czwartek, 31 grudnia 2015

Kraj lat dziecinnych...

Gdy pisałam komentarz o lekturach z dzieciństwa i podróżach sentymentalnych, przyszedł mi na myśl fragment "Pana Tadeusza". Ostatni dzień roku, gdy chyba wszyscy wracamy w myślach do tego, co było, jest dobrym momentem, by cofnąć się nieco dalej, do "kraju lat dziecinnych"...

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,
Nie podkopany nadziei złudzeniem
Ani zmieniony wypadków strumieniem.
Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał,
Te kraje rad bym myślami powitał:
Kraje dzieciństwa, gdzie człowiek po świecie
Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie
Miłe i piękne, jadowite rzucił,
Ku pożytecznym oka nie odwrócił.


Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny,
Jak świat jest boży, tak on był nasz własny!
Jakże tam wszystko do nas należało!
Jak pomnim wszystko, co nas otaczało:
Od lipy, która koroną wspaniałą
Całej wsi dzieciom użyczała cienia,
Aż do każdego strumienia, kamienia,
Jak każdy kątek ziemi był znajomy
Aż po granicę, po sąsiadów domy!


I tylko krajów tych obywatele
Jedni zostali wierni przyjaciele,
Jedni dotychczas sprzymierzeńcy pewni!
Bo któż tam mieszkał? - Matka, bracia, krewni,
Sąsiedzi dobrzy. Kogo z nich ubyło,
Jakże tam o nim często się mówiło,
Ile pamiątek, jaka żałość długa
Tam, gdzie do pana przywiązańszy sługa
Niż w innych krajach małżonka do męża;
Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża
Niż tu syn ojca; po psie płaczą szczerze
I dłużej niż tu lud po bohaterze.


I przyjaciele wtenczas pomogli rozmowie,
I do piosnki rzucali mnie słowo za słowem -
Jak bajeczne żurawie nad dzikim ostrowem,
Nad zaklętym pałacem przelatując wiosną
I słysząc zaklętego chłopca skargę głośną,
Każdy ptak chłopcu jedno pióro zrucił,
On zrobił skrzydła i do swoich wrócił...

[a dalszy ciąg jest TUTAJ]

Adam Mickiewicz: Pan Tadeusz. Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988, s. 384-385, il. Jan Marcin Szancer

sobota, 26 grudnia 2015

Odszukał książkę, której nie czytał od trzydziestu, a może i więcej lat...

Wreszcie zrobił coś, co samego go zaskoczyło. Odszukał książkę, której nie czytał od trzydziestu, a może i więcej lat. Pamiętał, że bardzo mu się podobała w czasach, gdy wszystko było proste, a świat stał otworem. Pamiętał, że się przy niej wzruszał. Potem, przez długie lata, uznawał wzruszenie za uczucie, którego trzeba się wstydzić. Długo patrzył na okładkę. Ferenc Molnar "Chłopcy z Placu Broni". Otworzył - zatrzymał się przy tytule węgierskim A Pal utcai Fiuk. Nie wiedział, że to znaczy Chłopcy z ulicy Pawła. Nie pamiętał też treści. Pamiętał jedynie, że Nemeczek umrze. Zaczął czytać i znowu wciągnęła go historia braci Pastorów, Janosza Bocza i właśnie Nemeczka, która to historia była prawdziwą, bo mówiła o tym, że nie ma na świecie sprawiedliwości.
Grzegorz Miecugow: Przypadek. Wydawnictwo Bellona, Warszawa [2010], s. 319

niedziela, 22 listopada 2015

"Słońce świeci wszystkim"... Dzisiaj rano odeszła Monika Szwaja

Monika Szwaja (12 grudnia 1949 - 22 listopada 2015)

"Ja umiem zrobić mrówkę." Tak napisała o sobie Monika Szwaja.

Nie każdy pisarz musi marzyć o napisaniu Ulissesa... I Monika Szwaja o tym nie marzyła. Za to jej pozycja w świecie literatury kobiecej była nie do podważenia. Gdy otrzymałam dzisiaj sms od koleżanki z wiadomością o śmierci Moniki Szwai, zrobiło mi się smutno. Sięgnęłam do swoich notatek dotyczących książek w książkach, wypowiedzi pisarzy o książkach i czytaniu, wybrałam trzy...

M.: Czego oczekuje Pani po dobrej książce, myślę nie tylko o polskiej literaturze, ale i obcej?
 M.Sz.: Inteligencji, dystansu, poczucia humoru, mądrości, pięknego i żywego języka... same drobiazgi.

Taak, rzeczywiście, same drobiazgi...

Interesująca jest lista lektur, którą by stworzyła, gdyby miała na to wpływ...

M.: Jak Pani zdaniem powinna wyglądać dobra szkoła? Jakie pozycje umieściła by Pani na obowiązkowej szkolnej liście lektur?
 M.Sz.: To też pytanie na odpowiedź równą dwunastotomowej encyklopedii. Najważniejsze, żeby nauczyciele mieli dobre wykształcenie, dystans i brak kompleksów, a także szacunek i sympatię do swoich uczniów. A do szkolnych lektur zaliczyłabym - bez analizy literackiej, Boże broń - Kubusia Puchatka w przekładzie wyłącznie pani Tuwim, Alicję w krainie czarów w przekładzie Marianowicza, wiersze Brzechwy i Tuwima . Dla starszych (czyli już z analizą literacką) koniecznie Broniewskiego nierewolucyjnego, Eugeniusza Oniegina - Puszkina w przekładzie Tuwima (fragmentaryczny ale genialny), Mandelsztama i w ogóle sporo poezji, pod warunkiem, że nauczyciele nauczyliby się nie masakrować jej tak jak teraz. Z prozy koniecznie Kiplinga , oczywiście w tłumaczeniu Birkenmajera i mnóstwo innych klasyków. Dodatkowo Meissnera i Borchardta, żeby małolaty nabrały szacunku do pewnych postaw (w tym porządnej pracy). Wawrzyńca Żuławskiego z powodu oczywistych wartości. Och, dajcie mi szkołę, a ja ją urządzę!
To fragmenty wywiadu, którego Pani Szwaja udzieliła  28 maja 2004 roku Merlinowi [cały wywiad  jest  TUTAJ ]

Z okazji wydania książki Anioł w kapeluszu w roku 2013, portal Lubimy czytać poprosił Autorkę o odpowiedzi na wybrane pytania swoich czytelników...

Prowadzonemu przez panią wspólnie z kolegą wydawnictwu przyświeca dewiza: "Sol omnibus lucet" – „Słońce świeci wszystkim". Proszę wyjaśnić, co dokładnie miała pani na myśli?
Pat
 To Petroniusz miał na myśli, a ja za nim dopiero. Dla mnie jest to jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych myśli, jakie zostały wypowiedziane i, na szczęście, zapisane. Dewiza ta oznacza równość ludzi - dla wszystkich jednakowo świeci słońce na niebie. Dla biednych i bogatych, zdrowych i chorych, ładnych i brzydkich. Ergo: choćbyśmy byli w nieszczęściu, smutku i najczarniejszym dole (jak to się teraz mówi) - słońce świeci również dla nas.
Znam wielu ludzi, którzy swoim życiem udowadniają mądrość tego powiedzenia. Mając dla siebie niewiele życia i tego słońca - potrafią wykorzystać każdy jego okruszek.
[cały wywiad jest  TUTAJ ]

I jeszcze jeden fragment, tym razem zaczerpnięty ze strony Moniki Szwai...
Dużo w moich powieściach jest uśmiechu i śmiechu, wiele pogody i wielu dobrych, życzliwych ludzi. Podobno to źle. W Prawdziwej Literaturze nie ma happy endów. Jeden kolega, sam piszący tak właśnie radził mi przerobić Nudziarę – dorobić jej złe zakończenie. Niech to wszystko, co się tak ładnie wyklarowało, okaże się wymysłem głównej bohaterki, niech sama zje te śledzie, co je przygotowała na Wigilię. Wtedy – powiedział kolega jak najbardziej życzliwie – to będzie Prawdziwa Literatura.
Oczywiście, nic nie zmieniłam. Ja wiem, że aby zostać Artystą, nie powinno się śmiać. Życie bowiem wcale śmieszne nie jest. Moi koledzy, którzy śmiech dawkują oszczędnie, robią filmy smutne i ponure, a potem celebrują ich premiery – są Artystami. Ja nie. Ja jestem rzemieślnikiem telewizyjnym i mogę sobie być spokojnie rzemieślnikiem literackim. Chciałabym, żeby moje książki – tak jak mnie pomogły przetrwać złe chwile – pomogły znieść różne smuteczki życiowe moim Czytelniczkom. I Czytelnikom też; wiem o różnych Prawdziwych Mężczyznach w wieku od dziewiętnastu do siedemdziesięciu kilku lat, którzy Nudziarę przeczytali i teraz twierdzą, że z przyjemnością.

To może jest tak, jak w tej piosence Młynarskiego o dwóch artystach, z których jeden jest tuz i koryfeusz, a drugi umie zrobić mrówkę. Ja umiem zrobić mrówkę.

[Cały tekst "Monika o Monice" jest TUTAJ

niedziela, 15 listopada 2015

Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę...

