piątek, 23 grudnia 2016

Są to najcieplejsze Święta, chociaż przypadają w okresie chłodów

(TP nr 52-53, 23-30 XII 1985)

BOŻE NARODZENIE

Są to najcieplejsze Święta, chociaż przypadają w okresie chłodów. Mają w sobie miękkość i puszystość śniegu nawet w bezśnieżne zimy. Bóg-Człowiek nie jest jeszcze dorosły, nie ma w sobie tragizmu przyszłej ofiary, jest małym, uśmiechniętym dzieckiem. Kolęda, ta najdziwniejsza z pieśni religijnych, pozwala Go brać na ręce, tulić, kołysać, dawać Mu zabawki. Można by ją uznać za świętokradczo poufałą, gdyby nie była tak tkliwa i tak pełna miłości. Pasterka rozkołysana tymi kolędami, pachnąca lasem i migocąca światełkami choinek jest najradośniejszą ze wszystkich mszy. Nawet ta sprzed trzech lat, kiedy ludzie wylegli niepewnie na puste, wymarłe ulice, nie straciła nic ze swego nastroju i potrafiła rozjaśnić najczarniejszą z nocy. [podkreślenie Autorki - przypisek paren]
Właśnie dlatego samotność w Boże Narodzenie jest największą samotnością. Dobrze o tym pamiętać, siadając do wigilijnego stołu, przy którym, zgodnie ze staropolskim zwyczajem, stawia się dodatkowe nakrycie. Czy to ma być talerz, czy człowiek?

Ewa Szumańska: Pięć lat. [Przedruk felietonów z Tygodnika Powszechnego z lat 1982-1987], Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza 1989, s. 44-45

piątek, 16 grudnia 2016

Lubiłem tę księgarnię i często tam zachodziłem, chociaż moje wizyty bywały na ogół bolesne.

Z placu Komuny Paryskiej (przed wojną Placu Wilsona), z przystanku opodal miejsca stracenia nieszczęsnej Ruhli, pojechałem do centrum - w Aleje Ujazdowskie.

Mieściła się tam księgarnia o nazwie „Logos - Kosmos”, zajmująca się głównie importem i sprzedażą książek obcojęzycznych wydanych na Za­chodzie. Sowieckie i enerdowskie albumy z dziełami sztuki, zawsze stojące w witrynie w eksponowanym miejscu, stanowiły wyjątek w asortymen­cie placówki. Poza tym „Logos - Kosmos. prowadził dział zamówień na określone pozycje (realizacja zlecenia w sprzyjających warunkach trwała cztery miesiące, w niesprzyjających - rok, a w niepomyślnych - wiecz­ność) oraz dział komisowy alias antykwaryczny (zaopatrzony najlepiej).
Lubiłem tę księgarnię i często tam zachodziłem, chociaż moje wizyty bywały na ogół bolesne. Straszliwie wysokie ceny, zwłaszcza na książki nowe z „krajów burżuazyjnych”, sprawiały, że zazwyczaj musiałem obejść się smakiem. Te gorzkie doświadczenia nie zniechęcały mnie jednak i wstępo­wałem tam znowu, nawet gdy nie szukałem niczego konkretnego. Bo trzeba jeszcze dodać, że owo „zagłębie książkowe” różniło się od innych maga­zynów tej branży nie tylko asortymentem i szerszą skalą usług, lecz rów­nież wystrojem wnętrza, procedurą zakupu i znacznie uprzejmiejszą niż gdzie indziej obsługą. Półki i lady z książkami stały wzdłuż ścian pomiesz­czenia, klienci zaś mieli prawo nie tylko do nich podchodzić i sami wynajdywać poszukiwane pozycje, lecz grzebać w stertach i rzędach. Jeżeli ktoś się śpieszył lub mimo czynionych wysiłków nie odnajdywał jednak upra­gnionego tytułu, mógł liczyć na chętną pomoc uprzejmego subiekta, a na­wet bywał proszony, aby „pozwolił z nim” na tajemnicze zaplecze.
Pchnąłem masywne drzwi i wkroczywszy do środka, ruszyłem z biją­cym sercem do działu wydawnictw francuskich. - Będzie? Nie będzie? Było! A ściśle mówiąc - była. „Zwycięstwo” po francusku jest rodzaju żeń­skiego:

Joseph Conrad
VICTOIRE
Du monde entier
Gallimard

Osiem czerwonych liter tytułowego słowa świetnie się odznaczało na jasnobeżowej okładce.
Zajrzałem na tył książki, gdzie wpisywano cenę. Osiemdziesiąt dwa złote! Majątek! Za te pieniądze w księgarni zwanej radziecką mógłbym dostać co najmniej trzy podręczniki szachowe, a w księgarni muzycznej - płytę długogrającą z przyzwoitym nagraniem, nie mówiąc już o innych dobrach i przyjemnościach, jak kino (siedem biletów), teatr (co najmniej trzy) lub przejazdy taksówką (z domu do szkoły pięć razy).
Nie zawahałem się jednak, lecz, zacisnąwszy zęby, ze znaleziskiem w ręce przeszedłem do sekcji niemieckiej.
Schopenhauer Joanna. Jugendleben... i coś tam. Nie, nic takiego nie było. Znalazłem natomiast Gedichte Friedricha Hölderlina - jakieś stare wydanie, gotykiem, w twardej oprawie; na metrykalnej stronicy widniała czarna pieczątka: swastyka w kółku z orłem i napis „Stolp - Garnisonsbibliothek”. Sprawdziłem w spisie rzeczy, czy jest hymn Ren (Der Rhein). Był. Cena książki? Sześć złotych! – Doskonale! Bierzemy.
Przy kasie, z nonszalancją erudyty-światowca spytałem, czy miewają Jugendleben und... Wander Joanny Schopenhauer.
- No, wiecie państwo, matki słynnego filozofa - dodałem na wszelki wypadek.
Sprzedawca pakujący moje cenne nabytki spojrzał na mnie uważnie, po czym przerwał swą czynność i poszedł na zaplecze. Po chwili wrócił stamtąd trzymając w rękach książkę w żółto-białej okładce, na której czer­niały litery stylizowane na gotyk:

