środa, 22 lutego 2017

wykańczałam panie w bibliotece publicznej...

Od najmłodszych lat czytałam jak szalona - w domu było mnóstwo książek, w tym przygodowych - gruzy wokół naszego domu zmieniały się więc w wysokie góry, Daleką Północ albo Dziki Zachód. Bliskość Odry i statków prowokowała marzenia o morskich podróżach. Wyobraźnia harcowała w najlepsze.
s. 9

Literatura w postaci książek pojawiła się również wcześnie, bo rodzina była ogólnie rzecz biorąc czytająca i nikt nie protestował przeciwko czytaniu szczeniakowi bajek, "Kubusia Puchatka" i "Alicji w krainie czarów". Szybciutko nauczyłam się sama to robić i wykańczałam panie w bibliotece publicznej, wymieniając po trzy książeczki dziennie. Nie wierzyły, że połykam je w tym tempie, a ja naprawdę nie oszukiwałam.
s. 15

Książki były we wszystkich naszych domach i już. Nawet w latach biedy i sprzedawania antyków. Podobnie jak w uroczej powieści Marii Pruszkowskiej "Przyślę panu list i klucz", cukiernica na stole służyła głównie jako podpórka do mniejszych i większych tomików. W to, że czytanie przy jedzeniu jest niegrzeczne albo niezdrowe nikt nie wierzył. Czytało się wszędzie i zawsze. To były czasy beztelewizyjne! Mieliśmy taki wielki fotel - w mieszkaniu śródmiejskim siadywałam w nim, opierając stopy o ciepły piec i pochłaniając kolejne powieści. Książki książkom w końcu pomogły - kiedy zaczęłam zarabiać na własnych, mogłam wreszcie urządzić to, na co nigdy nie miałyśmy dość forsy: domową bibliotekę. Cały [uczciwie mówiąc - piwniczny] pokój w półkach! Książki w jednym rządku, a nie upchnięte kupkami. No, ale niestety, ani mamy, ani Małgosi już nie ma. Syn znienacka wydoroślał i się wyprowadził. W domu jestem ja, dwa psy, kot i książki. Pani Gosposia kiedyś je policzyła i wyszło jej cztery tysiące. Patrzcie państwo, a ja myślałam, że tylko dwa.
s. 25


Monika Szwaja - Dupersznyty ...czyli zapiski stanu szwajowego. Wydawnictwo SOL, Warszawa 2017

niedziela, 19 lutego 2017

Danuta Szaflarska (1915 - 2017)

Danuta Szaflarska
6.02.1915 - 19.02.2017
fot. Marlena Bielińska
Kilka dni temu pisałam o Jej 102. urodzinach. Jaka to była miła rocznica.

Dzisiaj wiadomość z tych najgorszych... Kilka godzin temu Danuta Szaflarska zmarła w Warszawie.


niedziela, 12 lutego 2017

Odeszła Krystyna Sienkiewicz

Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko, 2015

Krystyna Sienkiewicz
14 lutego 1935 - 12 lutego 2017

Zapamiętamy ją z wielu ról charakterystycznych w filmie, teatrze, kabarecie, trudno nie znać piosenek w Jej interpretacji, ale warto spędzić trochę czasu z Jej książkami wspomnieniowymi

Haftowane gałgany (wraz z Agnieszką Osiecką), 1988

Cacko, 2013
i tą ostatnią, wydaną w zeszłym roku

Skrawki, 2016
...lub odszukać gdzieś w bibliotece lub antykwariacie zbiorek Jej opowiadań

...zgadnij, z kim leżę?
Nie trzeba przeszukiwać Internetu, żeby posłuchać Jej piosenek ...


wtorek, 7 lutego 2017

Zacofanie technologiczne to najszybsza droga do starości!