Wróciła do książki. Edmunda Dantesa właśnie zrzucono ze skarpy w worku z kulą armatnią przywiązaną do stóp jako balast, bo strażnicy sądzili, że były to zwłoki zmarłego księdza, staruszka. "Morze jest cmentarzem zamku If", czytała zachłannie. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie, pomyślała, i przeszła do następnej strony, gdzie zaczynał się kolejny rozdział. "Dantes oszołomiony, niemal duszony, miał jednak na tyle przytomności umysłu, żeby wstrzymać oddech...". Do licha. Oby mu się udało wypłynąć, żeby potem wrócił do Marsylii i odzyskał swój statek, i zemścił się na wszystkich trzech sukinsynach, swoich kumplach, którzy tak podle go sprzedali. Teresa nigdy nie przypuszczała, że książka może tak całkowicie pochłonąć uwagę; teraz marzyła tylko o tym, żeby wszyscy dali jej święty spokój, żeby mogła wrócić do lektury, na zaznaczoną stronę, tam gdzie jest zakładka, gdzie przerwała czytanie.
Patricia dała jej tę książkę, a wcześniej wiele mówiła o czytaniu, kiedy Teresa dziwiła się, że ona tak dużo czasu spędza nad stronami swoich książek, że tyle rzeczy pakuje sobie do głowy i woli to od seriali - Teresa uwielbiała seriale meksykańskie, przypominały jej, rodzinne strony - od filmów i teleturniejów, tłumnie oglądanych w sali telewizyjnej przez inne więźniarki. Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. Pomagają też odpędzić różne złe rzeczy - samotność, upiory i tym podobne gówna. Czasem się zastanawiam, jak możecie znieść to wszystko wy, które nie czytacie. Nigdy nie powiedziała: przeczytaj to, weź to, weź tamto, czekała, żeby Teresa sama się zdecydowała, choć czasem widziała, jak ta przygląda się tym dwudziestu, trzydziestu książkom, które często się zmieniały, trochę pochodziło z biblioteki więziennej, inne przysyłali jej przyjaciele i krewni, a jeszcze inne zamawiała sobie u koleżanek wychodzących na wolność czy na przepustkę. Wreszcie któregoś dnia Teresa powiedziała: chciałabym przeczytać jakąś książkę, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Miała w rękach Czulą jest noc, czy jakiś podobny tytuł, który zwrócił jej uwagę, bo brzmiał strasznie romantycznie, a na okładce był ładny obrazek z elegancką dziewczyną w kapeluszu, w stylu „bogata panienka z lat dwudziestych". Ale Patricia pokręciła głową, zabrała jej książkę z rąk i powiedziała: zaczekaj, na wszystko przyjdzie czas, najpierw przeczytaj coś, co ci się bardziej spodoba. I następnego dnia poszły do biblioteki więziennej i poprosiły Marcelę Króliczek, prowadzącą bibliotekę - Króliczek to było przezwisko: wlała swojej teściowej ług tej właśnie marki do butelki po winie - o wypożyczenie książki, którą Teresa właśnie wzięła do ręki. To jest o więźniu, takim jak my, wyjaśniła jej Patricia, widząc jej zmartwioną minę, że ma przeczytać takie opasłe tomisko. I popatrz, kolekcja jakaś tam, wydawnictwo Porrua, Meksyk. Przywędrowała tu z daleka, tak samo jak ty. Jesteście sobie przeznaczone. [...]

Arturo Pérez-Reverte - Królowa Południa. Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2003, 552 s., przekład Joanny Karasek

czwartek, 12 listopada 2015

Czytanie daje wiedzę...

Hector Darby podszedł bliżej, z twarzą zniekształconą przez szkło podniesionego do ust kieliszka. Wychylił jego zawartość, po czym nakazał:

- Rozejrzyj się dokoła i powiedz mi, co widzisz.
- Salon.
- A w tym salonie?
- Książki i...
- O czym one są?
- Nie wiem. Żadnej nie czytałem.
- To może od razu wszystkie przeczytasz i wtedy mi powiesz?
- Jest ich za dużo. - Daniel zamrugał, nie pojmując, ku czemu zmierza ta rozmowa. 
W dziwacznej brodzie Darby'ego zarysowała się szczelina brzydkiego uśmiechu.
- A zatem nie potrafisz stwierdzić, o czym są te książki, ponieważ jest ich za dużo. Utrzymujesz natomiast, że zdołałeś dokonać całościowej lektury rzeczywistości, choć pod względem bogactwa znaczeń nieskończenie przewyższa ona moją skromną bibliotekę. - Darby zawrócił w stronę barku i ponownie napełnił swój kieliszek. - Widzisz, Danielu, ja czytałem te książki i mogę ci powiedzieć, co z nich wynika. - Pociągnął kolejny łyk. - A
wynika z nich, co następuje: nie ma rzeczy niemożliwych.
- Tak uważają osoby wierzące - odparł Daniel z wyraźnym lekceważeniem w głosie. - Powinienem był się domyślić, że i wy do nich należycie...
Darby zastygł, patrząc na niego z lekkim niedowierzaniem.
- Jesteś, z tego co widzę, młodzieńczo bezrefleksyjny, Danielu.
- Czy tak określa pan ludzi niewierzących? - wybuchnął Daniel.
- Tak określam ludzi głupich.
- Pan Kean nas nie zna, Hectorze - odezwała się spod okna dziewczyna. W jej głosie brzmiał wyrzut. Siedziała teraz na marmurowym parapecie, wciąż wyglądając na zewnątrz, a jej obrysowana słonecznym blaskiem sylwetka przypominała rzeźbę. - Poza tym, w zaistniałej sytuacji, mógłbyś mu chyba oszczędzić swoich ironicznych uwag.
- Przepraszam - uśmiechnął się Darby. - Ale powinieneś czasem pomyśleć, Danielu, zanim się odezwiesz. Bez urazy. Maya, owszem, jest wierząca, ja natomiast nie. Nigdy nie byłem i nigdy nie będę - oświadczył z mocą, tonem, który pozwolił się Danielowi domyślić, że to temat dla niego szczególny.
- W takim razie kim pan jest?
- Jestem po prostu dziwakiem - odparł z powagą Darby. - Jak zauważyłeś, zbieram i czytam książki. Każdy, kto czyta, staje się dziwakiem. Czytanie daje wiedzę, a ponieważ wokół dominuje raczej ignorancja, wiedza oznacza dziwactwo.


José Carlos Somoza - Klucz do otchłani. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2009, s. 56, przełożyła Barbara Jaroszuk

czwartek, 5 listopada 2015

Szelestem kartek...

Szelestem kartek
Można się upić do dna
Zapachem druku
Legalnie uzależnić

Pragnąc spełnienia marzeń



Marta Świć - [...]. W: a jednak... lecę. Towarzystwo Miłośników Podlasia. Biała Podlaska 2015, s. 11

środa, 4 listopada 2015

Chłonęła je, rozkoszując się każdym zapisanym w nich słowem...

Światło pracowni zawsze było nasycone i czyste, nawet wtedy, gdy słońce przestawało zaglądać do środka przez okna i chowało się za węgłem domu. Pomieszczenie zdawało się promieniować nawet w nocy, kiedy nad wzgórzami i przycupniętą między nimi doliną zapadała ciemność, przykrywając wszystko miękkim całunem szarości i wyciszenia.
To tutaj pani Lu nauczyła Josephine czytać. Tu przynosiła z biblioteki książki z wytłoczonymi złotymi literami nazwiskami ich autorów: Coopera, Dumasa, Dickensa, Poego. Ich okładki były powyginane, kartki pokryte ciemnymi plamami pleśni, ale Josephine zawsze dotykała ich z szacunkiem, upewniwszy się najpierw, że ma czyste ręce. Chłonęła je, rozkoszując się każdym zapisanym w nich słowem, swym kolejnym małym zwycięstwem. I sama pisała litery, starannie odwzorowywała ich kształty na kartkach papieru, które zaraz potem wrzucała do ognia. Kilka takich sekretnych kartek jednak zachowała i przemyciła pod spódnicą do swojego pokoju na poddaszu.
- Tylko ani słowa panu - powtarzała szeptem dziedziczka. - Obie miałybyśmy poważne kłopoty.

Tara Conklin - Służąca, Świat Książki, Warszawa 2015, s. 52, przekład: Justyna i Sławomir Studniarz

wtorek, 3 listopada 2015

Straszne wierszyki


Gdy liście zwarzy chłód listopada
i wiatr za oknem szaleje dziki,
zapuszczam story, przy stole siadam
i wtedy piszę straszne wierszyki.

Zegar dwunastą wybija właśnie,
na schodach słychać rozgardiasz głuchy:
To idą do mnie, gdy światło zgaśnie,
strachy, upiory, wiedźmy i duchy.

Trochę opuszcza mnie już odwaga,
aby przyjmować gości tak srogich:
W szybę mi puka znów Baba-Jaga,
z kąta diabelskie wystają rogi.

Świt ich przepędza w nieznane strony,
więc w tę wizytę sam już nie wierzę,
ale ślad przecież pozostał po nich:
kompres na głowie, wiersz na papierze!