Joanna Schopenhauer
Gdańskie wspomnienia młodości

- Czy o to ci idzie? - zapytał. Na ustach błąkał mu się filuterny uśmie­szek.
- Proszę! Polskie wydanie! - pokryłem zaskoczenie protekcjonalnym tonem. - A kiedyż to wydali?
- Już dobre siedem lat temu - wyjaśnił z udaną pokorą. - W pięćdzie­siątym dziewiątym. Pozycja antykwaryczna.
Zacząłem przerzucać strony wolnym, niedbałym ruchem, starając się odnaleźć rozdział trzydziesty dziewiąty.
- Da się czytać ten przekład? - spytałem lekceważąco.
- Ossolineum! - odrzekł z emfatycznym zgorszeniem. - Wątpisz w ich kompetencje? Pierwszy edytor w Polsce!



Antoni Libera: Madame. Wydawnictwo Znak, Kraków [?], s. 216-219

środa, 5 października 2016

Jesień

Исаак Ильич Левитан - Золотая Осень (1895)


"Etiuda na jesień" - Kazimierz Wierzyński
Zaczerwieniło się, pojesienniało
I zadziwiło się i odleciało
I tylko jedna popielata
Jaskółka szuka jeszcze lata
I tylko jedna ciemna róża
Więdnie o cały świat za duża
I tylko jeden słoneczniczy
Zegar pamiątki jeszcze liczy
I tylko oczy, gęste oczy,
Wzrok za szybami, w zapatrzeniu,
Wiatr powłóczyny drzewne troczy,
Na płocie gra jak na grzebieniu
I skrzypią z nim staruchy domy
I wrony lecą niską smugą
A wzrok wciąż milczy, nieruchomy,
Coś wypatruje i coś bada,
Stoi przy oknie długo, długo,
Od września aż do listopada.
Czemu on z liśćmi nie chce śniedzieć,
Za czym on błądzi, co chce wiedzieć?
Że zadumało się, pojesienniało,
Nikogo nie zadziwiło
I odleciało?

niedziela, 2 października 2016

...ponad pięćdziesiąt procent wszystkich książek wydawanych w Stanach Zjednoczonych wykupują nowojorczycy

- Każdy wybiera sobie rozrywki - rzekł sentencjonalnie - A co pani robi w czasie wakacji?
[...]
- Ja? Nadrabiam zaległości w czytaniu. Z jakichś powodów czytanie w Nowym Jorku jest rzeczą prawie niemożliwą. Czy pan to zauważył?
- Teraz, kiedy pani to powiedziała, tak.
- Pewien mój przyjaciel twierdzi, że ponad pięćdziesiąt procent wszystkich książek wydawanych w Stanach Zjednoczonych wykupują nowojorczycy. W mieszkaniach nowojorskich musi się znajdować więcej nie przeczytanych książek niż w Bibliotece Kongresu.
- Co panią najbardziej interesuje?
- Jestem miłośniczką literatury z czasów wojny secesyjnej - Odparła z uśmiechem. - Czy to nie absurdalne? Mój ojciec był zawodowym oficerem i z tego, co opowiadał, można by wnioskować, że brał udział w każdej bitwie od Buli Run do Appomattox...

Irwin Shaw - Szus. Książnica, Katowice 1993, s. 109; tytuł oryginalny: The Top of the Hill, przekład Małgorzata Róg-Świostek. Inna wersja tłumaczenia książki: Dosięgnąć szczytu (tłumaczenie Iwona i Jerzy Zielińscy)

poniedziałek, 5 września 2016

Była to książka wprost wymarzona dla mnie: kiedy ją skończyłem, ani to przeklęte życie, ani przeklęty otaczający je świat nie były już takie jak przedtem.

