środa, 30 kwietnia 2014

Literackie kalendarium - kwiecień

Moje Literackie kalendarium nie ma ambicji, by być kompletnym zbiorem rocznic i wydarzeń :-)



KWIECIEŃ
przyznaje się Nagrody Pulitzera

1 kwietnia
1809 - urodził się Nikołaj Gogol (zm. 4 marca 1892) - niektóre źródła podają 31 marca
1875 - urodził się Edgar Wallace (zm. 10 lutego 1932)
1896 - urodziła się Pola Gojawiczyńska (zm. 29 marca 1963)
1929 - urodził się Milan Kundera
1952 - zmarł Ferenc Molnár (ur. 12 stycznia 1878)
1978 - zmarł Gabriel Karski (ur. 12 kwietnia 1895)
1984 - zmarła Elizabeth Goudge (ur. 24 kwietnia 1900)

2 kwietnia
Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci
1805 - urodził się Hans Christian Andersen (zm. 4 sierpnia 1875)
1840 - urodził się Émile Zola (zm. 29 września 1902)
1932 - urodziła się Joanna Chmielewska (zm. 7 października 2013)

3 kwietnia
1849 - zmarł Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809)

4 kwietnia
1915 - urodził się Jan Drda (zm. 28 listopada 1970)
2006 - zmarł Jürgen Thorwald (ur. 28 października 1915)

5 kwietnia
1920 - urodził się Arthur Hailey (zm. 24 listopada 2004)
1925 - urodził się Zbigniew Raszewski (zm. 7 sierpnia 1992)
2005 - zmarł Saul Bellow (ur. 10 czerwca 1915)

6 kwietnia
1327 - Francesco Petrarca miał w kościele w Awinionie po raz pierwszy ujrzeć Laurę, której poświęcił później 366 utworów poetyckich ("Sonety dla Laury").
1901 - urodził się Marian Hemar (zm. 11 lutego 1972)

7 kwietnia
1770 - urodził się William Wordsworth (zm. 23 kwietnia 1850)

8 kwietnia
1918 - zmarł Lucjan Rydel (ur. 17 maja 1870)

9 kwietnia
1968 - zmarła Zofia Kossak-Szczucka (ur. 10 sierpnia 1889)
1992 - zmarł  Alfred Szklarski (ur. 21 stycznia 1912)
2007 - zmarł Piotr Kuncewicz (ur. 19 marca 1936)
2010 - zmarła Monika Warneńska (ur. 4 marca 1922)

10 kwietnia
1847 - urodził się Joseph Pulitzer, wydawca (zm. 29 października 1911) - po raz pierwszy Nagrody Pulitzera przyznano 4 czerwca 1917
1899 - urodziła się Ewa Szelburg-Zarembina (zm. 28 września 1986)
1920 - urodził się Maciej Słomczyński, czyli Joe Alex (zm. 20 marca 1998)
2014 - zmarł Jacek Kaczmarski (ur. 22 marca 1957)


wtorek, 29 kwietnia 2014

Zupełnie jakbym nazywał się Borejko...

Okładka
[...] Nie palę. Nie piję. Ale nie mogę powiedzieć, że jestem bez nałogów, ponieważ nie jestem w stanie - niestety - przejść obok księgarni bez wetknięcia nosa do środka. Zupełnie jakbym nazywał się Borejko. Od pewnego czasu pytam sprzedawczynie, czy mają jakąkolwiek książkę MM. Dziewczyny patrzą na mnie dziwnym wzrokiem, a potem tłumaczą mi, jedne grzecznie, a inne z rozbawieniem, że równie dobrze mógłbym pytać o Wielką Encyklopedię Powszechną.


Fragment listu nr 3 Zbigniewa Raszewskiego do Małgorzaty Musierowicz z 5 kwietnia 1989. W: Zbigniew Raszewski: Listy do Małgorzaty Musierowicz. Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 1999, s. 15-16

Małgorzata Musierowicz

W przedmowie do tego, drugiego, wydania "Listów..." Małgorzata Musierowicz napisała m.in.:

   Listy pochodzą z trzech ostatnich lat życia Profesora. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest chory. Miarą jego wielkiej klasy jest sposób, w jaki z życia odchodził. [...] 
   Niech więc te listy nadal pozostają nie tylko moją własnością. Niech zawarty w nich zapas mądrości i dobroci staje się udziałem i innych ludzi.
   Profesor Raszewski był Nauczycielem z prawdziwego, najprawdziwszego zdarzenia. Pewnie się cieszy, widząc, że nadal się od niego uczymy. *

* Zbigniew Raszewski: Listy do Małgorzaty MusierowiczWydawnictwo Akapit Press, Łódź 1999, s. 5. Przedmowa Małgorzaty Musierowicz.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Stefania Grodzieńska

Dzisiaj, 28 kwietnia 2014, mijają 4 lata od śmierci Stefanii Grodzieńskiej

Stefania Grodzieńska  (2 września 1914 - 28 kwietnia 2010)
Oto jak wspomina Ją Anna Retmaniak, dziennikarka Polskiego Radia, autorka bardzo wielu reportaży oraz cykli radiowych: "Konfrontacje", "Zderzenia", "Scena i Ekran", "Spoza widowni", a przede wszystkim "Portret słowem malowany":