Włodzimierz Ścisłowski: Straszne wierszyki. W: Straszne wierszyki. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 5

niedziela, 1 listopada 2015

mocowanie się z myślami

tłumaczyłam sobie że takie jest życie
jeszcze nie przywykłam
ale staram się zachowywać normalnie

powietrze uboższe w tlen
o kilka palących się zniczy
płytko oddycham

nie potrafię pogodzić się ze świadomością
że ziemia jest Ci bliższa

Joanna Danuta Bieleń: Mocowanie się z myślami. W: : Słowa skierowane do najbliższego Boga. FDF, Warszawa 2014, s. 21

poniedziałek, 5 października 2015

Odszedł Henning Mankell

Henning Mankell (3 lutego 1948 – 5 października 2015)

Powieści Henninga Mankella zapoczątkowały moją znajomość z "kryminałem skandynawskim". 
Nie będę wymieniać tytułów, przeczytałam wszystkie Jego książki wydane w Polsce i trudno by mi było wskazać tę jedyną. Każda była gwarancją ciekawie spędzonego wieczoru.

Nie tylko Wallander... chociaż właśnie tej postaci pisarz poświęcił najwięcej czasu i serca.
Ale na mojej półce "z Mankellem" stoją też inne, choćby Comédia infantil
Na pewno staną tu też Grząskie piaski...

piątek, 18 września 2015

Książki to fajna rzecz...

  Przyjrzał mi się dociekliwie i pokiwał z uznaniem głową. 
  - Ale pistolet to ty jesteś. Na dziurawym kajaku puścić się na takie jezioro, ho, ho... Ciekawy z ciebie chłopiec. Uciekasz z domu, a zabierasz ze sobą książki. 
  - Nie uciekłem - syknąłem przez zaciśnięte zęby. 
  - Dobra, dobra. Przede mną nie musisz się tłumaczyć. 
  - Jak pan nie wierzy, to trudno. A książki... to moje ulubione. Lubię czytać. 
  - A ja z książkami na bakier. Czasem przerzucę jakiś kryminał albo coś o wojnie... Wolę życie, takie na co dzień, prawdziwe. Z życia więcej się możesz nauczyć. I do kina lubię chodzić, bo tam przynajmniej widać, co się dzieje. 
  - Książki to zupełnie co innego. 
  - Rozumiem. 
  - W książkach też jest prawdziwe życie. Czasem, kiedy czytam książkę, zdaje mi się, że to ja ją napisałem. Kiedyś, dawno, może wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było. 
  - Filozof z ciebie. 
  - Tak tylko sobie wyobrażam. Przeczytam książkę, a potem się zastanawiam, jak to właściwie jest; czy to prawda, czy zmyślenie. Książki to fajna rzecz. 
  - No, no, widzę, żeś uczony w piśmie. I nie nosisz głowy od parady. A teraz co ostatnio czytałeś? 
  - „Wojnę trojańską" Parandowskiego i „Odyseję". 
  - To o Indianach? 
  Parsknąłem i nagle głupio mi się zrobiło, bo myślałem, że ten człowiek nie miał przecież obowiązku czytać „Odysei". Tamten opuścił lekko głowę, jakby się zakłopotał, ale wnet zmieszanie pokrył uśmiechem. 
  - Widzisz, nie jestem tęgi w lekturze. Niełatwe miałem życie i, tak szczerze mówiąc, wołałem łowić ryby albo jeździć na łyżwach. Od dziecka nosiło mnie i nosiło. Do książek trzeba mieć cierpliwość, a ja jestem w gorącej wodzie kąpany. 
  - „Odyseja" to o starożytnych Grekach. 
  - Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie - zażartował. - Mnie ciekawi to, co jest dziś, co mnie otacza, czym żyję. 
  - Gdyby pan przeczytał, toby się panu na pewno spodobała. Bohaterem jest król Itaki, Odys, który walczył pod Troją.
  - O Troi to nawet jakiś film widziałem. Pamiętam, że na koniec wprowadzono w mury miasta drewnianego konia, a w tym koniu byli ukryci żołnierze. Nawet mi się to podobało. No i co z tym Odysem? 
  - Dziesięć lat walczył pod Troją, a potem dziesięć błądził po morzach i różnych krainach i miał fantastyczne przygody. A na Itace czekał na Odysa jego jedyny syn, Telemach. 
  - I nie mógł się doczekać. - Wstał. Widocznie znudziło go moje opowiadanie, a mnie zrobiło się żal, że nie chciał mnie do końca wysłuchać. Bo dziwnie lubiłem ten fragment opowieści o Odyseuszu. 

Adam Bahdaj: Telemach w dżinsach. KAW, Warszawa 1985, s. 18-19

niedziela, 13 września 2015

Odkładam na półkę gruby tom, jak pustą fiolkę...

(TP nr 3, 20 I 1985)

RELANIUM

Od najmłodszych lat, kiedy przeżywam trudny okres i za wszelką cenę chcę się uwolnić od pogmatwanych, mrocznych, obsesyjnych myśli sięgam po środek uspokajając. Tym, czym dla innych jest relanium, dla mnie są powieści Sienkiewicza. Znane nieomal na pamięć, sentymentalno-swojskie, łatwe - zawsze potrafią zwolnić obroty wiatraka kręcącego się w mózgu. Za każdym razem wydobywam z nich inny wątek, który na parę godzin przykuwa moją uwagę.

Ponieważ trudne okresy ostatnio zdarzały się dość często, Trylogię i Krzyżaków miałam przeczytane na świeżo, postanowiłam więc wrócić do najmniej może lubianego Quo vadis. Nasz czcigodny noblista, dobrotliwy mag mojego dzieciństwa, nie zawiódł; relanium podziałało.

Tym razem na pierwszy plan wysunął się nie Petroniusz i jego gemmy, nie krwisty Chilon Chilonides, lecz obraz ginącego Rzymu. Potęgi, która jeszcze trwa i jest groźna, ale której miotanie się coraz bardziej przypomina konwulsje. Systemu, w którym zawiodła ideologia i nie fascynuje już nikogo poza granicami wielkiego imperium i nie motywuje wewnętrznie działań jego twórców. Jedynym spoiwem pozostał strach przed porażonym lękiem imperatorem, tępe posłuszeństwo pretorianów i przelotne sojusze zwaśnionych patrycjuszy, którzy bronią już tylko swoich insul i miejsca w przedsionku Palatynu.

Odkładam na półkę gruby tom, jak pustą fiolkę, i przygotowuję sobie następną. Może Ogniem i mieczem?


Ewa Szumańska: Pięć lat. [Przedruk felietonów z Tygodnika Powszechnego z lat 1982-1987], Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza 1989, s. 45

piątek, 4 września 2015

Teksty Agnieszki są sprzęgnięte z jej nazwiskiem

Teksty Agnieszki są sprzęgnięte z jej nazwiskiem. Nawet wtedy, gdy Tadeusz Różewicz, ekspert od miksowania gatunków, osadzi w swoim wierszu pod tytułem Czytanie książek kilka zmodyfikowanych wersów zasłyszanego przeboju, pomijając nazwisko autora, wiemy, o kim mowa.

Wracam do listopada 1978
czytam dalej Walkę o treść
Irzykowskiego
"...zgon realizmu uważa się za rzecz,
która się rozumie sama przez się [...]"
jednak rację miał Irzykowski
nie Witkacy
pomyślałem i poszedłem
wyrzucić śmieci
włączyłem radio
słuchałem dziwnych (?)
słów współczesnej polskiej piosenki
"...wyłączy nam prąd wykidajło
pchajmy więc taczki obłędu
jak Bajron"

Ula Ryciak: Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 218

===

A to cały wiersz Tadeusza Różewicza, przywołany przez Ulę Ryciak:

Tadeusz Różewicz - Czytanie książek

Ja niżej podpisany                
Tadeusz
Syn Władysława i Stefanii
urodzony w roku 1921
w mieście Radomsku

obudziłem się ze słońcem
miałem uczucie że zbliża się
do mnie poezja
ale to było złudzenie
(poezja zakryła oblicze)
zjadłem płatki owsiane
ogoliłem się
patrząc w lustro
pomyślałem "no tak"
poszedłem po gazetę
jest 5 listopada 1978
"jak ten czas leci"
jest już lipiec `84
wieczór godzina 20.00
od rana pada deszcz
za oknem szum i plusk
czytam o Dostojewskim
(okrutny talent)
przerywam czytanie
patrzę na drzewa
myślę o wieczności

jak ten czas leci

Wracam do listopada 1978
czytam dalej Walkę o treść
Irzykowskiego
...zgon realizmu uważa się za rzecz,
która się rozumie sama przez się(...)
jednak rację miał Irzykowski
nie Witkacy
pomyślałem i poszedłem
wyrzucić śmieci
włączyłem radio
słuchałem dziwnych (?)
słów współczesnej piosenki
wyłączy nam prąd wykidajło
pchajmy więc taczki obłędu
jak bajron

coraz częściej nie kończę wierszy
opowiadań listów
nie skończyłem listu do Wirpszy
dowiedziałem się że umarł
napisałem kartkę do Zbyszka
wysłałem bez adresu
zwrócono mi
Zbyszek uśmiecha się jeszcze
ale jego Żona płacze
i mówi że
nie może mówić

19 maja 1988 roku
byłem w Buczkowicach
u Stanisława Gębali
właśnie zegar na kościelnej wieży
wybił godzinę dwunastą
Głos Rembrandta (z książki którą zamknąłem):
Zostań w domu
- mówił do młodego artysty,
który chciał jechać w świat -
zostań w domu. Życia nie starczy
na poznanie cudów, jakie
się tam znajdują...
na otwartym zeszycie drżą
cienie gałęzi
jabłonka przekwita
płatki opadają na stolik
na trawę na książkę

Tadeusz Różewicz: Czytanie książek. W: Płaskorzeźba. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1991, 136 s.



niedziela, 9 sierpnia 2015

Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek...