Przez cały wrzesień, po naszej udanej kradzieży, byliśmy pod urokiem - całkowicie przez nią owładnięci - tajemnicy świata zewnętrznego, zwłaszcza świata kobiet, miłości, seksu. Ten świat dzień w dzień, strona po stronie, książka po książce otwierali przed nami pisarze zachodni. Szczęście nam sprzyjało: nie dość, że Okularnik wyjechał nie ośmieliwszy się na nas donieść, ale w dodatku naczelnik naszej wioski udał się do miasta Yong Jing, aby wziąć udział w obwodowym zjeździe partii komunistycznej. Korzystając z nieobecności władzy politycznej i z panującej chwilowo we wsi dyskretnej anarchii, odmówiliśmy chodzenia do pracy w polu, czym wieśniacy, byli producenci opium przekwalifikowani na strażników naszych dusz, ani trochę się nie przejęli. Dzięki temu całe dnie spędzałem, przy drzwiach zaryglowanych mocniej niż zazwyczaj, zatopiony w lekturze zachodnich powieści. Odłożyłem Balzaca, wyłączną namiętność Luo, i zakochiwałem się kolejno, z niefrasobliwością i powagą moich dziewiętnastu lat, we Flaubercie, Gogolu, Melville’u, a nawet w Romain Rollandzie.
Pomówmy o tym ostatnim. W walizce Okularnika znajdowała się tylko jedna jego książka, pierwszy z czterech tomów Jana Krzysztofa. Ponieważ opisywała ona życie kompozytora, a ja potrafiłem zagrać na skrzypcach takie utwory jak Mozart myśli o Mao*, chciałem ją tylko przekartkować, tak jak się uprawia przelotny flirt, tym bardziej że przełożył ją pan Fu Lei, tłumacz Balzaca. Ale gdy tylko ją otworzyłem, nie mogłem się już od niej oderwać. Moimi ulubionymi książkami były na ogół zbiory nowel, które opowiadają nam jakąś dobrze wymyśloną historię, pełną błyskotliwych refleksji, nieraz zabawnych czy tez zapierających dech w piersiach. Taka historia, co to nam później towarzyszy przez całe życie. Do długich opowieści, poza kilkoma wyjątkami, odnosiłem się raczej nieufnie. Ale Jan Krzysztof ze swoim zaciekłym indywidualizmem, bez cienia małostkowości, był dla mnie zbawiennym objawieniem. Gdyby nie on, nigdy nie zdołałbym zrozumieć blasku i doniosłości indywidualizmu. Aż do tego wykradzionego spotkania z Janem Krzysztofem moja biedna głowa która przeszła edukację i reedukację, po prostu nie wiedziała, że można samemu walczyć z całym światem. Flirt przekształcił się w wielką miłość. Nawet nadmierna emfaza, jakiej ulegał autor, nie zaszkodziła urodzie dzieła. Zostałem dosłownie pochłonięty przez rwącą kilkusetstronicową rzekę. Była to książka wprost wymarzona dla mnie: kiedy ją skończyłem, ani to przeklęte życie, ani przeklęty otaczający je świat nie były już takie jak przedtem.

Dai Sijie: Balzac i chińska krawcówna.  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria KALEJDOSKOP, Warszawa 2001, 87-88; przełożyła Maria Braunstein


* W jaki sposób pojawił się w książce taki "dziwny" tytuł jednego z utworów Mozarta, wyjaśniam we fragmencie zamieszczonym na blogu O muzyce - słowem i obrazem [przypisek paren]

niedziela, 29 maja 2016

Wszystko, co robię w ciągu dnia, robię w oczekiwaniu na czas lektury

  Wszystko, co robię w ciągu dnia, robię w oczekiwaniu na czas lektury. Daj mi dobrą powieść lub pamiętnik, herbatę i przytulne miejsce, w którym mogę się zwinąć w kłębek, a znajdę się w niebie. Uwielbiam wnikać w myśli innej osoby, zachwyca mnie więź z ludźmi ożywającymi na stronach książki, bez względu na to, jak inna od mojej może być ich sytuacja. Nie tylko mam wrażenie, że tych ludzi znam, lecz także rozpoznaję w nich siebie. Zrozumienie, informacje, wiedzę, natchnienie, siłę - to wszystko i jeszcze więcej może dać dobra książka.
  Nie potrafię sobie wyobrazić ani gdzie, ani kim byłabym bez podstawowej umiejętności, jaka jest czytanie. [...]
  Książki były dla mnie drogą ucieczki. Teraz lekturę uważam za boską przyjemność, możliwość przeniesienia się w dowolne wybrane miejsce. Bez dwóch zdań to mój ulubiony sposób spędzania czasu. Wiem na pewno, że czytanie rozwija. Otwiera cię i udostępnia ci wszystko, co tylko zdołasz pomieścić w głowie. Najbardziej kocham w książkach to, że pozwalają wznieść się na wyższy poziom. I wspinać się dalej.

Oprah Winfrey - To, co wiem na pewno. Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2015, s. 34-35, przekład Doroty Kulikiewicz

piątek, 27 maja 2016

Jak się poczyta dobre książki, to te kiepskie potem zupełnie nie cieszą.

  Po otrzymaniu Pańskiego listu od razu udałam się do Hastings & Sons, jako że nie ma dla mnie milszego zajęcia niż buszowanie po księgarniach. Od lat tam chodzę i zawsze wyszperam książkę, której szukam - oraz trzy inne, o których nie miałam pojęcia, że chcę je nabyć. 
[s. 16]

===

  Właśnie to uwielbiam w czytaniu - w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym - bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.
[s. 17]

===

  Uwielbiam odwiedzać księgarnie i rozmawiać z księgarzami: jest to zupełnie inna, specyficzna rasa ludzi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pracowałby za tak niską pensję, jaką mają ci sprzedawcy, ani żaden rozsądny kupiec nie podjąłby się handlu takim towarem - zysk jest wprost śmieszny. A zatem musi nimi powodować miłość do czytelników i czytania oraz to, że pierwsi mają dostęp do książkowych nowości.
[s. 21]

===

  Jak się poczyta dobre książki, to te kiepskie potem zupełnie nie cieszą.
[s. 55]

===

  Jedynym ratunkiem były książki i przyjaciele, bo człowiek przypominał sobie, że w życiu jest coś jeszcze. Elizabeth powiedziała kiedyś wiersz. Całego nie pamiętam, ale zaczynał się tak: "Czyż to mało znaczy cieszyć się słońcem, radośnie powitać wiosnę, kochać, zamyślić się, związać koniec z końcem"*. To naprawdę niemało. Mam nadzieję, że gdziekolwiek ona jest teraz, pamięta tamte słowa.

