów kilka...



12 marca odbył się w Bibliotece Uniwersyteckiej wykład Urszuli Radeckiej-Obrochty
"O biblioterapii słów kilka. Materiały czytelnicze jako pomoc terapeutyczna."

Szczegółowych definicji jest kilka, ale wszystko sprowadza się do krótkiego równania

Biblioterapia = biblion (książka) + therapeo (leczyć)

Leczenie czytaniem... Bardzo dobra i pożyteczna rola książek.





Zdjęcia (ze zrozumiałych powodów bez użycia lampy błyskowej) zrobiłam 11 marca 2019 roku.



poniedziałek, 11 marca 2019

Waterstones na Picadilly

Mam zwyczaj odwiedzania tych samych miejsc za każdym razem, gdy tu jestem, zazwyczaj są to muzea, galerie i antykwariaty. I Waterstones na Piccadilly, z pewnością największa księgarnia w Europie. 13 kilometrów półek na czterech piętrach. Dwa dni temu spędziłem tam wiele godzin, nie dlatego, że szukałem jakiejś konkretnej książki, ale żeby nacieszyć się odurzającym spacerem wśród tysięcy tytułów. Czwarte piętro jest poświęcone historii, geografii i filozofii. Przy stolikach czytało  kilka osób. Inni pochylali się z zamkniętymi oczami i półotwartymi ustami, jakby otumanieni spotkaniem z literacką mekką.

Torbjørn Færøvik – Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018, s. 11-12; przekład Anny Kurek

Raj, prawdziwy... :)


piątek, 8 marca 2019

Wsiąść do pociągu nie byle jakiego…


Magda Czapińska proponowała dalej, by nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Kwestię bagażu można ogarnąć bez większego problemu, ale bilet…, no cóż, bez szczęścia w pewnej grze liczbowej szanse mam raczej marne. I pewnie pozostanie mi zadowolić się „podróżą” tym pociągiem ze zdjęcia. :)

Ale marzenia nic nie kosztują, więc dzisiaj wybieram się wraz z Torbjørnem Færøvikiem w podróż najsłynniejszym pociągiem świata.

„Ponad 100 lat temu, w 1883 roku, Orient Express wyruszył w pierwszą podróż z Paryża do Stambułu lub Konstantynopola, jak miasto to nazywało się do 1930 roku. Rewolucja kolejowa w Europie w XIX stuleciu otworzyła całkiem nowe horyzonty. Ludzie, którzy przez wieki żyli odizolowani, nagle zyskali możliwość podróżowania do odległych miejsc. Tylko nielicznym udawało się dotrzeć aż do Stambułu, a chęć podróżowania zaowocowała prawdziwą lawina relacji.

Po co więc pisać kolejną? Bo świat nigdy nie jest taki sam, wciąż się odradza. To właśnie sprawia, że podróżowanie jest takie ekscytujące – obserwowanie zmieniających się ludzi, kultur i krajów. Poza tym każdy podróżnik ma swój własny sposób postrzegania otoczenia. To subiektywne spojrzenie otwiera drogę do dyskusji i wymiany poglądów, tworzy życie i stymuluje myśli.” [strona 7]

Nic dodać, nic ująć.

Jest zatem rok 2015, przed nami tysiące kilometrów, 12 krajów, 22 miasta, które będziemy przy okazji poznawać, dwa miesiące w drodze.

Te dwa miesiące mają aspekt nie tylko geograficzny, turystyczny czy poznawczy, także społeczny. Przecież to wiele tygodni spędzonych w towarzystwie nowych, nieznanych dotychczas ludzi. Jacy będą? Chcę wierzyć, że tak jak ja, szukają przygody i pozytywnych wrażeń, a nie są potencjalnymi bohaterami powieści jakiejś następczyni Agathy Christie….

Nudzić się nie będę na pewno!

Na każdej stacji czas zwalnia; wraz z Torbjørnem zwiedzam miasta, muzea, jem regionalne potrawy w klimatycznych (co nie znaczy „ekskluzywnych”) restauracjach. Torbjørn snuje swoją opowieść erudyty. Historia, polityka, sztuka, muzyka, literatura.

Siedząc wygodnie w fotelu widzę oczami wyobraźni to, o czym mówi, słyszę dźwięki, czuję zapachy…

Im dłużej jesteśmy w drodze, tym bardziej mi żal, że zbliżamy się do końca podróży.

Ale „Ci, którzy wiele i długo podróżowali, wiedzą, że podróż nigdy się nie kończy. Widoki wypalają się w pamięci i odtwarzają raz za razem, w większości tylko te przyjemne. Lepiej być nie może.” [strona 9]

Docieramy do Samarkandy. Podróż w towarzystwie Torbjørna dobiegła końca.

Jak to, już!?

Oj, jeszcze dzisiaj pobiegnę do kolektury.



Torbjørn Færøvik – Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018, przekład Anny Kurek
Zdjęcia zrobiłam 7 marca 2019 roku.

Tekst zamieściłam wcześniej na blogu Biblioteki Uniwersyteckiej

wtorek, 5 marca 2019

Życie jest piękne! :)


Nie mogę się nie uśmiechnąć, gdy widzę tę grafikę Inge Löök.
Bohaterki grafik Inge już tu gościły [KLIK] i [KLIK]

Strona Artystki jest TU
Bardzo polecam, uśmiech i duża dawka pozytywnej energii gwarantowane.

niedziela, 3 marca 2019

Poznańskie Targi Książki, 1-3 marca 2019 roku


Od 22 lat były Poznańskie Targi Książki Naukowej i Popularnonaukowej. W tym roku rozszerzono formułę i po raz pierwszy są to Poznańskie Targi Książki, po prostu. 
Decyzja bardzo dobra! 
Pognałam tam w piątek, krótko po otwarciu, poszłam i dzisiaj, krótko przed zamknięciem. 
Jak było?
Mniej więcej tak, jak na tych kilku zdjęciach...







Szkoda tylko, że nastawiona na wielkie zakupy, wróciłam z nienaruszonym portfelem...

O targach książki napisałam też na moim poznańskim blogu:  TU i TU. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...