  Tutaj muszę wyjaśnić, że z "Hamletem" znałem się już od dawna. Właściwie byłem z nim zaprzyjaźniony.
  Piętro nad nami mieszkała pani Dolińska, dama sucha i wytworna, a wraz z nią pan Adam, który grał na skrzypcach, i panna Zofia, nauczycielka.
  Pamiętam stół, pokryty wyszywaną kapą, i olbrzymi fotel (siedzenie podwyższano dwoma poduszkami, abym mógł pisać i oglądać książki, bo panna Zofia przygotowywała mnie do szkoły). Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek, a między nimi właśnie trzy grube tomy ze złoconymi napisami na grzbiecie: Dramaty, Tragedie, Komedie.
Nie pamiętam, czy się czegokolwiek nauczyłem. Nie wiem, czy przebrnąłem poza pierwszą stronę elementarza z literą A i obrazkiem anioła prowadzącego dzieci po górskiej kładce, wiem tylko, że w trzech grubych książkach zobaczyłem po raz pierwszy w życiu te cudowne, drzeworytnicze ilustracje, prawdziwy teatr. Pani Zofia opowiadała mi o niebywałych sprawach, rozgrywających się na kartach książek, które napisał niejaki Szekspir.
  W ten sposób poznałem Hamleta i Otella, zabłąkałem się w lesie "Snu nocy letniej", zakochałem się jak Spodek z oślą głową w Tytanii, Ofelii, Desdemonie.
  Wszystkie te damy miał na obrazkach taką samą, ślicznie klasyczną twarzyczkę i boleśnie skrzywione usta.
  (Pani Zofio! Odkupiłem w antykwariacie takie samo wydanie Szekspira pod redakcją Józefa Ignacego Kraszewskiego i tak samo jak Pani uczyłem moje dzieci miłości do teatru na tych wzruszających obrazkach.)

Jan Marcin Szancer: Curriculum vitae. Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2015, s. 10

sobota, 8 sierpnia 2015

W Tuwimowskim zbiorze dziwacznych wydawnictw znajdowały się prawdziwe perełki...

Z niecodziennych pasji słynął Julian Tuwim. Poeta kolekcjonował wydawnicze rozmaitości, w tym książki o diabłach, demonach, pchłach i szczurach (zgromadził pokaźną biblioteczkę poświęconą tym właśnie gryzoniom), słowem, o wszystkim, co nietypowe. W jego bogatym zbiorze znajdowały się takie rzadkości, jak Antologia literatury o pchłach czy dziwaczne broszury, które właściciel z dumą pokazywał przyjaciołom i nad którymi piękna żona poety Stefania Tuwimowa załamywała ręce, kolekcja bowiem z każdym miesiącem stawała się coraz pokaźniejsza i zagracała mieszkanie Tuwimów.
W Tuwimowskim zbiorze dziwacznych wydawnictw znajdowały się prawdziwe perełki, chociażby ulotka zegarmistrza, z której można było wyczytać, że "z zegarmistrzem jest jak z lekarzem, zanim właściwą diagnozę nastawi, to już choremu wszystkie członki rozchoruje"(1). Inne kuriozum: broszurka Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie podawała wykaz wyrazów kończących się na "arz" (jak "lekarz"), nieprzyzwoicie brzmiących dla... Niemców. (2)
Sporą część tych niezwykłości przechowywano  w wiklinowym koszu, którego zawartość lądowała na podłodze za każdym razem, gdy poetę odwiedzał inny miłośnik osobliwości, bibliofil i pisarz Józef Chudek. W zbiorze tym były też rozmaite utwory grafomanów, nigdy nie znalazła się natomiast pornografia, tę bowiem - uważał Tuwim - mógł kolekcjonować byle rzeźnik.

(1) i (2) - Wspomnienia o Julianie Tuwimie, pod redakcją Wandy Jedlińskiej i Mariana Toporowskiego, Czytelnik, Warszawa 1963, s. 188


Remigiusz Piotrowski: Literaci w przedwojennej Polsce. Pasje, nałogi, romanse. Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s. 152 oraz 388 [przypiski]

środa, 5 sierpnia 2015

Czytelnicy papierowych książek to starzy maniacy...

- Mój Boże! Mój Boże! Jakżeż niewiele książek, do których dałoby się wrócić jeszcze! - wzdychał des Esseintes, popatrując na sługę, co zszedł z drabinki i odsunął się na bok, aby pan mógł ogarnąć wzrokiem wszystkie półki.
J.K.Huysmans, Na wspak, 1884, 
w przekładzie Juliana Rogozińskiego


To motto książki, z której pochodzi dzisiejszy cytat:

Książki to papierowe tygrysy o zębach z kartonu, zmęczone bestie, które wkrótce same zostaną pożarte. Po co upierać się przy czytaniu czegoś takiego? Tych delikatnych, łatwopalnych kartek, zszytych, zadrukowanych, bez baterii. Jesteś archaizmem, o stara książko, która wkrótce pożółkniesz, koszmarze przeprowadzek, siedlisko kurzu, spowalniaczu czasu, fabryko milczenia. Przegrałaś wojnę o gusta(1). Czytelnicy papierowych książek to starzy maniacy, z każdym dniem coraz starsi, z każdym dniem - coraz bardziej maniakalni. Wolą pieścić tomiszcze, wąchać je, robić notatki na marginesach, odkładać i z powrotem brać je do ręki, nieważne gdzie, nieważne kiedy - bez konieczności podłączania go do prądu. Tragedia stetryczałości. Już samo to, że czytamy tekst na papierze, kwalifikuje nas na stos, z czym zgodziłby się Montag w 451° Fahrenheita Raya Bradbury'ego, powieści science fiction, która w 1953 roku przewidziała nasz dzisiejszy świat. Świat, w którym książki papierowe są zakazane, a strażakom płaci się za ich palenie.

(1). Określenie pochodzi od Phillippe'a Sollersa, który w 1994 roku napisał: "Używam słowa «wojna», bo to jest wojna i nieuznanie tego świadczy, w najlepszym wypadku, o głupocie; w najgorszym - o manipulatorskim cynizmie" (przyp. aut.).


Frédéric Beigbeder: Pierwszy bilans po apokalipsie. Wydawnictwo NOIR SUR BLANC, Warszawa 2014, s. 7 [motto] oraz 9, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon

sobota, 1 sierpnia 2015

Myślę, że czytam na co najmniej dwa sposoby...

Myślę, że czytam na co najmniej dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że z zapartym tchem śledzę rozwój wydarzeń i zapoznaję się z bohaterami, nie zatrzymując się, by zwrócić uwagę na detale. Proces ten nabiera tempa, przez co fabuła przeskakuje czasami za ostatnią stronę - tak czytałem Ridera Haggarda, Odyseję, Conan Doyle'a i Karola Maya, niemieckiego autora opowieści o Dzikim Zachodzie. Drugi sposób to dokładna eksploracja, analizowanie tekstu i docieranie do ukrytych znaczeń, napawanie się samym brzmieniem słów albo istotą, której słowa nie chcą ujawnić, albo też czymś, co, jak podejrzewam, ukryte jest głęboko w samej historii, czasem zbyt straszliwe lub zbyt cudowne, by dało się oglądać. Ten drugi sposób czytania, przywodzący na myśl lekturę powieści kryminalnych, odkryłem nad stronicami Lewisa Carrolla, Dantego, Kiplinga, Borgesa. Czytałem też, powziąwszy z góry wyobrażenie o danej książce (zaklasyfikowanej przez autora, wydawcę czy innego czytelnika). Jako dwunastolatek przeczytałem Dramat na polowaniu Czechowa wydany w serii powieści detektywistycznych. Przekonany, że Czechow pisał książki sensacyjne, zabrałem się do lektury Damy z pieskiem, wyobrażając sobie, że wyszła spod pióra konkurenta Conan Doyle'a. Książka mi się spodobała, choć wątek sensacyjny uznałem za dość wątły. [...]

Alberto Manguel: Moja historia czytania. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2003, s. 32-33, przełożyła Hanna Jankowska

środa, 24 czerwca 2015

Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności

   Poczucie niepokoju w związku z nowymi formami zapamiętywania przewija się w historii od dawna. Kiedy pojawiła się książka drukowana na papierze, który robił wrażenie, że nie przetrwa dłużej niż jakieś pięćset albo sześćset lat, na myśl o tym, że ten przedmiot stanie się teraz dostępny dla każdego, jak Biblia Lutra, pierwsi nabywcy wydawali majątek na ręczną iluminację inicjałów, byleby nie stracić poczucia, iż nadal posiadają pergaminowy manuskrypt. Dzisiaj te iluminowane inkunabuły kosztują zawrotne sumy, ale prawda jest taka, że książka drukowana nie musiała być zdobiona miniaturami. Co na tym zyskaliśmy? Co człowiek zyskał na wynalazku pisma, druku, pamięci elektronicznej?

