poniedziałek, 29 grudnia 2014

Chodząc po sklepie rozglądałem się za czymś do czytania...

  "Chodząc po sklepie rozglądałem się za czymś do czytania. Jest Hemingway? Jest. Poproszę "Stary człowiek i morze". Po długich poszukiwaniach wyciągnęli ładne wydanie w sztywnej okładce. Ile płacę? Three and a half. Zapłaciłem trzy i pół dolara i z osłupiałą miną wyszedłem ze sklepu, unosząc cieniutki tomik. Jeżeli książki tyle kosztują, to nie należy rokować wielkiego rozwoju czytelnictwa, wywnioskowałem. A w Polsce książki jak barszcz, nie ma tylko czasu na czytanie.
   Przyniosłem Hemingwaya do domu. Sven akurat leżał mrucząc jakieś modlitwy z książeczki do nabożeństwa.
   - Sven, znasz coś Hemingwaya?
   - Nie, przecież wiesz, ze od niedawna pracuję w kuchni.
Powiedział to całkiem poważnie. Wyraziłem więc oburzenie na cenę. 
   - Taka mała książeczka i tyle kosztuje!
   - Z czytania takich książek nic dobrego nie przyjdzie. Tylko religijne książki dają pożytek. I są tanie. Jak chcesz, to ci pożyczę.
   - Ale Sven, ja chcę czytać laureatów Nobla...
  - Nobla? Tego, co to policja nie mogła przez dwa tygodnie odnaleźć? Nie, Chris, tu, tu masz dobrą lekturę - podniósł modlitewnik - inne no good.
   - Idź do diabła!!"

Krzysztof Baranowski: Hobo. Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1965, s. 73-74

sobota, 27 grudnia 2014

Bardzo lubiła pracę w księgarni Bracia Brooks...

"Bardzo lubiła pracę w księgarni Bracia Brooks, z jej charakterystycznym zapachem papieru, pomaganie klientom w wyborze książek przeznaczonych na prezenty czy odpowiadających ich zainteresowaniom i polecanie im różnych lektur, które w tym celu specjalnie oznaczała. Poza tym miała słabość do okrągłych wyplatanych dywaników oraz miękkich kanap na porysowanej drewnianej podłodze, na których klienci mogli usiąść i przeczytać połowę książki, jeśli nawet potem większość z nich odkładała ją na półkę.
- Cześć, Jasperze. Sprawdzasz znowu nasze finanse? - spytała, bo w ciągu kilku miesięcy informował ją parę razy, że sprzedaż spadła i bardzo go to niepokoi.
June zgłosiła więc nowe inicjatywy służące zwiększeniu obrotów: czytanie w księgarni fragmentów swoich książek przez pisarzy ze stanu Maine, wprowadzenie do oferty dwóch bestsellerów, stworzenie klubów trzech książek, zainstalowanie stanowiska z kawą i postawienie trzech stolików, a w dziale literatury dziecięcej czytanie książek maluchom. Dzięki wprowadzeniu tych pomysłów w życie interesy zaczęły iść lepiej, choć nie nastąpiła jakaś zasadnicza zmiana."

Mia March: Klub Filmowy Meryl Streep. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014, s. 42-43, tłumaczenie: Bożenna Stokłosa

piątek, 26 grudnia 2014

Odszedł Stanisław Barańczak

Stanisław Barańczak (13.11.1946 - 26.12.2014)


Na takie wiadomości nigdy nie jesteśmy przygotowani.
Dzisiaj, 26 grudnia 2014 roku, zmarł Stanisław Barańczak... poeta, ale nie tylko; krytyk literacki, historyk literatury, jeden z twórców Nowej Fali, eseista, świetny tłumacz (m.in. przełożył na polski wszystkie dramaty Szekspira).


Widokówka z tego świata

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
słychać, co można widzieć,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

Stanisław Barańczak: Widokówka z tego świata, 1988


środa, 24 grudnia 2014

Noc igliwia zapach niesie

Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich...

