poniedziałek, 28 lipca 2014

Dzieci mnie słuchały w takiej cudownej ciszy...

  - Powiedz, jakie jeszcze słowo poza strachem kojarzy Ci się z dzieciństwem?
  - ...Występy.

  - Ooooo!
  - Tak, to były chwile prawdziwego szczęścia. Pierwsze to było czytanie. Ja nauczyłem się czytać, gdy miałem pięć lat. Jak poszedłem do szkoły, już umiałem płynnie czytać. Dużo czasu spędzałem u babci Anieli, mamy mojej mamy. Bardzo mnie kochała. To ona nauczyła mnie czytać. Do zerówki chodziłem w Rędzinach, gdzie mieszkała babcia. W tej zerówce zacząłem czytać, że tak się wyrażę, publicznie.

  - Publicznie?
  - No, tak trochę (śmiech).Pamiętam, jak w zerówce pani sadzała mnie na takim małym krzesełeczku, dzieci zbierały się wokół mnie, a ja tym dzieciom czytałem bajki. To były chyba moje pierwsze, nieświadome próby aktorstwa, bo starałem się zmieniać głos, interpretować tekst. Dzieci mnie słuchały w takiej cudownej ciszy, a ja czułem się wtedy tak strasznie dla nich ważny. Uwielbiałem to robić. Pani też była przeszczęśliwa, bo miała chwilę oddechu, mogła wyjść na papierosa czy coś.

  - Mały aktor?
  - Wtedy pewnie sobie tego nie uświadamiałem, że... miałem coś, co sprawiało, że łatwo mi było być kimś innym. Czytałem i od razu tak mi to jakoś wychodziło... prawdziwie. Potem, już na studiach zrozumiałem, że aktorstwo to nie jest coś, czego się można ot, tak nauczyć. To jest dar, z którym człowiek się rodzi. Można to oczywiście spaskudzić, zmarnować, rozmienić na drobne albo oszlifować. Jednak, żeby coś z tym zrobić, trzeba najpierw to mieć, czuć w sobie.

  - Ty właśnie to czułeś, czytając?
  - Pamiętam takie kioski z kratą z drutu. Potrafiłem się tak złapać tej karty, tak ją mocno trzymać, dopóki babcia mi nie kupiła książeczki. To były takie małe książeczki z serii "Poczytaj mi mamo". Gdy była w kiosku nowa książeczka, to darłem się i musiałem dostać tę książeczkę. Chociaż nam się nie przelewało. A potem już czytałem te książki, które były w domu, czyli dla młodzieży albo dla dorosłych. U nas w domu dużo było książek. Pamiętam serię przygód Tomka Alfreda Szklarskiego. Kończyłem i zaczynałem od początku.

Artur Barciś, Marzanna Graff: Rozmowa bez retuszu. Wydawnictwo M, Kraków 2011, s. 13-14


"To były takie małe książeczki z serii "Poczytaj mi mamo"... 
Chyba wszyscy pamiętamy tę serię. Oto przykład:


Maria Konopnicka: Stefek Burczymucha
Ilustracje: Jerzy Flisak
"Nasza Księgarnia", Warszawa 1966
Wydanie VIII

sobota, 19 lipca 2014

Pełen szacunku dla ich cennej zawartości, nie ośmielił się dotknąć żadnego z manuskryptów