   Valentino Bompiani lansował niegdyś dewizę: Człowiek czytający wart jest dwóch. Sentencję wydawcy można rozumieć jako po prostu trafny slogan, ale moim zdaniem oznacza on, że słowo pisane (i w ogóle mowa) przedłuża życie. Odkąd nasz gatunek zaczął wydawać pierwsze znaczące dźwięki, rodziny i plemiona zaczęły potrzebować starców. Być może przedtem byli zbędni i porzucano ich, gdy nie byli już w stanie polować. Ale wraz z pojawieniem się mowy starcy stali się pamięcią gatunku: zasiadali w jaskini wokół ogniska i opowiadali o tym, co się zdarzyło (albo uważano, że się zdarzyło; mamy tu przykład funkcjonowania mitu), zanim młodzi przyszli na świat. Póki nie zaczęto kultywować tej pamięci zbiorowej, człowiek rodził się bez żadnych doświadczeń i umierał, nim zdążył je nabyć. Potem stało się tak, jakby dwudziestolatek miał za sobą pięć tysięcy lat życia. To, co zdarzyło się przed nim, i to, czego nauczyli się starsi, stanowiło teraz cząstkę jego pamięci.

   Dzisiaj starcami są książki. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale nasz skarb - w porównaniu z analfabetą (albo alfabetą, który nie bierze książki do ręki) - to fakt, że on przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy ich mnóstwo. Wspominając zabawy dziecięce przypominamy sobie także zabawy Prousta, cierpieliśmy z powodu własnej miłości, ale także z powodu miłości Pyrama i Tysbe, przyswoiliśmy sobie szczyptę mądrości Solona, drżeliśmy z chłodu w wietrzne noce na Świętej Helenie i wraz z bajką zasłyszaną od babci powtarzamy tę opowiedzianą przez Szeherezadę.

   Ktoś może odnieść wrażenie, że ledwie przychodzimy na świat, już jesteśmy starcami. Ale bardziej zgrzybiały jest analfabeta (pierwotny lub wtórny), który od dziecka cierpi na arteriosklerozę i nie przypomni sobie (bo nie wie), co stało się podczas id marcowych. Oczywiście możemy zapamiętywać również kłamstwa, ale lektura pomaga odróżnić prawdę od fałszu. Nie znając uchybień popełnianych przez innych, analfabeta nie zna nawet własnych praw.

   Książka to ubezpieczenie na życie, maleńka antycypacja nieśmiertelności. Raczej wsteczna (niestety!), niż spoglądająca w przyszłość. Ale nie można mieć wszystkiego, i to od razu.

Umberto Eco: Dlaczego książki przedłużają nam życie. W zbiorze: Drugie zapiski na pudełku od zapałek. 1991-1993. Historia i Sztuka, Poznań 1994, s. 26-27, przełożył Adam Szymanowski

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Poezja nie poszła w las...

Maria Pawlikowska -
Wojciech Kossak (1934)
Safona
Fresk znaleziony w Pompejach

Spalone rękopisy

Gdy świat Safonę odrzucał,
Gdy jej dorobek palono,
Buchnęły dymy różane;
Ociężałą, chociaż szaloną
Chmurą płynęły przez czas.

Wciągnęłam ją z wiatrem w płuca:
Poezja nie poszła w las...


Okładka

"Wiersze o książkach". Czytelnik, Warszawa 1964, s. 42

niedziela, 14 czerwca 2015

"Ach! gdybym kiedy dożył tej pociechy..."

Stefan Żeromski
"Ach! gdybym kiedy dożył tej pociechy..." 
Prawie idylla

 Wąziuchna sandomierska drożyna prowadziła mię - Bóg ją raczy wiedzieć, dokąd prowadziła... Zapadała niekiedy na dno wąwozu i pełzła na jego dnie, blada z przerażenia wobec wielkich brył gliny, zwieszających się nad nią z groźbą i szyderstwem - to znowu dźwigała się hardo aż na szczyt wzgórza, skąd widać było całą równinę nieprzejrzaną, leżącą jak' ogromny kołacz pszeniczny...

Było popołudnie niedzielne jednego z pierwszych dni września. Powietrze dziwnie czyste pozwalało widzieć najdalsze przedmioty z całą wyrazistością ich zarysów. Pola okrywały się już ciemnoszmaragdowym puchem ozimin, dobywających się cieniutkimi źdźbłami, co jak mgła przesłaniały zagony z lekka wygięte, podobne do rąk długich, oplatających w miłosnym uścisku pierś ziemi. Niekiedy po szczytach okrągłych pagórków, po ziemi popielatej szedł cień chmury i zasępiał twarz ziemi, podobną do spracowanej twarzy chłopa, ale za chwilę uciekał, ścigany jasną smugą słońca. Wtedy wydawało się, że ziemia przeciąga się strudzona, że uśmiecha się i oddaje tej bezmiernej, nieświadomej radości, jaką czuje człowiek, gdy na progu jego serca staje miłość.

Daleko, daleko w przejrzystych mgłach, niby w ślubnych welonach, wśród zieleni wierzb i wiklin, na piersiach łąk leżał pas długi, srebrnolity. Jasna to była pani: dumna i piękna -Wisła.

Drożyna zawróciła na prawo. Tuż pod stopami mymi, w głębi wąwozu, tuliła się wieś. Białe chatynki stały obok siebie wzdłuż drogi błotnistej, wysadzonej wierzbami o wielkich rosochatych głowach. Od jednej do drugiej szedł, zataczając się, szary, postarzały płotek z wierzbowych palików powiązanych wikliną. W maleńkich ogródkach pod oknami chat kwitły georginie.

Okna były pootwierane, wieś pusta.

Za trzecią dopiero czy czwartą stodołą usłyszałem głosy. Przeszedłem przez płot i wyjrzałem spoza węgła chaty - co oni to tam robią?...

Na trawniku pod lipą rozłożyła się niemal cała gromada: chłopi leżeli na brzuchach, podpierając brody pięściami i nacisnąwszy na oczy "kapaluse", baby i dziewczyny skupiły się opodal i z pobożnym wyrazem twarzy słuchały, wpatrując się w Wicka Dziabasa, co siedział pośrodku na przewróconym wiaderku i... czytał.

- Istna idylla... - pomyślałem - chłopi przy książce!... Nadzwyczaj poważnie, powoli, monotonnie drżącym głosem czytał Wicek:

- "...Tu prze-rwał, lecz róg trzy-mał - wszystkim się zdawało, że Woj-ski wciąż gra jesce..."


Tekst opowiadania za: Polska Biblioteka Internetowa, dostęp 14.06.2015, godzina 7:30

Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy...


O gdybym kiedy dożył tej pociechy,
Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy,
Żeby wieśniaczki, kręcąc kołowrotki,
Gdy odśpiewają ulubione zwrotki
O tej dziewczynie, co tak grać lubiła,
Że przy skrzypeczkach gąski pogubiła,
O tej sierocie, co piękna jak zorze
Zaganiać gąski szła w wieczornej porze,
Gdyby też wzięły na koniec do ręki
Te księgi, proste jako ich piosenki!
A przy stoliku drzemiący pan włodarz
Albo ekonom, lub nawet gospodarz,
Nie bronił czytać i sam słuchać raczył,
I młodszym rzeczy trudniejsze tłumaczył,
Chwalił piękności, a błędom wybaczył.

   Tak za dni moich, przy wiejskiej zabawie,
Czytano nieraz pod lipą na trawie
Pieśń o Justynie, powieść o Wiesławie.
I zazdrościła młodzież wieszczów sławie,
Która tam dotąd brzmi w lasach i w polu,
I którym droższy niż laur Kapitolu
Wianek rękami wieśniaczki osnuty
Z modrych bławatków i zielonej ruty.


Adam Mickiewicz: Pan Tadeusz, fragment Epilogu. Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988, s. 385-386; ilustracje Jana Marcina Szancera

czwartek, 11 czerwca 2015

Jo nie cytoł. I teroz załujym...

28. Cytoj, Jyndruś, Pismo
   - "Niy pojmujys świata, Jyndruś? A kces pojąć? To cytoj, chłopce. Pismo. Ino pomalućku. Cytoj dokładniy, a rozumnie. Być cierpliwy. A jak niy bydzies pojmowoł, to pytoj, sukoj i penetruj jako kornik smreki wierce, a pojmiys. Bo kie sukos to znojdziys". Tak mi godoła moja ciotka... A wiyciy, panosku, co jo robiyłek? Jo nie cytoł. I teroz załujym. 
   Zenobiusz postanowił, że będzie czytał...

Krzysztof Langer: Kto nie pyta - ten błądzi. Warszawska Firma Wydawnicza 2014, s. 83

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Czasem nad księgą zbiegło się spojrzenie...

Francesca i Paolo
(obraz Anselma Feuerbacha)
Ado - bardzo dziękuję! :-)


... Raz dla zabawy czytaliśmy boje,
Gdzie wpadł Lancelot w miłosne więzienie;
Byliśmy sami, bezpieczni oboje.
Czasem nad księgą zbiegło się spojrzenie
I zdejmowało z lic barwy rumiane —
Ale nas zmogło jedno okamgnienie.
Kiedyśmy doszli, gdzie usta kochane
Rycerz całował w nieowładnej chęci,
On, z którym nigdy już się nie rozstanę,
Drżący do ust mych przywarł bez pamięci;
Księga i pisarz Galeottem byli —
W ten dzień jużeśmy nie czytali więcej"...


