poniedziałek, 26 stycznia 2015

Anulka była koleżanką Zosi Nałkowskiej...

Anulka była koleżanką Zosi Nałkowskiej, której ojciec, Wacław Nałkowski, prowadził w wyższych klasach lekcje geografii. Pani Hoene mówiła o tej niezwykłej uczennicy: "To orli umysł".
[...]
W swych pensjonarskich czasach Zosia przynosiła nieraz do klasy "Chimerę" i odczytywała wiersze. Zapamiętałam głos jej niski, altowy. Czyta z przejęciem, lecz bez patosu. Wtajemniczone wiedzą, że Zosia pisze. Do albumu Anulki wpisała własny wiersz. Miała może wtedy lat piętnaście.

Próżno się śmiejesz do mnie, przyrodo,
Rozrzucasz białe lilie nad wodą,

Złote kaczeńce w zieleni łąki,
W lasach słowiki, w polach skowronki.
- - - - - - - -
Jakiś fatalizm pcha mnie pod górę,
Choć tam nade mną kraje ponure,
I jak lunatyk idąc przed siebie,
Na mego szczęścia płaczę pogrzebie.
I kto mi wszczepił głód wieczny w duszę,
Na pragnień, tęsknot skazał katusze,
Kto wciąż iść każe w nieznaną drogę?
Fatum, którego zwalczyć nie mogę.


Jadwiga Kopeć: Dziecko dawnej Warszawy. Nasza Księgarnia, Warszawa 1981, s. 296-297

niedziela, 18 stycznia 2015

ojciec używał banknotów jako zakładek...

Jednakże w skrytości, kiedy sytuacja robiła się bardzo zła, często zaglądałem do książek, żeby się przekonać, czy nie znajdę jakichś pomocnych słów, i któregoś dnia przeczytałem: "Przebaczanie grzechów jest wiecznotrwałe i cnota nie jest uprzednio wymagana". Te słowa wywarły na mnie tak duże wrażenie, że jakiś czas w kółko je sobie powtarzałem. Ale potem zapomniałem, która to była książka. Była jedną z tysięcy pozostawionych przez mojego ojca, który sporo z nich sam napisał. Przeszukałem kilkadziesiąt tomów, nie znalazłem jednak nic prócz pieniędzy, bo ojciec używał banknotów jako zakładek - co tam akurat miał w kieszeni, piątki, dziesiątki, dwudziestki. Trafiały się nawet papierki wycofane z obiegu przed trzydziestu laty, takie duże żółte płachty. Przez pamięć na dawne czasy bardzo mnie ich widok cieszył, więc zamknąłem drzwi biblioteki na klucz, żeby dzieci nie wchodziły, i spędziłem popołudnie na drabinie, wytrząsając książki, a banknoty sfruwały na podłogę. Ale nie znalazłem tej sentencji na temat przebaczania.*

* Saul Bellow: Henderson, król deszczu. Wydawnictwo IN FOCUS, Olsztyn-Warszawa 1992, s. 7-8, przełożyła Krystyna Tarnowska

sobota, 17 stycznia 2015

Biblioteka mieści się w niewielkim aneksie...

Biblioteka mieści się w niewielkim aneksie, w którym jest też nieduża kaplica i dyżurka pielęgniarek. Sala biblioteczna ma dokładnie dwanaście metrów długości i dziewięć szerokości, są tu cztery jednoosobowe boksy zapewniające prywatność, pięć stanowisk komputerowych i trzy długie stoły, przy których można czytać, pisać i się uczyć. Jest też dziesięć dużych regałów, które mieszczą około tysiąca pięciuset książek, w większości w twardych okładkach. We Frostburgu wolno mieć w celach do dziesięciu książek w wydaniach kieszonkowych, choć niemal wszyscy mają ich więcej. Osadzonym wolno przychodzić do biblioteki w wolnym czasie i reguły określające wizyty są dość elastyczne. Wolno wypożyczać do dwóch książek tygodniowo, a ja połowę czasu poświęcam na upomnienia z racji przeterminowania.*

* John Grisham: Więzienny prawnik. Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013, s. 90, przekład: Lech Z. Żołędziowski

piątek, 9 stycznia 2015

Jan Marcin Szancer - czarodziej wyobraźni (1902-1973). Obrazki z wystawy...

