niedziela, 9 sierpnia 2015

Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek...

  Tutaj muszę wyjaśnić, że z "Hamletem" znałem się już od dawna. Właściwie byłem z nim zaprzyjaźniony.
  Piętro nad nami mieszkała pani Dolińska, dama sucha i wytworna, a wraz z nią pan Adam, który grał na skrzypcach, i panna Zofia, nauczycielka.
  Pamiętam stół, pokryty wyszywaną kapą, i olbrzymi fotel (siedzenie podwyższano dwoma poduszkami, abym mógł pisać i oglądać książki, bo panna Zofia przygotowywała mnie do szkoły). Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek, a między nimi właśnie trzy grube tomy ze złoconymi napisami na grzbiecie: Dramaty, Tragedie, Komedie.
Nie pamiętam, czy się czegokolwiek nauczyłem. Nie wiem, czy przebrnąłem poza pierwszą stronę elementarza z literą A i obrazkiem anioła prowadzącego dzieci po górskiej kładce, wiem tylko, że w trzech grubych książkach zobaczyłem po raz pierwszy w życiu te cudowne, drzeworytnicze ilustracje, prawdziwy teatr. Pani Zofia opowiadała mi o niebywałych sprawach, rozgrywających się na kartach książek, które napisał niejaki Szekspir.
  W ten sposób poznałem Hamleta i Otella, zabłąkałem się w lesie "Snu nocy letniej", zakochałem się jak Spodek z oślą głową w Tytanii, Ofelii, Desdemonie.
  Wszystkie te damy miał na obrazkach taką samą, ślicznie klasyczną twarzyczkę i boleśnie skrzywione usta.
  (Pani Zofio! Odkupiłem w antykwariacie takie samo wydanie Szekspira pod redakcją Józefa Ignacego Kraszewskiego i tak samo jak Pani uczyłem moje dzieci miłości do teatru na tych wzruszających obrazkach.)

Jan Marcin Szancer: Curriculum vitae. Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2015, s. 10

sobota, 8 sierpnia 2015

W Tuwimowskim zbiorze dziwacznych wydawnictw znajdowały się prawdziwe perełki...

Z niecodziennych pasji słynął Julian Tuwim. Poeta kolekcjonował wydawnicze rozmaitości, w tym książki o diabłach, demonach, pchłach i szczurach (zgromadził pokaźną biblioteczkę poświęconą tym właśnie gryzoniom), słowem, o wszystkim, co nietypowe. W jego bogatym zbiorze znajdowały się takie rzadkości, jak Antologia literatury o pchłach czy dziwaczne broszury, które właściciel z dumą pokazywał przyjaciołom i nad którymi piękna żona poety Stefania Tuwimowa załamywała ręce, kolekcja bowiem z każdym miesiącem stawała się coraz pokaźniejsza i zagracała mieszkanie Tuwimów.
W Tuwimowskim zbiorze dziwacznych wydawnictw znajdowały się prawdziwe perełki, chociażby ulotka zegarmistrza, z której można było wyczytać, że "z zegarmistrzem jest jak z lekarzem, zanim właściwą diagnozę nastawi, to już choremu wszystkie członki rozchoruje"(1). Inne kuriozum: broszurka Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie podawała wykaz wyrazów kończących się na "arz" (jak "lekarz"), nieprzyzwoicie brzmiących dla... Niemców. (2)
Sporą część tych niezwykłości przechowywano  w wiklinowym koszu, którego zawartość lądowała na podłodze za każdym razem, gdy poetę odwiedzał inny miłośnik osobliwości, bibliofil i pisarz Józef Chudek. W zbiorze tym były też rozmaite utwory grafomanów, nigdy nie znalazła się natomiast pornografia, tę bowiem - uważał Tuwim - mógł kolekcjonować byle rzeźnik.

(1) i (2) - Wspomnienia o Julianie Tuwimie, pod redakcją Wandy Jedlińskiej i Mariana Toporowskiego, Czytelnik, Warszawa 1963, s. 188


Remigiusz Piotrowski: Literaci w przedwojennej Polsce. Pasje, nałogi, romanse. Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s. 152 oraz 388 [przypiski]

środa, 5 sierpnia 2015

Czytelnicy papierowych książek to starzy maniacy...

