wtorek, 31 marca 2015

Książka wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętała


  Książka wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętała – duża i idealnie kwadratowa, zupełnie inna od wszystkich książeczek dla dzieci, jakie znała. Oprawiono ją w niebieski safian. Okładkę ozdabiał wytłoczony misterny płatek śniegu o srebrnym połysku, srebrzysty był również grzbiet. Położyła tom na stole i otworzyła go na pierwszej stronie. W górnym rogu błękitnej marmurkowej karty ktoś napisał delikatnie ołówkiem „Снегурочка, 1857”. „Śnieżna dziewczynka”.
  Rozpoznała schludne pismo swego ojca. Zbierał książki, podróżując po świecie, czasem też kupował je specjalnie dla niej. Trzymał je na półce w gabinecie, ale zdejmował którąś za każdym razem, kiedy o to prosiła, a potem sadzał ją sobie na kolanach i przewracał kolejne strony.
  Z książką rozłożoną przed sobą na stole Mabel czuła się tak, jakby wróciła do tego gabinetu, wypełnionego zapachem fajkowego tytoniu i starych tomów. Przewróciła kartkę, odsłaniając całostronicową ilustrację zabezpieczoną cieniutką bibułką i tekst napisany kanciastymi, niezrozumiałymi literami. Książka była napisana po rosyjsku! Jak mogła o tym zapomnieć? A może nigdy nie zwróciła na to uwagi? Uświadomiła sobie nagle, że choć była to jej ukochana książka z dzieciństwa, nigdy jej nie przeczytała. To ojciec opowiadał jej całą historię, podczas gdy ona wpatrywała się w ilustracje. Nie wiedziała tak naprawdę, czy w ogóle znał ten język, czy też wymyślił tę opowiastkę, patrząc na zamieszczone tam obrazki.
  Od śmierci ojca upłynęło wiele lat, wciąż jednak pamiętała jego melodyjny, tubalny głos.

Byli sobie dziad i baba, którzy wielce się kochali i radowali się swoim życiem, ale ogromnym smutkiem napawał ich fakt, że nie mieli własnych dzieci.

  Mabel spojrzała na ilustrację. Kojarzyła się z rosyjskimi obrazami laserunkowymi, pełnymi przyciemnionych, głębokich barw i ozdobnych detali. Widać było na niej parę staruszków, kobietę i mężczyznę, klęczących przed dziewczynką, która zdawała się być od pasa w gorę prawdziwym dzieckiem, podczas gdy od pasa w dół została ulepiona ze śniegu. W jasnych włosach dziecka lśniły klejnoty, a policzki promieniowały życiem. Dziewczynka uśmiechała się słodko, patrząc na klęczącą przed nią parę, i wyciągała w ich stronę dłonie osłonięte rękawiczkami bez palców. Z jej ramion opadała srebrzystobiała, haftowana peleryna, niemal nieodróżnialna od śniegu. W tle było widać czarnozieloną gęstwinę świerków, nad którymi majaczyły w oddali białe górskie szczyty. Pomiędzy drzewami przemykał rudy lis z wąskimi oczami, złocistymi jak u kota.
  Sięgnęła po kubek z herbatą i odkryła, że napój zdążył ostygnąć. Jak długo wpatrywała się w tę jedną ilustrację? Upiła odrobinę chłodnego naparu i przewróciła kolejną stronę. Zobaczyła noc i dziewczynkę wbiegającą pomiędzy drzewa. Na czarnograntowym niebie lśniły srebrzyste gwiazdy, a staruszkowie patrzyli na nią ze smutkiem z progu swojej chaty.
  Z każdą następną stroną Mabel czuła coraz większe zawroty głowy i całkowicie się zatracała.
  Zbliżyła książkę do oczu. Kolejny obrazek od zawsze należał do jej ulubionych. Przedstawiał dziewczynkę stojącą pośrodku zaśnieżonej polany i otoczoną przez leśne zwierzęta – niedźwiedzie, wilki, zające, gronostaja, jelenia, lisa, a nawet maleńką myszkę. Zwierzaki przysiadły na tylnych łapach za plecami dziecka, nie okazując żadnej agresji ani też uwielbienia. Wyglądało to tak, jakby pozowały do portretu, z lśniącymi futrami, ślepiami i kłami, podczas gdy dziewczynka bez strachu, ale też bez radości patrzyła wprost na czytelnika. Nie wiadomo było, czy zwierzęta chciały ją pożreć, czy też czuły do niej sympatię. Mimo upływu tylu lat, wciąż nie potrafiła zrozumieć, co kryło się w ich oczach.
  Zamknęła książkę i delikatnie przesunęła palcem po wytłoczonym na okładce śnieżnym płatku.

