sobota, 31 maja 2014

Ta książka stała się dla mnie drogowskazem literackim i wykazem lektur obowiązkowych

Okładka
Gdy byłem młodym chłopcem, zainteresowanym niesłychanie Zachodem (gdyż nie może sobie Pani nawet wyobrazić, jak silne i dominujące było wtedy nasze uczucie, że siedzimy zamknięci w więzieniu, a "prawdziwy" wyidealizowany świat pozostał za jego murami), kupiłem cykl esejów Kałużyńskiego zatytułowany "Podróż na Zachód", w którym młody dziennikarz w sposób krytyczny opisywał literaturę i sztukę "upadającego" kapitalizmu. Ta książka stała się dla mnie drogowskazem literackim i wykazem lektur obowiązkowych i nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem, gdyby mi to w ręce nie wpadło. Nie znam Kałużyńskiego, ale nazwałem go swoim nieślubnym ojcem duchowym. 
Okładka
Zabawna anegdota: w trakcie poszukiwania w ówczesnej Polsce tych wszystkich lektur, a między innymi "Procesu" Kafki, który wyszedł przed wojną, uruchomiłem nawet bibliotekarkę sanockiej biblioteki, by wyszukała mi "Proces" (ogromna ilość książek była wycofywana i szła na przemiał). W końcu moja mama wraca z miasta i mówi, że pani bibliotekarka znalazła dla mnie "Proces". Biegnę w te pędy do miasta, a bibliotekarka pełna dumy, wręcza mi propagandową broszurę "Proces Doboszyńskiego".

Liliana Śnieg-Czaplewska: Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim. Mail datowany: 02/09/2004. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, s. 81

Zdzisław Beksiński w swoim mieszkaniu (fot. Tomasz Wierzejski/FOTONOVA)

środa, 28 maja 2014

nie chęć nabycia nowej książki, ale to, jak podtrzymujemy związki ze starymi, tymi, które przebywają z nami od lat...

Okładka
Zaczęłam pisać Ex libris, gdy zadałam sobie sprawę, jakie to dziwne, że o książkach często pisze się tak, jak o tosterach. Czy ta marka tostera jest lepsza niż tamta? Czy ten toster za 24,95 dolara to właściwy zakup? Ani słowa o tym, co mogę pomyśleć o moim tosterze dziesięć lat później i nic o czułości, jaką mogę wciąż darzyć stary egzemplarz. Ów model czytelnika jako konsumenta - do utrwalenia którego sama przyczyniłam się wieloma recenzjami - niemal zupełnie pomija coś, co uważam za istotę czytania: nie chęć nabycia nowej książki, ale to, jak podtrzymujemy związki ze starymi, tymi, które przebywają z nami od lat, z tymi, których faktura, barwa czy zapach stały się nam tak bliskie, jak skóra naszych dzieci.
W Zwykłym czytelniku (The Common Reader) Virginia Woolf - która zapożyczyła to wyrażenie z Żywota Graya (Life of Gray) Samuela Johnsona - pisała o "tych wszystkich pokojach, zbyt skromnych, by je nazwać bibliotekami, a jednak pełnych książek, gdzie prywatne osoby oddają się pasji czytania". Zwykły czytelnik, mówiła, "różni się od krytyka i uczonego. Jest gorzej wykształcony, a natura nie obdarzyła go tak szczodrze. Czyta raczej dla własnej przyjemności niż po to, by przekazywać wiedzę czy korygować czyjeś opinie. Przede wszystkim kieruje nim instynkt stwarzania sobie jakiejś całości ze wszelkich drobiazgów na jakie natrafi". Ta książka jest całością, w którą usiłowałam zamienić tysiączny groch z kapustą, spiętrzony na uginających się półkach mej biblioteki."

Ann Fadiman: "Ex libris. Wyznania czytelnika", fragment przedmowy A.F.. Świat Literacki, Izabelin 2004 s. 7-8, tłum. Paweł Piasecki