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
Drzewa ptakom, ptaki drzewom
Tchnienie wiatru płatkom śniegu

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem
Dzień, piękny dzień, dziś nam rok go składa w darze

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
A gdy wszyscy usną wreszcie
Noc igliwia zapach niesie


słowa: Krzysztof Dzikowski
muzyka: Seweryn Krajewski

Piosenka "Dzień jeden w roku" pochodzi z płyty długogrającej (LP) Czerwonych Gitar:

Czerwone Gitary - Dzień jeden w roku.
Muza 1976

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czytam z ciekawością i podziwem...

Więc czytam, jako ćwiczenie sobie zadane, Szkołę uczuć Flauberta. Mój egzemplarz ma już czterdzieści lat, papier poszarzał, są na nim wypłowiałe podkreślenia ołówkiem i uwagi, które mi się nasuwały przy lekturze. (Nie zapominam, że tytuł oryginału jest Education sentimentale, co dałoby się przerobić na jakąś Education sans sentiments, bez uczuć). Otóż technika tej znakomitej powieści jest tak inna, tak nieprzystająca do dzisiejszej wrażliwości. Wszędzie, gdzie pojawia się Fryderyk, mamy dokładny opis wnętrza: mebli, pokrycia mebli, opis lamp, schodów; znamy materiały, ich jakość i nieledwie cenę. Poprzez wystrój mieszkania Flaubert charakteryzuje właściciela. On to właśnie wymyślił (chociaż nie gardził tym Balzac ani... Mickiewicz w Panu Tadeuszu). I tak aż do Prousta, który zamęczał znajome eleganckie panie, by mu opisały jakąś potrzebną dla bohaterki toaletę. Dalej: wszechwiedza autora, spokój narracji, choć nie bez pewnej ironii. Ale są też i pewne wskazówki dla czytelnika: o każdej postaci wiemy (coś ze Stendhala), jaką partię polityczną popiera. To jest możliwe w społeczeństwie, w którym partie wyrażają określone interesy, a nie jednoczą ludzi o podobnych emocjach.
   Czytam z ciekawością i podziwem.

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 660

środa, 10 grudnia 2014

Zofia Starowieyska-Morstinowa opowiada w swoich pamiętnikach różne smakowite historie...

ZOFIA STAROWIEYSKA-MORSTINOWA opowiada w swoich pamiętnikach różne smakowite historie, przy czym nie ma się wrażenia, że plotkuje, to są spostrzeżenia starej, mądrej kobiety. Lubię opowieść o tym, jak koledzy poeci próbowali wyciągnąć z opresji Tuwima, kiedy zwaliła się na niego burza po opublikowaniu wiersza Do prostego człowieka, w którym wołał: "Rżnij karabinem w bruk ulicy / Twoja jest krew, a ich jest nafta". Uznali, że trzeba namówić Tuwima, żeby się od tego niepatriotycznego wezwania odżegnał. Uradzono posłać do niego miłego, poczciwego Leopolda Staffa, którego Tuwim czcił i kochał. Pytają potem Staffa: - I jak, Poldek, byłeś u niego? - Byłem. - Wytłumaczyłeś mu? - Wytłumaczyłem. - I co on na to? - Powiedział, że niepotrzebnie się czepiają: tam są takie dobre asonanse. - I Staff się zapienił" - Ja zawsze mówiłem, że asonanse są niebezpieczne!

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 587

Oto trzy z wydanych książek wspomnieniowych Zofii Starowieyskiej-Morstinowej:



wtorek, 9 grudnia 2014

Kilka kapitalnych opowieści...