Niezwykłą rolę w moim życiu odegrała znajomość ze Stefanią Grodzieńską. Zobaczyłam ją w Teatrze Syrena, już jako wielką artystkę, opowiadającą niezwykle dowcipne, często złośliwe historyjki. Przedtem wysłuchiwałam z wielką przyjemnością jej satyrycznych tekstów w "Podwieczorku przy mikrofonie". Kiedy zajęłam się teatrem zawodowo, poznałam ją osobiście. I polubiłam za serce, gorące i otwarte, nie tylko jako artystki, ale i jako człowieka.
Okładka
Wiele z tych naszych spotkań u niej na Słonecznej skorzystałam. Pani Stefania nauczyła mnie sztuki rozmowy - umiejętności otwarcia się, bez minoderii, pochlebstwa, a przede wszystkim bez pokory. Opowiadała mi dużo o swoim życiu, również tym trudnym, podczas okupacji i choroby męża Jerzego Jurandota, który był jej dyrektorem w Syrenie, gdzie jeszcze pracowała jako "piplaja" (tak nazywano przed wojną młode tancerki). Kochała tego człowieka ponad życie. A ponieważ ja znałam pana Jerzego i bardzo się lubiliśmy, rozmowa o nim była tym milsza. Nagrałam z panią Stefanią wiele rozmów. Zawsze czekała na mnie w ogródku, a później prowadziła na pięterko, do pokoju, którego ściany i półki ozdabiały fotografie jej męża. Na stoliku stały obowiązkowo kieliszeczki na dobrą nalewkę... Kiedy Stefania Grodzieńska odeszła od nas na zawsze, czułam się tak, jakbym straciła kogoś bardzo bliskiego. Cieszę się, że zostawiła mi kilka swoich książek.Są bezcennym źródłem wiedzy o przedwojennej warszawskiej scenie kabaretowej i ludziach, któych poznała, choćby Jarosy.

Z ogromnym wzruszeniem obejrzałam przed rokiem spektakl w Teatrze Ateneum poświęcony pani Stefanii, zatytułowany Sceny niemalże małżeńskie

Stworzyła go i zagrała główną bohaterkę Grażyna Barszczewska. W roli pana Jerzego wystąpił świetny Grzegorz Damięcki. Reżyserował Andrzej Poniedzielski. Spektakl nadal pokazywany jest w Ateneum i mam nadzieję, że pozostanie w repertuarze na długo.

Sceny niemalże małżeńskie
Poza autentycznymi rozmowami żony z mężem zawiera piękne i dowcipne piosenki Jerzego Jurandota oraz urocze i równie dowcipne monologi pani Stefanii. Piszę o niej "pani", choć przeszłyśmy na ty. Z jej inicjatywy.

- Aniu, znamy się tyle lat - zaproponowała kiedyś... Zrobiłaś o mnie tyle audycji, proszę, mówmy sobie po imieniu.

No i przypieczętowałyśmy to naleweczką. Podobnie uczciliśmy tez osiemdziesięciolecie jubilatki w I Programie Polskiego Radia, dla którego z Arturem Andrusem z Programu III nagrałam długą, przeszło godzinną audycję o jej i pana Jerzego życiu. Dla ścisłości dodam tylko, że nalewką raczyliśmy się nie w studiu, a w gabinecie dyrektora Jedynki Stanisłąwa Jędrzejewskiego. Nie pił tylko Artur, który odwoził panią Stefanię samochodem na Słoneczną. I jeszcze jedno o tym wspaniałym trunku. 

Stefania Grodzieńska mawiała:

- Każda pani w starszym wieku powinna przed snem wypić sobie jeden kieliszeczek malinówki albo koniaczku. Świetnie się po tym zasypia!


Anna Retmaniak: Portret słowem malowany. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 64-67

Anna Retmaniak

piątek, 25 kwietnia 2014

Cóż przyjemniejszego niż świadomość, że książek godnych lektury jest więcej niż wolnego czasu?

Okładka
   Prawdziwy miłośnik nie pozbywa się nigdy książek. Albo mówiąc inaczej - rozstaje się z nimi dopiero wówczas, gdy głód zagląda mu w oczy. Obok widma głodu najgroźniejszym wrogiem posiadacza zasobnej biblioteki jest ciasna przestrzeń. Sprzedajemy albo rozdajemy pewne tytuły, by zrobić miejsce dla innych tomów, będących przedmiotem naszego pożądania. Robimy to bez entuzjazmu, przyciśnięci tak zwaną życiową koniecznością. Robimy, a potem żałujemy każdego utraconego w ten sposób woluminu.
   Czytanie wiąże się bowiem nieuchronnie z kupowaniem książek. Kto zaś kupuje rozsądnie, ten wcześniej czy później staje się kolekcjonerem. Nie zadowala go już liczba tomów na półkach, regałach, w biblioteczce, a czasem na pawlaczu, w szafce na buty albo i w lodówce. Dobiera książki ze smakiem, uzupełnia braki, czasem nawiązuje kontakty z innymi zbieraczami.
   Oczywiście, nie mówimy tu o bibliofilach polujących na starodruki i antykwaryczne przeboje. Mają oni swój zamknięty świat, swoje pasje i swoje przekonania, zgodnie z którymi nie biorą na przykład do ręki nowości wydanych w ostatnim półwieczu. Tak drastycznych ograniczeń nie zna autentyczny miłośnik książek, który niepostrzeżenie zmienił się w kolekcjonera.
   Załóżmy, że ktoś taki lubi ładnie wydaną publikację, ale nie dysponuje kartą kredytową dla bogatych biznesmenów. Kolekcję tworzy świadomie i bez pośpiechu, unika przypadkowych zakupów, bo zna dobrze swoje zainteresowania i potrzeby. Posiada więc jakieś wyobrażenie o całości planowanych zbiorów – czasem konkretne, czasem nieco mgliste.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Tadeusz Różewicz

“Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak wyglądałaby powojenna poezja polska bez wierszy Tadeusza Różewicza. Wszyscy mu coś zawdzięczamy, choć nie każdy z nas potrafi się do tego przyznać.”
Wisława Szymborska*

Tadeusz Różewicz
(9 października 1921 - 24 kwietnia 2014)
Wśród wielu zajęć

Wśród wielu zajęć
bardzo pilnych
zapomniałem o tym
że również trzeba
umierać

lekkomyślny
zaniedbałem ten obowiązek
lub wypełniałem go
powierzchownie

od jutra
wszystko się zmieni

zacznę umierać starannie
mądrze optymistycznie
bez straty czasu

Tadeusz Różewicz: Wiersze. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1988, s. 273