wtorek, 27 maja 2014

każda książka jest żywym stworzeniem…

Dziewczyna szperała w oddalonym kącie strychu, najwięcej zatłoczonym. Piętrzyły się tutaj pękate kufry, stare, mosiądzem okute sepety i ogromne skrzynie. 
- Cud boski, że się pod tym ciężarem pułap dotąd nie zawalił - mruknął profesor. - Co tam jest, Wandeczko? 
- Zdaje się, że papiery! - odkrzyknęła dziewczyna. - Właźcie tutaj! 
Staruszek przedzierał się przez dżungle, stąpając ostrożnie w rzadkim mroku. Przez okienko, podobne do ludzkiego oka, sączyła się odrobina dziennej jasności, w pewnym miejscu złocąca się na zawiesistej, gęstej, zakurzonej pajęczynie.
Po kolei podnosili ciężkie wieka, raczej dotykiem rąk niż oczami badając, co zawiera potężne brzucho kufra. 
- W tym są jakieś szpargały! - zawołał Adaś . - Szkoda, że nic nie widać… 
- Skoczę po świecę - rzekła dziewczyna. 
- Niech cię Bóg broni! - krzyknął profesor. - Czy chcesz spalić dom ojców swoich? Wcale nie trzeba świecy, gdyż tak wyrżnąłem głową w dach, że przez chwilę miałem po siedem świeczek w każdym oku. Zniesiemy te szpargały… Dużo tego jest? 
- Strasznie dużo. 
- Niech Piotruś podaje tobie, ty podawaj mnie, a ja będę je zrzucał na dół. 
- Proszę uważać, panie profesorze, aby pan na dole kogo nie zabił, bo to okropnie ciężkie. 
Przez trzy godziny pracowali gorliwie i z pełnym kurzu zapałem. 
Waliły się na dół księgi, stare gazety, papierzyska pozszywane grubym sznurkiem, zwoje i sterty. Ogromny stos dymił odwiecznym kurzem. Przerażone pająki biegały w gniewnej, jadowitej furii. Wreszcie odkrywcy, umorusani i zlani potem, zleźli po drabinie na ziemska padoły, gdzie ich przywitał ryk lwa:
- Czyście poszaleli?! - wołał matematyk. - Co to jest? 
- Zakurzona mądrość! - odrzekł profesor. - Dzieje wieków… Księgi skazane zwyczajem ojczystym na wygnanie i złożone na wieczny sen obok koryta po pośmiertnej ablucji wieprzów. Czy ci nie wstyd, brodaty człowieku? Przecie to książki! Przecie każda książka jest żywym stworzeniem… Każda ma duszę i każda ma serce. 
Matematyk uśmiechnął się złośliwie jak szatan i wzruszył ramionami na znak, że rozmowy z ludźmi pomylonymi uważa za stratę czasu. Zmurszałą, zakurzoną i pożółkłą z rozpaczy zdobycz, po pobieżnym przeglądzie, podzielono. Złożono osobno roczniki gazet, stare kalendarze, które już nie mogły mieć wpływu na losy świata, i książki, o których można było sądzić “na oko”, że w nich szlocha nieszczęśliwa miłość. Adaś bystrym wzrokiem wyławiał ze sterty nie druki, lecz foliały zapisane ludzką ręką.
Odkładał je na stronę, a obok nich pożółkłe dokumenty, na których widoczne były czerwone plamy pieczęci. Stary historyk wydawał gniewne pomruki ze zgrozy i z oburzenia. 
- Ja nic o tym nie wiedziałem - tłumaczył się przed Adasiem. 
- Myślałem, że to jest w poszanowaniu… Matematycy są zakałą świata… Gdzie to umieścimy? 
- W moim pokoju - rzekł Adaś . 
We dwóch przenieśli zapisaną dawność do pokoiku nad ganeczkiem i ułożyli starannie. 
Przez kilka następnych dni Adasia widywano jedynie przy posiłkach. Jeśli tajemniczy człowiek, śledzący dom, czynił to nocą, musiał widzieć przez kilka nocy światełko na poddaszu. Adaś wlazł w przeszłość jak łakomy bąk w kielich nasturcji.

Kornel Makuszyński: Szatan z siódmej klasy. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Seria kolekcjonerska, Warszawa 2011, 368 stron, 

poniedziałek, 26 maja 2014

Literatura nie może być dla każdego, na zawołanie...

"Romantyzm" jest kontynuacją świetnej "Esencji", o której pisałam TU.



Druga część przygód Ottona i Watsona trzyma poziom. Jest zabawą pełną nawiązań do twórczości (w dziedzinie  literatury, malarstwa  i muzyki) naszych Wielkich Romantyków.

















 Rysunki pochodzą ze strony: http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/otto_bohater/2



"- Chciałem otruć Aptekarza. Wysłałem mu "Atlas grzybów trujących". Byłem pewien, że on to skropli i wypije po omacku. Chciałem zabić dla dobra sztuki, jakbym był jednym z tych krwiożerczych potworów.
- Dlaczego pan to zrobił, panie sąsiedzie?
- Ta jego aparatura to zguba literatury. Literatura nie może być dla każdego, na zawołanie. Biblioteka to nie tani bar. Jeszcze trochę, a młodzi poeci zamiast pisać, zaczną mieszać wino ze swoimi łzami albo jeszcze z czymś gorszym.
- Nie otruł pan Aptekarza. Umarł, bo..." *

[i tu przerywam, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy lekturę "Esencji" mają jeszcze przed sobą]


* Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona - 2 - Romantyzm- Grzegorz Janusz i Krzysztof Gawronkiewicz. Wydawnictwo: Mandragora 2007, 48 s., zacytowany fragment - s. 36

sobota, 24 maja 2014

Co prawda mój świat to muzyka, ale mam też "moje" książki i filmy...