   - Chodź, popatrz, co za cuda...
   Była to prostokątna sala, niezbyt wielka, ale szczególnie urokliwa. Gruby słup światła padał z sufitu z czystego alabastru, odbijając się na dwóch wielkich stołach, które ciągnęły się od ściany do ściany, zostawiając między sobą szerokie przejście. Na nich spoczywały w ciszy setki ksiąg, przepięknie oprawionych w cudną, najwyższej jakości skórę kordobańską. Staranne i zawiłe zakrętasy arabskich liter zdobiących ich okładki i grzbiety odbijały promienie słońca.
 Przyjrzawszy się dokładniej, Diego rozpoznał dzieła wybitnych autorów muzułmańskich, częstokroć cytowanych przez Galiba, takich jak Averroes czy Abu Zakaria. Inni, jak Arystoteles, Heraklit czy Hipokrates, byli mu nieznani..
   Jednym palcem przejechał po grzbietach. Pełen szacunku dla ich cennej zawartości, nie ośmielił się dotknąć żadnego z manuskryptów. Patrzył tylko na wszystkie, jeden po drugim, aż dotarł do końca sali, gdzie znajdowały się kolejne drzwi: dębowe, pięknie rzeźbione. Dochodził zza nich gruby, zachrypnięty głos. Ktoś deklamował długi wiersz po łacinie.

Gonzalo Giner: Weterynarz z Toledo. Wydawnictwo ALBATROS A. Kuryłowicz, Warszawa 2013, s. 96-97

niedziela, 13 lipca 2014

...była tylko ona i Wisława Szymborska, a między nimi ten wiersz

"I oto na salę weszła drobna postać. Rozległy się oklaski i trwały dłuższą chwilę a Wisława Szymborska jak prawdziwa królowa uśmiechała się do wiwatującego tłumu. Tak to w każdym razie odbierała rozgorączkowana Franciszka. Potem usiadła na środkowym fotelu, obok niej bardzo miły, siwy pan w zabawnej czerwonej marynarce. Po drugiej stronie wesoło uśmiechnięta pani z krótko ostrzyżonymi, brązowymi włosami.  Franciszka pomyślała, że to oczywiście świta królowej. Królowa przecież nie mogła pojawić się na Zamku sama. Ale kiedy Wisława Szymborska zabrała głos, wszystkich przywitała i zaczęła trochę żartować z samej siebie, Franciszka uznała, że nie jest żadną królową, tylko po prostu najmilszą poetką na świecie. Była drobna i krucha. Chociaż z  referatu, który Franciszka niedawno zrobiła, wiedziała, że poetka ma tyle lat, ile jej babcia ze strony taty, to uznała, że wygląda bardzo młodo. Może to sprawiał jej przyjazny i nieco figlarny uśmiech, a może niezwykła żywość twarzy i całej sylwetki. W końcu pan w czerwonej marynarce podał poetce kartkę papieru i rozległ się jej głos. Czytała powoli i z namysłem pierwszy wiersz. Dla Franciszki cały świat odpłynął gdzieś daleko, była tylko ona i Wisława Szymborska, a między nimi ten wiersz. Brzmiał, jakby był mówiony specjalnie dla niej. Nosił wymowny, jak uznała Franciszka, tytuł: Radość pisania:

Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?
Czy z napisanej wody pić,
która jej pyszczek odbije jak kalka?
Dlaczego łeb podnosi, czy coś słyszy?
Na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta
spod moich palców uchem strzyże.
Cisza - ten wyraz też szeleści po papierze
i rozgarnia
spowodowane słowem "las" gałęzie.

Franciszka czuła, że ogarnia ją nieznany do tej pory rodzaj radości. Cisza na sali, słowa poetki i jakaś nieznana energia unosząca się w powietrzu sprawiały, że miała wrażenie, iż za chwilę oderwie się od fotela i pofrunie. Ale zaraz trochę się opanowała, bo nie zamierzała nigdzie się teleportować. Niemal głośno westchnęla, gdy poetka kończyła czytać swój wiersz:

środa, 9 lipca 2014

Oni nie interesują się poezją ani Szekspirem... Im w głowie futbol i rakiety.


Tym razem wspieram się pamięcią nieocenionego Marlowa, który po przeczytaniu "szekspirowskiego" fragmentu z Agathy Christie przypomniał mi, że i my mamy w literaturze bohaterów deklamujących Szekspira na każde zawołanie. :-)

Okładka
   "Przed przystań zajechał olbrzymi wóz-chłodnia, cały z aluminiowej blachy, błyszczący i okazały. Ciężarówka była wielka i okazała, kierowca zaś maleńki i niepozorny. Miał wielką łysinę, a twarz podobną do śniętego dorsza. Może dla­tego, że często woził ryby.

