wtorek, 31 stycznia 2017

Onaż była w każdym polskim domie...

W suchym, wiotkim szeleście liści pracowało na solecznickim cmentarzu dwóch ludzi. Na pozdrowienie, ten z krótkim, siwym wąsem, uniósł głowę.
- Polka? A skąd?
- Z Warszawy
- Z samej Warszawy? Oj! Maciej, bystro! Polaki z Warszawy przyjechawszy. Kochaneńka! Onże głuchy jak pienik klonowy, no niech choć popatrzy sie, jak po polsku opowiadać będziesz. Zamek królów budzi sie, prawda to?
Po opowieści o zamku królów Edward Apanel z Sołecznik Wielkich, pochyliwszy się, uniósł dwa liście klonu.
- Popatrz ty, kochaneńka. Liścik ten zołocieńki, czyścieńki. Ot, u ciebie taka mowa. A drugi czerniaty, pieżaty, wichrami ubity. U nas taka mowa. No te dwa liście z jednego spłyli drzewa. I my z jednego... Polskiego. 
[...]
A pani na zaduszny dzień do swoich musi wróciwszy, do Warszawy? Ja nadto śmiały jestem - nie proszę książka, ona drogo stoi i u was, i u nas. No Przyszlij mnie, kochaneńka ty, pocztówkę, co by na niej Warszawa była jak żywa... Powiesiwszy ja sobie kole Ostrombramskiej, powiem: patrz stary, kto do ciebie na dni ostatnie przyszedł.
- Przyślę każdą książkę. Tylko jaką chciałby pan mieć?
- To niemożebność, kochaneńka, żeby pani nie znała, jaka polska książka posiadać by ja chciał. Onaż była w każdym polskim domie, zaczem wojna ją wzięła. We Wilnie pono kupić się da, no, nim stary dziad doleciawszy, rozdrapią. To jest ta jedna, ta jedyna, gdzie napisano: przenoś moja dusza utęskniona...

październik-listopad 1976

Barbara Wachowicz - Malwy na lewadach. Wydawnictwa radia i Telewizji, Warszawa 1983, s. 224-225

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kocham wszystkie baśnie...

BAŚNIE UCZĄ ŻYCIA

Jaka jest twoja ulubiona baśń  z dzieciństwa?

Kocham wszystkie baśnie i do dziś bardzo je cenię, napisałam nawet o nich książkę Bajki rozebrane – polecam. Uważam, że ciągle opisują nasz świat, również ten niby-nowy. Baśń, którą ludzie wskażą za najważniejszą w swoim dzieciństwie, pokazuje, z jakimi problemami naprawdę się stykali. Dla mnie taką baśnią była Królowa Śniegu – chodziło tu o moją mamę. Gerda, bohaterka tej baśni, jest niezwykle dzielną dziewczynką, która daleko wędruje, w ogromnym trudem pokonuje wszystkie przeszkody, zwycięża pokusy, po drodze zaprzyjaźnia się i uczy – wszystko po to, by chronić swojego Kaja. A Kaj może tu być bratem, ukochanym, ale może też być męskim aspektem kobiety. W Jasiu i Małgosi występuje to samo. Gdy kobieta coś zdobywa, jest dzielna i – jak to wcześniej nazwałeś – ma jaja, chodzi wtedy o jej męska część, czyli – mówiąc po jungowsku – o animusa. O jej dzielność. odwagę, jej sile, bo kobiety też to mają – i świetnie, że to mają. Tak jak mężczyźni mają delikatność i wrażliwość, o czym sam pan wie najlepiej, bo nimi dysponuje
[…]
Jak wszystkie dzieci, które bardzo przejmują się baśniami, dzięki Królowej Śniegu nauczyłam się, że można tę złą królową jednak zwyciężyć, można pokonać czarowników i potwory. Chcę powiedzieć wszystkim rodzicom niezwykle ważną rzecz: nie bójcie się okrucieństwa w baśniach. Bo rodzice bardzo się boją, gdy ich dziecko dowiaduje się, że siostrom Kopciuszka matka ścięła pięty, żeby zmieściły się w malutki pantofelek, a na końcu jeszcze wyłupiono im oczy za to, że były złe dla Kopciuszka. Albo że pozbawia się wzroku złą wiedźmę. Nie bójmy się tego! Te wszystkie kary są oczywiście metaforyczne i dziecko – gdy dowiaduje się, że zły bohater został ukarany – oddycha z ulgą, jest spokojne. Sprawiedliwości stało się zadość, dobro zwyciężyło. Lęki dziecka, że np. w ciemnym pokoju jest potwór, są straszne, wielkie, mają wagę tych baśniowych kar. Więc jeżeli potwór zostanie w ten sposób ukarany, to wszystko jest wtedy w porządku.