===

Moja poezja

niczego nie tłumaczy
niczego nie wyjaśnia
niczego się nie wyrzeka
nie ogarnia sobą całości
nie spełnia nadziei

nie stwarza nowych reguł gry
nie bierze udziału w zabawie
ma miejsce zakreślone
które musi wypełnić

jeśli nie jest mową ezoteryczną
jeśli nie mówi oryginalnie
jeśli nie zadziwia
widocznie tak trzeba

jest posłuszna własnej konieczności
własnym możliwościom
i ograniczeniom
przegrywa sama ze sobą

nie wchodzi na miejsce innej
i nie może być przez nią zastąpiona
otwarta dla wszystkich
pozbawiona tajemnicy

ma wiele zadań
którym nigdy nie podoła

Tadeusz Różewicz: Poezje zebrane. Ossolineum 1971, s. 694

===

W środku życia

Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy

to jest stół mówiłem
to jest stół
na stole leży chleb nóż
nóż służy do krajania chleba
chlebem karmią się ludzie

człowieka trzeba kochać
uczyłem się w nocy w dzień
co trzeba kochać
odpowiadałem człowieka

to jest okno mówiłem
to jest okno
za oknem jest ogród
w ogrodzie widzę jabłonkę
jabłonka kwitnie
kwiaty opadają
zawiązują się owoce
dojrzewają

mój ojciec zrywa jabłko
ten człowiek który zrywa jabłko
to mój ojciec

siedziałem na progu domu
ta staruszka która
ciągnie na powrozie kozę
jest potrzebniejsza
i cenniejsza
niż siedem cudów świata
kto myśli i czuje
że ona jest niepotrzebna
ten jest ludobójcą

to jest człowiek
to jest drzewo to jest chleb

ludzie karmią się aby żyć
powtarzałem sobie
życie ludzkie jest ważne
życie ludzkie ma wielką wagę
wartość życia
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów
które stworzył człowiek
człowiek jest skarbem
powtarzałem uparcie

to jest woda mówiłem
gładziłem ręką fale
i rozmawiałem z rzeką
wodo mówiłem
dobra wodo
to ja jestem

człowiek mówił do wody
mówił do księżyca
do kwiatów deszczu
mówił do ziemi
do ptaków
do nieba

milczało niebo
milczała ziemia
jeśli usłyszał głos
który płynął
z ziemi wody i nieba
to był głos drugiego człowieka

Tadeusz Różewicz: Poezje zebrane. Ossolineum 1971, s. 366

* Wisława Szymborska w: Twórczość, Tom 56, 2000, s. 127

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Książki to drogowskazy". Co czytała sobie... Aga Zaryan (2)

Okładka
Czy bez książek i kontaktu ze słowem bylibyśmy tym, kim jesteśmy? Jak ważne są pierwsze lektury w kształtowaniu człowieka od dzieciństwa? A co bywa czasem ważniejsze niż czytanie?*

Na te pytania próbują odpowiedzieć Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski wraz ze swoimi rozmówcami w książce "Co czytali sobie, kiedy byli mali?".

Oto fragment rozmowy z Agą Zaryan:

Jakie cechy powinna posiadać książka, żeby można ją było określić mianem ważnej?
Dla mnie musi mieć walor emocjonalny. Pochłaniać dziecko bez reszty. Do tej kategorii zaliczyłabym "W pustyni i w puszczy" - ta książka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Z pomysłów zawartych w "Dzieciach z Bullerbyn" korzystałam, budując z przyjaciółką pocztę sznurkową między naszymi blokami, czy wyrywając sobie mleczne zęby nitką przyczepioną do klamki. Przy "Lessie, wróć!" płakałam jak bóbr.
[...]
Co jeszcze jest istotne w ważnej książce?
Żeby uczyła czegoś pożytecznego, na przykład tego, jak być dobrym i porządnym człowiekiem. To przydatna informacja dla małego człowieka. Dobrze, jeśli ma cel edukacyjny - ważną lekturą z dzieciństwa była dla mnie książeczka "nie wierzcie w bociany" z zabawnymi ilustracjami Lutczyna.

Okładka
Takie wprowadzenie do życia w rodzinie?
Tak, mocno zapadła mi w pamięć okładka z przekreślonym bocianem. Wracałam do tej książki wielokrotnie, chętnie oglądałam rysunki... Między innymi dzięki niej wcześnie wiedziałam, skąd się biorą dzieci.
Książki to drogowskazy, niezastąpione w procesie wychowywania małego człowieka, ale również wyrabiania w nim wrażliwości na czyjąś krzywdę, rozwijania empatii, uczenia tolerancji i otwartości. Książki uczą także poczucia humoru. Uwielbiam Roalda Dahla.
[...]
Czym we wspomnieniach z dzieciństwa są dla Pani książki - bardziej treścią czy przedmiotem?
To jest połączone. Fascynujące w czytaniu jest to, że tekst przetwarzany w wyobraźni owocuje obrazami, a z drugiej strony są ilustracje, które wzbogacają tekst.
Ale, tak jak wspomniałam wcześniej, książki są przede wszystkim podpowiedzią - jak się poruszać w świecie i jakim być człowiekiem. Dlatego tak ważne jest, by dzieci czytały dużo wartościowych książek, bo w nich zawarta jest ogromna mądrość życiowa, którą przyswaja się wraz z lekturą - z przyjemnością i niepostrzeżenie.

* Ten fragment pochodzi z notki z ostatniej strony okładki


"Co czytali sobie, kiedy byli mali?" Rozmawiali: Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski. Agora SA, Warszawa 2014, s. 298-309

Aga Zaryan w swoim domu (2010)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zbrodnicza ręka dyngusowców

