wtorek, 5 sierpnia 2014

Czy widziała pani kiedyś portret Dickensa w jego gabinecie?

Sen Dickensa - Robert William Buss (1837)

 "  Kiedy stanęłam przed nią, zobaczyłam w migotliwym świetle ognia, że pannę Winter coś gnębi. W milczeniu usiadłam na swoim miejscu i patrzyłam na odbicie nocnego nieba w bibliotecznych lustrach. Minął kwadrans, ona trwała w zamyśleniu, a ja czekałam.
   Potem zaczęła mówić.
  - Czy widziała pani kiedyś portret Dickensa w jego gabinecie? Wykonał go człowiek nazwiskiem Buss, jak mi się zdaje. Mam gdzieś reprodukcję, poszukam jej dla pani. W każdym razie na tym portrecie Dickens odsunął krzesło od biurka i drzemie, z zamkniętymi oczami i z brodą opartą na piersi. Na nogach ma domowe kapcie. Wokół jego głowy jak dym cygara unoszą się w powietrzu główne postacie jego powieści; jedne tłoczą się nad papierami na biurku, inne zawisły za nim, jeszcze inne spływają w dół, jakby wierzyły, że są zdolne chodzić po podłodze na własnych nogach. A dlaczego nie? Są nakreślone równie mocną kreską jak sam pisarz, dlaczegóż wiec nie miałyby być równie rzeczywiste jak on? Są bardziej rzeczywiste niż książki na półkach, naszkicowane jedynie cieniutką kreseczką, gdzieniegdzie wręcz zanikającą.
   Pewnie się pani zastanawia, dlaczego wspominam teraz o tym portrecie. Pamiętam go tak dobrze dlatego, że wydaje mi się on obrazem mego własnego życia. Zamknęłam przed światem drzwi mojego gabinetu i odcięłam się od niego wraz z ludźmi z mojej wyobraźni. Przez niemal sześćdziesiąt lat podpatrywałam bezkarnie życie ludzi, którzy nie istnieją. Zapuszczałam bezwstydne spojrzenie do ich serc i łazienek. Zaglądałam im przez ramię, by śledzić ruchy pióra, kiedy pisali listy miłosne, testamenty i wyznania. Podglądałam, jak kochają się kochankowie, jak mordują mordercy, a dzieci bawią się, udając dorosłych. Otwierały się przede mną więzienia i burdele; galeony i karawany wielbłądów przewoziły mnie przez morza i piaski; stulecia i kontynenty zmieniały się wedle mojej woli. Tropiłam występki możnych i byłam świadkiem szlachetności maluczkich. Pochylałam się tak nisko nad śpiącymi, że mogli czuć mój oddech na twarzach. Widziałam ich sny. 
   Mój gabinet roi się od postaci czekających na opisanie. Wymyśleni ludzie, spragnieni życia, pociągają mnie za rękaw, wołając: „Teraz ja! Bierz się do pracy! To moja kolej!" Muszę dokonać wyboru. Kiedy już wybiorę, inni cichną na dziesięć miesięcy czy rok, póki nie dojdę do końca opowieści, a wtedy cały zgiełk zaczyna się od nowa."

Diane Setterfield: Trzynasta opowieść. Wydawnictwo Amber, Warszawa 2006, s. 94, tłum. Barbara Przybyłowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...