Fragment z książki "Radiota" jest bardzo krótki, ale wspomniana przez Marka Niedźwieckiego powieść natychmiast trafiła na moją listę do przeczytania...

Okładka
Okładka
"Co prawda mój świat to muzyka, ale mam też "moje" książki i filmy.
Kolos norweskiego pisarza Finna Alnæsa to powieść, słabo znana w Polsce, która w szkole średniej mocno mnie poruszyła. Najkrócej mówiąc, to rzecz o zaniechaniu, o tym na ile ktoś, kto nie reaguje na zło, ponosi za nie odpowiedzialność."


Marek Niedźwiecki: Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie. Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2014, s. 302

Marek Niedźwiecki, foto: Wojciech Dorosz/Polskie Radio

piątek, 23 maja 2014

W mojej świadomości nazwisko Melchiora Wańkowicza pojawiło się zadziwiająco wcześnie...

Okładka
Sztafeta, Warszawa 1939
W mojej świadomości nazwisko Melchiora Wańkowicza pojawiło się zadziwiająco wcześnie i w dość osobliwej roli, to jest jako pierwsza, dziecinna jeszcze, fascynacja bibliofilska. Stało się to za sprawą Sztafety*. Książka ta stała na półce w pokoju mego ojca i przykuwała uwagę, jako jedna z najbardziej okazałych. Potężna, w granatowo-złoto-czerwonej oprawie, oprawie skórzanej, różniła się bardzo od większości sąsiadów, zgrzebnych wydań powojennych. Nie było, oczywiście, przyjęte buszowanie w ojcowskim księgozbiorze, ale fascynacji dostarczało samo wpatrywanie się w jej niezwykły grzbiet, wypełniony sylwetkami tajemniczych ludzi, ustawionych jeden pod drugim, może w biegu, a może w przyklęku: złotych siłaczy, a może biegaczy?
Te uroczyste kolory i odświętny wygląd nobilitowały nazwisko autora. Nawet dziecko mogło dojść do wniosku, że musi to być książka nie byle jaka i nie byle kim jest autor. Tytuł z początku wydawał mi się dość dziwaczny i kojarzył się ze sztachetką z płotu, co za nic nie pasowało do dostojnej księgi, z czasem ktoś, zapewne ojciec, wyjaśnił mi jego zarówno sportowe jak i symboliczne znaczenie w sensie "sztafety pokoleń", które następują jedne po drugich i młodsi kończą to, co starsi zaczęli, a sami zaczynają coś nowego i inni robią to dalej, a po nich jeszcze inni. To mi odpowiadało nadzwyczaj, bo okazało się, że jest i dla mnie miejsce w tej sztafecie i zaraz poczułam się ważniejsza. Tak oto, nawet bez wyciągania książki z półki, poznałam ważne przesłanie i swoje miejsce w dziejach ludzkości. [...]
Okładka
Okładka
Zaliczam się do pokolenia, które przeżyło dzieciństwo i lata szkolne na dość skąpej literackiej dietce okresu socrealizmu. Łykaliśmy starannie przebrane ziarnka klasyki literackiej i przeżuwaliśmy niskokaloryczną papkę "produkcyjniaków". A potem nastąpiła "odwilż", wystrzelił Październik 56 i nagle pojawiły się książki, o jakich istnieniu nie mieliśmy w ogóle pojęcia. Nic zatem dziwnego, że ogarnął nas prawdziwie narkotyczny szał czytania. Czytaliśmy z zapałem, zachwytem, z oburzeniem i zgorszeniem. Dotyczyło to oczywiście nie wszystkich młodych Polaków z mojej generacji - w to absolutnie nie wierzcie: co najmniej połowa z nich cierpiała na poważny książkowstręt. Ale dla nas, ówczesnych studentów Wydziału Dziennikarskiego na Uniwersytecie Warszawskim, słowo pisane i drukowane było - czemu trudno się dziwić - czymś bardzo ważnym. To właśnie książki otwierały przed nami wrota czasu i przestrzeni.
Odwiedziny Melchiora Wańkowicza w Polsce, pierwsze krajowe wydania jego książek, a niedługo potem powrót pisarza do Warszawy, zaliczały się właśnie do takich przełomowych wydarzeń. Pojawiał się oto ktoś zza oceanu, ktoś owiany dziennikarską sławą, legendarny autor Na tropach Smętka. Rzuciliśmy się na jego książki - na początku było ich tylko dwie - Szczenięce lata i właśnie Ziele na kraterze - czytaliśmy je łapczywie i zachłannie, dziwując się niemało, że autor ten pisze zupełnie odwrotnie, niż uczono nas na naszych dziennikarskich studiach...