Okładka
Wczorajsze popołudnie Borejkowie spędzili miło u matki Marka. Przybyła ona na tydzień ze Stanów, by z okazji Wielkiejnocy sprawdzić, jak się żyje jej jedynemu synowi w małżeńskim jarzmie. Ponieważ żyło mu się, na pierwszy rzut oka, nieźle (zauważyła nawet, że przytył i zyskał rumieńce oraz wyraz twarzy człowieka naprawdę zadowolonego), mama Pałysowa poweselała i uspokoiła się znacznie. Przyjąwszy całą rodzinę Borejków w ciasnym mieszkanku swej siostry (podano wybór bab i mazurków), pozwoliła następnie zaprosić się do Borejków na obiad, w drugie Święto. Była szkolną koleżanką mamy Borejko, lubiły się zawsze, więc nie było powodów do tremy czy obaw. A jednak, od chwili gdy u Borejków zjedzono uroczyste śniadanie złożone z szynki, schabu na zimno, jaj we wszystkich kolorach tęczy, białej kiełbasy oraz ,,zimnych nóżek” z chrzanem, mama z Gabrysia oraz zdenerwowana Ida zamknęły się w kuchni, komponując we wspaniałą symfonię smaków takie pyszności, jak barszcz czerwony z majerankiem, pieczeń wieprzową z jabłkami oraz drożdżowe pyzy i ćwikłę z chrzanem.
Po południu miał też pojawić się Grzegorz i wszystko wskazywało na to, że będzie to wizyta ważna. Gabrysia schowała w jakimś niedostępnym kącie najlepszy z mazurków (orzechowy, na waflach, upieczony według staroświeckiego przepisu prababci) i zakazała rodzinie nawet spoglądać na mazurek pomarańczowy, który już się do schowka nie zmieścił.
Natalia, Patrycja i ojciec wybrali się natomiast do kościoła na jedenastą. Ojciec był wielkim zwolennikiem chóru ,,Poznańskie słowiki” pod dyrekcją Stefana Stuligrosza, a ten to właśnie zespół o światowej sławie śpiewał co niedzielę o jedenastej, u Dominikanów, podczas sumy. Obie siostry natomiast uwielbiały pewnego tenora z chóru, okularnika imieniem Andrzej.
Od rana pogoda była chłodna, wiał ostry wiatr z północy, a niebo było szare i zasępione. Ale kiedy wszyscy troje wyszli przed dom, a Patrycja, jak to miała we zwyczaju, uniosła głowę i spojrzała w niebo - zobaczyła, że nie jest ono już tak jednolicie szare. Tu i ówdzie odsłoniły się cale połacie błękitu, a chmury jechały w tempie spacerowym z kierunku Nord-East.
Znad jeziora i lasu. Były tam, jeszcze przed chwilą, przemknęły nad powierzchnią wody i zostawiły na niej swoje odbicie.
A forsycja chyba już przekwitła. Może nawet przekwitła i tarnina? A co z mrówkami? Ciekawe, czy wciąż jeszcze wędrują po tym zwalonym pniu.
Jakie to dziwne, że tam, nad jeziorem, wszystko nadal toczy się swoją koleją, płatki opadają białą zawieruchą i każdy znajduje miejsce, na którym osiada, fale znaczą piasek na brzegu niezliczonymi, nieczytelnymi autografami, a na pniu siedzi może już jakiś inny chłopak z inną dziewczyną i przydarza im się zupełnie inna, choć przecież zawsze podobna, historia.
Ze zwieszoną głową wlokła się Patrycja za ojcem i siostrą którzy, gwarząc sobie przyjemnie, trzymając się pod ręce, wędrowali w dół Roosevelta ku skrzyżowaniu.
Nagle, bez najmniejszego uprzedzenia, z balkonu na drugim piętrze kamienicy numer trzy wylano całe wiadro wody - poleciała, jak srebrna płachta, bezszelestnie, po łuku - i plasnęła głośno o chodnik, tuż u stóp Natalii i ojca. Następne wiadro wody nie chybiło już celu: oblano nim Patrycję, od stóp do głów, a gdy zipała, w szoku, nie mogąc złapać tchu - ojciec Borejko odwrócił się, jak zwykle spóźniony, powiedział: - Patrycjo, uważaj... - i zamilkł, wstrząśnięty tym, co zobaczył.
Jeszcze nie ochłonął po tym barbarzyństwie, gdy z bramy wypadli dwaj ogoleni na pałę młodzieńcy w skórzanym odzieniu, pokryci tatuażem i z grubym rykiem rzucili się na Patrycję, oblewając ją zimną wodą z wielkiej, plastykowej butli po napoju Orange.
Ojciec Borejko cechował się zwolnionymi reakcjami, łagodnością charakteru i zupełnym brakiem czegoś takiego jak chęć odwetu. Ale stanął oto w obliczu sytuacji, która od niego, jako od ojca i mężczyzny, jakiejś przecież odpowiedzi wymagała. Podczas gdy sprawcy zajścia numer dwa oddalali się z obrzydłym rechotem ku wewnętrznemu podwórku kamienicy, a Patrycja wciąż jeszcze dygotała w szoku, ojciec podszedł do niej i wyjął z kieszeni starannie złożoną chusteczkę do nosa. Ale nie zdążył jej nawet podać swej ociekającej wodą córce. Od strony skrzyżowania pełnym gazie, nadjechał samochód marki BMW i rozbrykani młodzieńcy, wysuwając przez okno coś w rodzaju grubej lufy, oblali grubym strumieniem wody drugą córkę Ignacego Borejki.
Z piskiem opon odjechali wśród radosnych ryków i głośnych gwizdów, by nadal pełnić swe ważne zadanie kultywowania ludowej tradycji, tyle że już w innych punktach miasta.
Patrycja i Natalia stały bez ruchu na chodniku, ociekając wodą każda po swojemu, zaś ojciec, suchy i nietknięty zbrodniczą ręką dyngusowców, tkwił pomiędzy nimi z wyrazem oszołomienia na swym inteligentnym obliczu.
I w tym momencie dwie rzeczy zdarzyły się równocześnie. Z balkonu na drugim piętrze wyrzucono plastykową butelkę dwulitrową, pełną wody, która zlądowała pionowo, ze stukiem, u stóp Ignacego Borejki, przewróciła się i uroniła zaledwie kilka kropel ze swej zawartości.
A przy krawężniku zahamowała z dzikim piskiem opon fiołkowa syrenka bosto, z której też zaraz wyskoczył Baltona, ubrany w skórzaną kurtkę, i rzucił się ku nieszczęsnej Patrycji, wyciągając ramiona.
Tym razem ojciec Borejko zareagował błyskawicznie. Podniósł spod nóg butlę z wodą, wycelował w domniemanego napastnika i z przerażającym spokojem opróżnił ją, wylewając mu calutką zawartość na pierś i za kołnierz. Akcję zakończył również z kamiennym spokojem, waląc kilkakrotnie pustą już butelką w ogoloną głowę Baltony.
- Tato!!! - wrzasnęła Patrycja, odzyskując mowę.
- Jestem, moje dziecko - odparł ojciec i zasłonił ją własną piersią, oczekując najgorszego.
- Tato, coś ty... - jęczała Patrycja, dygocząc. Baltona stał, osłupiały i mokry. Ojciec rzucił mu spojrzenie zwycięzcy.
- Może ci się odechce, młodzieńcze - rzekł - napastować niewinne dziewczęta. Chodźmy, Patrycjo. Natalio, pójdź ze mną. Wracamy do domu. - To rzekłszy, dumny ze swego męstwa, uprowadził córki, zostawiając Baltonę w stanie szoku i dziwiąc się wielce, dlaczego Pulpecja, miast triumfować i wyrażać ojcu dziękczynienie, nagle wybuchnęła płaczem.