Eowyn Ivey: Dziecko śniegu. Wydawnictwo Pascal, 2013, s. 132-133, przekład: Marcin Wróbel

niedziela, 29 marca 2015

Old Shatterhand i Winnetou okazali się znacznie bardziej popularni wśród uczniów od Fausta...

Z tego, co wiedział, Karol May był najbardziej poczytnym niemieckim pisarzem - zazwyczaj ku źle ukrywanej irytacji nauczycieli. Według nich mali chłopcy, również tacy z dalekich fiordów w Vestlandet, powinni czytać Goethego i Schillera, być może też coś bardziej współczesnego, na przykład Heinricha Heinego, ale doprawdy, nie takiego prostackiego autora piszącego o Dzikim Zachodzie, który zresztą nigdy nawet nie postawił stopy w Ameryce.
Tym niezwyklejsze się wydawało, że zarówno on i jego bracia w Kristianii, jak i Hassan Heinrich tu, daleko na południu w Afryce, trafili na nauczycieli o tych samych, radykalnie nowoczesnych poglądach na temat wychowania chłopców i literatury. Pan Mortensen z Kristianii przemycił Syna Łowcy Niedźwiedzi Karola Maya jako literaturę uzupełniającą w ramach nauki niemieckiego, a Old Shatterhand i Winnetou okazali się znacznie bardziej popularni wśród uczniów od Fausta. Nie chodziło tylko o to, że słówka były łatwiejsze. Czytając przeskakiwało się z linijki na linijkę, a poza tym chodziło o coś ekscytującego i zrozumiałego, gdy zaś natrafiało się na nieznane słówka, sprawdzało się je ze znacznie większym zainteresowaniem niż w przypadku Fausta. Poza tym, jeśli chodzi o tego ostatniego, to istniało ryzyko, że nie zrozumie się sprawdzanego słowa nawet po norwesku.

Jan Guillou: Bracia z Vestland. Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013, s. 257-258, przekład: Anna Krochmal i Robert Kędzierski

piątek, 27 marca 2015

Kwiaty, książki i marzenia

Tak naprawdę wcale nie chcę sprzedawać samochodów. Nigdy nie chciałam. Gdybym mogła wybrać, to najchętniej sprzedawałabym kwiaty. I książki. Chciałabym otworzyć własną kawiarnię, do której wchodziłoby się przez kwiaciarnię. W kawiarni książki stałyby na regałach z dębowego drewna, pod każdym stolikiem także leżałby książki. A kelnerki podające kawę miałyby wpięte we włosy białe kwiaty tiare. I na życzenie opowiadałyby o książkach. Moje kelnerki musiałyby znać wszystkie książki, które "przewalałyby się" w mojej kawiarnio-kwiaciarni. I gdyby była to poezja, musiałyby znać na pamięć przynajmniej jeden z wierszy w tomiku. I musiałyby umieć go wyrecytować, gdyby moja klientka lub klient sobie tego zażyczyli. Kelnerki mogłyby nie znosić tych wierszy lub tej prozy - jest mi to obojętne - ale musiałyby je znać. Nie wiem jeszcze dokładnie. gdzie znalazłabym takie kelnerki [...]

Janusz Leon Wiśniewski: Moje historie prawdziwe. Kwiaty, książki i marzenia. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 89

środa, 25 marca 2015

Tolkien w Poznaniu - Obrazki z wystawy - 25 marca 2015

Już po raz drugi zawitała do Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu wystawa towarzysząca


Oto pierwsze obrazki z wystawy -  zdjęcia zrobiłam przed jej otwarciem - ok. godziny 9:30










 



Trzy godziny później...
(zdjęcia zrobiłam ok. godziny 12.30)








wtorek, 24 marca 2015

Dużo czytałam Saramago...