* M. Wańkowicz, Sztafeta, książka o polskim pochodzie gospodarczym. Wydawnictwo Biblioteka Polska, Warszawa 1939. Wyd. II.; Opracowanie graficzne, fotomontaże i obwoluta Mieczysława Bermana, oprawa w skórze Manteuffla, karykatury Daszewskiego, fotografie autora i in.

Joanna Papuzińska: Derliczek, czyli wędrówki literackie. Wydawnictwo Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, Warszawa 2013, 145 s. Seria wydawnicza: Biblioteki Dzieci Młodzież, nr 6. Fragment rozdziału: Wańkowicz - między "Sztafetą" a "Zielem...", s. 137-138

wtorek, 20 maja 2014

Wielka oszczędność czasu i nerwów...

Nigdy nie mów nigdy!
Niby wiem o tym, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że mogłabym z własnej woli sięgnąć po komiks. Aż tu nagle... "Esencja". Przeczytałam entuzjastyczną recenzję Agnes w Jej Dowolniku i pomyślałam sobie: A właściwie, czemu by nie zobaczyć?



Spędziłam nad książką kilkadziesiąt minut, bawiąc się wspaniale. Bo też pomysł Grzegorza Janusza jest oryginalny:

   "- Aptekarz był genialnym tłumaczem. Zamieniał związki frazeologiczne na związki chemiczne. [...]

   - Pracowali tam nad eliksirem miłości i nagle jak coś nie gruchnie...

   Aptekarz stracił wzrok i dłonie. Tak kochał książki, a protezami nie mógł brajla czytać.

   Wtedy wynalazł swoją aparaturę do transformowania książek w napoje. Taaa... Wypijasz litr literatury i znasz treść. Wielka oszczędność czasu i nerwów.

   Lubiłem pić Agathę Christie, chociaż trochę za dużo tam było wody.

   Taaa... a skroplony Chandler smakował jak czysta whisky pita ze szklanki poplamionej szminką. Będzie mi brakować Aptekarza...."*


A co było dalej? Naprawdę warto zobaczyć!


 Książki - napoje przedstawione na środkowej ilustracji wymienia Agnes - TU
Wszystkie rysunki pochodzą ze strony: http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/otto_bohater/1



* Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona - 1 - Esencja - Grzegorz Janusz i Krzysztof Gawronkiewicz. Wydawnictwo: Mandragora 2005, 36 s., zacytowane fragmenty - s. 3-5

niedziela, 18 maja 2014

Moje Literackie kalendarium - maj

Moje Literackie kalendarium nie ma ambicji, by być kompletnym zbiorem rocznic i wydarzeń :-)



MAJ
1 maja
1923 - urodził się Joseph Heller (zm. 12 grudnia 1999)
1980 - urodził się Jacek Dehnel

2 maja
1859 - urodził się Jerome K. Jerome (zm. 14 czerwca 1927)
1932 - urodził się Bogdan Loebl

3 maja
1905 - urodził się George Bidwell (zm. 20 czerwca 1989)
1991 - zmarł Jerzy Kosiński (ur. 14 czerwca 1933)
1999 - zmarł Władysław Terlecki (ur. 18 maja 1933)

4 maja
1940 - urodził się Robin Cook

5 maja
1829 - uroczyste otwarcie Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu
1846 - urodził się Henryk Sienkiewicz (zm. 15 listopada 1916) (także inne posty)
1920 - urodził się Marian Załucki (zm. 13 kwietnia 1979)

6 maja
1919 - zmarł Lyman Frank Baum (ur. 15 maja 1856)

7 maja
1867 - urodził się Władysław Reymont (zm. 5 grudnia 1925) (także inne posty)
1868 - urodził się Stanisław Przybyszewski (zm. 23 listopada 1927)
1966 - zmarł Stanisław Jerzy Lec (ur. 6 marca 1909)
1985 - zmarł Adam Bahdaj (ur. 2 stycznia 1918)

8 maja
1976 - urodził się Zygmunt Miłoszewski

9 maja
1924 - urodził się Bułat Okudżawa (zm. 12 czerwca 1997)
1935 - urodziła się Halina Poświatowska (zm. 11 października 1967)

11 maja
1895 - urodził się Jan Parandowski (zm. 26 września 1978) (także inne posty)
1906 - urodziła się Maria Kann (zm. 30 grudnia 1995)
1971 - zmarł Rafał Wojaczek (ur. 6 grudnia 1945)


piątek, 16 maja 2014

nie chcieliśmy dłużej przepłacać za książki wybierane przez i dla innych...