[Ze starego notatnika (III), 1964]
HEMINGWAY, The Moveable Feast (Ruchome święto). Kilka kapitalnych opowieści. Kilka pośmiertnych zemst. Dobry klimat Paryża. Sam on pozuje tu nie na dzielnego myśliwego, ale na prostego chłopca, który lubi zjeść i wypić, ale nade wszystko - porządnie pisać. I chyba ten właśnie autoportret jest prawdziwy. Miłość do żony. Uczucie szczęścia, kiedy Sylvia Beach, która prowadzi amerykańską bibliotekę, daje mu Tołstoja, Turgieniewa i Dostojewskiego - ach, niczego im już nie brakuje - będą chodzić po Paryżu, siądą sobie w kawiarni (Café Select), "a w nocy będziemy się kochać". "Tatie, mówi ona, jesteśmy tacy szczęściarze". "A ja głupi - kończy ten obrazek Hemingway - nawet nie odpukałem w drewno. Dużo było w pokoju drewnianych sprzętów i można było odpukać".

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 684

O wspomnianej księgarni amerykańskiej w Paryżu i jej właścicielce, Sylvii Beach, można też przeczytać TUTAJ

niedziela, 7 grudnia 2014

o wieczornych głośnych czytaniach...

   Także z obrazem tej kanapy, a raczej całego kwiecistego pokoju łączyło się dla dzieci wspomnienie o jednej z najżywszych przyjemności ich dzieciństwa: o wieczornych głośnych czytaniach.
   Owemu wieczornemu czytaniu zawdzięczały dzieci - w każdym razie starsze - najlepsze, najbardziej przejmujące wzruszenia swego młodego życia. Czytanie to odbywało się zawsze po przygotowaniu, o siódmej, i trwało pół godziny: do kolacji. Najczęściej jednak przeciągało się do trzech kwadransów, gdyż kolacja rzadko bywała punktualnie. Raz nawet na skutek czytania zgoła wystygła, a mianowicie wtedy, gdy Jan Kazimierz odwiedzał rannego Kmicica. Pani Emilia sarkała, ale dzieci nie były w stanie czekać na koniec do jutra, a i pan Władysław nie posłuchał żony i szorstkim "daj spokój" przerwał jej upominania i, trzymając czarny cwikier na małym palcu, czytał pełen zapału i przejęcia dramatyczną rozmowę Kmicica z królem.
   Bo w czasie tych wieczornych lektur przede wszystkim przeżywały dzieci smutki Skrzetuskiego, rozpacze Bohuna i przygody Kmicica. Opłakiwały śmierć małego rycerza, przejmowały się awanturniczymi przygodami Atosa i Portosa, nienawidziły Mazarina, wielbiły d'Artagnana. Podczas tych czytań poznały także siwobrodego Wernyhorę i cierpienia branek wziętych w jasyr. Tam po raz pierwszy śmiały się z zawziętej zawiści rejenta Milczka i buńczucznej agresywności Cześnika. Tu nawet, choć zdawać by się mogło, że jest to dla nich "zbyt trudne" zobaczyły po raz pierwszy strofy Słowackiego obraz sześciu córek Popiela, ujętych snem kamiennym.

   Wszystkie te wspaniałe przygody i czułe sceny przesuwały się przed ich oczyma wyraziście i plastycznie, bo - trzeba powiedzieć - pan Władysław miał niepospolity dar głośnego czytania. Czytał głosem donośnym, wyraźnie i jasno, gdzie trzeba kładąc akcenty grozy, smutku, przerażenia i podziwu, ale zawsze bardzo dyskretnie. Gdy czasem zastępowała go w czytaniu pani Emilia, przyjemność była o połowę mniejsza. Pani Emilia bowiem nie czytała dobrze: nie tak wyraźnie, a przede wszystkim nie tak spokojnie i po prostu. Dzieciom wydawało się, że czyta sztucznie, i nie lubiły jej słuchać.
   Ale czytanie ojca uwielbiały. Czytanie to było punktem kulminacyjnym dnia. Dzieci cieszyły się na nie od rana, zwłaszcza gdy akcja znajdowała się w jakimś ciekawym a przejmującym momencie, co przy Sienkiewiczu zdarzało się często.

