poniedziałek, 29 grudnia 2014

Chodząc po sklepie rozglądałem się za czymś do czytania...

  "Chodząc po sklepie rozglądałem się za czymś do czytania. Jest Hemingway? Jest. Poproszę "Stary człowiek i morze". Po długich poszukiwaniach wyciągnęli ładne wydanie w sztywnej okładce. Ile płacę? Three and a half. Zapłaciłem trzy i pół dolara i z osłupiałą miną wyszedłem ze sklepu, unosząc cieniutki tomik. Jeżeli książki tyle kosztują, to nie należy rokować wielkiego rozwoju czytelnictwa, wywnioskowałem. A w Polsce książki jak barszcz, nie ma tylko czasu na czytanie.
   Przyniosłem Hemingwaya do domu. Sven akurat leżał mrucząc jakieś modlitwy z książeczki do nabożeństwa.
   - Sven, znasz coś Hemingwaya?
   - Nie, przecież wiesz, ze od niedawna pracuję w kuchni.
Powiedział to całkiem poważnie. Wyraziłem więc oburzenie na cenę. 
   - Taka mała książeczka i tyle kosztuje!
   - Z czytania takich książek nic dobrego nie przyjdzie. Tylko religijne książki dają pożytek. I są tanie. Jak chcesz, to ci pożyczę.
   - Ale Sven, ja chcę czytać laureatów Nobla...
  - Nobla? Tego, co to policja nie mogła przez dwa tygodnie odnaleźć? Nie, Chris, tu, tu masz dobrą lekturę - podniósł modlitewnik - inne no good.
   - Idź do diabła!!"

Krzysztof Baranowski: Hobo. Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1965, s. 73-74

sobota, 27 grudnia 2014

Bardzo lubiła pracę w księgarni Bracia Brooks...

"Bardzo lubiła pracę w księgarni Bracia Brooks, z jej charakterystycznym zapachem papieru, pomaganie klientom w wyborze książek przeznaczonych na prezenty czy odpowiadających ich zainteresowaniom i polecanie im różnych lektur, które w tym celu specjalnie oznaczała. Poza tym miała słabość do okrągłych wyplatanych dywaników oraz miękkich kanap na porysowanej drewnianej podłodze, na których klienci mogli usiąść i przeczytać połowę książki, jeśli nawet potem większość z nich odkładała ją na półkę.
- Cześć, Jasperze. Sprawdzasz znowu nasze finanse? - spytała, bo w ciągu kilku miesięcy informował ją parę razy, że sprzedaż spadła i bardzo go to niepokoi.
June zgłosiła więc nowe inicjatywy służące zwiększeniu obrotów: czytanie w księgarni fragmentów swoich książek przez pisarzy ze stanu Maine, wprowadzenie do oferty dwóch bestsellerów, stworzenie klubów trzech książek, zainstalowanie stanowiska z kawą i postawienie trzech stolików, a w dziale literatury dziecięcej czytanie książek maluchom. Dzięki wprowadzeniu tych pomysłów w życie interesy zaczęły iść lepiej, choć nie nastąpiła jakaś zasadnicza zmiana."

Mia March: Klub Filmowy Meryl Streep. Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014, s. 42-43, tłumaczenie: Bożenna Stokłosa

piątek, 26 grudnia 2014

Odszedł Stanisław Barańczak

Stanisław Barańczak (13.11.1946 - 26.12.2014)


Na takie wiadomości nigdy nie jesteśmy przygotowani.
Dzisiaj, 26 grudnia 2014 roku, zmarł Stanisław Barańczak... poeta, ale nie tylko; krytyk literacki, historyk literatury, jeden z twórców Nowej Fali, eseista, świetny tłumacz (m.in. przełożył na polski wszystkie dramaty Szekspira).


Widokówka z tego świata

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
słychać, co można widzieć,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

Stanisław Barańczak: Widokówka z tego świata, 1988


środa, 24 grudnia 2014

Noc igliwia zapach niesie

Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich...

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
Drzewa ptakom, ptaki drzewom
Tchnienie wiatru płatkom śniegu

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem
Dzień, piękny dzień, dziś nam rok go składa w darze

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
A gdy wszyscy usną wreszcie
Noc igliwia zapach niesie


słowa: Krzysztof Dzikowski
muzyka: Seweryn Krajewski

Piosenka "Dzień jeden w roku" pochodzi z płyty długogrającej (LP) Czerwonych Gitar:

Czerwone Gitary - Dzień jeden w roku.
Muza 1976

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czytam z ciekawością i podziwem...