Dante Alighieri: Boska Komedia. Pieśń V, wersy 127-138 [w drugim kręgu Franczeska da Rimini opowiada poetom historię swej miłości do Paolo Malatesty]

Tłumaczenie: Edward Porębowicz

Tekst na podstawie strony Wikiźródła

Biblioteka Batignolska

   ... Człowiek czuje się ważny i potrzebny, kiedy pomyśli, że czeka na niego dziesięć tysięcy ksiąg i broszur do skatalogowania.
   Tyle mniej więcej liczył księgozbiór, stanowiący pozostałość tak zwanej Biblioteki Batignolskiej.
   Ciekawe były dzieje tej kolekcji, tragiczne jak losy narodu. Powstała w połowie dziewiętnastego wieku ze skromnej biblioteki szkolnej, gromadziła początkowo podręczniki do historii i literatury polskiej. Szkołę, nazwaną Szkołą Narodową Polską, w roku 1842 założyli dla swych dzieci emigranci, niedobitki ocalałe z pożogi powstania listopadowego. Umieszczono ją w cichej uliczce na Batignolles, dziś jednej z dzielnic w północnej części Paryża, w owym czasie podmiejskiej miejscowości, zamieszkanej przez skromnych urzędników, którą dopiero w roku 1860 włączono do stolicy.
Chlubnie zapisała się Szkoła Batignolska w dziejach wychodźstwa, kładąc wielkie zasługi dla kultury polskiej, broniąc młodzież przed wynarodowieniem, utrzymując ducha polskości wśród gromadki wygnańców, zasilonej po trzydziestu latach nowymi ofiarami przemocy.
   Do największego rozkwitu doszła Szkoła pod zarządem doktora Seweryna Gałęzowskiego, którego po upadku powstania listopadowego losy rzuciły do Meksyku. Znakomity chirurg stał się opatrznościowym mężem dla nieszczęsnych Indian, lecząc darmo i niosąc pomoc i ratunek najbardziej potrzebującym. W roku 1848 osiadł w Paryżu, a w kilka lat później obrany skarbnikiem, następnie prezesem Rady Szkolnej, porzucił praktykę lekarską, poświęcając się całkowicie pracy społecznej wśród emigrantów, a przede wszystkim Szkole. Dzielnie sekundował mu jego zastępca - Adam Mickiewicz.
   Szkoła Narodowa Polska na Batignolles rozwijała się znakomicie dzięki ofiarności społeczeństwa oraz subsydium rządu francuskiego. Liczyła ponad trzystu uczniów. 
Niestety wojna francusko-pruska położyła kres tak pięknie prosperującej instytucji. Szkoła, ścieśniona i zubożała, przetrwała jednak ciężkie lata. 
Istnieje do dziś dnia na Batignolles jako Liceum Polskie.
   Wraz z rozkwitem szkoły rosła i rozwijała się jej biblioteka. Napływały dary z kraju, a emigranci coraz częściej zapisywali w testamencie całe księgozbiory lub opuszczając Francję przekazywali szkolnej bibliotece osobiste archiwa.
Wśród ofiarodawców znaleźli się Joachim Lelewel, Alojzy Biernacki, były minister skarbu, doktor Antoni Hłuśniewicz, niezwykle popularny eskulap emigracji, syberyjski zesłaniec Karol Ruprecht, przy końcu burzliwego żywota bibliotekarz Szkoły, i wielu, wielu innych.
   Wkrótce do biblioteki Szkoły Polskiej na Batignolles zaczęto przyłączać inne biblioteki polskie, istniejące na terenie Francji, a gdy w roku 1863 Towarzystwo Demokratyczne Polskie przenosiło swą siedzibę do Anglii, oddało jej bogaty księgozbiór wraz z archiwum.
Dzięki temu Biblioteka Batignolska stawała się powoli najpełniejszą, poza granicami kraju, kolekcją nie tylko druków, ale i rękopisów, dotyczących jednej z najsmutniejszych kart historii narodu, gromadząc dokumenty z życia emigracji, tragicznych dziejów pierwszego i drugiego powstania, przechowując korespondencje, pamiętniki i wspomnienia współczesnych, cenne autografy, rzadkie druki z XVI i XVII wieku, medale i monety, ryciny i mapy, czasopisma polskie wydawane na emigracji.
   Pod koniec ubiegłego wieku poważnych już rozmiarów zbiory przewieziono do zamku w Kórniku pod Poznaniem, gdzie oczekiwały na tryumfalne wejście do Biblioteki Narodowej.
Zdziesiątkowane podczas ostatniej wojny, miały znowu służyć nauce polskiej. Z jakimże pietyzmem Broniś dotykał oprawnych w szare płótno tomów, ozdobionych na grzbietach kwadratem czerwonej skóry z tytułem dzieła oraz białą nalepką, gdzie w błękitnej ramce bibliotekarz, może sam autor „Zamku kaniowskiego", wypisał czarnym atramentem numer, czyli sygnaturę książki.
A w każdym tomie coś interesującego: pieczątka, napis, dedykacja, notatka, każdy mówił o przeszłości, ukazywał dawnego właściciela.
Obok owalnej pieczątki i odbitej błękitnym tuszem nazwy Szkoły po francusku: „Ecole Nationale Polonaise des Batignolles", czyli „Szkoła Narodowa Polska na Batignolles", Broniś spotykał inne, niebieskie lub czarne, jak „Towarzystwo Demokratyczne Polskie", „Towarzystwo Wychowania Narodowego", ozdobione Orłem i Pogonią, „Z Biblioteki Polskiej w Wersalu", „Ze Zbioru J. Lelewela".
   Nazwiska ofiarodawców stały mu się bliskie jak nazwiska znajomych i uśmiechem witał książki doktora Hłuśniewicza czy pana Alojzego Biernackiego, których pieczątki z polskim lub francuskim napisem widniały obok pieczątki batignolskiej.
Pomazane atramentem podręczniki szkolne do nauki greki i łaciny szczególne budziły wzruszenie. Mały urwipołeć ozdabiał swój autograf zamaszystym zakrętasem, by wiedziano po wieczne czasy, że Godurowski czy Stępiński, Wrześniowski czy Waligórski byli w takim a takim roku uczniami Szkoły i ślęczeli nad Owidiuszem i „Iliadą".
Księgozbiór batignolski pochłonął Bronisia, ukazał mu pracę biblioteczną w zupełnie nowym świetle. Niepostrzeżenie przywiązał się do tych pamiątek, drżał o każdą z nich, nierad, gdy magazynier posyłał czasem szaro oprawny tomik do czytelni.


Halina Popławska: Cień dłuższego ramienia. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1993, s. 22-25

piątek, 5 czerwca 2015

Nad "Panem Tadeuszem"

Jan Huszcza - Nad "Panem Tadeuszem"

"... Tak nas powrócisz na Ojczyzny łono,
Tymczasem przenoś moją dusze utęsknioną..."
Książka leży na stole, nad chłopcem się schylił
Cień w płaszczu romantycznym.
                                                               I oto w tej chwili
świecą liście brzozowe zagajników częstych,
organy gdzieś w kaplicy grają nabożeństwo,
sypkie włosy oplotły bławatki i ruta,
jest w rozmowach serdecznych śpiewna, drżąca nuta -
tam zaś dalej, na lewo, na brzegu jeziora
młody strzelec z dziewczyną, spotkani przedwczoraj...
Lecz to wynik zmęczenia, lecz to już z ballady
ów bór gęsto szumiący, księżyc we mgle blady,
nie wiadomo, dlaczego tuż obok łan zżęty,
ciekawe, skąd automat?
                                               Pachną dzikie mięty,
spójrz, znowu twarz znajoma, to Maryla przecież,
a ta druga to Zosia, tylko że w zamieci,
tylko czemu surowa, ongiś raczej płocha,
widać, że gdzieś cierpiała, ślad na twarzy szlochu,
co tu robi w mundurze i w żołnierskim płaszczu,
skąd do Bartka Prusaka te armatnie jaszcze?
Dlaczego smutny Hrabia dziś bez Telimeny
i wygląda jak aktor, który schodzi ze sceny?

A tam rączki ku niebu wznosi jakieś dziecko,
obok zaś matka martwa pod butem niemieckim,
nad wiejską nocą wyżej łuna wschodzi krwawa...
Jakby odejść w tym miejscu, sny się śnią czy jawa?
Ach, dobrze, że topole tłem domowi służą,
przed jesieni wiatrami chronią i przed burzą,
że z miast krewniak Tadeusz po naukach przybył...
I że świeca dogasa, już srebrnieją szyby,
brzask muska ciemność grząską, trzeci pieje kogut.
Jest książka, stół i chłopiec. I więcej nikogo.

Okładka
Jan Huszcza: Nad "Panem Tadeuszem". W: "Wiersze o książkach". Czytelnik, Warszawa 1964, s. 58-59

czwartek, 4 czerwca 2015

Wysokich okien nie było widać, ginęły pod książkami...