W święta Bożego Narodzenia odwiedza ich mama Ajaya, całkiem do niego niepodobna. [...] Ma siedemdziesiąt lat i uważa, że trzeba próbować nowych rzeczy, bo inaczej życie mija się z celem. Zjawia się z trzema identycznie zapakowanymi prezentami tej samej wielkości, zapewniając, że to wcale nie z lenistwa. „Po prostu uznałam, że wszyscy troje będziecie z tego zadowoleni".
Maja nie musi nawet rozdzierać papieru, od razu domyśla się, co jest w środku.
Widziała je w szkole. Ostatnio prawie wszyscy je mają, ale jej tata tego nie pochwala. Nie spieszy się z rozpakowywaniem, by mieć więcej czasu do namysłu, jak zareagować, by nie urazić ani babci, ani taty.
- Czytnik e-booków! Od dawna o takim marzyłam. - Zerka w stronę Ajaya. Ten kiwa głową, lecz skacze mu powieka. - Dziękuję, babciu. - Maja całuje Paulę w policzek.
- Dziękuję, mamo - mówi Amelia, która ma już służbowy czytnik, ale postanawia się tym nie chwalić.
Ajay. kiedy już wie, co dostał, przerywa rozpakowywanie. A nuż zdoła podarować ten czytnik komuś innemu.
- Dziękuję, mamo - mówi, po czym gryzie się w język.
- Ajay. masz dziwną minę - zauważa Paula.
- Nieprawda.
- Trzeba iść z duchem czasu.
- Niby dlaczego? Co ci się tak podoba w naszych czasach? - Ajay nieraz o tym rozmyślał i za każdym razem dochodził do wniosku, że tak zwany postęp ogołaca świat ze wszystkiego, co najwartościowsze. Najpierw sklepy z płytami, potem sklepy z filmami, potem gazety i czasopisma, a teraz nawet wielkie księgarnie znikają jedna po drugiej. Z jego punktu widzenia jedyną rzeczą gorszą niż świat pełen dużych sieci księgarskich jest świat, w którym nie ma ich wcale. Cokolwiek o nich mówić, duże księgarnie przynajmniej sprzedają książki, a nie farmaceutyki i durnostojki! Przynajmniej zdarza im się zatrudniać ludzi z dyplomem z literatury, znających się na książkach i umiejących doradzić czytelnikom! I przynajmniej sprzedają mnóstwo popeliny dzięki czemu Island Books może się skupić na przyzwoitej prozie!
- Zacofanie technologiczne to najszybsza droga do starości!
„Pokaźna emerytura i ten jeden pogląd - oto co mama wyniosła z dwudziestu pięciu lat pracy w IBM-ie" - myśli uszczypliwie Ajay.
Bierze głęboki oddech, długi łyk wody, jeszcze jeden oddech.
Czaszka uciska mu mózg. Nie chce popsuć atmosfery, mama rzadko ich odwiedza.
- Tato, zrobiłeś się trochę czerwony - mówi Maja.
- Ajay, wszystko w porządku? - pyta go matka. 
Opuszcza zaciśniętą pięść na stolik.
- Mamo, czy ty zdajesz sobie sprawę, że to piekielne urządzenie zniszczy moją księgarnię, a co gorsza, doprowadzi niechybnie do rychłego upadku wielowiekową kulturę czytelnictwa?
- Dramatyzujesz - odzywa się Amelia. - Uspokój się.
- Dlaczego mam się uspokoić? Nie podoba mi się ten prezent. Wolałbym, żeby w moim domu nie było ani jednego, a co dopiero trzy. Wolałbym, żebyś kupiła mojej córce coś mniej szkodliwego, na przykład lufkę do palenia narkotyków.
Maja chichocze. 
Matka Ajaya wygląda, jakby lada chwila miała się rozpłakać.
- Zapewniam cię, że nie kupiłam tego prezentu nikomu na złość.
- Spokojnie - interweniuje Amelia. - To wspaniały prezent. Wszyscy troje uwielbiamy czytać i jestem pewna, że będziemy z niego korzystać. Ajay dramatyzuje.
- Przepraszam cię, Ajay - mówi Paula. - Nie wiedziałam, że masz tak radykalne poglądy w tej sprawie.
- Mogłaś zapytać!
- Zamknij się, Ajay. Mamo, przestań przepraszać. To doskonały prezent dla rodziny moli książkowych. Teraz księgarnie szukają sposobów, by oprócz książek papierowych sprzedawać e-booki. Ajay po prostu nie chce...
- Wiesz, że to jedna wielka ścierna! - przerywa jej Ajay.
- Nie bądź gburem - strofuje go Amelia. - Nie możesz chować głowy w piasek i udawać, że czegoś nie ma. Nic w ten sposób nie osiągniesz.
- Czujecie dym? - odzywa się Maja.
Sekundę później rozlega się alarm przeciwpożarowy...

Gabrielle Zevin - Między książkami. W.A.B., Warszawa 2014, s. 225-226, przełożył Łukasz Witczak

poniedziałek, 6 lutego 2017

Pani Danuta Szaflarska kończy dzisiaj 102 lata!

Danuta Szaflarska (2016). Fot. PAP

Czy o czymś Pani myśli dziś zupełnie inaczej niż wtedy, gdy była Pani młoda?
Proszę pani – wojna zmieniła wszystko. Zaczęłam inaczej widzieć życie. Ja bardzo dużo czytałam, od dziecka, po prostu bez czytania nie mogłam żyć. I po wojnie wzięłam do ręki jedną z tych moich ulubionych książek, żeby sobie coś przypomnieć – „Colas Breugnon” Rollanda – i rzuciłam, bo już była dla mnie zupełnie nieciekawa. Okazało się, że to mnie w ogóle nie interesuje! Wojna była wstrząsem.
Wszystko przewartościowała.
Wszystko! Ja pani mówię o książkach, ale zmieniło się wszystko. Sens życia. Doceniłam jego wartość. [...]

Fragment wywiadu udzielonego przez Danutę Szaflarską Justynie Dąbrowskiej i opublikowanego w Tygodniku Powszechnym 2 kwietnia 2012. Dostęp: 6 lutego 2017

niedziela, 5 lutego 2017

Książka, którą mi pan wczoraj polecił, jest najgorszą, jaką czytałam w całym moim osiemdziesięciodwuletnim życiu.