* Fragment wiersza Matthew Arnolda Z hymnu Empedoklesa pochodzącego ze zbioru Empedokles na Etnie.
[s. 65]


Wszystkie fragmenty pochodzą z książki Mary Ann Shaffer i Anne Barrows: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Świat Książki, Warszawa 2010, przekład Joanny Puchalskiej

poniedziałek, 9 maja 2016

... przeczytał książkę dla młodzieży, autorstwa pewnej Szkotki, pod tytułem "Harry Potter".

  Wieczorami rozmowy z Miłoszem. Opowiadał na przykład, że przeczytał książkę dla młodzieży, autorstwa pewnej Szkotki, pod tytułem Harry Potter. Jego zdaniem, popularność tej książki w USA bierze się z kompensacji. Na amerykańskich uniwersytetach i w szkołach średnich liczy się wyłącznie ten, kto jest sprawny fizycznie, a nie ten, kto jest oczytanym okularnikiem. Tymczasem bohater książki pani Rowling jest przeciwieństwem takiego modelu, a gra w quidditch (którą Miłosz opisał nam ze szczegółami) jest przeciwieństwem wszelkich uniwersyteckich sprawności sportowych.


Michał Rusinek: Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016, s. 137



niedziela, 8 maja 2016

Myślałem już nieraz, że dzieciakowi więcej przyjdzie złego niż dobrego z tego czytania.

  Młynarz [pan Tulliver - przypisek paren] śmiał się hałaśliwie, a jego twardą twarz rozjaśniało ciepłe uczucie, gdy poklepywał po plecach małą córeczkę, potem zaś ujął jej dłonie i tak trzymał ją pomiędzy kolanami. 
  - Cóż to, nie można powiedzieć nic złego o Tomku, hę? -  zapytał, mrugając ku niej, potem zaś, nieco zniżonym głosem, jakby Madzia nie mogła go słyszeć, zwrócił się do Rileya. - Wszystko rozumie, co się mówi. Powinieneś pan słyszeć, jak czyta - z miejsca, jakby to już dawno znała. I ciągle siedzi z książką. Ale to niedobrze, niedobrze... - dodał smutnie, dławiąc w sobie tę niepotrzebną radość. - Kobieta nie powinna być za mądra, to się może tylko na złe dla niej obrócić. Powiadam panu - tu znowu radość wyraźnie wzięła górę nad złymi przeczuciami - powiadam panu, że czyta i rozumie wszystko, co stoi w książkach, lepiej niż niejeden dorosły!
  Policzki Madzi zaczął pokrywać rumieniec triumfu i podniecenia, pan Riley z pewnością zacznie teraz odczuwać dla niej pewien szacunek, bo jasne było, że dotąd miał ją za nic.
  Taksator przerzucał kartki książki, trudno było coś wyczytać w tej twarzy o wysoko sklepionych brwiach. Nagle spojrzał na dziewczynkę i rzekł:
  - Chodź tutaj i powiedz mi coś o tej książce. Znalazłem w niej parę obrazków i chciałbym wiedzieć, co one znaczą.
  Policzki Madzi pokrył jeszcze ciemniejszy rumieniec; podeszła bez wahania do łokcia pana Rileya, odrzuciła z oczu czarną grzywę i ująwszy róg książki, zaczęła tłumaczyć.
  - Powiem panu chętnie, co one znaczą. To straszny obrazek, prawda? Ale nie mogę się powstrzymać i ciągle na niego patrzę. Ta stara kobieta w wodzie to czarownica - wrzucili ją do rzeki, żeby zobaczyć, czy to czarownica, czy nie, i jeśli umie pływać, to jest czarownicą, a jeśli utopi się na śmierć, wie pan, to znaczy, że jest niewinna i wcale nie czarownica, tylko biedna, stara, głupia kobieta. Ale niech pan powie co jej z tego przyjdzie, jak już będzie nieżywa? Chyba to, myślę, że pójdzie do nieba i Pan Bóg jej jakoś wynagrodzi. A ten straszny kowal, co tak się śmieje, wsparty pod boki... czy on nie okropny?... Powiem panu, kto to taki. To diabeł, naprawdę - tu Madzia podniosła nieco głos i mówiła dobitnie - a nie prawdziwy kowal; to diabeł przybiera postać złych ludzi i chodzi po świecie, i zmusza innych, żeby robili złe rzeczy, i najczęściej przybiera postać złego człowieka, bo, wie pan, jeśliby ludzie zobaczyli, że to diabeł, taki ryczący, to by od niego uciekli, a on nie mógłby ich zmusić, żeby robili, co on chce.
  Pan Tulliver przysłuchiwał się temu wykładowi skamieniały ze zdumienia.
  - Cóż za książkę wzięła ta smarkata! - wybuchnął wreszcie.
  - To Historia Szatana Daniela Defoe, może nie najlepsza lektura dla małej dziewczynki - wyjaśnił pan Riley - jakże się ona znalazła między pańskimi książkami?
  Madzia była spłoszona i nieco urażona.
  - To jedna z tych, które kupiłem na wyprzedaży u Partridge'a - wyjaśnił pan Tulliver. - Wszystkie były jednakowo oprawione, ładna oprawa, sam pan widzisz, i myślałem, że to bez wyjątku dobre książki. Znalazłem między innymi Jeremy Taylora Pobożne życie i śmierć, czytam to często w niedzielę - (młynarz miał poczucie pewnej zażyłości z owym wielkim pisarzem, ponieważ sam nosił imię Jeremy) - a oprócz niej jest jeszcze gromada innych - przeważnie kazania, tak mi się zdaje. A że wszystkie mają takie same okładki, myślałem, że są, jakby to powiedzieć, tego samego gatunku. Ale teraz widać, że nie można sądzić po okładkach. Osobliwy jest ten świat.
  - Cóż - zaczął pan Riley górnym, pouczającym tonem, głaszcząc Madzię po głowie - radzę ci odłożyć Historię Szatana i znaleźć sobie jakąś ładniejszą książkę. Nie masz ładniejszych?
  - O, mam! - chęć udowodnienia, iż ma różnorodną lekturę, dodała Madzi sił. - Ja wiem, że to troszkę nieładnie czytać tę książkę ale lubię w niej obrazki i wymyślam sobie do nich sama różne opowiadania, wie pan. Ale mam jeszcze Bajki Ezopa i książkę o kangurach i innych zwierzętach, i Wędrówkę pielgrzyma...
   Aaaa, to bardzo ładna książka - pochwalił ją pan Riley. - Trudno o lepszą.
  - Ale tam też jest dużo o diable - oświadczyła Madzia triumfalnie. - Pokażę panu jego rysunek, kiedy jest we własnej postaci i walczy z Chrześcijaninem.
  Skoczyła błyskawicznie w kąt pokoju, wlazła na krzesło, wyciągnęła z malutkiej biblioteczki zniszczony, stary egzemplarz Bunyana i otworzyła go natychmiast, nie próbując nawet szukać, na właściwym obrazku.
  - O, tutaj jest - tłumaczyła wracając szybko do pana Rileya. - Tomek pomalował go dla mnie farbami, kiedy był w domu podczas ostatnich wakacji. Ciało całe czarne, wie pan, oczy czerwone jak ogień, bo ma w środku sam ogień, który wyłazi przez oczy.
  - Przestań już, przestań - rozkazał stanowczo pan Tulliver, który czuł się dość niezręcznie, słuchając tych swobodnych uwag o zewnętrznym wyglądzie istoty dostatecznie potężnej, by stwarzać adwokatów. - Zamknij tę książkę i żebym więcej nie słyszał czegoś podobnego. Myślałem już nieraz, że dzieciakowi więcej przyjdzie złego niż dobrego z tego czytania. Idź i poszukaj matki.


