piątek, 15 stycznia 2016

Właśnie postanowiłem naruszyć prawo: zamierzałem przeczytać coś nieprzydatnego!


   Był grudniowy wieczór w Bibliotece Narodowej.
   Znużony pracą, zapisywaniem, robieniem adnotacji, zaznaczaniem, rozważaniem, przeglądaniem, medytowaniem przez cały dzień, ze zmęczonymi oczami, ociężałą ręką odłożyłem pióro i odsunąłem krzesło.
    Otaczały mnie ciała przygarbione nad biurkami, głowy lśniące pod lampami i długie ściany zamkniętych książek, niemych, nieprzeniknionych. Jakiś płynny, zielonkawy klej sprawił, że Czytelnia Główna zastygła w niezmąconej ciszy. Nic się nie poruszało. Utrzymywała się w niej woń specyficznego kurzu, takiego, który wzbijamy każdego ranka.
   „Ja chyba śnię... już nie żyję... Dałem się usidlić iluzji...”
   Po raz pierwszy znienawidziłem swoją pracę. Patrzyłem na sterty dokumentów jak na rzeczy odległe, obce, a przecież od lat zmuszała mnie do pochylania się nad nimi moja praca uczonego, zawiłe badania nad językoznawstwem średniowiecza, które nikogo nie interesowały, nawet mnie.
   W górze, wzdłuż ponurych przeszklonych ścian prześlizgnął się jakiś cień.
   Rozejrzałem się wokół siebie.
   Głowy myślały. Gdyby nie źrenice, które łypały od czasu do czasu znad worków pod oczami, zza okularów w rogowej oprawie, można by nabrać wątpliwości, czy jeszcze żyją. Czytały. Jak nieruchoma jaszczurka trawi owada, tak one wchłaniały wiedzę, nasiąkały pamięcią świata, nie odrywając się od istoty rzeczy. Jakże nudna jest wieczność, gdy przenika czas...
   Wstałem.
   Zmierzyłem wzrokiem wszystkie te głowy. Ach! Niczego się nie domyślały!...
   Z sardonicznym uśmiechem na twarzy zapuściłem się do podziemnych pomieszczeń, w których mieściły się katalogi.
   Właśnie postanowiłem naruszyć prawo: zamierzałem przeczytać coś nieprzydatnego! Tak po prostu. Bez uzasadnienia. Złamać reguły badacza, zbijać bąki, czytać dla przyjemności...
Występek, ot co!
   Zamknąwszy powieki, błądziłem między szafkami i otworzyłem na chybił trafił jedną z szuflad, żeby wyjąć po omacku jakąś kartę katalogową. Odpisałem z niej jedynie numer i poszedłem  złożyć zamówienie.
   Wróciłem na swoje miejsce w ossuarium Czytelni Głównej i przez dziesięć minut, które zajęło mi oczekiwanie, śmiałem się sam do siebie z radości, która czułem w głębi duszy.
   W końcu bibliotekarz przyniósł mi stary tom oprawiony w czerwoną skórę, z fioletowym brzegiem.  Był to Słownik patriotyczny autorstwa niejakiego Fustela des Houillères, opublikowany w 1798 roku przez Nicéphore’a Salvioina, księgarza.
   Ależ fart1 To dzieło było mi zupełnie nieznane.

   W dalszym ciągu zdając się na przypadek, otworzyłem książkę tam, gdzie sama się otwierała...

 Eric-Emmanuel Schmitt: Sekta egoistów. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015,  s. 7-10, tłumaczenie: Łukasz Müller