- O, pani Cumberbatch. Niestety, właśnie zamykamy.
- Panie Fikry, proszę nie patrzeć na mnie tym swoim wzrokiem Omara Sharifa. - Kobieta omija księgarza i rzuca na ladę gruby tom w miękkiej oprawie. - Książka, którą mi pan wczoraj polecił, jest najgorszą, jaką czytałam w całym moim osiemdziesięciodwuletnim życiu. Żądam zwrotu pieniędzy.
Ajay spogląda to na książkę, to na kobietę.
- Co się pani w niej nie spodobało?
- Panie Fikry, zacznijmy od tego, że narratorem jest Śmierć! Mam osiemdziesiąt dwa lata i wcale mi się nie uśmiecha lektura sześciusetstronicowej powieści, w której narratorem jest Śmierć. Uważam, że to był z pańskiej strony gruby nietakt.
Ajay przeprasza, choć nie czuje skruchy. Skąd się biorą ci ludzie, którzy oczekują gwarancji, że książka im się spodoba? Przyjmuje zwrot. Grzbiet książki jest uszkodzony. Nie nadaje się do powtórnej sprzedaży.
- Droga pani, książka wygląda na czytaną. Ciekaw jestem, przez ile stron pani przebrnęła.
- Owszem, przeczytałam ją. Tak mnie rozzłościła, że zarwałam całą noc. W moim wieku to raczej niewskazane. Podobnie jak spazmatyczny płacz, a ta powieść wycisnęła ze mnie morze łez.
Prosiłabym, aby następnym razem, polecając mi książkę, miał pan to na uwadze.
- Naturalnie. Jeszcze raz panią przepraszam. Większość naszych klientów bardzo sobie Złodziejkę książek chwaliła.

Gabrielle Zevin - Między książkami. W.A.B., Warszawa 2014, s. 53, przełożył Łukasz Witczak

sobota, 4 lutego 2017

Książka też jak gdyby posiwiała: pożółkła i wypłowiała..

Czas znowu się zatrzymał. Przygotowując się do napisania portretu Zofii Kucówny, ponownie przeczytałem jej debiutancką książkę Zatrzymać czas. Odkurzyłem wspomnienia.
Zastanawiałem się nawet, czy mam jeszcze ten tom. Tyle lat w końcu minęło, za mną tak wiele różnych - lepszych, gorszych - chwil, lektur. Jednak proza Kucówny była tam, gdzie zawsze. Na górnej półce regału. Zatrzymał się czas.
Otwierałem tę książkę nieśmiało, niemal ze strachem, bo przecież coś się definitywnie skończyło. Czternastolatek, który na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczytywał się we wspomnieniach Zofii Kucówny, już nie istnieje. Trochę się postarzał, trochę posmutniał, odrobinę posiwiał.
Książka też jak gdyby posiwiała: pożółkła i wypłowiała. Tyle lat stała na półce, niewyciągana, nieodkurzana. A przecież od razu kiedy tylko nadeszła chwila na spisanie rozmowy z Zofią Kucówną, postanowiłem odrestaurować własne wspomnienia, wrócić na nowo do czternastego roku życia.

To musiała być szkoła podstawowa. Z perspektywy tarnowskiego marzyciela czytałem o marzeniach znakomitej aktorki, która znała wszystkich, przeżyła wszystko i w tym "wszystkim" udało się jej opisać coś bardzo ważnego. 
Zofia Kucówna z ewidentnym talentem literackim utrwaliła chwilę, odmalowała momenty w życiu aktora - i szerzej, w życiu artysty - które zazwyczaj mijają niepostrzeżenie, gubią się i zamazują. A potem nie wraca się już nigdy do twarzy, spotkań i wyzwań, które były ważne. Nie wraca się, bo jest już za późno, a historie realne abo weszły w krąg ulubionej aktorskiej anegdoty, albo zniknęły zupełnie.
I chyba tylko jednej Zofii Kucównie udało się w tej pięknej książce bezinteresownie pochylić nad mijającym czasem, zatrzymać jego bieg.

Łukasz Maciejewski - Aktorki. Spotkania. rozdział Lepsza strona wiosny. Zofia Kucówna, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 343-344

Zofia Kucówna

wtorek, 31 stycznia 2017

Onaż była w każdym polskim domie...

W suchym, wiotkim szeleście liści pracowało na solecznickim cmentarzu dwóch ludzi. Na pozdrowienie, ten z krótkim, siwym wąsem, uniósł głowę.
- Polka? A skąd?
- Z Warszawy
- Z samej Warszawy? Oj! Maciej, bystro! Polaki z Warszawy przyjechawszy. Kochaneńka! Onże głuchy jak pienik klonowy, no niech choć popatrzy sie, jak po polsku opowiadać będziesz. Zamek królów budzi sie, prawda to?
Po opowieści o zamku królów Edward Apanel z Sołecznik Wielkich, pochyliwszy się, uniósł dwa liście klonu.
- Popatrz ty, kochaneńka. Liścik ten zołocieńki, czyścieńki. Ot, u ciebie taka mowa. A drugi czerniaty, pieżaty, wichrami ubity. U nas taka mowa. No te dwa liście z jednego spłyli drzewa. I my z jednego... Polskiego. 
[...]
A pani na zaduszny dzień do swoich musi wróciwszy, do Warszawy? Ja nadto śmiały jestem - nie proszę książka, ona drogo stoi i u was, i u nas. No Przyszlij mnie, kochaneńka ty, pocztówkę, co by na niej Warszawa była jak żywa... Powiesiwszy ja sobie kole Ostrombramskiej, powiem: patrz stary, kto do ciebie na dni ostatnie przyszedł.
- Przyślę każdą książkę. Tylko jaką chciałby pan mieć?
- To niemożebność, kochaneńka, żeby pani nie znała, jaka polska książka posiadać by ja chciał. Onaż była w każdym polskim domie, zaczem wojna ją wzięła. We Wilnie pono kupić się da, no, nim stary dziad doleciawszy, rozdrapią. To jest ta jedna, ta jedyna, gdzie napisano: przenoś moja dusza utęskniona...