Ciekaw byłem, czym ciotka Kabała oczarowała dorszowatego kierowcę? Mo­że kartami? Może piętnastoma tysiącami na liczniku? A może znajomością ich­tiologii, czyli nauki o rybach? Z ciocią nigdy nic nie wiadomo. Ma pomysły.

Czekałem z niecierpliwością, co się okaże. Po chwili okazało się, że nic z tego nie rozumiem.

Kierowca wyskoczył z szoferki, przywitał się z ciocią tak serdecznie, jakby była jego rodzoną siostrą. Ciocia Kabała zawołała radośnie:

- Już sobie przypomniałam. Zaraz panu powiem. - I zaczęła mówić wznio­śle, kwieciście i do tego wierszem:

                  Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, 
                  Słowik to, a nie skowronek się zrywa 
                  I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.

Zupełnie zbaraniałem. Rozejrzałem się. Nie było ani słowika, ani skowronka i nikt śpiewem nie przeszył trwożnego ucha kierowcy. O czym ciocia mówi? Co jej przyszło do głowy? A ciocia uniosła oczy do nieba, położyła dłoń na sercu i dokończyła:

                Co noc on śpiewa ówdzie na gałązce 
                Granatu, wierzaj mi, że to był słowik.

Uwierzyłem na słowo, choć słowika nie widziałem ani nawet nie słyszałem i nie mogłem również dojrzeć gałązki granatu. Lecz kierowca dojrzał, bo naraz jego dorszowata twarz rozpromieniła się, a wyłupiaste oczy nabrały dziwnego blasku. Położył dłoń na sercu i zadeklamował:

               Skowronek to, ów czujny herold ranku, 
               Nie słowik, widzisz te zazdrosne smugi, 
               Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie ?

- Przepraszam bardzo - przerwałem mu. - Ustalcie nareszcie, czy to sło­wik, czy skowronek.
Ciocia spiorunowała mnie pełnym poezji spojrzeniem.
- Nie przerywaj!
A kierowca z Centrali Rybnej westchnął i ciągnął dalej:

              Pochodnie nocy już się wypaliły
              I dzień się wspina raźnie na gór szczyty.
              Chcąc żyć, iść muszę lub zostając - umrzeć.


- Proszę nie umierać - wtrącił Duduś - bo my chcemy dojechać do Koło­brzegu.
Teraz kierowca spiorunował spojrzeniem Dudusia.
- Nie przeszkadzać! - zawołał i zwrócił się do cioci. - Widzi pani, to jest nasza młodzież. Nic w nich nie ma romantyzmu. W głowie pustka, a w sercu chłód.
Ciocia westchnęła:
- Za moich czasów inaczej bywało. Oni nie interesują się poezją ani Szek­spirem... Im w głowie futbol i rakiety.
- Phi — Duduś uśmiechnął się tajemniczo. - Od razu wiedziałem, że to scena piąta aktu trzeciego „Romeo i Julia" Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego.

Bęc! Proszę bardzo, Duduś uratował honor młodzieży. Byłbym go chętnie uścisnął, ale uczynił to za mnie kierowca.
- Geniusz! - zawołał. - A myśmy wczoraj pół godziny zastanawiali się, jak się zaczyna piąta scena trzeciego aktu.
Teraz wiedziałem, że ciocia Kabała oczarowała łysego kierowcę znajomością Szekspira, chociaż, przyznam się, do tej pory nic o Szekspirze nie słyszałem. Przy­rzekłem sobie, że po powrocie do Warszawy zajrzę do biblioteki ojca, żeby się dowiedzieć, co to za jeden.