Katarzyna Miller – Męskie sposoby na damskie rozmowy. Czego mężczyźni chcą się dowiedzieć od kobiet. [pytał Wojciech Błach]. Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2016, s. 209-211

piątek, 27 stycznia 2017

Geniusz Victora Hugo wyróżnia to, że zawsze jest jakaś stronica autorstwa Victora Hugo, której nie przeczytaliśmy.

[...] Jaki rodzaj książek pan pisze?
   - Moje książki. Nie można ich zakwalifikować do żadnego gatunku.
   - Bardzo dobrze - podsumowała. Jej profesorski ton wskazywał na to, że właśnie byłem egzaminowany.
   - Pozwoli pani, że podaruję jej jedną z nich?
   - Ach... przywiózł ja pan ze sobą?
   - Nie. Jestem jednak pewien, że w księgarniach Ostendy...
   - Ach tak, księgarnie...
   Wypowiedział to słowo w taki sposób, jakby właśnie przypomniano jej o istnieniu czegoś przestarzałego, zapomnianego.
   - Widzi pan, ta biblioteka należała do mojego ojca, który uczył literatury. Żyję z tymi wydaniami od dzieciństwa, nie odczuwam potrzeby powiększania jego kolekcji. Jest jeszcze tyle dzieł, których nie poznałam. Proszę, nie dalej niż za pańskimi plecami, George Sand, Dickens... zostało mi jeszcze kilka tomów do odkrycia. Także Victor Hugo.
   - Geniusz Victora Hugo wyróżnia to, że zawsze jest jakaś stronica autorstwa Victora Hugo, której nie przeczytaliśmy.
   - Właśnie. Takie życie, pod opieką i w otoczeniu gigantów jest dla mnie ostoją! To dlatego nie ma tu... nowości.
   Wymówiła słowo "nowość" po chwili wahania, ostrożnie i niechętnie, wypowiadała je, ledwo otwierając usta, jakby to był wyraz wulgarny, sprośny. Słuchając jej, zdałem sobie sprawę że rzeczywiście chodzi o termin komercyjny, odpowiedni, by określić modny aktualnie artykuł, ale już nie utwór literacki. Odkryłem również, że w jej oczach byłem autorem "nowości", w pewnym sensie jedynie dostawcą.
   - Czyż powieści Daudeta albo Maupassanta w momencie publikacji nie były "nowościami"? - zapytałem.
   - Czas nadał im ich miejsce - odpowiedziała, jakbym wykazał się brakiem szacunku.
Miałem ochotę zasugerować, że teraz to ona wydawała się naiwna. Jednak nie czując się uprawniony do krytykowania pani domu, ograniczyłem się do zdiagnozowania przyczyny mojego zmieszania. Ta biblioteka nie oddychała; czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu przeobraziła się w muzeum, nie mogła ewoluować, skoro właścicielka wciąż nie była gotowa, by zaszczepić w nią świeżą krew.


Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 15-17, tłumaczenie Anny Lisowskiej

czwartek, 26 stycznia 2017

Po czym rozpoznaje pani arcydzieło?

   - Proszę mi wybaczyć, nie czytałam pańskich powieści - powiedziała, nie rozumiejąc mojego zmieszania.
   - Proszę nie przepraszać, nikt nie może znać wszystkiego. Poza tym, nie oczekuję tego od ludzi, których spotykam.
   Uspokojona przestała potrząsać bransoletą z koralu zawieszoną wokół chudego nadgarstka i uśmiechnęła się do siebie.
   - A jednak poświęcam wiele czasu na lekturę. I powtórną lekturę. Tak, zwłaszcza powtórną. Często powracam do tych samych książek. Arcydzieła odkrywa się dopiero po trzeciej lekturze albo nawet czwartej, czyż nie?
   - Po czym rozpoznaje pani arcydzieło?
   - Nigdy nie pomijam znanych fragmentów.
   Pochwyciła wolumin oprawiony w ciemnoczerwoną skórę i otworzyła go z werwą.
   - Odyseja na przykład. Otwieram ją na dowolnej stronie i rozkoszuję się lekturą. Ceni pan Homera?
   - Ależ... oczywiście.
   Po jej nagle pociemniałych tęczówkach wywnioskowałem, ze uważa moją odpowiedź za zbyt lekką, wręcz zuchwałą. Wysiliłem się zatem, by rozwinąć moją opinię.
   - Często utożsamiałem się z Ulissesem, ponieważ jest bardziej przebiegły niż inteligentny, niespiesznie wraca do domu, traktuje Penelopę z szacunkiem, nie gardząc żadną z pięknolicych kobiet napotkanych w podróży. W gruncie rzeczy Ulisses jest tak mało cnotliwy, że czuje się mu bliski. Uważam go za nowoczesnego mężczyznę.
   - To ciekawe i naiwne zarazem wierzyć, że niemoralność jest nowoczesna... Młodzi ludzie w każdym pokoleniu mają poczucie, że wynaleźli grzech, cóż za zarozumialstwo! [...]


Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 14-15, tłumaczenie Anny Lisowskiej

środa, 25 stycznia 2017

Chociaż nic nie sprawia mi takiej przyjemności jak przebywanie w otoczeniu zadrukowanego papieru, to...

   - To ciekawe, moje życie toczy się wśród książek, ale nigdy nie spotkałam pisarza.
   Wystarczyło się rozejrzeć, by móc potwierdzić jej słowa.Tysiące woluminów piętrzyło się na półkach w salonie, napierając nawet na jadalnię. Aby pozwolić mi lepiej wszystko zobaczyć, wtuliła się między meble i cicho jak cień zapaliła lampy, które roztoczyły subtelny blask światła.
   Chociaż nic nie sprawia mi takiej przyjemności jak przebywanie w otoczeniu zadrukowanego papieru, to jednak ta biblioteka, nie wiedzieć czemu, wprawiała mnie w zakłopotanie. Tomy wyglądały majestatycznie, oprawiono je w skórę lub płótno z precyzją i dbałością, tytuły i nazwiska autorów wytłoczono złoconymi literami. Książki różnej wielkości ułożono według ich różnorodności, bez chaosu czy wybujałej symetrii, według porządku, który wskazywał na wyrobiony gust, a jednak... Czy jesteśmy aż tak przyzwyczajeni do oryginalnych wydań, że oprawiona kolekcja zbija nas z tropu? Czyżbym cierpiał z powodu niemożności rozpoznania moich ulubionych okładek? Trudziłem się, by nazwać słowami moje zakłopotanie.

Eric-Emmanuel Schmitt - Marzycielka z Ostendy. Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2011, s. 13-14, tłumaczenie Anny Lisowskiej

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.

Wobec tej wielości celów, jakim ma służyć biblioteka, pozwolę sobie teraz opisać dziewiętnastopunktowy wzorzec złej biblioteki. [...] Dobra biblioteka w znaczeniu złej biblioteki (a więc dobry przykład negatywnego wzorca, jaki staram się zbudować) musi być przede wszystkim ogromnym koszmarem, musi być totalną zmorą i w tym sensie opis Borgesa dobrze tutaj pasuje.

A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. [...]
B. Tematy winny być określone przez bibliotekarza. Książki nie powinny mieć w kolofonie wskazówki co do tematu, pod którym trzeba je zakatalogować.
C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
E. Nie należy dawać więcej niż jedną książkę naraz.
F. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej tak więc należy podzielić swoje życie na dwa fundamentalne aspekty, jeden obejmujący lekturę, drugi sprawdzanie. Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.
G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki [...]
H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.
I. Prawie cały personel winny być dotknięty ułomnościami fizycznymi. Dotykam tutaj bardzo delikatnej sprawy i wcale nie zamierzam ironizować. [...]
J. Dział informacji winien być nieosiągalny.
K. Należy zniechęcać do wypożyczania.
L. Wypożyczenia międzybiblioteczne winny być niemożliwe, a w każdym razie trwać całymi miesiącami. Najlepiej jednak zagwarantować sobie niemożliwość zapoznania się ze stanem posiadania innych bibliotek.
Ł. W konsekwencji tego wszystkiego kradzież winna być bardzo ułatwiona.
M. Godziny otwarcia winny ściśle zgadzać się z godzinami pracy [..]
N. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolwiek w obrębie biblioteki i w żadnym razie nie powinno być mowy o posilaniu się poza biblioteką bez odłożenia wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa.
O. Niemożliwe winno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia.
P. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto pożyczył brakującą książkę.
R. Jeśli tylko się uda - żadnych ubikacji.
S. Następnie dodałem warunek: w sytuacji idealnej czytelnikowi nie powinno przysługiwać prawo wstępu do biblioteki; zakładając jednak, że wtargnął [...], w żadnym razie nie może i nigdy nie będzie mógł mieć dostępu do półek z książkami - poza pospiesznym przemknięciem przez bibliotekę podręczną.