George Eliot - Młyn nad Flossą. Hachette Livre Polska, Warszawa [2005], przekład Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, s. 18-20

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

odkrywanie światów których się nie podejrzewało należy zacząć od czytania...


BIBLIOTEKA

wizytę w tak czcigodnym miejscu
należy zacząć od słuchania
tam gdzie odgłos spokojnych kroków
pulpit bibliotekarza a na nim grzbiety
szare nijakie szyte prostą dratwą
i takie których skórzane kręgi
znaczono złotą nitką

gdy zajmie się wskazane miejsce winno się
wdychać każdą nutę gorzki aromat czekolady
lawendową słodycz poranka zapach lasu

a potem patrzeć podziwiać chłonąć

układ galerii niezmienny od pokoleń
nieskończone piętra woluminów
manuskrypty biblioteczne endemity
lustra i powielone pozory na jednej półce
sens i spójność obok niedorzeczności
wzburzone słowa namiętność smutek
znaczą się w słońcu kurzem stuletnim

później trzeba wziąć z półki wieloskrzydłego ptaka
wprawić w ruch kartki napawać się szelestem
płynąć nad domami barwnej Kreaolandii
w której nic jest czymś a coś niczym niezwykłym

na koniec dotknąć kilku kart naznaczonych
przez wyjątkowych którzy odeszli tak zwyczajnie
jak inni z rękoma złożonymi na piersi

odkrywanie światów których się nie podejrzewało
należy zacząć od czytania



Adriana Jarosz - Biblioteka. W: Niebo pachnące sianem. Wydawnictwo SIGNO, Kraków 2015, s. 3

środa, 9 marca 2016

Familia, czyli zbiór wszystkich naszych krewnych, podobna jest do biblioteki...

   Familia, czyli zbiór wszystkich naszych krewnych, podobna jest do biblioteki. Rodząc się na świat, człowiek znajduje już przygotowaną dla siebie tego rodzaju bibliotekę i stopniowo się z nią znajomi. Na pierwszej półce stoją dwie święte dla niego księgi, Stary i Nowy Testament - to ojciec i matka. Dalej z porządku dzieła zbawienne, moralne i pożyteczne - to dziadek, babka, stryj i stryjenka, wuj i wujenka. Dalej w mniejszym formacie dzienniki serca - bracia i siostry. Nareszcie w odleglejszych półkach, rozmaitości; książki różnego formatu i wydania; nowe i stare, dobre i złe, przyjemne i nudne, filozofia i mazurki - to obszerny oddział kuzynów i kuzynek. Katalog tej biblioteki ciągle się przemienia, dlatego, że czas, obojętny jej bibliotekarz, mało zważając na gusta dziedzica, nieustannie jedne dzieła wyrzuca za okno, a drugie jakieś stawia na półkach. Jest to najniegrzeczniejszy pedant ze wszystkich bibliotekarzy, których miałam honor poznać, i do tego taki tajemniczy w swych działaniach, że mając znaczną bibliotekę, prawie nigdy nie można doprosić się własnych swoich książek; nie można nawet wiedzieć dokładnie, wiele ich się posiada. Szczególnie trudno poznać rozmaitości. Ot, ja na przykład, dotąd nie mogę poznajomić się z tą półką, na której, jeśli się nie mylę, znajduje się więcej stu tomów różnego kształtu, wydanych w kilku polskich prowincjach. Udało mi się przypadkiem poznać tylko jedno dzieło, lecz egzemplarz miał tak niepozorną powierzchowność, że bez pomocy bibliotekarza nigdy bym nie poznała prawdziwej jego wartości.