październik-listopad 1976

Barbara Wachowicz - Malwy na lewadach. Wydawnictwa radia i Telewizji, Warszawa 1983, s. 224-225

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kocham wszystkie baśnie...

BAŚNIE UCZĄ ŻYCIA

Jaka jest twoja ulubiona baśń  z dzieciństwa?

Kocham wszystkie baśnie i do dziś bardzo je cenię, napisałam nawet o nich książkę Bajki rozebrane – polecam. Uważam, że ciągle opisują nasz świat, również ten niby-nowy. Baśń, którą ludzie wskażą za najważniejszą w swoim dzieciństwie, pokazuje, z jakimi problemami naprawdę się stykali. Dla mnie taką baśnią była Królowa Śniegu – chodziło tu o moją mamę. Gerda, bohaterka tej baśni, jest niezwykle dzielną dziewczynką, która daleko wędruje, w ogromnym trudem pokonuje wszystkie przeszkody, zwycięża pokusy, po drodze zaprzyjaźnia się i uczy – wszystko po to, by chronić swojego Kaja. A Kaj może tu być bratem, ukochanym, ale może też być męskim aspektem kobiety. W Jasiu i Małgosi występuje to samo. Gdy kobieta coś zdobywa, jest dzielna i – jak to wcześniej nazwałeś – ma jaja, chodzi wtedy o jej męska część, czyli – mówiąc po jungowsku – o animusa. O jej dzielność. odwagę, jej sile, bo kobiety też to mają – i świetnie, że to mają. Tak jak mężczyźni mają delikatność i wrażliwość, o czym sam pan wie najlepiej, bo nimi dysponuje
[…]
Jak wszystkie dzieci, które bardzo przejmują się baśniami, dzięki Królowej Śniegu nauczyłam się, że można tę złą królową jednak zwyciężyć, można pokonać czarowników i potwory. Chcę powiedzieć wszystkim rodzicom niezwykle ważną rzecz: nie bójcie się okrucieństwa w baśniach. Bo rodzice bardzo się boją, gdy ich dziecko dowiaduje się, że siostrom Kopciuszka matka ścięła pięty, żeby zmieściły się w malutki pantofelek, a na końcu jeszcze wyłupiono im oczy za to, że były złe dla Kopciuszka. Albo że pozbawia się wzroku złą wiedźmę. Nie bójmy się tego! Te wszystkie kary są oczywiście metaforyczne i dziecko – gdy dowiaduje się, że zły bohater został ukarany – oddycha z ulgą, jest spokojne. Sprawiedliwości stało się zadość, dobro zwyciężyło. Lęki dziecka, że np. w ciemnym pokoju jest potwór, są straszne, wielkie, mają wagę tych baśniowych kar. Więc jeżeli potwór zostanie w ten sposób ukarany, to wszystko jest wtedy w porządku.


Katarzyna Miller – Męskie sposoby na damskie rozmowy. Czego mężczyźni chcą się dowiedzieć od kobiet. [pytał Wojciech Błach]. Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2016, s. 209-211

piątek, 27 stycznia 2017

Geniusz Victora Hugo wyróżnia to, że zawsze jest jakaś stronica autorstwa Victora Hugo, której nie przeczytaliśmy.

[...] Jaki rodzaj książek pan pisze?
   - Moje książki. Nie można ich zakwalifikować do żadnego gatunku.
   - Bardzo dobrze - podsumowała. Jej profesorski ton wskazywał na to, że właśnie byłem egzaminowany.
   - Pozwoli pani, że podaruję jej jedną z nich?
   - Ach... przywiózł ja pan ze sobą?
   - Nie. Jestem jednak pewien, że w księgarniach Ostendy...
   - Ach tak, księgarnie...
   Wypowiedział to słowo w taki sposób, jakby właśnie przypomniano jej o istnieniu czegoś przestarzałego, zapomnianego.
   - Widzi pan, ta biblioteka należała do mojego ojca, który uczył literatury. Żyję z tymi wydaniami od dzieciństwa, nie odczuwam potrzeby powiększania jego kolekcji. Jest jeszcze tyle dzieł, których nie poznałam. Proszę, nie dalej niż za pańskimi plecami, George Sand, Dickens... zostało mi jeszcze kilka tomów do odkrycia. Także Victor Hugo.
   - Geniusz Victora Hugo wyróżnia to, że zawsze jest jakaś stronica autorstwa Victora Hugo, której nie przeczytaliśmy.
   - Właśnie. Takie życie, pod opieką i w otoczeniu gigantów jest dla mnie ostoją! To dlatego nie ma tu... nowości.
   Wymówiła słowo "nowość" po chwili wahania, ostrożnie i niechętnie, wypowiadała je, ledwo otwierając usta, jakby to był wyraz wulgarny, sprośny. Słuchając jej, zdałem sobie sprawę że rzeczywiście chodzi o termin komercyjny, odpowiedni, by określić modny aktualnie artykuł, ale już nie utwór literacki. Odkryłem również, że w jej oczach byłem autorem "nowości", w pewnym sensie jedynie dostawcą.
   - Czyż powieści Daudeta albo Maupassanta w momencie publikacji nie były "nowościami"? - zapytałem.
   - Czas nadał im ich miejsce - odpowiedziała, jakbym wykazał się brakiem szacunku.
Miałem ochotę zasugerować, że teraz to ona wydawała się naiwna. Jednak nie czując się uprawniony do krytykowania pani domu, ograniczyłem się do zdiagnozowania przyczyny mojego zmieszania. Ta biblioteka nie oddychała; czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu przeobraziła się w muzeum, nie mogła ewoluować, skoro właścicielka wciąż nie była gotowa, by zaszczepić w nią świeżą krew.


Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 15-17, tłumaczenie Anny Lisowskiej

czwartek, 26 stycznia 2017

Po czym rozpoznaje pani arcydzieło?

   - Proszę mi wybaczyć, nie czytałam pańskich powieści - powiedziała, nie rozumiejąc mojego zmieszania.
   - Proszę nie przepraszać, nikt nie może znać wszystkiego. Poza tym, nie oczekuję tego od ludzi, których spotykam.
   Uspokojona przestała potrząsać bransoletą z koralu zawieszoną wokół chudego nadgarstka i uśmiechnęła się do siebie.
   - A jednak poświęcam wiele czasu na lekturę. I powtórną lekturę. Tak, zwłaszcza powtórną. Często powracam do tych samych książek. Arcydzieła odkrywa się dopiero po trzeciej lekturze albo nawet czwartej, czyż nie?
   - Po czym rozpoznaje pani arcydzieło?
   - Nigdy nie pomijam znanych fragmentów.
   Pochwyciła wolumin oprawiony w ciemnoczerwoną skórę i otworzyła go z werwą.
   - Odyseja na przykład. Otwieram ją na dowolnej stronie i rozkoszuję się lekturą. Ceni pan Homera?
   - Ależ... oczywiście.
   Po jej nagle pociemniałych tęczówkach wywnioskowałem, ze uważa moją odpowiedź za zbyt lekką, wręcz zuchwałą. Wysiliłem się zatem, by rozwinąć moją opinię.
   - Często utożsamiałem się z Ulissesem, ponieważ jest bardziej przebiegły niż inteligentny, niespiesznie wraca do domu, traktuje Penelopę z szacunkiem, nie gardząc żadną z pięknolicych kobiet napotkanych w podróży. W gruncie rzeczy Ulisses jest tak mało cnotliwy, że czuje się mu bliski. Uważam go za nowoczesnego mężczyznę.
   - To ciekawe i naiwne zarazem wierzyć, że niemoralność jest nowoczesna... Młodzi ludzie w każdym pokoleniu mają poczucie, że wynaleźli grzech, cóż za zarozumialstwo! [...]


Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 14-15, tłumaczenie Anny Lisowskiej

środa, 25 stycznia 2017

Chociaż nic nie sprawia mi takiej przyjemności jak przebywanie w otoczeniu zadrukowanego papieru, to...

   - To ciekawe, moje życie toczy się wśród książek, ale nigdy nie spotkałam pisarza.
   Wystarczyło się rozejrzeć, by móc potwierdzić jej słowa.Tysiące woluminów piętrzyło się na półkach w salonie, napierając nawet na jadalnię. Aby pozwolić mi lepiej wszystko zobaczyć, wtuliła się między meble i cicho jak cień zapaliła lampy, które roztoczyły subtelny blask światła.
   Chociaż nic nie sprawia mi takiej przyjemności jak przebywanie w otoczeniu zadrukowanego papieru, to jednak ta biblioteka, nie wiedzieć czemu, wprawiała mnie w zakłopotanie. Tomy wyglądały majestatycznie, oprawiono je w skórę lub płótno z precyzją i dbałością, tytuły i nazwiska autorów wytłoczono złoconymi literami. Książki różnej wielkości ułożono według ich różnorodności, bez chaosu czy wybujałej symetrii, według porządku, który wskazywał na wyrobiony gust, a jednak... Czy jesteśmy aż tak przyzwyczajeni do oryginalnych wydań, że oprawiona kolekcja zbija nas z tropu? Czyżbym cierpiał z powodu niemożności rozpoznania moich ulubionych okładek? Trudziłem się, by nazwać słowami moje zakłopotanie.

Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 13-14, tłumaczenie Anny Lisowskiej

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.

Wobec tej wielości celów, jakim ma służyć biblioteka, pozwolę sobie teraz opisać dziewiętnastopunktowy wzorzec złej biblioteki. [...] Dobra biblioteka w znaczeniu złej biblioteki (a więc dobry przykład negatywnego wzorca, jaki staram się zbudować) musi być przede wszystkim ogromnym koszmarem, musi być totalną zmorą i w tym sensie opis Borgesa dobrze tutaj pasuje.