Umberto Eco - O bibliotece. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2007, s. 15-21, tłumaczenie Adama Szymanowskiego

czwartek, 19 stycznia 2017

to początek Anny Kareniny, której, jak każda porządna dozorczyni, nie powinnam czytać...

   Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób - to początek Anny Kareniny, której, jak każda porządna dozorczyni, nie powinnam czytać, podobnie jak nie jest możliwe, bym zadrżała przy drugiej części tego zdania, bo nie mam prawa wiedzieć, że pochodzi od Tołstoja. Ponieważ jeśli nawet prości ludzie są wrażliwi na wielką literaturę, nie znając jej, nie mogą pretendować do wyżyn, na których ludzie wykształceni ją stawiają.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 157; tłumaczenie Ireny Stąpor

środa, 18 stycznia 2017

Bez wątpienia najmniej eklektyczna jestem w dziedzinie lektur...

   Bez wątpienia najmniej eklektyczna jestem w dziedzinie lektur, chociaż i tutaj wykazuję się wyjątkową różnorodnością zainteresowań. Czytałam książki z dziedziny historii, filozofii, ekonomii politycznej, socjologii, psychologii, pedagogiki, psychoanalizy i oczywiście przede wszystkim - literatury pięknej. Te pierwsze mnie interesowały, natomiast ta ostatnia jest całym moim życiem. Mój kot, Lew, ma tak na imię na cześć Tołstoja. Poprzedni nazywał się Dongo, za Fabricio del...* Pierwszy nazywał się Karenin z powodu Anny, ale mówiłam na niego Kare, ze strachu przed zdemaskowaniem. Poza jednym odstępstwem dla Stendhala moje upodobania usytuowałam w Rosji sprzed 1910 roku, chociaż pochlebiam sobie, ze pochłonęłam znaczną część literatury światowej. Jeśli wziąć pod uwagę, że jestem wiejską dziewczyną, której kariera zawodowa przerosła jej oczekiwania do tego stopnia, że została dozorczynią w kamienicy przy ulicy de Grenelle pod numerem 7, można by się spodziewać, że będę darzyć wiecznym uwielbieniem Barbarę Cartland **.
Mam zdrożną skłonność do kryminałów - ale te, które uważam za wielką literaturę. Czasami jest mi szczególnie trudno oderwać się od lektury Connelly'ego czy Henninga Mankela, by odpowiedzieć na dzwonek Bernarda Greliera czy Sabine Pallières, których zmartwienia nie harmonizują z medytacjami Harry'ego Boscha, uwielbiającego jazz policjanta z Los Angeles [...] 


* Fabricio del Dongo - bohater Pustelni Parmeńskiej Stendhala.

**  Barbara Cartland - autorka popularnych romansów.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 76-77; tłumaczenie Ireny Stąpor

wtorek, 17 stycznia 2017

Nauczyłam się czytać bez niczyjej wiedzy

       Byłam opętana.
   Ponieważ nie mogłam zaspokoić swojego głodu poprzez interakcje społeczne - nie do pomyślenia w moim położeniu - robiłam to poprzez książki. Widziałam, jak starsze dzieci w szkole szukają w nich niewidzialnych znaków, jakby poruszane tą samą siłą i, pogrążając się w milczeniu, czerpią z martwego papieru coś, co zdawało się żywe.
   Nauczyłam się czytać bez niczyjej wiedzy. Nauczycielka dukała jeszcze litery z innymi dziećmi, a ja już od dawna znałam wspólnotę utkaną przez znaki pisarskie, ich nieskończone połączenia i cudowne dźwięki, które pierwszego dnia pasowały mnie tutaj na rycerza, gdy wypowiedziała moje imię. Nikt o tym nie wiedział. Czytałam jak szalona, najpierw potajemnie, potem, kiedy według mojego przekonania minął normalny czas nauki, jawnie, ale starałam się ukryć przyjemność i zaciekawienie, które lektura we mnie budziła.
   Niedorozwinięte dziecko stało się wygłodniałą duszą.

Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 44; tłumaczenie Ireny Stąpor
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...