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie wolno przestać marzyć

  - Byłem chłopcem do wszystkiego w księgarni - powiedział nagle pan Quarendon. - Zawsze lubiłem książki. Nie czytałem ich początkowo, ale to była przyjemna i czysta praca. Przenosiłem paczki z samochodów do sklepu, później pakowałem towar, myłem szyby, sprzątałem, a w każdą sobotę chodzili my do kina. A później wzięliśmy ślub i byłem tak samo szczęśliwy jak dziś. Może nawet szczęśliwszy, bo dzień i noc marzyłem, żeby zdobyć to, co mamy dzisiaj.
  Pani Quarendon uśmiechnęła się, ale nie dostrzegł tego, gdyż  szedł za nią.
[...]
  - Nie wolno przestać marzyć - przytaknął sobie zdecydowanym ruchem głowy. - Bo co pozostanie? Człowiek, który pracował przez całe życie, jaką radość może znaleźć w tym, że nagle pewnego dnia przestanie pracować tylko dlatego, że zarobił bardzo wiele pieniędzy? Pieniędzmi mierzy się sukces, ale same pieniądze nie są sukcesem. Zarobić milion, kiedy ma się sto milionów jest łatwiej niż zarobić sto funtów, kiedy ma się dziesięć. Już wtedy, na początku, zrozumiałem, że na każdego klienta, który kupił zwykłą powieść albo tomik poezji, wypada dziesięciu kupujących nowości z nieboszczykiem albo na pół rozebraną, ponętną, przerażoną dziewczyną na okładce. Na kogoś, kto umiałby opanować ten rynek i sterować nim, czekały góry złota. Ale miałem dwadzieścia lat i ani pensa przy duszy. Stu innych, bogatych, sprytnych i przedsiębiorczych zajmowało się tym od dziesięcioleci. Pamiętasz nasz pierwszy sklepik? Kupowałem rozsypujące się książki i sklejałem je w nocy, a ty ze mną. Sprzedawali nam je po parę pensów mali chłopcy, a kupowali je inni chłopcy płacąc pensa lub dwa więcej… i zbierałem te pensy nie mówiąc ci, po co je zbieram. Bałem się, że będziesz protestowała, płakała, byłaś wtedy w ciąży, Ryszard miał przyjść na świat. A wszystko wydawało się takie niepewne. Byliśmy biedni. Jak mogłem ci powiedzieć, że chcę wydrukować moją pierwszą książkę zanim dziecko się urodzi?
  Szli bardzo powoli. Sara Quarendon milczała.
  - Chciałem zostać wydawcą, a nie miałem nawet szylinga na zapłacenie pierwszemu autorowi. Autora zresztą także nie miałem ani tej wymarzonej książki. A gdybym ich miał, nie miałbym dość pieniędzy na opłacenie papieru, drukarni i kogoś, kto zrobiłby dobrą okładkę… To dziwne, ale wiedziałem, jak ma wyglądać ta okładka, chociaż było to zupełnie bez sensu, skoro nie znałem treści książki… Wiedziałem też, jak ma się nazywać wydawnictwo. QUARENDON PRESS! Tak, Saro. Usypiając marzyłem o tym, że ta nazwa znana będzie nie tylko w Londynie, ale w Nowym Yorku, Toronto, Melbourne, Johannesburgu, wszędzie na świecie, gdzie ludzie czytają po angielsku… W końcu znalazłem autora i książkę, a twoja matka pożyczyła nam sto funtów, które odłożyła sobie na starość…

Joe Alex - Cicha jak ostatnie tchnienie. Wydawnictwo Elipsa, Warszawa 2005, s 9-10

wtorek, 5 stycznia 2016

...żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.

  Kilka lat poświęciłem na lekturę rękopisów, które przekazywali mi wydawcy (niekiedy także ci ważni), ponieważ składanych tekstów nikomu nie chciało się u nich czytać. Płacili pięć tysięcy lirów za rękopis. Spędzałem całe dnie wyciągnięty na łóżku, czytając jak opętany. Potem, aby zniszczyć nieostrożnego autora, redagowałem dwustronicową opinię pełną sarkazmu najwyższej próby. W wydawnictwie wszyscy oddychali z ulgą. Pisali do lekkomyślnego, że im przykro, ale muszą odmówić, i na tym koniec. Czytanie rękopisów, które nigdy nie zostaną opublikowane, może okazać się zawodem. [...]
  Marzyłem o tym, o czym marzą wszyscy przegrani: napiszę kiedyś książkę, która przyniesie mi sławę i bogactwo. Chciałem się nauczyć, jak zostać wielkim pisarzem, i zatrudniłem się nawet jako murzyn (albo ghost writer, jak mówi się dzisiaj ze względu na polityczną poprawność) u autora powieści kryminalnych, który z kolei - żeby dobrze się sprzedawać - używał amerykańskiego nazwiska na wzór aktorów ze spaghetti westernów. Pięknie było pracować w cieniu, za dwiema kurtynami (za Innym i innym nazwiskiem Innego).
  Pisanie czyjegoś kryminału jest łatwe, wystarczyło naśladować styl Chandlera, a w ostateczności Spillane'a. Próbując jednak spłodzić coś własnego, stwierdzałem, że aby opisać kogoś lub coś, sięgam do literatury. Nie byłem zdolny powiedzieć, że ktoś spaceruje w bezchmurne, jasne popołudnie; mówiłem, że spaceruje "pod niebem Canaletta". Uświadomiłem sobie później, że robił tak również D'Annunzio. Aby oznajmić, że niejaka Constanza Landbrook ma pewne zalety, pisał, że wydaje się ona istotą stworzoną przez Thomasa Lawrence'a; w przypadku Eleny Muti zauważał, że jej rysy przypominają niektóre profile pędzla młodego Moreau, a w związku z Andreą Sperellim - że przywodzi na myśl portret nieznanego szlachcica z Galerii Borghese. I tak, żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.
D'Annunzio był złym pisarzem, ale to nie znaczy, że miałem nim być także ja. Starając się uwolnić od nałogu cytowania, postanowiłem przestać pisać.

Umberto Eco: Temat na pierwszą stronę. Noir sur Blanc, Warszawa 2015, s. 16-18. Tytuł oryginału: Numero Zero, tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...