Tymczasem wysłuchaliśmy całej sceny piątej trzeciego aktu w wykonaniu cio­ci Kabały i kierowcy. Ciocia była Julią, kierowca Romeem, a my z Dudusiem wi­downią. Tak wspaniale odegrali, że aż mi łzy napłynęły do oczu. Wóz-chłodnia czekał, Kołobrzeg czekał, a oni nic, tylko odgrywali z dłońmi na sercu i oczami utkwionymi w bladym błękicie.

Gdy skończyli, kierowca otarł łzę toczącą się po jego spalonym policzku i po­wiedział:
- Całą noc czytałem tę scenę, żeby się jej nauczyć na pamięć."


Adam Bahdaj: Podróż za jeden uśmiech. Nasza Księgarnia, Warszawa 1973, s. 128-129

Szekspir jest cudowny, prawda?

Okładka
   "Przyszło jej na myśl, że mogłaby deklamować wiersze. Kiedyś, za dziewczęcych lat, uchodziła za dobrą lektorkę i recytatorkę. Ciekawe, jak jest teraz, po tych wszystkich latach. Ile z tych licznych wierszy, które znała na pamięć, potrafiłaby powiedzieć dzisiaj?
  
   Dla miłosierdzia nikt przymusu nie ma;
   Ono jak kropla niebieskiego deszczu..?
*
  
   Co dalej? To głupie, lecz po prostu nie pamiętam, co dalej.
  
   Już cię nie strwożą pożogi słońca…
  
   (Ten przynajmniej przyjemnie się zaczyna! A dalej?)
  
   Ni zimy ostre podmuchy;
   Wziąłeś zapłatę u prac twych końca,
   Poszedłeś spocząć w dom głuchy.
   Rycerz, dziewica, kominiarz czarny
   Wszystko się w popiół obróci marny?
**
  
Zaczął się przyjemnie, ale dalej? Brr… Czy potrafię przypomnieć sobie któryś z sonetów? Sporo ich kiedyś znałam. Może ten: „Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni” albo ten, o który poprosił mnie Rodney.
   Zabawnie zabrzmiało, kiedy któregoś wieczoru, ni stąd, ni zowąd, powiedział:
   - „Lecz twoje wieczne lato nie wie, co jesienie…” To z Szekspira, prawda?
   - Tak, to jeden z jego sonetów.
   - „Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni dla barier, przeszkód?” Czy z tego?
   - Nie, z tego, który zaczyna się: „Do czego cię przyrównać? Do dnia w pełni lata?
   A potem wyrecytowała mu cały sonet, naprawdę pięknie, z należną mu ekspresją.
   Kiedy skończyła, on, zamiast słów pochwały, jedynie powtórzył w zamyśleniu:
   - Jeszcze w maju wiatr nieraz mrozem pąk omiata”… tylko że teraz jest październik, prawda?
   Zabrzmiało to niezwykle. Spojrzała na niego, a on rzekł:
   - Czy znasz ten drugi? Ten o wspólnej dwojga serc przestrzeni?
   - Tak. - Zastanowiła się chwilę, po czym zaczęła deklamować:
  
   Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni
   Dla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśli,
   Zmienny świat naśladując, sama się odmieni
   Lub zgodzi się nie istnieć, gdy ktoś ją przekreśli.
  
   O, nie: to znak, wzniesiony wiecznie nad bałwany,
   Bez drżenia w twarz patrzący sztormom i cyklonom -
   Gwiazda zbłąkanych łodzi, nieoszacowanej
   Wartości, choćby pułap jej zmierzył astronom.
  
   Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnące
   Róże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady -
   Miłości nie odmienia chwile, dni, miesiące:
  
   Ona trwa - i trwać będzie po sam skraj zagłady.
   Jeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:
   Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi.

  
   Skończyła, ze szczególną emfazą i dramatyzmem akcentując ostatnie linijki.
   - Nie sądzisz, że dość dobrze deklamuję Szekspira? Zbierałam w szkole same pochwały. Mówiono mi, że moje recytacje są pełne ekspresji.
   - Sonety Szekspira same w sobie są ekspresyjne - powiedział Rodney jakby nieobecny duchem.
   Ona westchnęła i szepnęła:
   - Szekspir jest cudowny, prawda?"