Więc czytam, jako ćwiczenie sobie zadane, Szkołę uczuć Flauberta. Mój egzemplarz ma już czterdzieści lat, papier poszarzał, są na nim wypłowiałe podkreślenia ołówkiem i uwagi, które mi się nasuwały przy lekturze. (Nie zapominam, że tytuł oryginału jest Education sentimentale, co dałoby się przerobić na jakąś Education sans sentiments, bez uczuć). Otóż technika tej znakomitej powieści jest tak inna, tak nieprzystająca do dzisiejszej wrażliwości. Wszędzie, gdzie pojawia się Fryderyk, mamy dokładny opis wnętrza: mebli, pokrycia mebli, opis lamp, schodów; znamy materiały, ich jakość i nieledwie cenę. Poprzez wystrój mieszkania Flaubert charakteryzuje właściciela. On to właśnie wymyślił (chociaż nie gardził tym Balzac ani... Mickiewicz w Panu Tadeuszu). I tak aż do Prousta, który zamęczał znajome eleganckie panie, by mu opisały jakąś potrzebną dla bohaterki toaletę. Dalej: wszechwiedza autora, spokój narracji, choć nie bez pewnej ironii. Ale są też i pewne wskazówki dla czytelnika: o każdej postaci wiemy (coś ze Stendhala), jaką partię polityczną popiera. To jest możliwe w społeczeństwie, w którym partie wyrażają określone interesy, a nie jednoczą ludzi o podobnych emocjach.
   Czytam z ciekawością i podziwem.

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 660

środa, 10 grudnia 2014

Zofia Starowieyska-Morstinowa opowiada w swoich pamiętnikach różne smakowite historie...

ZOFIA STAROWIEYSKA-MORSTINOWA opowiada w swoich pamiętnikach różne smakowite historie, przy czym nie ma się wrażenia, że plotkuje, to są spostrzeżenia starej, mądrej kobiety. Lubię opowieść o tym, jak koledzy poeci próbowali wyciągnąć z opresji Tuwima, kiedy zwaliła się na niego burza po opublikowaniu wiersza Do prostego człowieka, w którym wołał: "Rżnij karabinem w bruk ulicy / Twoja jest krew, a ich jest nafta". Uznali, że trzeba namówić Tuwima, żeby się od tego niepatriotycznego wezwania odżegnał. Uradzono posłać do niego miłego, poczciwego Leopolda Staffa, którego Tuwim czcił i kochał. Pytają potem Staffa: - I jak, Poldek, byłeś u niego? - Byłem. - Wytłumaczyłeś mu? - Wytłumaczyłem. - I co on na to? - Powiedział, że niepotrzebnie się czepiają: tam są takie dobre asonanse. - I Staff się zapienił" - Ja zawsze mówiłem, że asonanse są niebezpieczne!

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 587

Oto trzy z wydanych książek wspomnieniowych Zofii Starowieyskiej-Morstinowej:



wtorek, 9 grudnia 2014

Kilka kapitalnych opowieści...

[Ze starego notatnika (III), 1964]
HEMINGWAY, The Moveable Feast (Ruchome święto). Kilka kapitalnych opowieści. Kilka pośmiertnych zemst. Dobry klimat Paryża. Sam on pozuje tu nie na dzielnego myśliwego, ale na prostego chłopca, który lubi zjeść i wypić, ale nade wszystko - porządnie pisać. I chyba ten właśnie autoportret jest prawdziwy. Miłość do żony. Uczucie szczęścia, kiedy Sylvia Beach, która prowadzi amerykańską bibliotekę, daje mu Tołstoja, Turgieniewa i Dostojewskiego - ach, niczego im już nie brakuje - będą chodzić po Paryżu, siądą sobie w kawiarni (Café Select), "a w nocy będziemy się kochać". "Tatie, mówi ona, jesteśmy tacy szczęściarze". "A ja głupi - kończy ten obrazek Hemingway - nawet nie odpukałem w drewno. Dużo było w pokoju drewnianych sprzętów i można było odpukać".

Józef Hen: Nie boję się bezsennych nocy. Z księgi trzeciej. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 684

O wspomnianej księgarni amerykańskiej w Paryżu i jej właścicielce, Sylvii Beach, można też przeczytać TUTAJ

niedziela, 7 grudnia 2014

o wieczornych głośnych czytaniach...