Zofia Starowiejska-Morstinowa: Dom. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań [2014], s. 126-127

sobota, 6 grudnia 2014

...trzy wielkie tomy Szekspira z ilustracjami Dorégo

  Czasami niektóre gusty i upodobania Władysława nie były znane nikomu i objawiały się nagle i całkiem niespodziewanie. Tak właśnie ujawnił się jego kult dla Szekspira w chwili mało do tego - zdawałoby się - sposobnej, bo w chwili wybuchu pierwszej wojny. Gdy wtedy państwo Władysławowie opuszczali Dom, pan Władysław wręczył Helence skórzaną teczkę, wypchaną i ciężką, przykazując jej, by się z nią nigdy, pod żadnym pozorem nie rozstawała. Helenka, dumna z tej misji, piastowała ciężką teczkę sumiennie i szczęśliwie dowiozła ją do ostatecznego kresu wojennej tułaczki - do Wiednia. 
  Tu, gdy już państwo Władysławowie się urządzili, kiedyś wieczorem pan Władysław, ruszając wąsikami, zapytał Helenki:
- Czy wiesz, coś tak piastowała przez całą drogę?
Helence z ciekawości aż rumieńce wystąpiły na twarz. Spodziewała się jakiejś wielkiej rewelacji. Także zainteresowała się tym Emilia, która jakoś dotąd nie zajmowała się misją powierzoną Helence. Pan   Władysław otworzył teczkę i zaczął z niej wyciągać, jeden po drugim, trzy wielkie tomy Szekspira z ilustracjami Dorégo.
Helenka była zadziwiona, dlaczego spośród książek zabrał ojciec tę - Szekspir był jej daleki i nieznany. Natomiast pani Emilia nie starała się nawet ukryć swej irytacji i oburzenia:
- Jak to? To kazałeś jej dźwigać przez cała drogę? Ja myślałam, że to są jakieś ważne papiery. Gdybym była wiedziała, że to znowu te głupie książki... - Nie dopowiedziała, co by się wówczas stało, ale można się było domyślić, że nic dla Szekspira dobrego.
Pan Władysław jednak był zadowolony i dumny, że i jemu raz udał się zakonspirowany podstęp.

Zofia Starowiejska-Morstinowa: Dom. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań [2014], s. 77-78

piątek, 5 grudnia 2014

Podobnie wygląda księgozbiór przechowywany w mojej pamięci...

"Tracę do niej sympatię, kiedy w chwilę później oznajmia:
  - Chciałabym zobaczyć pani bibliotekę.
Bo nie mam biblioteki. Wstydzę się tego, ilekroć odwiedzam innych pisarzy - co zresztą zdarza się rzadko - i widzę porządnie ustawione na regałach ksiązki, które powinno się mieć w domu: Stendhal, Sade, Leiris, numery miesięcznika "Nouvelle Reuve Française", czyściutkie, chociaż najwidoczniej wykorzystane, wertowane często, lecz zawsze pod lampą, czystymi rękami. Nigdy nie skąpane w pełnej mydlin wannie; u innych widzi się Montaigne'a, Henry Jamesa, książki świadczące o właścicielu, robiące najkorzystniejsze wrażenie... Ale ja nie mam biblioteki. Mam trochę książek. Najmniej tych, które najbardziej lubię, bo te pożyczam na wszystkie strony i już ich nie dostaję z powrotem.
  - Musi pani jednak mieć ulubionych autorów?
 - O tak, każdy ma ulubionych autorów. W ciągu piętnastu lat był czas, żeby ich przesiać i spreparować. Ale mówiąc szczerze, jest z nimi tak samo jak z moją biblioteką, gdzie jeden ocalały z pełnego wydania tom Montaigne'a gubi kartki między poezjami Miłosza [Oskara - przypisek paren], powieścią kryminalną i oprawnym w karton Balzakiem wyłowionym sześć razy z wanny oraz pięknym zbiorem wierszy Baudelaire'a, który Vincent wygrał na tomboli. Tu i ówdzie stoją schludne egzemplarze powieści, które dostałam od wydawnictw do zrecenzowania i po które nigdy drugi raz nie sięgnę.  Podobnie wygląda księgozbiór przechowywany w mojej pamięci. Prócz Paula Féval zabłąkały się tam jakieś strofy Villona, piosenki sprzed trzech wieków albo trzech dni, jakieś zdanie Bernanosa sto razy obracane w myśli niby szlachetny kamień; z mgły wyłania się gipsowy słoń, w którego wnętrzu sypiał Gavroche, a dalej ciepła noc pod arkadami na ulicy de Rivoli, opustoszałe zimą Biarritz z ciemnymi fasadami domów w stylu drugiego cesarstwa. Albo saliny Croisic, Guérande Beatryczy, gdzie kornet Krzysztof Rilke, jak mi się wydaje, snuł swoje melodyjne smutki."