W sobotę, 10 stycznia, kończy się, niestety, urocza wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu...


Szancer... to nazwisko, którego nie można nie znać. Z jego ilustracjami stykaliśmy się wszyscy od najwcześniejszego dzieciństwa, bo któż nie zna choćby "Lokomotywy"?


Albo tych książek dla dzieci:




...i dla dorosłych:



A to tylko malutka część dorobku ilustracyjnego Jana Marcina Szancera.

A oto kilka obrazków z wystawy:












Organizatorem wystawy (przy współpracy z Oficyną Wydawniczą G&P) jest
dr Blanka Mrowicka
Opracowanie graficzne: Dariusz Grajek
Zdjęcia z wystawy wykonał Rafał Michałowski
(bardzo dziękuję za zgodę na ich publikację)

Zdjęcia okładek pochodzą ze strony Oficyny Wydawniczej G&P

czwartek, 8 stycznia 2015

Odszedł Tadeusz Konwicki

Tadeusz Konwicki zmarł wczoraj, 7 stycznia 2015 w Warszawie. Miał 88 lat.

Tadeusz Konwicki  (22 czerwca 1926 - 7 stycznia 2015)
Warszawa 2009, foto: Leszek Szymański/PAP

"Ja w ogóle nigdy nie czytałem po wydaniu swojej książki i nigdy nie widziałem na ekranie kinowym swojego filmu. Ktoś może na to powiedzieć: „No dobrze, ale ja pana widziałem na jakiejś premierze”. Tak, przychodziłem na premiery, grzecznie się kłaniałem i jak tylko gasło światło, uciekałem. To wynika z pewnych moich cech charakteru, z wychowania wileńskiego, w którym asceza, powściągliwość i rodzaj honoru były obowiązujące. Toteż za bardzo nie wiem, czy tom z okładką zapowiadającą moją książkę to naprawdę moja książka."*

sobota, 3 stycznia 2015

Czytał je potem w nocy na wyrywki...

Zrozumieli się bez słów. Maggie z rumieńcem na twarzy odwijała zawinięty w szary papier prezent od Piotra, a on otwierał otrzymane od niej Sonety Williama Szekspira. Czytał je potem w nocy na wyrywki, próbując rozszyfrować trudną treść zaklętą w staroangielski język. Ukłucie w sercu poczuł koło północy, gdy trafił na sonet 56. Jakoś dziwnym trafem poradził sobie z nim bardzo sprawnie, za to strzała wypuszczona przez Szekspira kilka stuleci wcześniej ugodziła go na tyle skutecznie, że nie zmrużył już oka do rana, próbując ujarzmić huczące mu w głowie słowa wiersza.

Sonet LVI
Słodka miłości, wróć, by nie mówiono,
Że siły twoje od twych pragnień słabsze,
Pragnienia, choć je dzisiaj nakarmiono,
Jutro powrócą, tak ostre jak zawsze.
Więc wróć! Choć dzisiaj twoje głodne oczy
Mrużą się, ciężkie sennym nasyceniem,
Jutro spójrz znowu i ducha miłości
Nie chciej zabijać zbyt długim znużeniem.
Niech odpoczynek będzie oceanem
Dzielącym brzegi, na które przybyło
Dwoje kochanków młodych, by nad ranem
Pobłogosławić wracającą miłość.
Lub zwij to zimą, której mroźna szata
Po trzykroć każe oczekiwać lata.*

"Dwoje kochanków nad ranem..." - powtarzał w myślach nieskończoną ilość razy. Po raz pierwszy od tygodni wyciągnął z szuflady stolika nocnego małą kartkę, z której dużymi ciepłymi oczami spoglądała na niego Swieta. Dotknął rysunku opuszkami palców. Bolało. Zakopane skrzętnie uczucia odezwały się ponownie. Leżał na plecach i wpatrywał się w twarz, która wywróciła jego życie do góry nogami, nawet wtedy, gdy leżący na sąsiednim łóżku Hucul, chcąc zakończyć katusze przyjaciela, wyłączył lampkę nocną.