* W. Szekspir, Kupiec wenecki, przekład Leona Ulricha.
** W. Szekspir, Cybelin, przekład Leona Ulricha.


Mary Westmacott, czyli Agatha Christie: Samotna. [Inny tytuł: Samotna wiosną]. Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2004, Tłumaczenie: Bogumiła Malarecka, s. 34-35

poniedziałek, 7 lipca 2014

Trzy razy usiłowano wylać mnie ze szkoły i za każdym razem cierpiałam za literaturę...

Okładka
Zainspirowana dzisiejszym postem Marlowa o bezeceństwach w literaturze przypomniałam sobie kłopoty  z  Dziejami grzechu,  jakie miała bohaterka mojej ulubionej książki, Przyślę Panu list i klucz, i odszukałam odpowiedni fragment:


"Trzy razy usiłowano wylać mnie ze szkoły i za każdym razem cierpiałam za literaturę.

W trzeciej klasie znana już byłam dobrze z tego, że uprawiam niecny proceder czytania powieści podczas lekcji. Przesadzono mnie więc do pierwszej ławki pod samą katedrę, gdzie nudziłam się niemiłosiernie. Sąsiadką moją była Wiesia, pierwsza w klasie uczennica. Ona też była nudna. Odrabiała skrupulatnie wszystkie lekcje. Posądzałam ją, że odrabia śpiew i gimnastykę, gdy były w planie. Ona jedna uczyła się także religii, czego nie czyniła żadna szanująca się uczennica. Poza tym udawała wzniosłą, wysublimowaną i wyższą ponad nasze uczniowskie kawały, żarty i przeżycia.
Kiedyś zaczęła ze mną bardzo skomplikowaną rozmowę na temat spowiedzi - zbliżał się właśnie termin rekolekcji. Ale trafiła źle, bo ta dziedzina była kompletnie poza moimi zainteresowaniami. Nudziła mnie bardzo. Twierdziła, że ma do mnie zaufanie i prosiła, ponieważ tak wiele czytam, żebym jeśli nie chcę na ten temat rozmawiać, wskazała jej przynajmniej coś do czytania, bo ona musi się przygotować do spowiedzi gruntownie, solidnie i literacko.
Byłam zawsze bardzo uczynną koleżanką, więc też zaczęłam intensywnie rozmyślać i przypominać sobie przeczytane książki, żeby jej przecież coś wynaleźć i nie zhańbić swej opinii najbardziej oczytanej uczennicy w klasie. Długo bardzo rozmyślałam, aż nareszcie znalazłam. I byłam pewna, że wyszukałam jej lekturę dobrą, odpowiednią i wartościową. Zadowolona z siebie powiedziałam do niej podczas pauzy:
- Już mam! Tylko uważaj, Wiesiu, zrób tak, jak mówię. Weź Dzieje grzechu Żeromskiego i przeczytaj początek. Tam na samym wstępie Ewa przygotowuje się do spowiedzi i Żeromski bardzo pięknie opisał te spowiedziowe sprawy. Ja czytając Dzieje grzechu opuściłam to wszystko, bo okropnie mnie znudziło, ale to będzie akurat to, czego szukasz. Tylko pamiętaj nie czytać ani słowa dalej, bo dalszy ciąg nie dla ciebie.
Zadowolona z uczciwie spełnionego obowiązku więcej już nie myślałam o tej sprawie, a na drugi dzień kazano mi iść ze szkoły do domu...
- ...i żeby przyszli rodzice - usłyszałam na zakończenie.
Jak się okazało, Wiesia powiedziała swojej matce, że ja jej kazałam czytać Dzieje grzechu przed spowiedzią, a matka poleciała zaraz z tym do dyrektorki.
Zarzucano mi destrukcyjny wpływ na koleżanki, bo chronioną od zetknięcia się z wszelkim brudem życiowym, wypielęgnowaną jak, wonny kwiat Wiesię namawiałam przed spowiedzią do czytania takiej książki.