Françoise Mallett-Joris: Papierowy dom. Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1980, s. 129-130, tłum. Maria Skibniewska

czwartek, 4 grudnia 2014

Nadmiar lektur zaiste mąci umysł...

  "Jest udokumentowanym zjawiskiem, że ludzie, którzy mają za sobą długi okres studiów, nie potrafią już czytać dla przyjemności, przynajmniej przez pewien czas. Po obronie pracy doktorskiej uzmysłowiłam sobie z przerażeniem, że rozrywkę, która towarzyszyła mi i dodawała otuchy od trzeciego roku życia, zmiażdżył ciężar licznych stron czytanych wyłącznie w celach informacyjnych. Nadmiar lektur zaiste mąci umysł.
  Tej podoktoratowej zimy niezadowolenia, gdy próbowałam przebrnąć przez choćby najlżejszą beletrystykę, przyłapywałam się na tym, że śledzę fabułę i szukam sensu, używając tych samych technik, jakie opanowałam w celu akademickiego przetrwania. Koniec z niespiesznym smakowaniem książki, winem, kominkiem, kotem na kanapie. Teraz należało uchwycić samo sedno i iść dalej. Wiele osób po studiach doktoranckich opowiada podobne smutne historie.
  Na szczęście ludzie opowiadają też o uzdrowieniu. Moje czarodziejskie ponowne "podłączenie" zawdzięczam powieści Pata Conroya Muzyka plaży. Zdania były tak piękne, tak interesująco i pokrętnie sformułowane, że przestałam przelatywać tekst i zaczęłam się zastanawiać, co autor miał na myśli. Konstrukcje Conroya trzeba wdychać powoli, w przeciwnym razie nie podbijają triumfalnie mózgu. Wkrótce czytałam jak Bóg przykazał, jedno piękne zdanie po drugim, smakowałam opisy, dramatyzm. Po skończeniu książki poczułam radość. Nie z tego, że zaczerpnęłam z niej informacje, ale z samej lektury.
  Dziękuję, panie Conroy."


Wendy Welch: Księgarenka w Big Stone Gap. O przyjaźni, wspólnocie i nadzwyczajnej przyjemności z dobrej książki. Black Publishing (marka wydawnicza Wydawnictwa Czarne), Wołowiec 2014, s. 168-169, tłum. Paweł Lipszyc 

środa, 3 grudnia 2014

Kiedy sprzedajesz komuś książkę...

Grosset & Dunlap
Wydanie I, 1919
Kiedy sprzedajesz komuś książkę, nie sprzedajesz po prostu trzynastu gramów papieru, tuszu i kleju - sprzedajesz całe nowe życie. Miłość, przyjaźń, humor i statki na morzu w nocy - w książce, prawdziwej książce, są całe niebo i ziemia.

Christopher Morley, The Haunted Bookshop.
[s. 9]

***

Towarzystwo książek jest cudowne. Kiedy wchodzisz do pokoju i zastajesz tam mnóstwo książek, nie musisz ich nawet zdejmować z półek, a wydają się do ciebie mówić, witają cię.

