środa, 24 czerwca 2015

Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności

   Poczucie niepokoju w związku z nowymi formami zapamiętywania przewija się w historii od dawna. Kiedy pojawiła się książka drukowana na papierze, który robił wrażenie, że nie przetrwa dłużej niż jakieś pięćset albo sześćset lat, na myśl o tym, że ten przedmiot stanie się teraz dostępny dla każdego, jak Biblia Lutra, pierwsi nabywcy wydawali majątek na ręczną iluminację inicjałów, byleby nie stracić poczucia, iż nadal posiadają pergaminowy manuskrypt. Dzisiaj te iluminowane inkunabuły kosztują zawrotne sumy, ale prawda jest taka, że książka drukowana nie musiała być zdobiona miniaturami. Co na tym zyskaliśmy? Co człowiek zyskał na wynalazku pisma, druku, pamięci elektronicznej?

   Valentino Bompiani lansował niegdyś dewizę: Człowiek czytający wart jest dwóch. Sentencję wydawcy można rozumieć jako po prostu trafny slogan, ale moim zdaniem oznacza on, że słowo pisane (i w ogóle mowa) przedłuża życie. Odkąd nasz gatunek zaczął wydawać pierwsze znaczące dźwięki, rodziny i plemiona zaczęły potrzebować starców. Być może przedtem byli zbędni i porzucano ich, gdy nie byli już w stanie polować. Ale wraz z pojawieniem się mowy starcy stali się pamięcią gatunku: zasiadali w jaskini wokół ogniska i opowiadali o tym, co się zdarzyło (albo uważano, że się zdarzyło; mamy tu przykład funkcjonowania mitu), zanim młodzi przyszli na świat. Póki nie zaczęto kultywować tej pamięci zbiorowej, człowiek rodził się bez żadnych doświadczeń i umierał, nim zdążył je nabyć. Potem stało się tak, jakby dwudziestolatek miał za sobą pięć tysięcy lat życia. To, co zdarzyło się przed nim, i to, czego nauczyli się starsi, stanowiło teraz cząstkę jego pamięci.

   Dzisiaj starcami są książki. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale nasz skarb - w porównaniu z analfabetą (albo alfabetą, który nie bierze książki do ręki) - to fakt, że on przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy ich mnóstwo. Wspominając zabawy dziecięce przypominamy sobie także zabawy Prousta, cierpieliśmy z powodu własnej miłości, ale także z powodu miłości Pyrama i Tysbe, przyswoiliśmy sobie szczyptę mądrości Solona, drżeliśmy z chłodu w wietrzne noce na Świętej Helenie i wraz z bajką zasłyszaną od babci powtarzamy tę opowiedzianą przez Szeherezadę.

   Ktoś może odnieść wrażenie, że ledwie przychodzimy na świat, już jesteśmy starcami. Ale bardziej zgrzybiały jest analfabeta (pierwotny lub wtórny), który od dziecka cierpi na arteriosklerozę i nie przypomni sobie (bo nie wie), co stało się podczas id marcowych. Oczywiście możemy zapamiętywać również kłamstwa, ale lektura pomaga odróżnić prawdę od fałszu. Nie znając uchybień popełnianych przez innych, analfabeta nie zna nawet własnych praw.

   Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności. Raczej wsteczna (niestety!), niż spoglądająca w przyszłość. Ale nie można mieć wszystkiego, i to od razu.

Umberto Eco: Dlaczego książki przedłużają nam życie. W zbiorze: Drugie zapiski na pudełku od zapałek. 1991-1993. Historia i Sztuka, Poznań 1994, s. 26-27, przełożył Adam Szymanowski

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Poezja nie poszła w las...

Maria Pawlikowska -
Wojciech Kossak (1934)
Safona
Fresk znaleziony w Pompejach

Spalone rękopisy

Gdy świat Safonę odrzucał,
Gdy jej dorobek palono,
Buchnęły dymy różane;
Ociężałą, chociaż szaloną
Chmurą płynęły przez czas.

Wciągnęłam ją z wiatrem w płuca:
Poezja nie poszła w las...


Okładka

"Wiersze o książkach". Czytelnik, Warszawa 1964, s. 42

niedziela, 14 czerwca 2015

"Ach! gdybym kiedy dożył tej pociechy..."