Ludwik Sztyrmer - Powieści nieboszczyka Pantofla. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 7-9


sobota, 5 marca 2016

Kiedy się rane zapalają zorza...

   Ktoś klęczy. Głowa oparta o stolik, ręka ściska pióro, z otwartego kałamarza inkaust kapie na podłogę.
   Senior chce krzyknąć na urwisa: "Czemu nie śpisz tam, gdzie potrza. Co to za zbytki?!"
   Ale zabieliła mu się kartka na podłodze. Podnosi ją. Pismo świeże, inkaust jeszcze się świeci, mokry.
   Przychyla się nad stołem. Z jednej strony lampka, z drugiej przyświeca sobie świeczką. Gromniczka się krzywi, kapie ciepłym woskiem staremu na ręce, ale senior tego nie czuje. Czyta, chciwie odczytuje rządki mokrego jeszcze pisma:

Kiedy się rane zapalają zorza,
A dzień z wielkiego występuje morza,
Przyszedłem na brzeg, kędy Wisła bieży,
A tam siedziała na wysokiej wieży,
Podjąwszy rękę, smutna białagłowa,
I pocznie z płaczem narzekać w te słowa:
-------------------------------------------------
"Bogu tajemne nie są ludzkie sprawy,
Ten z nieba widzi, kto krzyw, a kto prawy.
Ja nie mam komu krzywdy swej powiedzieć,
Jeślibych miała, i to trudno wiedzieć.
Jednęż mam wolność w swej ciężkiej niewoli,
Że się wżdy mogę napłakać do woli.

Więc mię to zewsząd szczęście pokarało,
Wszytko mi za raz, com miała, pobrało:
Ojczyzny nie mam, matkim ostradała,
Samam się w ręce okrutne dostała.
Cóż mię gorszego mogło potkać w boju,
Nad to, co cierpię, nieboga w pokoju?... "

   Któż to napisał? On? Ten dzieciuch jeszcze!
  Przygląda się chłopcu uważniej. Toć to ten, co dostał kobiałkę z domu! Co to ksiądz ze Zwolenia... Johannes Kochanowski!
   Oczy starego zaszkliły się, zwilgotniały.
   - Poeta... wielki poeta w mojej bursie rośnie.


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 120-121

[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

wtorek, 23 lutego 2016

Siedziała z książką w szafie babci...

   Odkąd zaczęła studiować prawo, rzadko sięgała po literaturę piękną. W dzieciństwie było zupełnie inaczej. Anna kilka razy próbowała wciągnąć ją do kółka czytelniczego, ale Sophia za każdym razem odmawiała. Dostawała mdłości na samą myśl o tym, że miałaby opowiadać, dlaczego ta czy inna książka przypadły jej do gustu, i siorbać przy tym domową minestrone.
   Za to Peter czytał bez przerwy: w wannie, trzymając duży palec u nogi na kurku z ciepłą wodą, na kanapie z ręką zwieszoną luźno nad rogiem poduszki i rano przy stole w kuchni. Kryminały i lirykę, cykle i powieści reportażowe, grube cegły o ludziach prowadzących wojny przed wiekami i cieńsze książki w kremowych okładkach, z nierównymi marginesami, których autorzy na dwudziestu stronach rozpisywali się o wzorze tapety w przedpokoju, zanim w jakimś zdaniu podrzędnym zdradzili wreszcie, że tuż obok, na dywanie, leży ktoś, kto podciął sobie gardło grawerowanym japońskim nożem o dwóch ostrzach.
   Jako dziecko Sophia też czytała. Siedziała z książką w szafie babci, czując zapach lasu, oczyma wyobraźni widziała inne światy, czarownice i słabe światło magicznych latarni. Często przesuwała dłonią po grzbietach książek w regale rodziców i dziadków. Po oprawionych częściowo w skórę okładkach z tłoczonymi literami. Czasami zabierała książki do szkoły. Chowała je w kurtce i szła tam, gdzie nikt jej nie przeszkadzał. Najchętniej zamykała się w toalecie. Jednak nie zawsze dało się tam wytrzymać aż do dzwonka na lekcje, bo niektórzy z dyżurujących na korytarzu nauczycieli sprawdzali, jak długo kogoś nie ma, po czym pukali do drzwi i pytali, czy wszystko w porządku. Żałosne - w takich okolicznościach odpowiadać na pytanie o samopoczucie.
   Książki składały się na jej dzieciństwo. Żyła przygodami bohaterów. Jeśli od czasu do czasu się od nich odrywała, to tylko kiedy pojawiała się Anna.

Malin Persson Giolito - "To tylko dziecko". Wydawnictwo Czarna Owca, seria: Czarna Seria, Warszawa 2014, przekład: Małgorzata Kłos, s. 74-75

sobota, 20 lutego 2016

Odszedł Umberto Eco

Dzisiaj rano zmroziła mnie ta wiadomość. Umberto Eco nie żyje...