 - Dyrektor życzy sobie, byśmy przystąpili do uporządkowania zbiorów batignolskich. Ocalałe podczas wojny resztki tego księgozbioru zostały, jak panu wiadomo, naprędce skatalogowane w pierwszych latach po odzyskaniu nieodległości, by jak najszybciej udostępnić je czytelnikom. Jednak dotychczasowe ich opracowanie dalekie jest od nowoczesnych wymogów, jakie nam stawiają przepisy katalogowe. Dyrektor, porozumiawszy się z panem Błażewiczem i ze mną, zarządził skatalogowanie od nowa tych właśnie druków. Chcemy włączyć je w ciągu najbliższych lat do głównego katalogu jako wzorowo opracowane pozycje. Pomyśleliśmy więc o panu. [...]
   Tak zwana przybudówka był to stylowy budyneczek stanowiący właściwie jedną dużą salę. Na wysokości pierwszego piętra biegła dokoła ścian galeryjka, na którą prowadziły wąskie, drewniane schody. Wszystko tu było stare, łącznie z nieprzepisowymi, drewnianymi półkami, które szczelnie zapełniały całe wnętrze. Broniś nieraz porównywał magazyniera do olbrzymiego pająka, uczepionego półek kilka metrów nad podłogą. Wysokich okien nie było widać, ginęły pod książkami, które nie dopuszczały do sali dziennego światła. Środek zajmowały rzędy masywnych staroświeckich regałów, a smukłe drabiny, na których Sylwester dokonywał akrobatycznych wprost popisów zręczności, pozwalały dotrzeć do najwyżej ustawionych małych tomików, pięknie oprawionych w ciemną skórę, w świetle lamp błyskających zmatowiałym na grzbietach złotem.
  Jan Sylwester panował niepodzielnie w starym magazynie i rzadko który z bibliotekarzy zaglądał za obite blachę drzwi, rzadko też książki opuszczały drewniane półki, wzywane do czytelni. Czasem tylko jakiś profesor, historyk literatury czy badacz dziejów zapragnął przewertować zakurzone kartki pamiątkowego księgozbioru.

Halina Popławska: Cień dłuższego ramienia. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1993, s. 17-21

[Autorka zadedykowała swoją książkę pamięci Pani Marii Milewskiej, kustosza Biblioteki Narodowej. Akcja powieści w dużej mierze toczy się w tej bibliotece, jej magazynach i pracowniach.]

wtorek, 2 czerwca 2015

Odtąd jużeśmy nie czytali sami.

X
Lecz nadto było cyprysowej woni
I nadto barwy, co się w różach płoni;
I chciała nas już miłość ująć zdradą. -
Było to rankiem - pomnę - pod kaskadą -
Byliśmy niczym nie strwożeni - sami -
Czytając książkę pełną łez, ze łzami.
Wtem duch mi jakiś podszepnął do ucha,
    Ażebym na nią z książki przeszedł okiem, -
Była jak anioł, co myśli i słucha -
I nagle - takim przejrzystym obłokiem
Rumieniec smutny twarz jej umalował,
   Że nie wiem dokąd, jak się wszystko stało;
Alem ją w usta różane całował
   I czułem ją tu, na mych rękach, białą,
Sercem bijącą, brylantową w oczach.
Wtem nagle - w jasnej kaskady warkoczach
Coś pomięszało się i coś urzekło;
Wiatr na nas rzucił całe wodne piekło,
I z kwiatów spłoszył wilgotnymi mgłami. -
Odtąd jużeśmy nie czytali sami.

Juliusz Słowacki: W Szwajcarii. W: Dzieła wybrane, tom 1, Liryki i powieści poetyckie. Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1987, s. 289

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Cały świat przestał istnieć dla chłopca...

Dzień Dziecka jeszcze trwa, więc z dedykacją dla wszystkich DZIECI, tych całkiem małych i tych bardzo dużych... :-)

  - Jurek, bo ja się nudzę!
  - Co? - Jurek podniósł nieprzytomne oczy znad książki.
  - Nudzę się! Jurek, ja chcę, żebyś się ze mną bawił.
  - Baw się sama - starszy brat wzruszył ramionami, bardzo niezadowolony, że Kasia przeszkadza mu czytać. Książka była niezmiernie ciekawa: o lotniku, i to jak odważnym!
  - Gdyby tatuś był w domu, to by się ze mną bawił - powiedziała stanowczo Kasia.
  - Ale tatuś jest z mamą w kinie - przypomniał Jurek i znowu wsadził nos w książkę.
  - Gdyby rodzice byli...
  - Odczep się! Nie widzisz, że czytam?
  - Kiedy ja nie chcę, żebyś czytał. Chcę, żebyś się ze mną bawił.
  Kasia nie miała zamiaru ustąpić bratu. Jakże Jurek może czytać, kiedy ona się nudzi? Jurek jest niedobry, jest zupełnie paskudny...
[...]
  - Jurek, słuchaj! Słuchaj, Jurek! Ja ci coś powiem.
  - Dobrze, dobrze - brat machnął ręką zupełnie tak, jakby się opędzał od bardzo dokuczliwej muchy - tylko nie przeszkadzaj!
  Bo właśnie lotnikowi, temu z książki, zepsuł się silnik. Jeszcze chwila i samolot runie w dół...
  Ach, Boże drogi! Jurkowi serce tłukło się w piersi, w gardle zaschło z przerażenia.
  "Uratuje się czy nie? Żeby się uratował, żeby mi się tylko nic nie stało!"
  Cały świat przestał istnieć dla chłopca, a wraz se światem zniknęły dwa pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze w domu przy ulicy Wesołej numer jedenaście. I Jurek ze swoim lotnikiem leciał teraz nad nieprzebytą afrykańską dżunglą i razem z nim przygotowywał się do skoku!
  A co będzie, jeżeli spadochron się nie otworzy? Nawet pomyśleć straszno...
  - Rodzice kazali, żebyś się mną zajmował! - wrzasnęła mu w samo ucho rozzłoszczona Kasia. - Ja wszystko powiem mamie i tatusiowi,  jaki ty jesteś, ja im powiem, żeby cię zbili!
  Tego już było za dużo. Jurek z całej siły trzasnął książką w stół.

Mira Jaworczakowa: Oto jest Kasia. Nasza Księgarnia, Warszawa 2010, s. 4-6

piątek, 29 maja 2015

Nie czyta się bezkarnie bzdur...

  Były to czasy upadku dawnej powieści klasycznej, która z Klelii* stała się tylko Lodoiską*, zawsze szlachetna ale coraz bardziej wulgarna, a stoczywszy się od panny de Scudéry do pani Barthélemy-Hadot i od pani de Lafayette do pani Burnon-Malarme*, rozpalała tkliwe serca stróżek paryskich i czyniła nawet pewne spustoszenia na przedmieściach. Pani Thénardier miała akurat tyle inteligencji, aby rozczytywać się w tego rodzaju książkach. Karmiła się nimi; topiła w nich cały swój zdrowy rozsądek; dlatego to kiedy była bardzo młoda, a nawet nieco później, wydawała się zawsze zamyślona przy boku męża, hultaja obdarzonego pewną dożą inteligencji, rozpustnika niepozbawionego wykształcenia, człowieka gruboskórnego i przebiegłego zarazem, który rozczytywał się w powieściach Pigault-Lebruna, ale we wszystkim, "co się tyczy płci", jak zwykł był mawiać w swoim żargonie, by skończonym chamem. Żona była młodsza od Thénardiera o jakieś dwanaście czy piętnaście lat. Z czasem, kiedy romantycznie rozpuszczone włosy zaczęły siwieć i Pamela* przemieniła się w Megierę, Thénardierowa stała się już tylko grubą i złą kobietą, która nałykała się głupich romansideł. Nie czyta się bezkarnie bzdur. Skutek tej lektury był taki, że starsza jej córka miała na imię Eponina. Młodsza, biedaczka, omal nie została Gulnarą. Powieści Ducray-Duminila*, która szczęśliwie odwróciła uwagę jej matki, zawdzięczała, że nazwaną ją tylko Anzelmą.


* Klelia - bardzo popularna w swoim czasie powieść pisarki francuskiej Madeleine de Scudéry (1607-1701) o naiwnej sentymentalnej akcji (dziejącej się w Polsce).

* Lodoiska - bardzo popularna w swoim czasie komedia bohaterska w trzech aktach, libretto Fillette-Loreau, muzyka Cherubiniego.

* Marie-Adélaide Barthélemy-Hadot (1763-1821) i Charlotte de Bournon-Malarme (1753-1830) - powieścioisarki francuskie, autorki bardzo płodne, ale pozbawione talentu. Marie Madeleine de Lafayette (1634-1693) - powieściopisarka francuska, autorka głośnej powieści psychologicznej Księżna de Clèves (La Princesse de Clèves). 

* Pamela - bohaterka sentymentalnej i bardzo popularnej w swoim czasie powieści pisarza angielskiego Richardsona (1689-1761)

* François-Guillaume Ducray-Duminil (1761-1819) - popularny w swoim czasie pisarz francuski, autor licznych powieści, łączył awanturniczą akcję swoich utworów z romantyczną nastrojowością.