Stefan Żeromski
"Ach! gdybym kiedy dożył tej pociechy..." 
Prawie idylla

 Wąziuchna sandomierska drożyna prowadziła mię - Bóg ją raczy wiedzieć, dokąd prowadziła... Zapadała niekiedy na dno wąwozu i pełzła na jego dnie, blada z przerażenia wobec wielkich brył gliny, zwieszających się nad nią z groźbą i szyderstwem - to znowu dźwigała się hardo aż na szczyt wzgórza, skąd widać było całą równinę nieprzejrzaną, leżącą jak' ogromny kołacz pszeniczny...

Było popołudnie niedzielne jednego z pierwszych dni września. Powietrze dziwnie czyste pozwalało widzieć najdalsze przedmioty z całą wyrazistością ich zarysów. Pola okrywały się już ciemnoszmaragdowym puchem ozimin, dobywających się cieniutkimi źdźbłami, co jak mgła przesłaniały zagony z lekka wygięte, podobne do rąk długich, oplatających w miłosnym uścisku pierś ziemi. Niekiedy po szczytach okrągłych pagórków, po ziemi popielatej szedł cień chmury i zasępiał twarz ziemi, podobną do spracowanej twarzy chłopa, ale za chwilę uciekał, ścigany jasną smugą słońca. Wtedy wydawało się, że ziemia przeciąga się strudzona, że uśmiecha się i oddaje tej bezmiernej, nieświadomej radości, jaką czuje człowiek, gdy na progu jego serca staje miłość.

Daleko, daleko w przejrzystych mgłach, niby w ślubnych welonach, wśród zieleni wierzb i wiklin, na piersiach łąk leżał pas długi, srebrnolity. Jasna to była pani: dumna i piękna -Wisła.

Drożyna zawróciła na prawo. Tuż pod stopami mymi, w głębi wąwozu, tuliła się wieś. Białe chatynki stały obok siebie wzdłuż drogi błotnistej, wysadzonej wierzbami o wielkich rosochatych głowach. Od jednej do drugiej szedł, zataczając się, szary, postarzały płotek z wierzbowych palików powiązanych wikliną. W maleńkich ogródkach pod oknami chat kwitły georginie.

Okna były pootwierane, wieś pusta.

Za trzecią dopiero czy czwartą stodołą usłyszałem głosy. Przeszedłem przez płot i wyjrzałem spoza węgła chaty - co oni to tam robią?...

Na trawniku pod lipą rozłożyła się niemal cała gromada: chłopi leżeli na brzuchach, podpierając brody pięściami i nacisnąwszy na oczy "kapaluse", baby i dziewczyny skupiły się opodal i z pobożnym wyrazem twarzy słuchały, wpatrując się w Wicka Dziabasa, co siedział pośrodku na przewróconym wiaderku i... czytał.

- Istna idylla... - pomyślałem - chłopi przy książce!... Nadzwyczaj poważnie, powoli, monotonnie drżącym głosem czytał Wicek:

- "...Tu prze-rwał, lecz róg trzy-mał - wszystkim się zdawało, że Woj-ski wciąż gra jesce..."


Tekst opowiadania za: Polska Biblioteka Internetowa, dostęp 14.06.2015, godzina 7:30

Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy...


O gdybym kiedy dożył tej pociechy,
Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy,
Żeby wieśniaczki, kręcąc kołowrotki,
Gdy odśpiewają ulubione zwrotki
O tej dziewczynie, co tak grać lubiła,
Że przy skrzypeczkach gąski pogubiła,
O tej sierocie, co piękna jak zorze
Zaganiać gąski szła w wieczornej porze,
Gdyby też wzięły na koniec do ręki
Te księgi, proste jako ich piosenki!
A przy stoliku drzemiący pan włodarz
Albo ekonom, lub nawet gospodarz,
Nie bronił czytać i sam słuchać raczył,
I młodszym rzeczy trudniejsze tłumaczył,
Chwalił piękności, a błędom wybaczył.

   Tak za dni moich, przy wiejskiej zabawie,
Czytano nieraz pod lipą na trawie
Pieśń o Justynie, powieść o Wiesławie.
I zazdrościła młodzież wieszczów sławie,
Która tam dotąd brzmi w lasach i w polu,
I którym droższy niż laur Kapitolu
Wianek rękami wieśniaczki osnuty
Z modrych bławatków i zielonej ruty.