Umberto Eco (1932 - 2016)

W tej chwili brak mi słów, żeby składnie napisać, jakie miał znaczenie dla mnie - czytelniczki. Jako pisarz, filozof, bibliofil. Poznałam go, jak chyba większość czytelników poprzez lekturę "Imienia róży". Potem były kolejne jego powieści. Ale najważniejsze dla mnie są jego "Zapiski na pudełku od zapałek". Trudno zaakceptować fakt, że i ten zbiór notatek jest już zamknięty.

Chciałabym zapamiętać go takim:


piątek, 19 lutego 2016

Zmarła Harper Lee

Harper Lee (1926 - 2016)
Zmarła Harper Lee... Postać niezwykła w światowej literaturze, bowiem przez 55 lat znana była przede wszystkim dzięki jednej, jedynej opublikowanej powieści. Ale za to jakiej! "Zabić drozda" zaliczana jest do najważniejszych powieści ubiegłego wieku. W zeszłym roku, 2015, ukazała się jej debiutancka powieść. "Idź, postaw wartownika" czekała na publikację  niemal 60 lat. Dlaczego teraz ją wydano? Nie mnie oceniać. Przeczytałam, ale wolę zapamiętać Harper Lee jako autorkę jednego dzieła.


piątek, 15 stycznia 2016

Właśnie postanowiłem naruszyć prawo: zamierzałem przeczytać coś nieprzydatnego!


   Był grudniowy wieczór w Bibliotece Narodowej.
   Znużony pracą, zapisywaniem, robieniem adnotacji, zaznaczaniem, rozważaniem, przeglądaniem, medytowaniem przez cały dzień, ze zmęczonymi oczami, ociężałą ręką odłożyłem pióro i odsunąłem krzesło.
    Otaczały mnie ciała przygarbione nad biurkami, głowy lśniące pod lampami i długie ściany zamkniętych książek, niemych, nieprzeniknionych. Jakiś płynny, zielonkawy klej sprawił, że Czytelnia Główna zastygła w niezmąconej ciszy. Nic się nie poruszało. Utrzymywała się w niej woń specyficznego kurzu, takiego, który wzbijamy każdego ranka.
   „Ja chyba śnię... już nie żyję... Dałem się usidlić iluzji...”
   Po raz pierwszy znienawidziłem swoją pracę. Patrzyłem na sterty dokumentów jak na rzeczy odległe, obce, a przecież od lat zmuszała mnie do pochylania się nad nimi moja praca uczonego, zawiłe badania nad językoznawstwem średniowiecza, które nikogo nie interesowały, nawet mnie.
   W górze, wzdłuż ponurych przeszklonych ścian prześlizgnął się jakiś cień.
   Rozejrzałem się wokół siebie.
   Głowy myślały. Gdyby nie źrenice, które łypały od czasu do czasu znad worków pod oczami, zza okularów w rogowej oprawie, można by nabrać wątpliwości, czy jeszcze żyją. Czytały. Jak nieruchoma jaszczurka trawi owada, tak one wchłaniały wiedzę, nasiąkały pamięcią świata, nie odrywając się od istoty rzeczy. Jakże nudna jest wieczność, gdy przenika czas...
   Wstałem.
   Zmierzyłem wzrokiem wszystkie te głowy. Ach! Niczego się nie domyślały!...
   Z sardonicznym uśmiechem na twarzy zapuściłem się do podziemnych pomieszczeń, w których mieściły się katalogi.
   Właśnie postanowiłem naruszyć prawo: zamierzałem przeczytać coś nieprzydatnego! Tak po prostu. Bez uzasadnienia. Złamać reguły badacza, zbijać bąki, czytać dla przyjemności...
Występek, ot co!
   Zamknąwszy powieki, błądziłem między szafkami i otworzyłem na chybił trafił jedną z szuflad, żeby wyjąć po omacku jakąś kartę katalogową. Odpisałem z niej jedynie numer i poszedłem  złożyć zamówienie.
   Wróciłem na swoje miejsce w ossuarium Czytelni Głównej i przez dziesięć minut, które zajęło mi oczekiwanie, śmiałem się sam do siebie z radości, która czułem w głębi duszy.
   W końcu bibliotekarz przyniósł mi stary tom oprawiony w czerwoną skórę, z fioletowym brzegiem.  Był to Słownik patriotyczny autorstwa niejakiego Fustela des Houillères, opublikowany w 1798 roku przez Nicéphore’a Salvioina, księgarza.
   Ależ fart1 To dzieło było mi zupełnie nieznane.

   W dalszym ciągu zdając się na przypadek, otworzyłem książkę tam, gdzie sama się otwierała...

 Eric-Emmanuel Schmitt: Sekta egoistów. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015,  s. 7-10, tłumaczenie: Łukasz Müller