Drugim przestępstwem, które ten incydent wykazał, było to, że sama czytałam Dzieje grzechu. Wydała się więc w szkole cała moja zgnilizna moralna. Kazano mi iść do domu, ale nie byłam taka głupia i poleciałam do Ojca do biura. Ojciec zaraz zwolnił się z pracy.
- Pójdziesz ze mną. Zaczekasz w najbliższej cukierni. Nie chcę, żebyś denerwowała niepotrzebnie Matkę.
Nie miałam najmniejszej ochoty denerwować Matki i w ogóle widzieć się teraz z nią. Bo i po co? Wysłuchiwać jęczeń? Przecież wcale nie byłam winna! Ojciec zaoszczędził mi przynajmniej gadania na ten temat.
Czekałam w cukierni i okropnie się martwiłam. Nawet lody nie mogły rozproszyć mego niepokoju.
Po trzech kwadransach zjawił się Ojciec uśmiechnięty i zadowolony z siebie. Okazało się, że przez te trzy kwadranse owijał sobie dookoła palca dyrektorkę i wychowawczynię. Roztoczywszy przed nimi cały swój wdzięk wziął winę na siebie i przyznał się do tego, że pozwalał mi wszystko czytać. Dał się też łatwo przekonać, że są książki, których trzynastoletnie dziewczynki nie powinny czytać. No i obiecał, że od dnia dzisiejszego Alina i ja będziemy czytać tylko lekturę odpowiednią dla dorastających panienek i nikogo nie będziemy częstować Dziejami grzechu.
- Powiedziały mi Horpyny, żebyś zaraz wróciła na lekcje, ale ja bardzo żałowałem, że dziś już nie zdążysz, bo nie mam możności cię zawiadomić... Ciebie wyrzucili ze szkoły, ja się zwolniłem z biura i... taka ładna pogoda... Wiesz co? Idziemy nad Wisłę i zrobimy sobie wagary! Od jutra wrócimy znów do jarzma. Pamiętaj tylko, żebyś mądrzej postępowała na przyszłość - zakończył beztrosko.
I to było wszystko, co od Ojca usłyszałam.
Na tych wagarach z Ojcem bawiliśmy się cudownie... Deklamowaliśmy wiersze Staffa i pożarliśmy trzy kilogramy jabłek.
W drodze powrotnej umówiliśmy się, że w ogóle do niczego się nie przyznamy, bo - po co denerwować Matkę. Ale niestety w domu była już Alina, która nas sypnęła. Matka wiedziała o wszystkim i była już zdenerwowana.
Tak więc nie udało mi się wykręcić od „kazań Skargi” na temat: Dzieje grzechu a moja głupota."

 Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz". Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1972, s. 59-60

niedziela, 6 lipca 2014

Moje Literackie kalendarium - lipiec

Moje Literackie kalendarium nie ma ambicji, by być kompletnym zbiorem rocznic i wydarzeń :-)



Lipiec
2 lipca
1923 - urodziła się Wisława Szymborska (zm. 1 lutego 2012)
1961 - zmarł Ernest Hemingway (ur. 21 lipca 1899)

4 lipca
1976 - zmarł Antoni Słonimski (ur. 15 listopada 1895) 
2000 - zmarł Gustaw Herling-Grudziński (ur. 20 maja 1919)

7 lipca
1918 - urodziła się Halina Popławska
1930 - zmarł Arthur Conan Doyle (ur. 22 maja 1859)

8 lipca
2006 - zmarł Juliusz Wiktor Gomulicki (ur. 17 października 1909)

9 lipca
1945 - zmarła Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (ur. 24 listopada 1891)

12 lipca
2012 - zmarła Ewa Ostrowska (ur. 24 grudnia 1938)