Adam Mickiewicz: Pan Tadeusz, fragment Epilogu. Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988, s. 385-386; ilustracje Jana Marcina Szancera

czwartek, 11 czerwca 2015

Jo nie cytoł. I teroz załujym...

28. Cytoj, Jyndruś, Pismo
   - "Niy pojmujys świata, Jyndruś? A kces pojąć? To cytoj, chłopce. Pismo. Ino pomalućku. Cytoj dokładniy, a rozumnie. Być cierpliwy. A jak niy bydzies pojmowoł, to pytoj, sukoj i penetruj jako kornik smreki wierce, a pojmiys. Bo kie sukos to znojdziys". Tak mi godoła moja ciotka... A wiyciy, panosku, co jo robiyłek? Jo nie cytoł. I teroz załujym. 
   Zenobiusz postanowił, że będzie czytał...

Krzysztof Langer: Kto nie pyta - ten błądzi. Warszawska Firma Wydawnicza 2014, s. 83

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Czasem nad księgą zbiegło się spojrzenie...

Francesca i Paolo
(obraz Anselma Feuerbacha)
Ado - bardzo dziękuję! :-)


... Raz dla zabawy czytaliśmy boje,
Gdzie wpadł Lancelot w miłosne więzienie;
Byliśmy sami, bezpieczni oboje.
Czasem nad księgą zbiegło się spojrzenie
I zdejmowało z lic barwy rumiane —
Ale nas zmogło jedno okamgnienie.
Kiedyśmy doszli, gdzie usta kochane
Rycerz całował w nieowładnej chęci,
On, z którym nigdy już się nie rozstanę,
Drżący do ust mych przywarł bez pamięci;
Księga i pisarz Galeottem byli —
W ten dzień jużeśmy nie czytali więcej"...


Dante Alighieri: Boska Komedia. Pieśń V, wersy 127-138 [w drugim kręgu Franczeska da Rimini opowiada poetom historię swej miłości do Paolo Malatesty]