Książka nie porywa, a fragment jest krótki, ale nie mogłam się powstrzymać... Może tu jest sposób na to, by kupować i czytać zawsze tylko te książki, które się samemu wybrało?

"W poniedziałki organizowaliśmy zwykle wieczorki poetyckie w naszej księgarni Entretenida, którą dopiero co otworzyliśmy razem z grupą przyjaciół zakochanych w książkach. Nie mieliśmy nic lepszego do roboty i nie chcieliśmy dłużej przepłacać za książki wybierane przez i dla innych - jak to w miastach na prowincji zdarza się ludziom uważanym za dziwaków. (Dzieją się tu również rzeczy dużo gorsze, ale to nie o nich zamierzam teraz mówić). Tak czy owak, żeby skończyć z tą niewygodną sytuacją, otworzyliśmy własną księgarnię. [...]
Lokal nie był duży, lecz w głębi dało się ustawić trochę stolików i krzeseł potrzebnych na takie okazje, oscylujące między zwykłym recytowaniem wierszy, performance a burlesque."

Rodrigo Rey Rosa: Severina. Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2013 [copyright], s. 9-10,  tłumaczenie: Barbara Jaroszuk

sobota, 10 maja 2014

Czytanie książki jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka...

Okładka
- Którą z książek ojca lubi pan najbardziej?
- "Krainę Chichów".
- A dlaczego?
Podniosła z końca stołu jajowaty szklany przycisk do papieru i turlała go z ręki do ręki.
- Bo nikt inny nie zbliżył się tak bardzo do mojego świata. - Rozprostowałem nogi i wychyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach. - Czytanie książki jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem. A jeżeli książka jest marna, przypomina przeprawę przez Secaucus w New Jersey: cała okolica cuchnie i człowiek żałuje, że w nią w ogóle zabrnął, ale skoro już tak się stało, zamyka okna i oddycha ustami, żeby jakoś dotrwać do końca.
Roześmiała się i pochyliła, żeby pogłaskać Pańcię, która złożyła kanciasty łeb na jej stopie.
- Czy to znaczy, że każdą książkę czyta pan do końca?
- Tak, przyznaję, że to okropna wada. Nawet jeżeli jest to najgorsza szmira, kiedy już raz zacznę czytać, tkwię na haczyku aż dobrnę do końca.
- To bardzo interesujące: mój ojciec był taki sam. Skoro już się za coś wziął - choćby i za książkę telefoniczną - musiał to doczytać do żałosnego końca.
- Czy to nie na tej podstawie zrobili ten fantastyczny film?
- Na podstawie czego?
- Książki telefonicznej.
Jeszcze nie skończyłem mówić, a już wiedziałem, że dowcip jest marny. Anna nawet nie wysiliła się na uśmiech. Przestraszyłem się, że może oceniać ewentualnych biografów na podstawie poczucia humoru.
- Przeproszę was na chwilę. Muszę zerknąć, co tam z kolacją.

Jonathan Carroll: Kraina Chichów. Wydawnictwo Rebis, Warszawa 2010, s. 73, tłum. Jolanta Kozak

piątek, 9 maja 2014

Książka za grosik w Poznaniu - a tak to było...

      W czwartek, 8 maja, czyli dokładnie w Dniu Bibliotekarza, odbył się na dziedzińcu Biblioteki Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu kiermasz książki za grosik pod hasłem:

"DAJMY KSIĄŻKOM DRUGIE ŻYCIE".

Pogoda sprzyjała (wbrew wszelkim prognozom - najwyraźniej aniołki od pogody też lubią czytać) i tylko w samo południe kilka kropel deszczu napędziło nieco stracha organizatorom. Na szczęście na strachu się skończyło.

      Goście kiermaszu, którym tych kilka kropelek wcale nie przeszkodziło i może - zajęci przeglądaniem zawartości pudeł i stołów - w ogóle by ich nie zauważyli, gdyby nie działania zmierzające do osłonięcia wyłożonych druków, podarowali drugie życie prawie 6 tysiącom książek!

Na kolejny kiermasz Biblioteka Uniwersytecka UAM zaprasza... już za rok. :-)

A jak było - najlepiej pokazują zdjęcia...












Wszystkie zdjęcia wykonał 
Rafał Michałowski.
 Bardzo dziękuję Autorowi za zgodę na ich publikację.

wtorek, 6 maja 2014

Książka za grosik w Poznaniu - 8 maja 2014

W czwartek, 8 maja, w ramach Tygodnia Bibliotek 2014  
"Czytanie łączy pokolenia"
odbędzie się doroczny kiermasz książki za grosik:

"DAJMY KSIĄŻKOM DRUGIE ŻYCIE"


Czas akcji: 
czwartek, 8 maja, w godzinach 10.00-17.00

Miejsce akcji: 
dziedziniec Biblioteki Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu, ul. Ratajczaka 38/40

Wejściówki i bilety wstępu: 
całkowicie zbędne, mile widziany jest każdy gość

Warunek dobrej zabawy: 
książkowy bzik, otwarta głowa i bardzo duża torba

poniedziałek, 5 maja 2014

Uwielbiałem chodzić co roku w maju na Kiermasz Książki...

