środa, 9 lipca 2014

Oni nie interesują się poezją ani Szekspirem... Im w głowie futbol i rakiety.


Tym razem wspieram się pamięcią nieocenionego Marlowa, który po przeczytaniu "szekspirowskiego" fragmentu z Agathy Christie przypomniał mi, że i my mamy w literaturze bohaterów deklamujących Szekspira na każde zawołanie. :-)

Okładka
   "Przed przystań zajechał olbrzymi wóz-chłodnia, cały z aluminiowej blachy, błyszczący i okazały. Ciężarówka była wielka i okazała, kierowca zaś maleńki i niepozorny. Miał wielką łysinę, a twarz podobną do śniętego dorsza. Może dla­tego, że często woził ryby.

Ciekaw byłem, czym ciotka Kabała oczarowała dorszowatego kierowcę? Mo­że kartami? Może piętnastoma tysiącami na liczniku? A może znajomością ich­tiologii, czyli nauki o rybach? Z ciocią nigdy nic nie wiadomo. Ma pomysły.

Czekałem z niecierpliwością, co się okaże. Po chwili okazało się, że nic z tego nie rozumiem.

Kierowca wyskoczył z szoferki, przywitał się z ciocią tak serdecznie, jakby była jego rodzoną siostrą. Ciocia Kabała zawołała radośnie:

- Już sobie przypomniałam. Zaraz panu powiem. - I zaczęła mówić wznio­śle, kwieciście i do tego wierszem:

                  Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, 
                  Słowik to, a nie skowronek się zrywa 
                  I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.

Zupełnie zbaraniałem. Rozejrzałem się. Nie było ani słowika, ani skowronka i nikt śpiewem nie przeszył trwożnego ucha kierowcy. O czym ciocia mówi? Co jej przyszło do głowy? A ciocia uniosła oczy do nieba, położyła dłoń na sercu i dokończyła:

                Co noc on śpiewa ówdzie na gałązce 
                Granatu, wierzaj mi, że to był słowik.

Uwierzyłem na słowo, choć słowika nie widziałem ani nawet nie słyszałem i nie mogłem również dojrzeć gałązki granatu. Lecz kierowca dojrzał, bo naraz jego dorszowata twarz rozpromieniła się, a wyłupiaste oczy nabrały dziwnego blasku. Położył dłoń na sercu i zadeklamował:

               Skowronek to, ów czujny herold ranku, 
               Nie słowik, widzisz te zazdrosne smugi, 
               Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie ?

- Przepraszam bardzo - przerwałem mu. - Ustalcie nareszcie, czy to sło­wik, czy skowronek.
Ciocia spiorunowała mnie pełnym poezji spojrzeniem.
- Nie przerywaj!
A kierowca z Centrali Rybnej westchnął i ciągnął dalej:

              Pochodnie nocy już się wypaliły
              I dzień się wspina raźnie na gór szczyty.
              Chcąc żyć, iść muszę lub zostając - umrzeć.


- Proszę nie umierać - wtrącił Duduś - bo my chcemy dojechać do Koło­brzegu.
Teraz kierowca spiorunował spojrzeniem Dudusia.
- Nie przeszkadzać! - zawołał i zwrócił się do cioci. - Widzi pani, to jest nasza młodzież. Nic w nich nie ma romantyzmu. W głowie pustka, a w sercu chłód.
Ciocia westchnęła:
- Za moich czasów inaczej bywało. Oni nie interesują się poezją ani Szek­spirem... Im w głowie futbol i rakiety.
- Phi — Duduś uśmiechnął się tajemniczo. - Od razu wiedziałem, że to scena piąta aktu trzeciego „Romeo i Julia" Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego.

Bęc! Proszę bardzo, Duduś uratował honor młodzieży. Byłbym go chętnie uścisnął, ale uczynił to za mnie kierowca.
- Geniusz! - zawołał. - A myśmy wczoraj pół godziny zastanawiali się, jak się zaczyna piąta scena trzeciego aktu.
Teraz wiedziałem, że ciocia Kabała oczarowała łysego kierowcę znajomością Szekspira, chociaż, przyznam się, do tej pory nic o Szekspirze nie słyszałem. Przy­rzekłem sobie, że po powrocie do Warszawy zajrzę do biblioteki ojca, żeby się dowiedzieć, co to za jeden.

Tymczasem wysłuchaliśmy całej sceny piątej trzeciego aktu w wykonaniu cio­ci Kabały i kierowcy. Ciocia była Julią, kierowca Romeem, a my z Dudusiem wi­downią. Tak wspaniale odegrali, że aż mi łzy napłynęły do oczu. Wóz-chłodnia czekał, Kołobrzeg czekał, a oni nic, tylko odgrywali z dłońmi na sercu i oczami utkwionymi w bladym błękicie.

Gdy skończyli, kierowca otarł łzę toczącą się po jego spalonym policzku i po­wiedział:
- Całą noc czytałem tę scenę, żeby się jej nauczyć na pamięć."


Adam Bahdaj: Podróż za jeden uśmiech. Nasza Księgarnia, Warszawa 1973, s. 128-129

4 komentarze:

  1. Całą noc.
    Wzruszyłam się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, że to wspaniałe? Kto dzisiaj zarwałby noc, żeby czytać Szekspira...

      Usuń
  2. Ja, ale ja nie młodzież :) a swoją drogą, jak świat światem, zawsze się na młodzież narzekało. Pamiętam, jak sama byłam młodzieżą, że mnie to bardzo denerwowało, bo generalnie to prawda, ale są przecież wyjątki. Z racji wykonywanego zawodu śledziłam przebieg projektu Szekspiracje, podczas którego młodzież (i nauczyciele) poznają twórczość tego dramato i komediopisarza. I dziś zapewne wiedzą na jego temat dużo więcej niż ja. A Podróż za jeden uśmiech szalenie lubiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, ale i ja nie jestem już młodzieżą. :-) Lubiłam Bahdaja, nie tylko "Podróż...". A i teraz przeczytałam ją z przyjemnością przy okazji szukania tego fragmentu.
      A z młodzieżą to prawda, narzekanie na "tę dzisiejszą młodzież" powtarza się co pokolenie. :-)
      Bardzo mnie zainteresowałaś tym projektem Szekspiracje. Zaraz przeszukam Internet, żeby się czegoś o nim dowiedzieć. Dziękuję. :-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...