Tłumaczenie: Edward Porębowicz

Tekst na podstawie strony Wikiźródła

Biblioteka Batignolska

   ... Człowiek czuje się ważny i potrzebny, kiedy pomyśli, że czeka na niego dziesięć tysięcy ksiąg i broszur do skatalogowania.
   Tyle mniej więcej liczył księgozbiór, stanowiący pozostałość tak zwanej Biblioteki Batignolskiej.
   Ciekawe były dzieje tej kolekcji, tragiczne jak losy narodu. Powstała w połowie dziewiętnastego wieku ze skromnej biblioteki szkolnej, gromadziła początkowo podręczniki do historii i literatury polskiej. Szkołę, nazwaną Szkołą Narodową Polską, w roku 1842 założyli dla swych dzieci emigranci, niedobitki ocalałe z pożogi powstania listopadowego. Umieszczono ją w cichej uliczce na Batignolles, dziś jednej z dzielnic w północnej części Paryża, w owym czasie podmiejskiej miejscowości, zamieszkanej przez skromnych urzędników, którą dopiero w roku 1860 włączono do stolicy.
Chlubnie zapisała się Szkoła Batignolska w dziejach wychodźstwa, kładąc wielkie zasługi dla kultury polskiej, broniąc młodzież przed wynarodowieniem, utrzymując ducha polskości wśród gromadki wygnańców, zasilonej po trzydziestu latach nowymi ofiarami przemocy.
   Do największego rozkwitu doszła Szkoła pod zarządem doktora Seweryna Gałęzowskiego, którego po upadku powstania listopadowego losy rzuciły do Meksyku. Znakomity chirurg stał się opatrznościowym mężem dla nieszczęsnych Indian, lecząc darmo i niosąc pomoc i ratunek najbardziej potrzebującym. W roku 1848 osiadł w Paryżu, a w kilka lat później obrany skarbnikiem, następnie prezesem Rady Szkolnej, porzucił praktykę lekarską, poświęcając się całkowicie pracy społecznej wśród emigrantów, a przede wszystkim Szkole. Dzielnie sekundował mu jego zastępca - Adam Mickiewicz.
   Szkoła Narodowa Polska na Batignolles rozwijała się znakomicie dzięki ofiarności społeczeństwa oraz subsydium rządu francuskiego. Liczyła ponad trzystu uczniów. 
Niestety wojna francusko-pruska położyła kres tak pięknie prosperującej instytucji. Szkoła, ścieśniona i zubożała, przetrwała jednak ciężkie lata. 
Istnieje do dziś dnia na Batignolles jako Liceum Polskie.
   Wraz z rozkwitem szkoły rosła i rozwijała się jej biblioteka. Napływały dary z kraju, a emigranci coraz częściej zapisywali w testamencie całe księgozbiory lub opuszczając Francję przekazywali szkolnej bibliotece osobiste archiwa.
Wśród ofiarodawców znaleźli się Joachim Lelewel, Alojzy Biernacki, były minister skarbu, doktor Antoni Hłuśniewicz, niezwykle popularny eskulap emigracji, syberyjski zesłaniec Karol Ruprecht, przy końcu burzliwego żywota bibliotekarz Szkoły, i wielu, wielu innych.
   Wkrótce do biblioteki Szkoły Polskiej na Batignolles zaczęto przyłączać inne biblioteki polskie, istniejące na terenie Francji, a gdy w roku 1863 Towarzystwo Demokratyczne Polskie przenosiło swą siedzibę do Anglii, oddało jej bogaty księgozbiór wraz z archiwum.
Dzięki temu Biblioteka Batignolska stawała się powoli najpełniejszą, poza granicami kraju, kolekcją nie tylko druków, ale i rękopisów, dotyczących jednej z najsmutniejszych kart historii narodu, gromadząc dokumenty z życia emigracji, tragicznych dziejów pierwszego i drugiego powstania, przechowując korespondencje, pamiętniki i wspomnienia współczesnych, cenne autografy, rzadkie druki z XVI i XVII wieku, medale i monety, ryciny i mapy, czasopisma polskie wydawane na emigracji.
   Pod koniec ubiegłego wieku poważnych już rozmiarów zbiory przewieziono do zamku w Kórniku pod Poznaniem, gdzie oczekiwały na tryumfalne wejście do Biblioteki Narodowej.
Zdziesiątkowane podczas ostatniej wojny, miały znowu służyć nauce polskiej. Z jakimże pietyzmem Broniś dotykał oprawnych w szare płótno tomów, ozdobionych na grzbietach kwadratem czerwonej skóry z tytułem dzieła oraz białą nalepką, gdzie w błękitnej ramce bibliotekarz, może sam autor „Zamku kaniowskiego", wypisał czarnym atramentem numer, czyli sygnaturę książki.
A w każdym tomie coś interesującego: pieczątka, napis, dedykacja, notatka, każdy mówił o przeszłości, ukazywał dawnego właściciela.
Obok owalnej pieczątki i odbitej błękitnym tuszem nazwy Szkoły po francusku: „Ecole Nationale Polonaise des Batignolles", czyli „Szkoła Narodowa Polska na Batignolles", Broniś spotykał inne, niebieskie lub czarne, jak „Towarzystwo Demokratyczne Polskie", „Towarzystwo Wychowania Narodowego", ozdobione Orłem i Pogonią, „Z Biblioteki Polskiej w Wersalu", „Ze Zbioru J. Lelewela".
   Nazwiska ofiarodawców stały mu się bliskie jak nazwiska znajomych i uśmiechem witał książki doktora Hłuśniewicza czy pana Alojzego Biernackiego, których pieczątki z polskim lub francuskim napisem widniały obok pieczątki batignolskiej.
Pomazane atramentem podręczniki szkolne do nauki greki i łaciny szczególne budziły wzruszenie. Mały urwipołeć ozdabiał swój autograf zamaszystym zakrętasem, by wiedziano po wieczne czasy, że Godurowski czy Stępiński, Wrześniowski czy Waligórski byli w takim a takim roku uczniami Szkoły i ślęczeli nad Owidiuszem i „Iliadą".
Księgozbiór batignolski pochłonął Bronisia, ukazał mu pracę biblioteczną w zupełnie nowym świetle. Niepostrzeżenie przywiązał się do tych pamiątek, drżał o każdą z nich, nierad, gdy magazynier posyłał czasem szaro oprawny tomik do czytelni.