A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. [...]
B. Tematy winny być określone przez bibliotekarza. Książki nie powinny mieć w kolofonie wskazówki co do tematu, pod którym trzeba je zakatalogować.
C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
E. Nie należy dawać więcej niż jedną książkę naraz.
F. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej tak więc należy podzielić swoje życie na dwa fundamentalne aspekty, jeden obejmujący lekturę, drugi sprawdzanie. Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.
G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki [...]
H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.
I. Prawie cały personel winny być dotknięty ułomnościami fizycznymi. Dotykam tutaj bardzo delikatnej sprawy i wcale nie zamierzam ironizować. [...]
J. Dział informacji winien być nieosiągalny.
K. Należy zniechęcać do wypożyczania.
L. Wypożyczenia międzybiblioteczne winny być niemożliwe, a w każdym razie trwać całymi miesiącami. Najlepiej jednak zagwarantować sobie niemożliwość zapoznania się ze stanem posiadania innych bibliotek.
Ł. W konsekwencji tego wszystkiego kradzież winna być bardzo ułatwiona.
M. Godziny otwarcia winny ściśle zgadzać się z godzinami pracy [..]
N. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolwiek w obrębie biblioteki i w żadnym razie nie powinno być mowy o posilaniu się poza biblioteką bez odłożenia wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa.
O. Niemożliwe winno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia.
P. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto pożyczył brakującą książkę.
R. Jeśli tylko się uda - żadnych ubikacji.
S. Następnie dodałem warunek: w sytuacji idealnej czytelnikowi nie powinno przysługiwać prawo wstępu do biblioteki; zakładając jednak, że wtargnął [...], w żadnym razie nie może i nigdy nie będzie mógł mieć dostępu do półek z książkami - poza pospiesznym przemknięciem przez bibliotekę podręczną.

Umberto Eco - O bibliotece. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2007, s. 15-21, tłumaczenie Adama Szymanowskiego

czwartek, 19 stycznia 2017

to początek Anny Kareniny, której, jak każda porządna dozorczyni, nie powinnam czytać...

   Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób - to początek Anny Kareniny, której, jak każda porządna dozorczyni, nie powinnam czytać, podobnie jak nie jest możliwe, bym zadrżała przy drugiej części tego zdania, bo nie mam prawa wiedzieć, że pochodzi od Tołstoja. Ponieważ jeśli nawet prości ludzie są wrażliwi na wielką literaturę, nie znając jej, nie mogą pretendować do wyżyn, na których ludzie wykształceni ją stawiają.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 157; tłumaczenie Ireny Stąpor

środa, 18 stycznia 2017

Bez wątpienia najmniej eklektyczna jestem w dziedzinie lektur...

   Bez wątpienia najmniej eklektyczna jestem w dziedzinie lektur, chociaż i tutaj wykazuję się wyjątkową różnorodnością zainteresowań. Czytałam książki z dziedziny historii, filozofii, ekonomii politycznej, socjologii, psychologii, pedagogiki, psychoanalizy i oczywiście przede wszystkim - literatury pięknej. Te pierwsze mnie interesowały, natomiast ta ostatnia jest całym moim życiem. Mój kot, Lew, ma tak na imię na cześć Tołstoja. Poprzedni nazywał się Dongo, za Fabricio del...* Pierwszy nazywał się Karenin z powodu Anny, ale mówiłam na niego Kare, ze strachu przed zdemaskowaniem. Poza jednym odstępstwem dla Stendhala moje upodobania usytuowałam w Rosji sprzed 1910 roku, chociaż pochlebiam sobie, ze pochłonęłam znaczną część literatury światowej. Jeśli wziąć pod uwagę, że jestem wiejską dziewczyną, której kariera zawodowa przerosła jej oczekiwania do tego stopnia, że została dozorczynią w kamienicy przy ulicy de Grenelle pod numerem 7, można by się spodziewać, że będę darzyć wiecznym uwielbieniem Barbarę Cartland **.
Mam zdrożną skłonność do kryminałów - ale te, które uważam za wielką literaturę. Czasami jest mi szczególnie trudno oderwać się od lektury Connelly'ego czy Henninga Mankela, by odpowiedzieć na dzwonek Bernarda Greliera czy Sabine Pallières, których zmartwienia nie harmonizują z medytacjami Harry'ego Boscha, uwielbiającego jazz policjanta z Los Angeles [...] 


* Fabricio del Dongo - bohater Pustelni Parmeńskiej Stendhala.

