środa, 9 marca 2016

Familia, czyli zbiór wszystkich naszych krewnych, podobna jest do biblioteki...

   Familia, czyli zbiór wszystkich naszych krewnych, podobna jest do biblioteki. Rodząc się na świat, człowiek znajduje już przygotowaną dla siebie tego rodzaju bibliotekę i stopniowo się z nią znajomi. Na pierwszej półce stoją dwie święte dla niego księgi, Stary i Nowy Testament - to ojciec i matka. Dalej z porządku dzieła zbawienne, moralne i pożyteczne - to dziadek, babka, stryj i stryjenka, wuj i wujenka. Dalej w mniejszym formacie dzienniki serca - bracia i siostry. Nareszcie w odleglejszych półkach, rozmaitości; książki różnego formatu i wydania; nowe i stare, dobre i złe, przyjemne i nudne, filozofia i mazurki - to obszerny oddział kuzynów i kuzynek. Katalog tej biblioteki ciągle się przemienia, dlatego, że czas, obojętny jej bibliotekarz, mało zważając na gusta dziedzica, nieustannie jedne dzieła wyrzuca za okno, a drugie jakieś stawia na półkach. Jest to najniegrzeczniejszy pedant ze wszystkich bibliotekarzy, których miałam honor poznać, i do tego taki tajemniczy w swych działaniach, że mając znaczną bibliotekę, prawie nigdy nie można doprosić się własnych swoich książek; nie można nawet wiedzieć dokładnie, wiele ich się posiada. Szczególnie trudno poznać rozmaitości. Ot, ja na przykład, dotąd nie mogę poznajomić się z tą półką, na której, jeśli się nie mylę, znajduje się więcej stu tomów różnego kształtu, wydanych w kilku polskich prowincjach. Udało mi się przypadkiem poznać tylko jedno dzieło, lecz egzemplarz miał tak niepozorną powierzchowność, że bez pomocy bibliotekarza nigdy bym nie poznała prawdziwej jego wartości.

Ludwik Sztyrmer - Powieści nieboszczyka Pantofla. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 7-9


sobota, 5 marca 2016

Kiedy się rane zapalają zorza...

   Ktoś klęczy. Głowa oparta o stolik, ręka ściska pióro, z otwartego kałamarza inkaust kapie na podłogę.
   Senior chce krzyknąć na urwisa: "Czemu nie śpisz tam, gdzie potrza. Co to za zbytki?!"
   Ale zabieliła mu się kartka na podłodze. Podnosi ją. Pismo świeże, inkaust jeszcze się świeci, mokry.
   Przychyla się nad stołem. Z jednej strony lampka, z drugiej przyświeca sobie świeczką. Gromniczka się krzywi, kapie ciepłym woskiem staremu na ręce, ale senior tego nie czuje. Czyta, chciwie odczytuje rządki mokrego jeszcze pisma:

Kiedy się rane zapalają zorza,
A dzień z wielkiego występuje morza,
Przyszedłem na brzeg, kędy Wisła bieży,
A tam siedziała na wysokiej wieży,
Podjąwszy rękę, smutna białagłowa,
I pocznie z płaczem narzekać w te słowa:
-------------------------------------------------
"Bogu tajemne nie są ludzkie sprawy,
Ten z nieba widzi, kto krzyw, a kto prawy.
Ja nie mam komu krzywdy swej powiedzieć,
Jeślibych miała, i to trudno wiedzieć.
Jednęż mam wolność w swej ciężkiej niewoli,
Że się wżdy mogę napłakać do woli.

Więc mię to zewsząd szczęście pokarało,
Wszytko mi za raz, com miała, pobrało:
Ojczyzny nie mam, matkim ostradała,
Samam się w ręce okrutne dostała.
Cóż mię gorszego mogło potkać w boju,
Nad to, co cierpię, nieboga w pokoju?... "

   Któż to napisał? On? Ten dzieciuch jeszcze!
  Przygląda się chłopcu uważniej. Toć to ten, co dostał kobiałkę z domu! Co to ksiądz ze Zwolenia... Johannes Kochanowski!
   Oczy starego zaszkliły się, zwilgotniały.
   - Poeta... wielki poeta w mojej bursie rośnie.


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 120-121

[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...