Sniper osobiście brał w niej udział, z kenem w ręku, rezerwując dla siebie Casa dos Bicos. Wybór wcale nie był przypadkowy. Od roku budynek był siedzibą Fundacji José Saramago, laureata literackiej Nagrody Nobla, który przez całe życie silnie się angażował w radykalnie lewicowy nurt krytyki społeczeństwa konsumpcyjnego. A jedna z jego najważniejszych książek nosi tytuł Miasto ślepców.
  Stojąc przed tym budynkiem na ulicy Bacalhoeiros, przyglądałam się twarzy starego intelektualisty: patrzył na mnie w wielkiego płóciennego banera zawieszonego nad wejściem. "Odpowiedzialność posiadania wzroku, kiedy inni go tracą", wspominałam. Dużo czytałam Saramago, którego poznałam na Lanzarote kilka miesięcy przed jego śmiercią, kiedy pojechałam poprosić go o napisanie wstępu do książki o nowoczesnej sztuce portugalskiej. Przed Casa dos Bicos przypominałam sobie jego chudą, zmęczoną postać osoby śmiertelnie chorej. Uprzejme maniery i smutne spojrzenie przez szkła okularów człowieka, który, już z nogą w strzemieniu, patrzy z pesymizmem na to, co zostawia. Świat, który dawno temu zbłądził i wcale nie zamierza wrócić na dobrą drogę.

Arturo Pérez-Reverte: Cierpliwy snajper. Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 92-93, przekład Joanny Karasek

José Saramago (16.11.1922 - 18.06.2010)

poniedziałek, 23 marca 2015

To wielkie szczęście móc czytać w dziecinnych latach...

W wieku siedmiu, ośmiu, dziewięciu lat czytałem Księgę tysiąca i jednej nocy i wiele innych książek, dawnych historii i dawnych opowieści podróżniczych, i Sycylia była także w nich, w tej Księdze tysiąca i jednej nocy, z książek poznawałem te najróżniejsze miejsca, stare miasta i wsie, drzewa, domy, ludzi z bardzo dawnych czasów. Później wiele z tego zapomniałem w moich latach męskich, ale gdzieś w głębi mi one zostały i mogłem je w pamięci odnaleźć. Szczęśliwy ten, który ma w niej co odnajdywać.
To wielkie szczęście móc czytać w dziecinnych latach. A jeszcze większe, jeśli się miało do czytania książki z dawnych czasów i dalekich krajów, książki historyczne, podróżnicze, a w szczególności Księgę z tysiąca i jednej nocy. Pamiętasz to, co wtedy czytałeś, tak jakbyś to w jakiś sposób sam przeżył, i nosisz dzieje ludzi i cały świat w sobie, razem ze wspomnieniem dawnego dzieciństwa.

Elio Vittorini: Sycylijska rozmowa. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984, s. 93-94, przełożyła Barbara Sieroszewska




wtorek, 17 marca 2015

literatura artystyczna zdezerterowała...