   Także z obrazem tej kanapy, a raczej całego kwiecistego pokoju łączyło się dla dzieci wspomnienie o jednej z najżywszych przyjemności ich dzieciństwa: o wieczornych głośnych czytaniach.
   Owemu wieczornemu czytaniu zawdzięczały dzieci - w każdym razie starsze - najlepsze, najbardziej przejmujące wzruszenia swego młodego życia. Czytanie to odbywało się zawsze po przygotowaniu, o siódmej, i trwało pół godziny: do kolacji. Najczęściej jednak przeciągało się do trzech kwadransów, gdyż kolacja rzadko bywała punktualnie. Raz nawet na skutek czytania zgoła wystygła, a mianowicie wtedy, gdy Jan Kazimierz odwiedzał rannego Kmicica. Pani Emilia sarkała, ale dzieci nie były w stanie czekać na koniec do jutra, a i pan Władysław nie posłuchał żony i szorstkim "daj spokój" przerwał jej upominania i, trzymając czarny cwikier na małym palcu, czytał pełen zapału i przejęcia dramatyczną rozmowę Kmicica z królem.
   Bo w czasie tych wieczornych lektur przede wszystkim przeżywały dzieci smutki Skrzetuskiego, rozpacze Bohuna i przygody Kmicica. Opłakiwały śmierć małego rycerza, przejmowały się awanturniczymi przygodami Atosa i Portosa, nienawidziły Mazarina, wielbiły d'Artagnana. Podczas tych czytań poznały także siwobrodego Wernyhorę i cierpienia branek wziętych w jasyr. Tam po raz pierwszy śmiały się z zawziętej zawiści rejenta Milczka i buńczucznej agresywności Cześnika. Tu nawet, choć zdawać by się mogło, że jest to dla nich "zbyt trudne" zobaczyły po raz pierwszy strofy Słowackiego obraz sześciu córek Popiela, ujętych snem kamiennym.

   Wszystkie te wspaniałe przygody i czułe sceny przesuwały się przed ich oczyma wyraziście i plastycznie, bo - trzeba powiedzieć - pan Władysław miał niepospolity dar głośnego czytania. Czytał głosem donośnym, wyraźnie i jasno, gdzie trzeba kładąc akcenty grozy, smutku, przerażenia i podziwu, ale zawsze bardzo dyskretnie. Gdy czasem zastępowała go w czytaniu pani Emilia, przyjemność była o połowę mniejsza. Pani Emilia bowiem nie czytała dobrze: nie tak wyraźnie, a przede wszystkim nie tak spokojnie i po prostu. Dzieciom wydawało się, że czyta sztucznie, i nie lubiły jej słuchać.
   Ale czytanie ojca uwielbiały. Czytanie to było punktem kulminacyjnym dnia. Dzieci cieszyły się na nie od rana, zwłaszcza gdy akcja znajdowała się w jakimś ciekawym a przejmującym momencie, co przy Sienkiewiczu zdarzało się często.

Zofia Starowiejska-Morstinowa: Dom. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań [2014], s. 126-127

sobota, 6 grudnia 2014

...trzy wielkie tomy Szekspira z ilustracjami Dorégo

  Czasami niektóre gusty i upodobania Władysława nie były znane nikomu i objawiały się nagle i całkiem niespodziewanie. Tak właśnie ujawnił się jego kult dla Szekspira w chwili mało do tego - zdawałoby się - sposobnej, bo w chwili wybuchu pierwszej wojny. Gdy wtedy państwo Władysławowie opuszczali Dom, pan Władysław wręczył Helence skórzaną teczkę, wypchaną i ciężką, przykazując jej, by się z nią nigdy, pod żadnym pozorem nie rozstawała. Helenka, dumna z tej misji, piastowała ciężką teczkę sumiennie i szczęśliwie dowiozła ją do ostatecznego kresu wojennej tułaczki - do Wiednia. 
  Tu, gdy już państwo Władysławowie się urządzili, kiedyś wieczorem pan Władysław, ruszając wąsikami, zapytał Helenki:
- Czy wiesz, coś tak piastowała przez całą drogę?
Helence z ciekawości aż rumieńce wystąpiły na twarz. Spodziewała się jakiejś wielkiej rewelacji. Także zainteresowała się tym Emilia, która jakoś dotąd nie zajmowała się misją powierzoną Helence. Pan   Władysław otworzył teczkę i zaczął z niej wyciągać, jeden po drugim, trzy wielkie tomy Szekspira z ilustracjami Dorégo.
Helenka była zadziwiona, dlaczego spośród książek zabrał ojciec tę - Szekspir był jej daleki i nieznany. Natomiast pani Emilia nie starała się nawet ukryć swej irytacji i oburzenia:
- Jak to? To kazałeś jej dźwigać przez cała drogę? Ja myślałam, że to są jakieś ważne papiery. Gdybym była wiedziała, że to znowu te głupie książki... - Nie dopowiedziała, co by się wówczas stało, ale można się było domyślić, że nic dla Szekspira dobrego.
Pan Władysław jednak był zadowolony i dumny, że i jemu raz udał się zakonspirowany podstęp.