Halina Popławska: Cień dłuższego ramienia. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1993, s. 22-25

piątek, 5 czerwca 2015

Nad "Panem Tadeuszem"

Jan Huszcza - Nad "Panem Tadeuszem"

"... Tak nas powrócisz na Ojczyzny łono,
Tymczasem przenoś moją dusze utęsknioną..."
Książka leży na stole, nad chłopcem się schylił
Cień w płaszczu romantycznym.
                                                               I oto w tej chwili
świecą liście brzozowe zagajników częstych,
organy gdzieś w kaplicy grają nabożeństwo,
sypkie włosy oplotły bławatki i ruta,
jest w rozmowach serdecznych śpiewna, drżąca nuta -
tam zaś dalej, na lewo, na brzegu jeziora
młody strzelec z dziewczyną, spotkani przedwczoraj...
Lecz to wynik zmęczenia, lecz to już z ballady
ów bór gęsto szumiący, księżyc we mgle blady,
nie wiadomo, dlaczego tuż obok łan zżęty,
ciekawe, skąd automat?
                                               Pachną dzikie mięty,
spójrz, znowu twarz znajoma, to Maryla przecież,
a ta druga to Zosia, tylko że w zamieci,
tylko czemu surowa, ongiś raczej płocha,
widać, że gdzieś cierpiała, ślad na twarzy szlochu,
co tu robi w mundurze i w żołnierskim płaszczu,
skąd do Bartka Prusaka te armatnie jaszcze?
Dlaczego smutny Hrabia dziś bez Telimeny
i wygląda jak aktor, który schodzi ze sceny?

A tam rączki ku niebu wznosi jakieś dziecko,
obok zaś matka martwa pod butem niemieckim,
nad wiejską nocą wyżej łuna wschodzi krwawa...
Jakby odejść w tym miejscu, sny się śnią czy jawa?
Ach, dobrze, że topole tłem domowi służą,
przed jesieni wiatrami chronią i przed burzą,
że z miast krewniak Tadeusz po naukach przybył...
I że świeca dogasa, już srebrnieją szyby,
brzask muska ciemność grząską, trzeci pieje kogut.
Jest książka, stół i chłopiec. I więcej nikogo.

Okładka
Jan Huszcza: Nad "Panem Tadeuszem". W: "Wiersze o książkach". Czytelnik, Warszawa 1964, s. 58-59

czwartek, 4 czerwca 2015

Wysokich okien nie było widać, ginęły pod książkami...

 - Dyrektor życzy sobie, byśmy przystąpili do uporządkowania zbiorów batignolskich. Ocalałe podczas wojny resztki tego księgozbioru zostały, jak panu wiadomo, naprędce skatalogowane w pierwszych latach po odzyskaniu nieodległości, by jak najszybciej udostępnić je czytelnikom. Jednak dotychczasowe ich opracowanie dalekie jest od nowoczesnych wymogów, jakie nam stawiają przepisy katalogowe. Dyrektor, porozumiawszy się z panem Błażewiczem i ze mną, zarządził skatalogowanie od nowa tych właśnie druków. Chcemy włączyć je w ciągu najbliższych lat do głównego katalogu jako wzorowo opracowane pozycje. Pomyśleliśmy więc o panu. [...]
   Tak zwana przybudówka był to stylowy budyneczek stanowiący właściwie jedną dużą salę. Na wysokości pierwszego piętra biegła dokoła ścian galeryjka, na którą prowadziły wąskie, drewniane schody. Wszystko tu było stare, łącznie z nieprzepisowymi, drewnianymi półkami, które szczelnie zapełniały całe wnętrze. Broniś nieraz porównywał magazyniera do olbrzymiego pająka, uczepionego półek kilka metrów nad podłogą. Wysokich okien nie było widać, ginęły pod książkami, które nie dopuszczały do sali dziennego światła. Środek zajmowały rzędy masywnych staroświeckich regałów, a smukłe drabiny, na których Sylwester dokonywał akrobatycznych wprost popisów zręczności, pozwalały dotrzeć do najwyżej ustawionych małych tomików, pięknie oprawionych w ciemną skórę, w świetle lamp błyskających zmatowiałym na grzbietach złotem.
  Jan Sylwester panował niepodzielnie w starym magazynie i rzadko który z bibliotekarzy zaglądał za obite blachę drzwi, rzadko też książki opuszczały drewniane półki, wzywane do czytelni. Czasem tylko jakiś profesor, historyk literatury czy badacz dziejów zapragnął przewertować zakurzone kartki pamiątkowego księgozbioru.