Małgorzata Musierowicz: Pulpecja. Akapit Press, Łódź 1996, 178 s.

... ważne zadanie kultywowania ludowej tradycji


Ludowa tradycja... Tak, ja jednak dobrze rozumiem pana Borejkę (chociaż go poniosło i wyładował się na niewłaściwej osobie, bo na Bogu ducha winnym Baltonie) i także uważam, że taka forma jej "kultywowania" na przypadkowych  pechowcach spotkanych na ulicy nie jest ani przyjemna, ani zabawna...


niedziela, 20 kwietnia 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński - Wielkanoc mojej córki

Easter Morning, Donald Zolan

Wielkanoc mojej córki 

Dzwony i hiacynty,
pisanek wzór święty,
cały świat w blaskach i szumie;

przyleciały ptaki,
udały się babki -
ależ cóż z tego ona rozumie?

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony za daleko,
hiacynty za wysoko,
babki jeszcze jej nie wolno jadać;

o ptaku na drzewie,
o ziemi, o niebie
mogę tylko jej, jak umiem, opowiadać...

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Brzdąc o niczym nie wie,
"Njam - njam" mówi ledwie
i na nóżkach paluszki liczy.

Toć niecały roczek!
Wózek, soczek, smoczek
to jej świat jest złoty, tajemniczy.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony biją stare:
"Mateusz" i "Marek",
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach,

żeby wszystkie dzieci
na tym groźnym świecie
mogły w rączki klaskać tak jak ona -

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Konstanty Ildefons Gałczyński, 1937

Wiersz pochodzi ze strony Gałczyński.kulturalna.com

sobota, 19 kwietnia 2014

Przede wszystkim jajeczko!

Okładka
Nie odsuwać baranka 

 Pośpiech współczesnego życia i powojenne rozwydrzenie sprawiły, że spożywamy potrawy stanowiące „święcone", tak jakby to były parówki z chrzanem, czy sznycel á la Górski. Żadnego namaszczenia, źdźbła kultu dla wielowiekowej tradycji, cienia uznania dla pracy hodowcy i kucharki! 
Smutne! 
 Toteż z prawdziwą radością notujemy, że są jeszcze ludzie, dla których ceremoniał wielkanocnego ucztowania jest czymś żywym, czymś, co nie przeminęło, czymś, co warto przekazać następnym pokoleniom. 
 Do żarliwych obrońców i entuzjastów tradycji należy, znany w kołach towarzyskich Kamionka, pan Alojzy Piekutowski, zwany zdrobniale Piekutoszczakiem. 
 Oto jakich wskazówek udziela pan Alojzy na temat zachowania się przy stole podczas świątecznego przyjęcia. 
 - Przede wszystkim jajeczko! Jest to danie religijne i do nażarcia się nie służy, znakiem tego nie należy z każdem jednem życzeniem całej sztuki opychać, ale trzymając ćwiartkie na widelcu, najmarniej dwie osoby nią załatwić. Jeżeli towarzystwo większe, to i trzy do czterech. 
  Wienszując, „żeby się nam od dziś za rok lepiej powodziło", z pyskiem do każdego się nie leci, bo ten ów może nie mieć życzenia z byle łachudrą się całować. Zwłaszcza, że poniekąd w święta cezury są zamknięte i rzadko kto może się ogolić, a nie każden faktycznie lubi, by był męskiem zarostem podrapany. Także samo można trafić na gościa nietronkowego lub kobietę z narzeczonem, czyli też mężem i w taki sposób o nieprzyjemność nie trudno. 

piątek, 18 kwietnia 2014

Gabriel García Márquez

"Nie umiera się wtedy, kiedy trzeba, ale kiedy można to zrobić."
pułkownik Aureliano Buendía
w: "Sto lat samotności"

Gabriel García Márquez
6 marca 1927 - 17 kwietnia 2014

laureat Nagrody Nobla (1982)
za „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm
łączą się w złożony świat poezji,
odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”

czwartek, 17 kwietnia 2014

Grzegorz Wasowski czytał ... "Zemstę"


Grzegorz Wasowski czyta...

Zemsta
(wyst. 1834)

Zemsta Fredry! Fredry Zemsta!
To dla ducha strawa gęsta!


Okładka
Drogie dziatki, chcemy streścić
Co w komedii "Zemsta" zmieścił
Alek Fredro. Oto macie
Główne sztuki tej postacie:

Rejent mówi nań "gadzina"
I niech opis to zaczyna.
Temperament ma warchoła
I rębajły, umysł zgoła

Nie skażony myślą, bowiem
To niewykształcony człowiek.
Brak ogłady towarzyskiej,
Gardzi słabszym oczywiście,

Rolę pana gra wielkiego,
Okładka
Choć nic nie ma z nim wspólnego.
Opowiadać bardzo lubi,
Że żołnierskie miał zasługi

Dla ojczyzny - widać, że śni
Raptusiewicz, butny Cześnik.
Rejent Milczek, Wacka rodzic
Za anioła nie uchodzi.

Małomówny oraz skryty,
Można rzec, że jezuity
Typ to. W życiu ma zasadę,
Że nie hańbi środek żaden

Jeśli wiedzie go do celu,
A ten cel to mieć w portfelu
Coraz więcej. Gość paskudny
Jak to bigot i obłudnik.