  Nagroda [Nobla - przypisek paren] stała się anachroniczna, a to dlatego, że w kulturze nastąpiła szokowa zmiana. Gdy porównamy wpływ, jaki miały powieści Zoli, Flauberta czy France'a, u nas zaś Prusa, Reymonta, Żeromskiego; albo dramaty Ibsena, Shawa, Brechta, czy z naszej okolicy Wyspiańskiego, Zapolskiej, Witkacego - ze znaczeniem dzisiejszej ambitnej powieści, pogrążonej w rozdzielaniu włosa psychologicznego na czworo, ośmioro i więcej, w wizje intelektualne narodzone z połączenia biblioteki z neurastenią (Borges, Eco), w przyczynki do życiorysów coraz bardziej spektakularnych czy w imitacje bladych beletrystyk światowych w jeszcze bledsze prozy nadwiślańskie, musimy dojść do wniosku, że literatura artystyczna zdezerterowała i ograniczyła się do uprawiania ćwiczeń estetycznych, które zapewne nie są bez wartości, ale zwracają się do odbiorców wyspecjalizowanych, zainteresowanych tą gimnastyką mentalną. Całe to piśmiennictwo przeszło w domenę klubową, podobnie jak np. filatelistyka, która zresztą, kto wie, może nawet budzi większe namiętności i w rozleglejszych kręgach.
  Zapewne nadal wydaje się drukiem wiele książek zgoła przystępnych i wciąż szeroko czytanych, np. powieści obyczajowe, sensacyjne itp., ale i podręcznie - jest to zaiste towar na podróż i dla zabicia czasu, albo też występujący jako ciekawostka, podobnie jak szarady w gazecie. Są to lektury, nie wydarzenia, tymczasem "Nana" czy "Germinal" Zoli, czy "Przedwiośnie" Żeromskiego, czy jeszcze "Dżuma" Camusa, to były właśnie wydarzenia i kronika historyczna wymienia je na równi z wybuchem strajku 1890 roku, z procesem Dreyfussa oraz u nas - z zamachem majowym 1926 roku, z powstaniem warszawskim czy z instalacją PRL-u ("Popiół i diament").
  Nie inaczej dzieje się w innych branżach kultury...

Zygmunt Kałużyński: Zrób sobie sam Nobla. W: Zygmunt Kałużyński: Świat żelaznych szmat. [Rozdział: Kałużyński o kulturze, z tomu "Buntownik bywalec", Dom Wydawniczy ARS, 1998], Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego, Warszawa 2014, s. 113-114


czwartek, 12 marca 2015

Odszedł Terry Pratchett

"umrzeć to jakby zasnąć..."
tak twierdziła babcia Morta, mojego ulubionego bohatera części książek ze Świata Dysku.

Terry Pratchett ( 28.04.1948 - 12.03.2015)

Wydaje nam się, że niektórzy żyć będą wiecznie. Nawet wtedy, gdy wiemy o ich chorobie.  
I nagle nagłówek w Polityce
"Zmarł Terry Pratchett, autor słynnej serii o Świecie Dysku"
Jak trudno w to uwierzyć. Przyjąć do wiadomości, że Terry Pratchett nie żyje. 

Pozostały Jego książki i wymyślony przez Niego świat.

The Discworld

wtorek, 10 marca 2015

Z całej literatury rosyjskiej najbardziej podoba mi się teraz rosyjska dziecinność Puszkina i Czechowa...

"Z całej literatury rosyjskiej najbardziej podoba mi się teraz rosyjska dziecinność Puszkina i Czechowa. Ich wstydliwa niefrasobliwość w stosunku do takich okrzyczanych zagadnień, jak ostateczny cel ludzkości i ich własne zbawienie. W sprawach tych byli też doskonale zorientowani, ale mówienie o nich uważali za niedyskretne, nie czuli do tego powołania. Gogol, Tołstoj i Dostojewski przygotowywali się do śmierci, niepokoili się, szukali sensu, robili rachunki sumienia, a ci dwaj, zaprzątnięci do końca bieżącymi sprawami ich artystycznego powołania, przeżyli niepostrzeżenie swe życie jako ich osobistą, nikogo nie obchodzącą sprawę prywatną, która obecnie stała się sprawą publiczną i jak dojrzewające jabłko zerwane z drzewa napełnia się dla potomnych słodyczą i sensem"

Borys Pasternak: Doktor Żiwago. Instytut Literacki, Paryż 1959, przełożył Paweł Hostowiec, s. 262-263

środa, 4 marca 2015

Robiłam porządki w książkach...

Robiłam porządki w książkach i wpadła mi do rąk "Klepsydra" Konwickiego. Zaczęłam przewracać kartki od niechcenia - i wciągnęła mnie. Omijałam znane mi plotkarskie uszczypliwości, dobre przy pierwszym czytaniu, bo funkcjonują jak pornografia. Zatrzymywałam się przy tych fragmentach, które są rzeczywistą wartością tej książki. Ileż liryki, wstydliwego ciała, ukochania świata, ziemi, przyrody. Ileż wreszcie tęsknoty za latami szczenięcymi i czasem marzeń.

Zofia Kucówna: Zatrzymać czas. Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1991, s. 53


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...