Wiktor Hugo: Nędznicy. Tom 1. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1962, s. 207-208, przypisy s. 544-545, przełożyła Krystyna Byczewska

I oto starość, Justyno, gotowy rozdział, Pani Eliza już go nie napisze...

Podczas rozmowy o Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej Ada przypomniała mi o tym tekście Czesława Miłosza...


Czesław Miłosz - Rozbieranie Justyny

Wypaliły się dawno świece, Justyno.
Inni ludzie chodzą po twoich nadniemeńskich ścieżkach. A
ja wstępuję w związek z tobą prawie miłosny, Dotykając
twego ciężkiego, czarnego warkocza,
Który właśnie rozpuszczasz, ważąc w dłoni
Twoje obfite, na pewno, piersi, patrząc w lustrze
Na twoje szare oczy i bardzo czerwone wargi.
Jesteś duża i silna, szerokie plecy.
Dwudziestoczteroletnia, nie lubisz kiedy mówią
Do ciebie: panienko. Sny masz wyraziste.
Nie musisz się mnie wstydzić, jestem z tej epoki,
Która będzie nazwana bezwstydną. Pani Orzeszkowa
Zatrzymywała pióro. Romans twój z kuzynem
Zostawiony domysłom, krwi płynienie,
Plamy na prześcieradle, przemilczane.
Choć dla mnie twoja cielesność, Justyno,
Jest ważna, masz pojawić się zupełna,
Żeby twoja duma, gniewna prawość,
Jaśniały zadziwiając: skąd się biorą?
Jakie dialogi toczy ciało z duszą?
W twoim kraju dobro i zło mierzono Mogiłą.
Kto dochowa wierności, kto nie dochowa.
(Inaczej, wprowadzano znaczną korekturę
W zawsze niejasne chęci i motywy.)
Nie da się tej powieści streścić cudzoziemcom.
Dla nich ty jesteś jedynie dziewoja
Równość stanową głosząca u Georges Sand.
I oto starość, Justyno, gotowy
Rozdział, Pani Eliza już go nie napisze.

Urodziłaś synów i córki. Dorosły wnuki.
Opierasz ręce na sękatym kiju, matka rodu.
Ostatnia z twoich krewnych i rówieśnych.
W pylnym śniegu widzisz sanie, konwój sań,
Słyszysz krzyki żołnierzy, lament kobiet.
I wiesz, przeczuwasz, jak wygląda koniec
Jednej ziemskiej ojczyzny. Już nigdy echo
Pieśni na Niemnie śpiewanej, lotów jaskółek,
Nigdy owocobrania w zaściankowych sadach.
Zatrzaskują się, jedna po drugiej, sztaby wagonów.
Uwożą ciebie dawnym szlakiem w kraj mordu i mroku.

Choć nigdy ciebie nie było, zapalmy świece
Tutaj w pracowni, czy nawet w naszym kościele.

I wosk spływa soplami, i ludy handlują, i wieloryby pląsają koło Lahaina, i niewdzięczne pokolenia wznoszą sobie domy, i francuscy policjanci dostali nowe peleryny, i słońce jeszcze raz wschodzi i...

czwartek, 28 maja 2015

Codziennie, do późna, Teresa czytywała głośno powieści...

   Wcale co innego działo się w sypialni pani Emilii. Błękitny ten pokój błękitna lampa, u sufitu zwisająca, co nocy napełniała światłem, do księżycowego bardzo podobnym. Oprócz tej lampy do późna zwykle paliła się tam jeszcze jedna, tuż przy łóżku pani Emilii umieszczona i czytającej Teresie przyświecająca. Codziennie, do późna, Teresa czytywała głośno powieści, pamiętniki, podróże w trzech językach pisane, bo ta mizerna, podstarzała panna, z twarzą przypominającą uwiędłą różę i chorobliwie erotycznym wyrazem ust i oczu, wcale dobrze znała trzy obce języki. Tej nocy książką, którą czytały, była podróż po Egipcie*. Tyle naczytały się razem o wszystkich krajach Europy, że od jakiegoś czasu powędrowały już dalej, do innych części świata. Egipt podobał się pani Emilii do tego stopnia, że obudził w niej uczucie niewysłowionej tęsknoty. Wszystko, co o nim czytała, było tak nowym, uderzającym wyobraźnię, ponętnym. Czemuż nie urodziła się w Egipcie?

* Na podstawie tych ani późniejszych informacji nie da się ustalić, o jaką (czyją) relację z podróży do Egiptu chodzi.

Eliza Orzeszkowa: Nad Niemnem. Tom 2. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wroclaw-Warszawa-Kraków 2009, s. 47-48

sobota, 23 maja 2015

Dożywotnia wierność najmilszej lekturze...

   Istnieją lektury, szczególnie te nader ważne, istotne, wczesne, z okresu młodości i niepowtarzalnej już potem chłonności wyobraźni, dla której wszystko prawie jest pierwsze, które pozostają na całe życie źródłem fascynacji. Dla mnie były to: Faust i Odyseja. Ale to wcale nie znaczy, że do tych wielkich fascynacji pragnie się wciąż powracać. Wystarczy świadomość, że są, istnieją nie opodal, ciągle ważne, żywe, jakiś model czy wzór służący do porównań czy ocen. Natomiast obok tamtych każdy z nas ma ulubione książki, które aczkolwiek nie są przedmiotem aż niemal kultu czy przynajmniej zachwytu, służą jednak jako lektury najmilsze, te, do których sięgamy i kiedy mamy okazję do radości, i kiedy trzeba nam uspokojenia, tak jak zażywamy środek przeciw bólowi.
   Otóż na pierwszym miejscu wśród tych najmilszych książek, do których sięgam wciąż z jednakową satysfakcją, których całe fragmenty znam na pamięć, a wiele z nich posłużyło do utworzenia czegoś w rodzaju szyfru czy gwary, czegoś, co przypomina mówienie na przykład tak zwanym wiechem, w pojęciu warszawskiego slangu, czy jakimś z dzieciństwa zapamiętanymi myślowym skrótem porozumiewawczym - umieściłem Klub Pickwicka Karola Dickensa. Wieczne źródło radości i pogody. Dożywotnia wierność tej najmilszej lekturze wraz z nieodłącznym jej składnikiem, jakimi są ryciny Phiza.

Andrzej Kuśniewicz: Moja historia literatury. Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 153

"Who are you, you rascal?" said the captain, administering several pokes to Mr. Pickwick's body with the thick stick. "What's your name?" by Phiz (Hablot K. Browne). Household Edition (1874) of Dickens's Pickwick Papers, p. 113. Engraved by Wentworth

[Rycina Phiza wraz z podpisem pochodzi ze strony victorianweb.org ]

sobota, 2 maja 2015

Poznawać miasto przez książki, jakie w nim sprzedają

  Gregorius pozostał długo w antykwariacie. Poznawać miasto przez książki, jakie w nim sprzedają - zawsze tak robił. Pierwszą zagraniczną podróż w czasach studenckich odbył do Londynu. Na promie w drodze powrotnej do Calais uświadomił sobie, że w ciągu trzech dni poza schroniskiem młodzieżowym, Muzeum Brytyjskim i licznymi księgarniami nie zobaczył prawie wcale miasta. Przecież te same książki mogły równie dobrze stać gdzie indziej! - mówili ludzie, kręcąc głową i zdumiewając się, ile stracił. Tak, ale w rzeczywistości nie stoją gdzie indziej - odpowiadał Gregorius.
  I oto stał przed sięgającymi sufitu regałami z portugalskimi książkami, których właściwie nie mógł przeczytać, i czuł, jak nawiązuje łączność z miastem.

Pascal Mercier: "Nocny pociąg do Lizbony". Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2008, s. 65, tłumaczyła Magdalena Jatowska

sobota, 11 kwietnia 2015

Czy wiesz, że..., czyli "Nieznane oblicza znanych pisarzy". Wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu


Czy wiesz, że Stephen King cierpi na triskaidekafobię, czyli na lęk przed liczbą 13? Że Ian Fleming napisał pierwszą książkę dopiero w wieku 44 lat? Że "Władca pierścieni" powstawał 14 lat, mozolnie wystukiwany przez Tolkiena dwoma palcami na maszynie do pisania? Że Herman Melville...

Te i wiele innych ciekawostek o znanych ludziach pióra można znaleźć na aktualnej wystawie w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM.

Autorka wystawy, Agnieszka Rybarczyk, napisała tak:

"Naszym zamiarem jest wydobycie na światło dzienne skrywanych tajemnic, wstydliwych sekretów i zapomnianych historii z życia uznanych ludzi pióra.

Zabawne anegdoty przeplatają się tutaj z dramatycznymi przeżyciami, ponieważ zgłębiamy tajniki życia takich mistrzów słowa jak Bohumil Hrabal, Stanisław Lem, Virginia Woolf, Fiodor Dostojewski czy Hannah Arendt.

Prowadząc biograficzne śledztwo zakrojone na szeroką skalę proponujemy więc Państwu współuczestnictwo w tropieniu nieznanych faktów z życia znanych pisarzy."

Warto zobaczyć, poczytać...












Autorka wystawy: Agnieszka Rybarczyk
Opracowanie graficzne: Dariusz Grajek
Zdjęcia z wystawy: Rafał Michałowski

Autorom bardzo dziękuję za zgodę na publikację materiałów na blogu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...