Adrian Grzegorzewski: Czas tęsknoty. Między Słowami, Kraków 2014, s. 294-295

* Sonet w przekładzie Macieja Słomczyńskiego


Sonet LVI w oryginale:

Sweet love, renew thy force; be it not said
Thy edge should blunter be than appetite,
Which but to-day by feeding is allayed,
To-morrow sharpened in his former might:
So, love, be thou, although to-day thou fill
Thy hungry eyes, even till they wink with fulness,
To-morrow see again, and do not kill
The spirit of love, with a perpetual dulness.
Let this sad interim like the ocean be
Which parts the shore, where two contracted new
Come daily to the banks, that when they see
Return of love, more blest may be the view;
   As call it winter, which being full of care,
   Makes summer's welcome, thrice more wished, more rare.


A tu w przekładzie Jana Kasprowicza:

Odświeżaj moc swą, miłości, ażeby
Nie powiedziano, żeś tępsza od głodu,
Co przesiawszy dzisiaj swe potrzeby,
Jutro zaostrza swą żądzę. Powodu
Tego się trzymaj! Oczy swe z ochotą
Otwieraj jutro, choć w dzisiejszej dobie
Giną z przesytu, i ciągłą tępotą
Ducha miłości nie zabijaj w sobie!
Smutna zaś przerwa niech będzie jak morze
Dzielące brzegi: narzeczeni młodzi
W codziennej na nich zjawiają się porze
I coraz większa miłość k'nim przychodzi:
      Albo jak zima: przykra jest, lecz za to
      Po trzykroć milsze będzie dla nas lato.


piątek, 2 stycznia 2015

Jednak na prawdziwy klejnot trafił w antykwariacie Petera Harringtona na Fulham Road...

Piotr, gdy nie brał udziału w zajęciach i nie włóczył się wieczorami z Kubą, czytał. Maggie podrzucała mu od czasu do czasu perełki literatury angielskiej. Jednak na prawdziwy klejnot trafił w antykwariacie Petera Harringtona na Fulham Road. Pomiędzy oprawionymi w skórę woluminami zauważył znajomo brzmiące nazwisko. Na białym grzbiecie wydanej przez londyńskie wydawnictwo George Allen & Unwin Ltd. w 1927 roku książki czerwieniły się litery Sophia Kossak, The Blaze.

Przecież to Pożoga!... 
Przecież to Pożoga! - rozpromienił się, obdarzając stojącego przy nim sprzedawcę szerokim uśmiechem. Uwielbiał jej książki. Jeszcze nie tak dawno, tuż przed wybuchem wojny, dosłownie połknął w kilka dni jej czterotomową sagę o wyprawach krzyżowych. Odtąd Krzyżowcy na dobre zagościli na jego półce, a Zofia Kossak stała się jedną z ulubionych autorek. Znał też jej Pożogę, opowieść o Kresach podczas przewalania się przez nie rewolucji październikowej, niemieckich taborów, oraz konfliktu polsko-ukraińskiego. Pomyślał o Maggie. Książka byłaby idealnym prezentem dla niej. Zapytał o cenę i pobielał na twarzy. Po chwili wyłuskał z kieszeni dwa funty i położył na ladzie. Przemiły młody antykwariusz z twarzą ozdobioną krótkim rudym zarostem zawinął wolumin w szary papier i przewiązał go sznurkiem. Pożoga zmieniła właściciela.

Adrian Grzegorzewski: Czas tęsknoty. Między Słowami, Kraków 2014, s. 293-294

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...