Jest też Papkin, typ uroczy
Zwący siebie "Lwem Północy".
Żarłok, opój, samochwała,
A majętność jego cała

To gitara, zbiór motyli
Oraz Artemida, czyli
Szpada, której jak ma użyć
Papkin, co przed każdym tchórzy?

Kocha głową, a małżeństwo
Ma być tego konsekwencją,
Piękne słówka jej nie zwiodą,
Dysponuje też urodą

I gotówką bez oporu,
Ma poczucie też humoru -
Klara, Wacka miłośnica
I Cześnika synowica.

Syn Rejenta, czyli Wacek
Świat krytycznie widzi raczej,
Ojca też postępowanie
Trzeźwo jest ocenić w stanie

I odwagi mu nie zbywa
Na to by się mu sprzeciwiać.
Na naukach czas w Warszawie
Schodził mu i na zabawie

(Jako książę tam Radosław
Z Padstoliny zrobił osła).
Mówi się, że postać jego
Sporo z Fredrą ma wspólnego.

Podstolina, co małżonków
Trzech już miała, a majątku
Nie posiada i dlatego
Potrzebuje mieć czwartego.

Wybór pada na Cześnika,
Choć i Wacka nie unika,
Z którym kiedyś styczność miało
Jej uwodzicielskie ciało.

Przegląd V.I.P.-ów zakończony,
Od fabuły drążmy strony.
Podstolina czy też Klara –
Cześnik się usilnie stara

Wybrać, z której lepsza żona,
Wie już, wybór się dokonał.
Do Rejenta śle Papkina,
By wybranka Podstolina

(Przeważyły jej dochody)
Szykowała się na gody.
Gdy graniczny mur murarze
Jan Świderski jako Cześnik Raptusiewicz
 i
Wojciech Pokora jako Papkin
"Zemsta"
Teatr Telewizji, 1972
Zaczynają łatać, każe

Aby Papkin ze sługami
Przepędzili ich kijami.
Rejent wścieka się i grozi,
Co stosunki mocno mrozi.

Klara z Wackiem zaś w altanie
Uzgadniają swe kochanie.
Widząc, że sąsiedzkie kłótnie
To coś, co ich miłość utnie,

Klara radzi zdobyć względy
Podstoliny, bowiem tędy
Droga wiedzie do Cześnika.
Wacław słucha i spotyka

Z Podstoliną się a ona
Rozpoznaje w nim zdziwiona
Tego księcia Radosława,
Co się kiedyś z nią zabawiał

Lecz urazy doń nie czuje
I swój afekt deklaruje.
Pojedynek - myśl powzięta,
Cześnik wyzwać chce Rejenta.

Emilia Krakowska jako Podstolina
 i
Czesław Wołłejko jako Rejent Milczek
"Zemsta"
Teatr Telewizji, 1972
Z Podstoliną zawrzeć związek
To Wacława obowiązek
Tak chce Milczek (Rejent znaczy)
Ale Cześnik chce inaczej

Dyndalskiemu więc dyktuje
List, co treścią sugeruje,
Że do Wacka jest od Klarci.
Biedny Cześnik, chociaż walczy,

Nie jest w stanie pisma sklecić,
Drze i wrzuca więc do śmieci.
Lecz szczęśliwą mamy pointę,
Cześnik godzi się z Rejentem,

Podstoliny nominały
Klary być się okazały,
A na koniec tych wydarzeń
Młodzi stają przed ołtarzem.

Nic już nie ma do dodania -
Pora zasiąść do czytania.


Grzegorz Wasowski: "PKS, czyli Przegląd książek szkolnych". Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 27-33

Aleksander Fredro
portret Aleksandra Raczyńskiego
Muzeum Pałac w Wilanowie


Ilustrujące tekst zdjęcia pochodzą z telewizyjnej inscenizacji „Zemsty” w reżyserii Jana Świderskiego z roku 1972. Przedstawienie to zostało zaliczone do Złotej Setki Teatru Telewizji.

środa, 16 kwietnia 2014

Anatol France

Anatol France, T.A. Steinlein (1920)
Ten sympatyczny starszy pan, Anatol France, urodził się 16 kwietnia 1844 roku, 
a więc dokładnie 170 lat temu.
I chociaż napisał wiele powieści i opowiadań, to dla mnie tym najmilszym spotkaniem z panem Anatolem była lektura "Zbrodni Sylwestra Bonnard". 
"Zbrodnia..." doczekała się w Polsce kilkunastu wydań. Tu tylko trzy przykłady:



A tu pan Bonnard na ilustracjach z wydania francuskiego:

Ilustracja

i amerykańskiego:
Ilustracja
W 1921 roku Anatol France otrzymał Nagrodę Nobla
za "błyskotliwe osiągnięcia literackie wyróżniające się wykwintnością stylu, głębokim humanizmem i prawdziwie galijskim temperamentem". 
A ja łatwo mogę go sobie wyobrazić, jak siadywał w swojej przytulnej bibliotece i pisał... :-)

Pierre Calmettes, La Bibliothèque chez Anatole France

wtorek, 15 kwietnia 2014

Co czytali sobie, kiedy byli mali? Jerzy Bralczyk (1)

Okładka
Czy bez książek i kontaktu ze słowem bylibyśmy tym, kim jesteśmy? Jak ważne są pierwsze lektury w kształtowaniu człowieka od dzieciństwa? A co bywa czasem ważniejsze niż czytanie?*

Na te pytania próbują odpowiedzieć Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski wraz ze swoimi rozmówcami w książce "Co czytali sobie, kiedy byli mali?".

Oto fragment rozmowy z Jerzym Bralczykiem:

Czy robiła na Panu wrażenie książka jako przedmiot?
Bardzo. Do dziś pamiętam na przykład książkę w kształcie misia. Była dość długa i miała nawet uszy misia.

Pamięta Pan tytuł?
Nie, bo nie miała okładki. Pamiętam fragmenty:

   Miś Czuchrajek, zmęczon srodze,
   zasnął sobie na podłodze.

   Już godzinę śpi ten leń -
   czy chce przespać cały dzień?