Halina Popławska: Cień dłuższego ramienia. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1993, s. 17-21

[Autorka zadedykowała swoją książkę pamięci Pani Marii Milewskiej, kustosza Biblioteki Narodowej. Akcja powieści w dużej mierze toczy się w tej bibliotece, jej magazynach i pracowniach.]

wtorek, 2 czerwca 2015

Odtąd jużeśmy nie czytali sami.

X
Lecz nadto było cyprysowej woni
I nadto barwy, co się w różach płoni;
I chciała nas już miłość ująć zdradą. -
Było to rankiem - pomnę - pod kaskadą -
Byliśmy niczym nie strwożeni - sami -
Czytając książkę pełną łez, ze łzami.
Wtem duch mi jakiś podszepnął do ucha,
    Ażebym na nią z książki przeszedł okiem, -
Była jak anioł, co myśli i słucha -
I nagle - takim przejrzystym obłokiem
Rumieniec smutny twarz jej umalował,
   Że nie wiem dokąd, jak się wszystko stało;
Alem ją w usta różane całował
   I czułem ją tu, na mych rękach, białą,
Sercem bijącą, brylantową w oczach.
Wtem nagle - w jasnej kaskady warkoczach
Coś pomięszało się i coś urzekło;
Wiatr na nas rzucił całe wodne piekło,
I z kwiatów spłoszył wilgotnymi mgłami. -
Odtąd jużeśmy nie czytali sami.

Juliusz Słowacki: W Szwajcarii. W: Dzieła wybrane, tom 1, Liryki i powieści poetyckie. Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1987, s. 289

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Cały świat przestał istnieć dla chłopca...

Dzień Dziecka jeszcze trwa, więc z dedykacją dla wszystkich DZIECI, tych całkiem małych i tych bardzo dużych... :-)

  - Jurek, bo ja się nudzę!
  - Co? - Jurek podniósł nieprzytomne oczy znad książki.
  - Nudzę się! Jurek, ja chcę, żebyś się ze mną bawił.
  - Baw się sama - starszy brat wzruszył ramionami, bardzo niezadowolony, że Kasia przeszkadza mu czytać. Książka była niezmiernie ciekawa: o lotniku, i to jak odważnym!
  - Gdyby tatuś był w domu, to by się ze mną bawił - powiedziała stanowczo Kasia.
  - Ale tatuś jest z mamą w kinie - przypomniał Jurek i znowu wsadził nos w książkę.
  - Gdyby rodzice byli...
  - Odczep się! Nie widzisz, że czytam?
  - Kiedy ja nie chcę, żebyś czytał. Chcę, żebyś się ze mną bawił.
  Kasia nie miała zamiaru ustąpić bratu. Jakże Jurek może czytać, kiedy ona się nudzi? Jurek jest niedobry, jest zupełnie paskudny...
[...]
  - Jurek, słuchaj! Słuchaj, Jurek! Ja ci coś powiem.
  - Dobrze, dobrze - brat machnął ręką zupełnie tak, jakby się opędzał od bardzo dokuczliwej muchy - tylko nie przeszkadzaj!
  Bo właśnie lotnikowi, temu z książki, zepsuł się silnik. Jeszcze chwila i samolot runie w dół...
  Ach, Boże drogi! Jurkowi serce tłukło się w piersi, w gardle zaschło z przerażenia.
  "Uratuje się czy nie? Żeby się uratował, żeby mi się tylko nic nie stało!"
  Cały świat przestał istnieć dla chłopca, a wraz se światem zniknęły dwa pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze w domu przy ulicy Wesołej numer jedenaście. I Jurek ze swoim lotnikiem leciał teraz nad nieprzebytą afrykańską dżunglą i razem z nim przygotowywał się do skoku!
  A co będzie, jeżeli spadochron się nie otworzy? Nawet pomyśleć straszno...
  - Rodzice kazali, żebyś się mną zajmował! - wrzasnęła mu w samo ucho rozzłoszczona Kasia. - Ja wszystko powiem mamie i tatusiowi,  jaki ty jesteś, ja im powiem, żeby cię zbili!
  Tego już było za dużo. Jurek z całej siły trzasnął książką w stół.

Mira Jaworczakowa: Oto jest Kasia. Nasza Księgarnia, Warszawa 2010, s. 4-6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...