William Ewart Gladstone
[s. 196, rozdział: Życie z rozmachem w księgarni w małym miasteczku]

                                                        ***

Fulcrum, 1991
Biblioholik na każdym kroku staje przed koniecznością trudnych wyborów: musi wybierać między czytaniem a jedzeniem, między kupieniem nowego ubrania a kupieniem książek, między życiem na przyzwoitym poziomie, a życiem nędznego, lecz masochistycznego szczęścia wśród nadużyć.

Tom Raabe, Biblioholism. The Literary Addition
[s. 223, rozdział: Jak dzisiaj kupujemy (z przeprosinami dla Trollope'a]

***

Penguin Books, 2005


Używane książki to dzikie, bezdomne książki; zleciały się wielkimi chmarami o rozmaitym upierzeniu i mają wdzięk, którego brakuje udomowionym książkom w bibliotece. W tej przypadkowej, pstrokatej zbieraninie możemy spotkać nieznajomego, który, jeśli dopisze nam szczęście, zostanie naszym najlepszym przyjacielem.

Virginia Woolf, Street Haunting: A London Adventure
[s. 260, rozdział: O polecaniu książek]

                                                       
                                                            ***

Black Publishing, 2014
W wywiadzie z Robertem Spectorem, autorem publikacji o tematyce biznesowej, Cami powiedział: "Jeśli otwierasz księgarnię dlatego, że uwielbiasz czytać książki, lepiej zostań nocnym strażnikiem, bo w ten sposób będziesz miał więcej okazji do czytania". Cami miał rację...

Wendy Welch, Księgarenka w Big Stone Gap
[s. 171]


Fragmenty te zostały użyte jako motto do książki (1) oraz do poszczególnych rozdziałów w książce Wendy Welch: Księgarenka w Big Stone Gap. O przyjaźni, wspólnocie i nadzwyczajnej przyjemności z dobrej książki. [Black Publishing (marka wydawnicza Wydawnictwa Czarne), Wołowiec 2014, s. 9, tłum. Paweł Lipszyc], a ja nie mogłam sobie odmówić przyjemności zacytowania ich w osobnym poście.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

literacki samorodek

"Kiedyś, na długo przed moim nadejściem, [Norman] nabył dwa sklepy przylegające do księgarni i wybił otwory w łączących je ścianach. Przechodząc przez wąskie drzwi, tak wąskie, że ludzie musieli robić to po kolei albo przeciskać się przy ścianach, szorując o siebie brzuchami, można się było dostać do kolejnych pokoi wypełnionych książkami. Sądziłem, że wszystkie te połączone wąziutkimi przejściami pomieszczenia zbudował jakiś gigantyczny szczur, ale Norman wyprowadził mnie z błędu.
Część książek była uporządkowana i oznakowana, część leżała dosłownie wszędzie. Kiedy już lepiej rozumiałem ludzi, zdałem sobie sprawę, że to właśnie ten niewiarygodny bałagan lubili w księgarni Pembroke najbardziej. Nie przychodzili po to, by po prostu kupić książkę, wybulić trochę kasy i się stąd zmyć. Pałętali się po sklepie. Nazywali to szukaniem, ale bardziej było to grzebanie albo przekopywanie. Dziwiłem się, że nie przychodzili z łopatami. Próbowali dokopać się do skarbów gołymi rękami, czasami zanurzali je po pachy, a kiedy wyciągali jakiś literacki samorodek z kupy śmieci, byli szczęśliwsi, niż gdyby po prostu weszli i go kupili. Pod tym względem zakupy w Pembroke były jak czytanie: nigdy nie wiesz, co spotkasz na następnej stronie - na następnej półce, w następnym regale czy pudle - i na tym właśnie polegała przyjemność grzebania."*

*Sam Savage: Firmin. Przygody wielkomiejskiej szumowiny. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 40-41, tłum. Radosław Nowakowski
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...