   Lalkę Zuzię już to nudzi,
   więc go łechcąc piórkiem, budzi...

Tu nie pamiętam dwóch wersów, ale potem było najlepsze:

niedziela, 13 kwietnia 2014

Pół wieku później - funt winogron zamiast kwiatów

Okładka
WINOGRONA

Pani Krysiu Miła!

To miało być przeczytane na promocji Pani książki "Jaroszewska - Legenda teatru", ale za dużo by było Kęstowicza - przy Jaroszewskiej i Zbijewskiej! Przekazuję więc te gryzmoły na pierwszym naszym spotkaniu w Osiedlu Ostrobramskim
 wdzięczny Zygmunt K.

Przede wszystkim chciałem podziękować Autorce tej książki, że zechciała powierzyć mi prowadzenie tego wieczoru.
Ale nie byłbym aktorem, żebym nie zaczął od siebie, właściwie od pewnego długu wdzięczności, który winien jestem od pół wieku królewskiemu Miastu Kraków, a właściwie jednej z ówczesnych mieszkanek tego grodu.
Rzecz w tym, że ani owo miasto, ani owa mieszkanka, nie mają o tym pojęcia, że dziś właśnie będę miał okazję wywiązać się z tego długu, który przez tyle lat leżał mi na sercu.

A było to pokrótce tak:

sobota, 12 kwietnia 2014

Książki ożywają, kiedy się je czyta...

Okładka
[...] Bo o ósmej kończył się świat. Nadchodziła pora czytania.
Godziny między ósmą wieczorem a pierwszą lub drugą w nocy były dla mnie zawsze czasem magicznym. Białe strony otwartej książki na błękitnej kołdrze, oświetlone lampką, były wrotami do innego świata. Ale tego wieczoru magia zawiodła. Wątki fabuły, pozostawione w zawieszeniu poprzedniej nocy, jakoś w ciągu tego dnia zwiotczały i stwierdziłam, że nie obchodzi mnie, jak w końcu splotą się razem. Usiłowałam je pochwycić, ale ilekroć już mi się to udawało, wtrącał się jakiś głos - Niech pani powie mi prawdę - i przecinał węzeł akcji, której wątki znów zwisały osobno.
Biegałam wobec tego po starych przyjaciół: Kobieta w bieli, Wichrowe Wzgórza, Dziwne losy Jane Eyre...
Nic z tego. Niech pani powie mi prawdę. Do tej pory czytanie nigdy mnie nie zawiodło, było jedyną pewną rzeczą.
Zgasiłam światło, wtuliłam głowę w poduszkę i próbowałam zasnąć.
Echa głosu. Urywki jakiejś opowieści. W ciemności słyszałam je głośniej. Niech pani powie mi prawdę.
O drugiej w nocy wstałam z łóżka, włożyłam skarpetki, otworzyłam drzwi i w szlafroku zeszłam po cichu wąskimi schodkami do antykwariatu.

piątek, 11 kwietnia 2014

Czy liberatura zabija literaturę?

WIZJA LOKALNA
OD LITERATURY DO LIBERATURY 
to wystawa, która została zaprezentowana 9 kwietnia 2014
w Bibliotece Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu.


Przedstawiono zbiór unikatowych książek z kolekcji BU: "Liberatura".

Na stronie Liberatura.pl możemy przeczytać m.in.: " Substancją literatury jest słowo. Mówiąc słowo, ma się na myśli jego brzmienie i sens, pisząc – (niekiedy) także wygląd.
O przestrzeni myśli się rzadko lub wcale. Jednak słowo, by zaistnieć w czasie, potrzebuje przestrzeni. Przynależy ona do słowa na równi z jego kształtem, dźwiękiem i znaczeniem. Tak pojęte słowo jest substancją LIBERATURY"


Liberatura – oskarżana przez część krytyków literackich i odbiorców o formalizm i ideową próżnię - broniła się przed zarzutami artystostwa. W trakcie "wizji lokalnej" przedstawiono dowody w postaci dzieł Fajfera, Nowakowskiego, Herty Müller, Jonathana Safrana Foera.


Na wystawie znalazły się książki w najdziwniejszych kształtach (harmonijka, trójkąt, labirynt), wykonane z materiałów, które trudno skojarzyć z książką, ze szkła,
papieru czerpanego, tektury...



Goście wystawy,  uczestnicy liberackiej wizji lokalnej, mogli, po zapoznaniu się
z poszlakami i dowodami, wydać własny wyrok w sprawie.




Wystawę przygotowała Agnieszka Rybarczyk.
Wszystkie zdjęcia z wystawy pochodzą z archiwum Autorki. Bardzo dziękuję za możliwość ich wykorzystania.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jacek Kaczmarski. To już 10 lat.

Dzisiaj mija 10 lat od śmierci Jacka Kaczmarskiego.

 Jacek Kaczmarski (22 marca 1957-10 kwietnia 2004), fot. S. Wolny
Myślę: Jacek Kaczmarski... i od razu skojarzenia: Mury, Obława czy Nasza klasa. Ale tutaj chciałabym przypomnieć inny tekst Poety:

Jeszcze dzień

Jeszcze dzień, jeszcze dwa wszystko się odmieni
Wszystko się ułoży jak w kartach
A na razie choć czekamy jutra jak zbawienia
A na razie w tygodniowym rachunku sumienia
Rozgrzeszamy się z poniedziałku

Jeszcze dzień, jeszcze dwa, gdy nie braknie nam wiary
Zawrócimy do źródeł rzeki rwące
A na razie bezpiecznie płyniemy na fali
A na razie marząc o gorącym źródle zażywamy kąpieli gorącej

Jeszcze dzień jeszcze dwa, tak mijają lata
Ziemia wciąż się kręci dokoła
My płyniemy z falą na północ, południe
Unoszeni wiarą, że może już jutro ujście rzeki okaże się źródłem

Jeszcze dzień jeszcze dwa, ktoś tu do nas przyjdzie
Ktoś tu przyjdzie, zbyt długo czekamy
A na razie róbmy co do nas należy
A na razie, kark jeszcze nisko zginając
Starych bogów w progu witajmy

I choć starych bogów zastąpili nowi
To i tak kark po staremu się zgina
Od poniedziałku co trwa do soboty
I jak zawsze zbyt wcześnie rano się zaczyna tą samą modlitwą
Że może już jutro wszystko się odmieni, ułoży jak w kartach
Więc będziemy szukać jutra jak zbawienia
Od samego rana aż do końca świata


Tekst wiersza pochodzi ze strony: Jacek Kaczmarski. Ale źródło wciąż bije...