**  Barbara Cartland - autorka popularnych romansów.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 76-77; tłumaczenie Ireny Stąpor

wtorek, 17 stycznia 2017

Nauczyłam się czytać bez niczyjej wiedzy

       Byłam opętana.
   Ponieważ nie mogłam zaspokoić swojego głodu poprzez interakcje społeczne - nie do pomyślenia w moim położeniu - robiłam to poprzez książki. Widziałam, jak starsze dzieci w szkole szukają w nich niewidzialnych znaków, jakby poruszane tą samą siłą i, pogrążając się w milczeniu, czerpią z martwego papieru coś, co zdawało się żywe.
   Nauczyłam się czytać bez niczyjej wiedzy. Nauczycielka dukała jeszcze litery z innymi dziećmi, a ja już od dawna znałam wspólnotę utkaną przez znaki pisarskie, ich nieskończone połączenia i cudowne dźwięki, które pierwszego dnia pasowały mnie tutaj na rycerza, gdy wypowiedziała moje imię. Nikt o tym nie wiedział. Czytałam jak szalona, najpierw potajemnie, potem, kiedy według mojego przekonania minął normalny czas nauki, jawnie, ale starałam się ukryć przyjemność i zaciekawienie, które lektura we mnie budziła.
   Niedorozwinięte dziecko stało się wygłodniałą duszą.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 44; tłumaczenie Ireny Stąpor

piątek, 23 grudnia 2016

Są to najcieplejsze Święta, chociaż przypadają w okresie chłodów

(TP nr 52-53, 23-30 XII 1985)

BOŻE NARODZENIE

Są to najcieplejsze Święta, chociaż przypadają w okresie chłodów. Mają w sobie miękkość i puszystość śniegu nawet w bezśnieżne zimy. Bóg-Człowiek nie jest jeszcze dorosły, nie ma w sobie tragizmu przyszłej ofiary, jest małym, uśmiechniętym dzieckiem. Kolęda, ta najdziwniejsza z pieśni religijnych, pozwala Go brać na ręce, tulić, kołysać, dawać Mu zabawki. Można by ją uznać za świętokradczo poufałą, gdyby nie była tak tkliwa i tak pełna miłości. Pasterka rozkołysana tymi kolędami, pachnąca lasem i migocąca światełkami choinek jest najradośniejszą ze wszystkich mszy. Nawet ta sprzed trzech lat, kiedy ludzie wylegli niepewnie na puste, wymarłe ulice, nie straciła nic ze swego nastroju i potrafiła rozjaśnić najczarniejszą z nocy. [podkreślenie Autorki - przypisek paren]
Właśnie dlatego samotność w Boże Narodzenie jest największą samotnością. Dobrze o tym pamiętać, siadając do wigilijnego stołu, przy którym, zgodnie ze staropolskim zwyczajem, stawia się dodatkowe nakrycie. Czy to ma być talerz, czy człowiek?

Ewa Szumańska: Pięć lat. [Przedruk felietonów z Tygodnika Powszechnego z lat 1982-1987], Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza 1989, s. 44-45

piątek, 16 grudnia 2016

Lubiłem tę księgarnię i często tam zachodziłem, chociaż moje wizyty bywały na ogół bolesne.

Z placu Komuny Paryskiej (przed wojną Placu Wilsona), z przystanku opodal miejsca stracenia nieszczęsnej Ruhli, pojechałem do centrum - w Aleje Ujazdowskie.

Mieściła się tam księgarnia o nazwie „Logos - Kosmos”, zajmująca się głównie importem i sprzedażą książek obcojęzycznych wydanych na Za­chodzie. Sowieckie i enerdowskie albumy z dziełami sztuki, zawsze stojące w witrynie w eksponowanym miejscu, stanowiły wyjątek w asortymen­cie placówki. Poza tym „Logos - Kosmos. prowadził dział zamówień na określone pozycje (realizacja zlecenia w sprzyjających warunkach trwała cztery miesiące, w niesprzyjających - rok, a w niepomyślnych - wiecz­ność) oraz dział komisowy alias antykwaryczny (zaopatrzony najlepiej).
Lubiłem tę księgarnię i często tam zachodziłem, chociaż moje wizyty bywały na ogół bolesne. Straszliwie wysokie ceny, zwłaszcza na książki nowe z „krajów burżuazyjnych”, sprawiały, że zazwyczaj musiałem obejść się smakiem. Te gorzkie doświadczenia nie zniechęcały mnie jednak i wstępo­wałem tam znowu, nawet gdy nie szukałem niczego konkretnego. Bo trzeba jeszcze dodać, że owo „zagłębie książkowe” różniło się od innych maga­zynów tej branży nie tylko asortymentem i szerszą skalą usług, lecz rów­nież wystrojem wnętrza, procedurą zakupu i znacznie uprzejmiejszą niż gdzie indziej obsługą. Półki i lady z książkami stały wzdłuż ścian pomiesz­czenia, klienci zaś mieli prawo nie tylko do nich podchodzić i sami wynajdywać poszukiwane pozycje, lecz grzebać w stertach i rzędach. Jeżeli ktoś się śpieszył lub mimo czynionych wysiłków nie odnajdywał jednak upra­gnionego tytułu, mógł liczyć na chętną pomoc uprzejmego subiekta, a na­wet bywał proszony, aby „pozwolił z nim” na tajemnicze zaplecze.
Pchnąłem masywne drzwi i wkroczywszy do środka, ruszyłem z biją­cym sercem do działu wydawnictw francuskich. - Będzie? Nie będzie? Było! A ściśle mówiąc - była. „Zwycięstwo” po francusku jest rodzaju żeń­skiego:

Joseph Conrad
VICTOIRE
Du monde entier
Gallimard

Osiem czerwonych liter tytułowego słowa świetnie się odznaczało na jasnobeżowej okładce.
Zajrzałem na tył książki, gdzie wpisywano cenę. Osiemdziesiąt dwa złote! Majątek! Za te pieniądze w księgarni zwanej radziecką mógłbym dostać co najmniej trzy podręczniki szachowe, a w księgarni muzycznej - płytę długogrającą z przyzwoitym nagraniem, nie mówiąc już o innych dobrach i przyjemnościach, jak kino (siedem biletów), teatr (co najmniej trzy) lub przejazdy taksówką (z domu do szkoły pięć razy).
Nie zawahałem się jednak, lecz, zacisnąwszy zęby, ze znaleziskiem w ręce przeszedłem do sekcji niemieckiej.
Schopenhauer Joanna. Jugendleben... i coś tam. Nie, nic takiego nie było. Znalazłem natomiast Gedichte Friedricha Hölderlina - jakieś stare wydanie, gotykiem, w twardej oprawie; na metrykalnej stronicy widniała czarna pieczątka: swastyka w kółku z orłem i napis „Stolp - Garnisonsbibliothek”. Sprawdziłem w spisie rzeczy, czy jest hymn Ren (Der Rhein). Był. Cena książki? Sześć złotych! – Doskonale! Bierzemy.
Przy kasie, z nonszalancją erudyty-światowca spytałem, czy miewają Jugendleben und... Wander Joanny Schopenhauer.
- No, wiecie państwo, matki słynnego filozofa - dodałem na wszelki wypadek.
Sprzedawca pakujący moje cenne nabytki spojrzał na mnie uważnie, po czym przerwał swą czynność i poszedł na zaplecze. Po chwili wrócił stamtąd trzymając w rękach książkę w żółto-białej okładce, na której czer­niały litery stylizowane na gotyk:

Joanna Schopenhauer
Gdańskie wspomnienia młodości

- Czy o to ci idzie? - zapytał. Na ustach błąkał mu się filuterny uśmie­szek.
- Proszę! Polskie wydanie! - pokryłem zaskoczenie protekcjonalnym tonem. - A kiedyż to wydali?
- Już dobre siedem lat temu - wyjaśnił z udaną pokorą. - W pięćdzie­siątym dziewiątym. Pozycja antykwaryczna.
Zacząłem przerzucać strony wolnym, niedbałym ruchem, starając się odnaleźć rozdział trzydziesty dziewiąty.
- Da się czytać ten przekład? - spytałem lekceważąco.
- Ossolineum! - odrzekł z emfatycznym zgorszeniem. - Wątpisz w ich kompetencje? Pierwszy edytor w Polsce!



Antoni Libera: Madame. Wydawnictwo Znak, Kraków [?], s. 216-219

środa, 5 października 2016

Jesień

Исаак Ильич Левитан - Золотая Осень (1895)


"Etiuda na jesień" - Kazimierz Wierzyński
Zaczerwieniło się, pojesienniało
I zadziwiło się i odleciało
I tylko jedna popielata
Jaskółka szuka jeszcze lata
I tylko jedna ciemna róża
Więdnie o cały świat za duża
I tylko jeden słoneczniczy
Zegar pamiątki jeszcze liczy
I tylko oczy, gęste oczy,
Wzrok za szybami, w zapatrzeniu,
Wiatr powłóczyny drzewne troczy,
Na płocie gra jak na grzebieniu
I skrzypią z nim staruchy domy
I wrony lecą niską smugą
A wzrok wciąż milczy, nieruchomy,
Coś wypatruje i coś bada,
Stoi przy oknie długo, długo,
Od września aż do listopada.
Czemu on z liśćmi nie chce śniedzieć,
Za czym on błądzi, co chce wiedzieć?
Że zadumało się, pojesienniało,
Nikogo nie zadziwiło
I odleciało?

niedziela, 2 października 2016

...ponad pięćdziesiąt procent wszystkich książek wydawanych w Stanach Zjednoczonych wykupują nowojorczycy

- Każdy wybiera sobie rozrywki - rzekł sentencjonalnie - A co pani robi w czasie wakacji?
[...]
- Ja? Nadrabiam zaległości w czytaniu. Z jakichś powodów czytanie w Nowym Jorku jest rzeczą prawie niemożliwą. Czy pan to zauważył?
- Teraz, kiedy pani to powiedziała, tak.
- Pewien mój przyjaciel twierdzi, że ponad pięćdziesiąt procent wszystkich książek wydawanych w Stanach Zjednoczonych wykupują nowojorczycy. W mieszkaniach nowojorskich musi się znajdować więcej nie przeczytanych książek niż w Bibliotece Kongresu.
- Co panią najbardziej interesuje?
- Jestem miłośniczką literatury z czasów wojny secesyjnej - Odparła z uśmiechem. - Czy to nie absurdalne? Mój ojciec był zawodowym oficerem i z tego, co opowiadał, można by wnioskować, że brał udział w każdej bitwie od Buli Run do Appomattox...

Irwin Shaw - Szus. Książnica, Katowice 1993, s. 109; tytuł oryginalny: The Top of the Hill, przekład Małgorzata Róg-Świostek. Inna wersja tłumaczenia książki: Dosięgnąć szczytu (tłumaczenie Iwona i Jerzy Zielińscy)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...