Okładka
"Jako dziecko czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Miałem szczęście - ja i moje pokolenie, bo zaczęły wychodzić liczne tłumaczenia literatury dziecięcej i młodzieżowej: Curwood, Cooper, London, Verne i inni. Czytałem Scotta i Kraszewskiego, Konopnicką i Woroszylskiego - wszystko! Sięgałem nawet po literaturę dla dorosłych z czytelnikowskiej serii Nike, którą Ojciec namiętnie kolekcjonował. Co roku wychodziły nowe przygody Tomka, ale najbardziej podobała mi się chyba Księga Urwisów Niziurskiego. Miałem okazję niedawno przeczytać tę książkę nie wiem który już raz i z przyjemnością stwierdzam, że wytrzymuje próbę czasu. Swoje zamiłowanie do Księgi Urwisów dzielę z moim przyjacielem, Zbyszkiem Menclem. Gdy się spotykamy, lubimy sobie przypominać ulubione frazy: "Piłka głucho uderzyła o spong...", "Pan Kropa wódkę żłopie", "Dziwmy się panu Kropie" - i inne. 
...ale najbardziej podobała mi się chyba 
Księga Urwisów Niziurskiego.
Co roku wychodziły 
nowe przygody Tomka...

Uwielbiałem chodzić co roku w maju na Kiermasz Książki, który odbywał się wtedy w Alejach Ujazdowskich. Kramy z książkami ustawione były wzdłuż Parku Łazienkowskiego. Pisarze podpisywali swoje książki, krążyli sprzedawcy cukrowej waty, wszędzie panował nieopisany tłok - ludzie usiłowali przepchnąć się do stolików, gdzie książki podpisywali ich ulubieni pisarze."


Pierwszy Ogród. Wspomnienia Janusza Weissa. Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2012, s. 156-157

niedziela, 4 maja 2014

Kmicic, Podbipięta, Wołodyjowski... "Trylogia" ma już 130 lat.

Andrzej Kmicic

Juliusz Kossak - Kmicic z Oleńką na kuligu (1885)

Jacek Kaczmarski - Pan Kmicic

Wilcze zęby, oczy siwe,
Groźnie garść obuszkiem furczy,
Gniew w zawody z wichru zrywem,
Dzika radość - lot jaskółczy,
Czyn - to czyn: zapadła klamka
Puścić kura po zaściankach:
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Przodkom - kule między oczy!
Krótką rozkosz dać sikorkom!
Po łbie - kto się napatoczy,
Kijów sto - chudopachołkom!
Potem picie do obłędu,
Studnia, śnieg, my z tobą, Jędruś!
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Zdrada, krzyż, na krzyż przysięga
(Tak krucyfiks - cyrografem)
I oddala się Oleńka,
Żądze się wychłoszcze batem.
Za to swoich siec, czy obcych -
Jedna praca. Za mną, chłopcy!
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Wreszcie lek na duszy blizny:
Polska - suknem Radziwiłła.
Wróg prywatny - wróg ojczyzny,
Niespodzianka, jakże miła.
Los, sumienie, panny stratę
Wynagrodzi spór z magnatem,
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Jasna Góra, czas pokuty.
- Trup, trup! - Kmicic strzela z łuku.
Klasztor płaszczem nieb zasnuty
W szwedzkich armat strasznym huku.
Jędrek się granatem bawi,
Ksiądz Kordecki - błogosławi.
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Jest nagroda za cierpienie
Kto się śmieli, ten korzysta:
Dawnych grzechów odpuszczenie,
Król Jędrkowi skronie ściska.
Masz Tatarów, w drogę ruszaj,
Raduj Boga rzezią w Prusach:
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze

Krzyż, Ojczyzna, Bóg, prywata,
Warchoł w oczach zmienia skórę.
Wierny jest, jak topór kata
I podobną ma naturę.
Więc za słuszną sprawność ręki
Będzie ręka i Oleńki,
Łaska króla, dworek, dzieci,
Szlachcic, co przykładem świeci.
Hej, kto szlachta - za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze!

===

Longinus Podbipięta

Juliusz Kossak - Śmierć Longinusa Podbipięty (1886)

Jacek Kaczmarski - Pan Podbipięta

- Krwi, krwi, krwi! - krzyczał pan Zagłoba
Na widok trupa pana Podbipięty.
- Krwi! - zawrzasnęła zbaraska załoga
A Litwin chwiał się, do belek przybity
Święty Sebastian strzałami przeszyty
Słodki, niewinny, cichy, obojętny.