środa, 9 kwietnia 2014

bardziej niż czytania nie cierpiał pakowania...

Okładka
"Trzy lata temu Stu nabył książkę zatytułowaną Wodnikowe Wzgórze, aby wysłać ją bratankowi w Waco. Załatwił pudełko, aby w nim wysłać książkę, a potem, ponieważ bardziej niż czytania nie cierpiał pakowania, zerknął na pierwszą stronę, chcąc przekonać się z czym ma do czynienia. 
Okładka
Przeczytał pierwszą stronę, potem drugą, i dał się pochłonąć powieści. Zarwał całą noc, pijąc kawę, paląc papierosy i... czytał, czytał, czytał, dla samej tylko przyjemności lektury. Kurczę, to była książka o królikach. Najgłupszych, najbardziej tchórzliwych stworzeniach na tym Bożym świecie... tyle tylko, że facet, który to napisał uważał inaczej. Losami bohaterów naprawdę można się było przejmować. To była cholernie dobra książka i Stu, który czytał dość wolno, skończył ją dwa dni później."

Stephen King: Bastion. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003, 1336 s., tłum. Robert Lipski

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Niech mi pani powie jakiś wiersz...

Okładka
Pierwszy odezwał się gospodarz.
- Proszę mi powiedzieć coś o sobie. Co pani lubi?
- Smażone rybki, dobrą herbatę, muzykę, poezję i teatr. Góry. I swój zawód, choć tego ostatnio nie jestem pewna.
- Ja jestem pewien. Co do swojego zawodu, że go nie lubię, zdecydowanie. Poza tym wszystko nam się zbiega. Dodałbym konfiturę pomarańczową, morze i jazdę po wertepach.
- Ma pan czym jeździć?
- Mam, w tym garażu obok trzymam samochód. Rzadko z niego korzystam ostatnio. A jaką poezję pani lubi?
- Różną. Dobrą. Starych poetów, nowych. Angielskich, rosyjskich, francuskich, polskich...
- Niech mi pani powie jakiś wiersz.
- Śmieszny, smutny, stary, nowy?
- Taki, który ostatnio jest koło pani, najbliżej.
- Panie Mironie, psychoanaliza to mój zawód!
- A skąd pani wie, że nie mój? Nie, żartowałem. Jestem zwyczajnie ciekawy.
- Zna pan "Odę do słowika" Keatsa?
- Nie jestem pewien.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Książka ma taką przewagę nad rośliną, że nie zwiędnie...

Okładka
Zwłaszcza, że któregoś dnia chłopiec odkrył bibliotekę.
Oczywiście, Jonasz doskonale wiedział, jak wygląda biblioteka i do czego służy, korzystał bowiem ze szkolnych zbiorów. Pierwszy raz w życiu jednak znalazł się oko w oko z książkami, które można było oglądać i przerzucać do upojenia, czytać po kawałku, po kilka naraz... rozsiadłszy się w wygodnym fotelu, pod lampą z jedwabnym abażurem, albo rozłożywszy na przetartym tu i ówdzie dywanie. Dostał do ręki prawdziwy duży prywatny księgozbiór, na który złożyły się zarówno książki starszych państwa Taranków i starszych państwa Filaszków, jak i to wszystko, co kupili Jaśmina z Lubomirem już na własne konto. Było tego kilka tysięcy tomów, Jaśmina podejrzewała, że koło sześciu-siedmiu, może ośmiu..., ale nie chciało jej się liczyć. Kiedy likwidowała mieszkanie przy Lwowskiej, od razu było wiadomo, że zabierze z sobą wszystkie książki. Należała bowiem do tych ludzi, którzy bez zmrużenia oka wyrzucą zeschnięty bochenek chleba i pozwolą zzielenieć kilogramowi szynki, ale nigdy, przenigdy, nie rozstaną się z żadną raz nabytą książką. Choćby to był najgłupszy na świecie poradnik gotowania na gazie albo wychowywania dzieci trudnych.
Jonasz znalazł tam skarby w postaci powieści czytanych w stosownym wieku przez Ludomira, Jaśminę, a potem ich trzech synów. Dowiedział się o istnieniu Kiplinga, Dumasa, Londona i Karola Maya. Przeczytał "Winnetou" i oszalał, odkrył "Bellewa Zawieruchę" i zapragnął natychmiast przenieść się na Alaskę, poznał "Trzech muszkieterów" i nagle Paryż, który latem nic do niego nie mówił - stał mu się bliski i znajomy; przecież chodził po alejach Luksemburga, w którym panowie muszkieterowie zwykli się pojedynkować, był w kościele St. Sulpice. gdzie chodzili na mszę, i w ogrodach Palais Royal, po których spacerował kardynał Richelieu...

Okładka
Okładka
Okładka

Jaśmina podśmiewała się, że jest prawdziwym neofitą, gorliwszym od starych wyznawców, ale to była prawda. W domu państwa Zawadzkich książek właściwie nie było, pojawiały się lektury szkolne Jonasza i podręczniki marketingu jego rodziców. Nikt tam nie czytywał niczego bez powodu. Jonasz po prostu nie wiedział, jak wielką przyjemność może dać książka - teraz się dowiedział i korzystał, ile mógł. Ze stratą dla oznaczania roślin w ogródku Jaśminy..., ale i tak już była jesień i rośliny więdły. Książka ma taką przewagę nad rośliną, że nie zwiędnie - nawet jeśli jest nieco podarta, a jej kartki zdobią rysunki zrobione przez któreś rodzinne dziecko.

Monika Szwaja: "Anioł w kapeluszu", Wydawnictwo SOL, Warszawa 2013, s. 264-265

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...