20 lipca
1904 - urodziła się Hanna Ożogowska (zm. 26 kwietnia 1995)


21 lipca
1899 - urodził się Ernest Hemingway  (zm. 2 lipca 1961)

22 lipca
1878 - urodził się Janusz Korczak (zm. 10 sierpnia 1942)

26 lipca
1894 - urodziła się Magdalena Samozwaniec (zm. 20 października 1972)

31 lipca
1953 - zmarł Kornel Makuszyński (ur. 8 stycznia 1884)

Lipcowe wydarzenia w literaturze zamieściłam też na stale uzupełnianej i aktualizowanej stronie: LITERACKIE KALENDARIUM

piątek, 4 lipca 2014

Teraz trochę próbuje tak pisać Eustachy Rylski, który też nie jest wyrazisty stylistycznie, ale jest smaczny...

Okładka
[Sosnowski:]
Bardzo wyraźnie widać, że wszyscy panowie, z moim skromnym dodatkiem, są zakochani w języku używanym w sposób nie do końca przezroczysty, z elementem zabawy i tak dalej. Tymczasem istnieją wzorce literackie, myślę tu o anglosaskiej literaturze popularnej, gdzie język ma być absolutnie przezroczystym wehikułem. Czy to nie lepiej? Przecież język ma być środkiem komunikacji!

Miodek:
U nas Dąbrowska tak pisała na przykład.

Bralczyk:
Za pisarza, którego styl też nie jest specjalnie na wierzchu, uchodził może jedyny ze względnie współczesnych pisarzy, któremu wróżę (poza Gombrowiczem), że zostanie w polskiej literaturze na zawsze, czyli Jarosław Iwaszkiewicz. Kontynuatorzy Iwaszkiewicza nawet nie mogą być wprost uznani za jego kontynuatorów, bo nie bardzo wiadomo, co tam kontynuować. Podobnie Mann za takiego uchodził - oczywiście nie w "Doktorze Faustusie", który jest w dużej części stylizowany.Teraz trochę próbuje tak pisać Eustachy Rylski, który też nie jest wyrazisty stylistycznie, ale jest smaczny. Choć niewyrazisty. I właśnie to nienacechowanie pozwalałoby pokazać kontynuację: Iwaszkiewicz, Dąbrowska, Rylski...

Markowski:
Przeczytałem w całości "Dzienniki" Dąbrowskiej. Jest to bardzo ciekawe. Dąbrowska mówiła mniej więcej tak: Myślałam, że dwie rzeczy wprowadziłam do literatury - swoiste zastosowanie języka potocznego i miłych, przyjaznych bohaterów pozytywnych. Ale ani z jednego, ani z drugiego nie jestem zadowolona!
   Badałem użycie elementów potocznych w "Dziennikach". Wydawałoby się, że tam może ich być dużo. Są tam całe strony, kiedy opisuje, jak przyjeżdża do Wrocławia, na dworcu taksówkarz ją odbiera, ona traci pugilares, więc była wściekła i mogłaby to opisać językiem nasyconym potocyzmami. Tymczasem nie - to bardzo elegancki język. W ogóle potocyzmów używa bardzo świadomie. Na przykład pisze o tym, jak poszła na wieczór poświęcony Wacławowi Borowemu do Pałacu Staszica i tam w prezydium siedział Żółkiewski, który "zatruł swoimi napaściami ostatnie lata życia Borowego, a potem zasiadł swą tłustą dupą na katedrze tego wielkiego uczonego".

Miodek:
Tak napisała!

Markowski:
Tak. I ta "dupa" jest tam zupełnie na miejscu. [...]


"Wszystko zależy od przyimka" - profesorowie Bralczyk, Markowski i Miodek w rozmowie z Jerzym Sosnowskim. Biblioteka Gazety Wyborczej. Agora, Warszawa 2014, s. 226


[Zielone tło fragmentu wypowiedzi prof. Markowskiego zgodne z wyróżnieniem tego fragmentu w książce.]


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...