Rycerz bez skazy, co jak smok gruchotał
Czerń (co jest czerń? Dzisiaj nie ma czerni)
Na jasnej twarzy ślad grotu i cnota,
Której się Longin radośnie wyzbyłby
Po tym, jak jednym ciosem zerwał trzy łby
Ludzi, o których wierzył - że niewierni...

Lecz przecież krew ta jest tak miła Bogu,
Że zaraz kreskę w niebieskim rejestrze
Zarabiał szlachcic siekąc tępych wrogów
Co tylko po to wchodzili w granice
Słabej, lecz wiecznej Rzeczypospolitej
Aby się mogła na ich trupach wesprzeć.

Kiedy Zagłoba pił miód (nie dla chamów)
Picie to było inne, niż Bohuna:
Horyłka, beczka dziegciu, wymiar stanu
Nieszczęśliwego, dzielnego Kozaka,
Co śmiał kniaziównę kochać - zawadiaka -
Cham, co boskiego się nie zląkł pioruna.

I na paliki zaostrzone świeżo
Gładko nizali się stron cierpiętnicy.
Król płakał, modlił się, głęboko wierząc
Że hekatomba historię oczyści
Jak wiatr las czyści ze sczerniałych liści
By pole bitwy gniło dla winnicy.

- Krwi, krwi, krwi! - krzyczał pan Zagłoba
I krew się lała sprawiedliwie, szczodrze;
Lecz pan Longinus, rycerstwa ozdoba
Nie mógł pozornych tryumfów być już świadkiem,
Grymasem śmierci dając znać ukradkiem
Że wie zbyt wiele, by było mu dobrze.

===

Michał Wołodyjowski

Juliusz Kossak - Pojedynek Wołodyjowskiego z Bohunem (1886)

Jacek Kaczmarski - Pan Wołodyjowski

Do nieba leci Mały Rycerz
Wybuchem rozerwany w strzępy,
W Rzeczypospolitej granice
Tureckie kładą się zastępy.
Pęka imperium pełne swobód,
Rozerwą je sąsiedzi rychło -
Jak Basi rzekł, tak powie Bogu
Pan Michał swoje credo: Nic to!

Trzęsie się z płaczu pan Zagłoba
Nad symboliczną Polski trumną
I krwi nie woła - sam nad grobem,
Bo umrzeć łatwo; żyć jest trudno.
Więc szloch w rycerskie ciśnie piersi
Kaja bohater się i nicpoń
Wobec tak niepojętej śmieci
O której Michał rzekł, że - Nic to!

Lecz "nic to" - śmierć, czy "nic to" - życie?
Potyczki, zwady i miłostki?
Do nieba leci Mały Rycerz,
Do nieba jest najbliżej - z Polski.
Swoje odsłuchał i odsłużył
Wiatraczkiem, sztychem, fintą płytką
I oto dzieło jego - w gruzy...
Więc chyba rację miał, że - Nic to!

Nie znał mądrości swej żołnierzyk
Zajęty Baśką i szabelką:
Nie wątpić, w sen ofiary wierzyć
Jest rzeczą łatwą - bywa wielką.
Lecz potem wbrew serc pokrzepieniu
Łzę cenić tylko na policzku
I na niebieskim, na sklepieniu
Wypisać krwią dewizę - Nic to!

sobota, 3 maja 2014

Lubiłem długie powieści...

"Prawda, że nigdy nie byłem, jak by to powiedzieć, typem nowoczesnego człowieka.
Moje życie z Zoją, nasze wieloletnie małżeństwo, należało do tych tradycyjnych. Oboje pracowaliśmy i wracaliśmy do domu wieczorem, niemal o tej samej porze, ale to ona gotowała, prała i sprzątała. 
Propozycja, że mógłbym jej pomóc, nawet nie była brana pod uwagę. Ona stała przy kuchni, ja w tym czasie czytałem przy kominku. 
Lubiłem długie powieści, głównie historyczną epikę, literaturę współczesną zaś uważałem za stratę czasu. Próbowałem czytać D.H. Lawrence'a, kiedy był na indeksie i wymagało to pewnej odwagi, ale stale potykałem się na subtelnościach dialektu z północy Anglii, w dziwnych dla cudzoziemca wyrażeniach wkładanych w usta Waltera Morela i Mellorsa*. 


Już bardziej przemawiał do mnie Forster. Polubiłem uczciwe, pełne dobrych intencji siostry Schlegel, dumnego i niezależnego pana Emmersona, szaloną Lilę Herriton**. 