- Mój Boże! Mój Boże! Jakżeż niewiele książek, do których dałoby się wrócić jeszcze! - wzdychał des Esseintes, popatrując na sługę, co zszedł z drabinki i odsunął się na bok, aby pan mógł ogarnąć wzrokiem wszystkie półki.
J.K.Huysmans, Na wspak, 1884, 
w przekładzie Juliana Rogozińskiego


To motto książki, z której pochodzi dzisiejszy cytat:

Książki to papierowe tygrysy o zębach z kartonu, zmęczone bestie, które wkrótce same zostaną pożarte. Po co upierać się przy czytaniu czegoś takiego? Tych delikatnych, łatwopalnych kartek, zszytych, zadrukowanych, bez baterii. Jesteś archaizmem, o stara książko, która wkrótce pożółkniesz, koszmarze przeprowadzek, siedlisko kurzu, spowalniaczu czasu, fabryko milczenia. Przegrałaś wojnę o gusta(1). Czytelnicy papierowych książek to starzy maniacy, z każdym dniem coraz starsi, z każdym dniem - coraz bardziej maniakalni. Wolą pieścić tomiszcze, wąchać je, robić notatki na marginesach, odkładać i z powrotem brać je do ręki, nieważne gdzie, nieważne kiedy - bez konieczności podłączania go do prądu. Tragedia stetryczałości. Już samo to, że czytamy tekst na papierze, kwalifikuje nas na stos, z czym zgodziłby się Montag w 451° Fahrenheita Raya Bradbury'ego, powieści science fiction, która w 1953 roku przewidziała nasz dzisiejszy świat. Świat, w którym książki papierowe są zakazane, a strażakom płaci się za ich palenie.

(1). Określenie pochodzi od Phillippe'a Sollersa, który w 1994 roku napisał: "Używam słowa «wojna», bo to jest wojna i nieuznanie tego świadczy, w najlepszym wypadku, o głupocie; w najgorszym - o manipulatorskim cynizmie" (przyp. aut.).


Frédéric Beigbeder: Pierwszy bilans po apokalipsie. Wydawnictwo NOIR SUR BLANC, Warszawa 2014, s. 7 [motto] oraz 9, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon

sobota, 1 sierpnia 2015

Myślę, że czytam na co najmniej dwa sposoby...

Myślę, że czytam na co najmniej dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że z zapartym tchem śledzę rozwój wydarzeń i zapoznaję się z bohaterami, nie zatrzymując się, by zwrócić uwagę na detale. Proces ten nabiera tempa, przez co fabuła przeskakuje czasami za ostatnią stronę - tak czytałem Ridera Haggarda, Odyseję, Conan Doyle'a i Karola Maya, niemieckiego autora opowieści o Dzikim Zachodzie. Drugi sposób to dokładna eksploracja, analizowanie tekstu i docieranie do ukrytych znaczeń, napawanie się samym brzmieniem słów albo istotą, której słowa nie chcą ujawnić, albo też czymś, co, jak podejrzewam, ukryte jest głęboko w samej historii, czasem zbyt straszliwe lub zbyt cudowne, by dało się oglądać. Ten drugi sposób czytania, przywodzący na myśl lekturę powieści kryminalnych, odkryłem nad stronicami Lewisa Carrolla, Dantego, Kiplinga, Borgesa. Czytałem też, powziąwszy z góry wyobrażenie o danej książce (zaklasyfikowanej przez autora, wydawcę czy innego czytelnika). Jako dwunastolatek przeczytałem Dramat na polowaniu Czechowa wydany w serii powieści detektywistycznych. Przekonany, że Czechow pisał książki sensacyjne, zabrałem się do lektury Damy z pieskiem, wyobrażając sobie, że wyszła spod pióra konkurenta Conan Doyle'a. Książka mi się spodobała, choć wątek sensacyjny uznałem za dość wątły. [...]

Alberto Manguel: Moja historia czytania. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2003, s. 32-33, przełożyła Hanna Jankowska
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...