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie wolno przestać marzyć

  - Byłem chłopcem do wszystkiego w księgarni - powiedział nagle pan Quarendon. - Zawsze lubiłem książki. Nie czytałem ich początkowo, ale to była przyjemna i czysta praca. Przenosiłem paczki z samochodów do sklepu, później pakowałem towar, myłem szyby, sprzątałem, a w każdą sobotę chodzili my do kina. A później wzięliśmy ślub i byłem tak samo szczęśliwy jak dziś. Może nawet szczęśliwszy, bo dzień i noc marzyłem, żeby zdobyć to, co mamy dzisiaj.
  Pani Quarendon uśmiechnęła się, ale nie dostrzegł tego, gdyż  szedł za nią.
[...]
  - Nie wolno przestać marzyć - przytaknął sobie zdecydowanym ruchem głowy. - Bo co pozostanie? Człowiek, który pracował przez całe życie, jaką radość może znaleźć w tym, że nagle pewnego dnia przestanie pracować tylko dlatego, że zarobił bardzo wiele pieniędzy? Pieniędzmi mierzy się sukces, ale same pieniądze nie są sukcesem. Zarobić milion, kiedy ma się sto milionów jest łatwiej niż zarobić sto funtów, kiedy ma się dziesięć. Już wtedy, na początku, zrozumiałem, że na każdego klienta, który kupił zwykłą powieść albo tomik poezji, wypada dziesięciu kupujących nowości z nieboszczykiem albo na pół rozebraną, ponętną, przerażoną dziewczyną na okładce. Na kogoś, kto umiałby opanować ten rynek i sterować nim, czekały góry złota. Ale miałem dwadzieścia lat i ani pensa przy duszy. Stu innych, bogatych, sprytnych i przedsiębiorczych zajmowało się tym od dziesięcioleci. Pamiętasz nasz pierwszy sklepik? Kupowałem rozsypujące się książki i sklejałem je w nocy, a ty ze mną. Sprzedawali nam je po parę pensów mali chłopcy, a kupowali je inni chłopcy płacąc pensa lub dwa więcej… i zbierałem te pensy nie mówiąc ci, po co je zbieram. Bałem się, że będziesz protestowała, płakała, byłaś wtedy w ciąży, Ryszard miał przyjść na świat. A wszystko wydawało się takie niepewne. Byliśmy biedni. Jak mogłem ci powiedzieć, że chcę wydrukować moją pierwszą książkę zanim dziecko się urodzi?
  Szli bardzo powoli. Sara Quarendon milczała.
  - Chciałem zostać wydawcą, a nie miałem nawet szylinga na zapłacenie pierwszemu autorowi. Autora zresztą także nie miałem ani tej wymarzonej książki. A gdybym ich miał, nie miałbym dość pieniędzy na opłacenie papieru, drukarni i kogoś, kto zrobiłby dobrą okładkę… To dziwne, ale wiedziałem, jak ma wyglądać ta okładka, chociaż było to zupełnie bez sensu, skoro nie znałem treści książki… Wiedziałem też, jak ma się nazywać wydawnictwo. QUARENDON PRESS! Tak, Saro. Usypiając marzyłem o tym, że ta nazwa znana będzie nie tylko w Londynie, ale w Nowym Yorku, Toronto, Melbourne, Johannesburgu, wszędzie na świecie, gdzie ludzie czytają po angielsku… W końcu znalazłem autora i książkę, a twoja matka pożyczyła nam sto funtów, które odłożyła sobie na starość…

Joe Alex - Cicha jak ostatnie tchnienie. Wydawnictwo Elipsa, Warszawa 2005, s 9-10

wtorek, 5 stycznia 2016

...żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.

  Kilka lat poświęciłem na lekturę rękopisów, które przekazywali mi wydawcy (niekiedy także ci ważni), ponieważ składanych tekstów nikomu nie chciało się u nich czytać. Płacili pięć tysięcy lirów za rękopis. Spędzałem całe dnie wyciągnięty na łóżku, czytając jak opętany. Potem, aby zniszczyć nieostrożnego autora, redagowałem dwustronicową opinię pełną sarkazmu najwyższej próby. W wydawnictwie wszyscy oddychali z ulgą. Pisali do lekkomyślnego, że im przykro, ale muszą odmówić, i na tym koniec. Czytanie rękopisów, które nigdy nie zostaną opublikowane, może okazać się zawodem. [...]
  Marzyłem o tym, o czym marzą wszyscy przegrani: napiszę kiedyś książkę, która przyniesie mi sławę i bogactwo. Chciałem się nauczyć, jak zostać wielkim pisarzem, i zatrudniłem się nawet jako murzyn (albo ghost writer, jak mówi się dzisiaj ze względu na polityczną poprawność) u autora powieści kryminalnych, który z kolei - żeby dobrze się sprzedawać - używał amerykańskiego nazwiska na wzór aktorów ze spaghetti westernów. Pięknie było pracować w cieniu, za dwiema kurtynami (za Innym i innym nazwiskiem Innego).
  Pisanie czyjegoś kryminału jest łatwe, wystarczyło naśladować styl Chandlera, a w ostateczności Spillane'a. Próbując jednak spłodzić coś własnego, stwierdzałem, że aby opisać kogoś lub coś, sięgam do literatury. Nie byłem zdolny powiedzieć, że ktoś spaceruje w bezchmurne, jasne popołudnie; mówiłem, że spaceruje "pod niebem Canaletta". Uświadomiłem sobie później, że robił tak również D'Annunzio. Aby oznajmić, że niejaka Constanza Landbrook ma pewne zalety, pisał, że wydaje się ona istotą stworzoną przez Thomasa Lawrence'a; w przypadku Eleny Muti zauważał, że jej rysy przypominają niektóre profile pędzla młodego Moreau, a w związku z Andreą Sperellim - że przywodzi na myśl portret nieznanego szlachcica z Galerii Borghese. I tak, żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.
D'Annunzio był złym pisarzem, ale to nie znaczy, że miałem nim być także ja. Starając się uwolnić od nałogu cytowania, postanowiłem przestać pisać.

Umberto Eco: Temat na pierwszą stronę. Noir sur Blanc, Warszawa 2015, s. 16-18. Tytuł oryginału: Numero Zero, tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...