Czasem lektura poruszała mnie do tego stopnia, że na głos odczytywałem szczególnie ciekawy fragment, a Zoja odrywała się wówczas od pieczeni czy wieprzowych sznycli i przyłożywszy rękę do czoła mówiła: "Co takiego, Grigoriju? O czym ty mówisz?", jakby była zaskoczona moją obecnością w tym samym pokoju. Przykro mi, że nie angażowałem się bardziej w sprawy domowe, ale w tamtych czasach tak właśnie wyglądało nasze życie rodzinne. Bardzo tego żałuję."


* Walter Morel - postać z powieści D.H. Lawrence'a Synowie i kochankowie, Oliver Mellors jest jednym z głównych bohaterów Kochanka lady Chatterley.

** Kolejno postacie z powieści Howards End (I wyd. polskie pod tytułem Domostwo pani Wilcox), Pokój z widokiem i Where Angels Fear to Tread. Polski tytuł filmu nakręconego na podstawie tej ostatniej brzmi Tam, gdzie nie chadzają anioły.
(Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki)

===

John Boyne: W cieniu Pałacu Zimowego. Świat Książki, Warszawa 2011, s. 16. Tytuł oryginalny: The House of Special Purpose (2009), tłum. Joanna Puchalska

piątek, 2 maja 2014

"A oni cały czas mi czytali..." wspomina Krystyna Janda

Okładka
Czy bez książek i kontaktu ze słowem bylibyśmy tym, kim jesteśmy? Jak ważne są pierwsze lektury w kształtowaniu człowieka od dzieciństwa? A co bywa czasem ważniejsze niż czytanie?*

Na te pytania próbują odpowiedzieć Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski wraz ze swoimi rozmówcami w książce "Co czytali sobie, kiedy byli mali?".

Oto fragment rozmowy z Krystyną Jandą:

Czy była Pani molem książkowym?
Od pewnego momentu tak. Mieszkałam nad biblioteką publiczną w Ursusie i czytałam, co popadło. Każdego dnia jedną książkę, a czasem w nocy drugą.

Już od wczesnego dzieciństwa?
Nie, trochę później. Wychowywali mnie dziadkowie i byłam jedynym dzieckiem na ulicy pod lasem.
Kobiety miały tam dużo czasu. W domu byli babcia, dziadek, który pracował, i ciocia Elżbieta, najmłodsza siostra mojej mamy. Była wtedy panną i miała bardzo dużo czasu. Nie pracowała, tak jak moja babcia. Miała za to narzeczonego, który do niej przychodził.
Okładka
Babcia, ciocia, narzeczony - wszyscy czytali mi książki. To było ich główne zajęcie. Spędziłam tam całe dzieciństwo, do siódmego roku życia, a potem bywałam tam w wakacje i w każdej wolnej chwili. A oni cały czas mi czytali. To głównie dzięki ciotce poznałam wszystkie lektury, które dzieci czytały w szkole; i od kiedy uświadomiłam to sobie, byłam jej za to bardzo wdzięczna. Wśród nich znalazły się: "Timur i jego drużyna" Gajdara, "Tajemniczy opiekun" Webstera, "Mała księżniczka" Burnett.
Poznałam całą twórczość Makuszyńskiego, z której szczególnie "Awantura o Basię" zapadła mi w pamięć, wszystkie wiersze Brzechwy i Tuwima, "Króla Maciusia Pierwszego", "Sindbada Żeglarza", "Anię z Zielonego Wzgórza" - oczywiście wszystkie tomy, całą kolekcję Szklarskiego, "Małego Księcia", no i rzecz jasna "W pustyni i w puszczy".
Okładka
To są takie typowe lektury powojenne, ale był jeszcze zestaw książek, które moje ciotka czytała na początku wojny czy tuż przed wojną, na przykład autorstwa Marii Buyno-Arctowej czy Amicisa. Dzięki temu, że ona się nudziła i z przyjemnością wracała do swoich lektur z młodości, mogłam poznać naprawdę rozmaite tytuły.
Potem, jak już byłam troszeczkę starsza, okazało się, że w bibliotece u babci stoją cały Wańkowicz, cały Prus, cały Sienkiewicz, "Pan Tadeusz" i inne wielkie dzieła były pod ręką, a że właśnie u babci spędzałam większość czasu, stały się one moimi lekturami.
Po powrocie do rodziców, gdzie była wychowywana moja młodsza siostra, okazało się, że mieszkamy nad biblioteką publiczną. Dzieliła mnie od niej dosłownie minuta, więc gościłam tam codziennie i codziennie wypożyczałam coś nowego. Stałam się molem książkowym...


"Co czytali sobie, kiedy byli mali?" Rozmawiali: Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski. Agora SA, Warszawa 2014, s. 123-125

Krystyna Janda podczas Narodowego czytania "Pana Tadeusza"

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...