Zofia Starowiejska-Morstinowa: Dom. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań [2014], s. 77-78

piątek, 5 grudnia 2014

Podobnie wygląda księgozbiór przechowywany w mojej pamięci...

"Tracę do niej sympatię, kiedy w chwilę później oznajmia:
  - Chciałabym zobaczyć pani bibliotekę.
Bo nie mam biblioteki. Wstydzę się tego, ilekroć odwiedzam innych pisarzy - co zresztą zdarza się rzadko - i widzę porządnie ustawione na regałach ksiązki, które powinno się mieć w domu: Stendhal, Sade, Leiris, numery miesięcznika "Nouvelle Reuve Française", czyściutkie, chociaż najwidoczniej wykorzystane, wertowane często, lecz zawsze pod lampą, czystymi rękami. Nigdy nie skąpane w pełnej mydlin wannie; u innych widzi się Montaigne'a, Henry Jamesa, książki świadczące o właścicielu, robiące najkorzystniejsze wrażenie... Ale ja nie mam biblioteki. Mam trochę książek. Najmniej tych, które najbardziej lubię, bo te pożyczam na wszystkie strony i już ich nie dostaję z powrotem.
  - Musi pani jednak mieć ulubionych autorów?
 - O tak, każdy ma ulubionych autorów. W ciągu piętnastu lat był czas, żeby ich przesiać i spreparować. Ale mówiąc szczerze, jest z nimi tak samo jak z moją biblioteką, gdzie jeden ocalały z pełnego wydania tom Montaigne'a gubi kartki między poezjami Miłosza [Oskara - przypisek paren], powieścią kryminalną i oprawnym w karton Balzakiem wyłowionym sześć razy z wanny oraz pięknym zbiorem wierszy Baudelaire'a, który Vincent wygrał na tomboli. Tu i ówdzie stoją schludne egzemplarze powieści, które dostałam od wydawnictw do zrecenzowania i po które nigdy drugi raz nie sięgnę.  Podobnie wygląda księgozbiór przechowywany w mojej pamięci. Prócz Paula Féval zabłąkały się tam jakieś strofy Villona, piosenki sprzed trzech wieków albo trzech dni, jakieś zdanie Bernanosa sto razy obracane w myśli niby szlachetny kamień; z mgły wyłania się gipsowy słoń, w którego wnętrzu sypiał Gavroche, a dalej ciepła noc pod arkadami na ulicy de Rivoli, opustoszałe zimą Biarritz z ciemnymi fasadami domów w stylu drugiego cesarstwa. Albo saliny Croisic, Guérande Beatryczy, gdzie kornet Krzysztof Rilke, jak mi się wydaje, snuł swoje melodyjne smutki."

Françoise Mallett-Joris: Papierowy dom. Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1980, s. 129-130, tłum. Maria Skibniewska

czwartek, 4 grudnia 2014

Nadmiar lektur zaiste mąci umysł...

  "Jest udokumentowanym zjawiskiem, że ludzie, którzy mają za sobą długi okres studiów, nie potrafią już czytać dla przyjemności, przynajmniej przez pewien czas. Po obronie pracy doktorskiej uzmysłowiłam sobie z przerażeniem, że rozrywkę, która towarzyszyła mi i dodawała otuchy od trzeciego roku życia, zmiażdżył ciężar licznych stron czytanych wyłącznie w celach informacyjnych. Nadmiar lektur zaiste mąci umysł.
  Tej podoktoratowej zimy niezadowolenia, gdy próbowałam przebrnąć przez choćby najlżejszą beletrystykę, przyłapywałam się na tym, że śledzę fabułę i szukam sensu, używając tych samych technik, jakie opanowałam w celu akademickiego przetrwania. Koniec z niespiesznym smakowaniem książki, winem, kominkiem, kotem na kanapie. Teraz należało uchwycić samo sedno i iść dalej. Wiele osób po studiach doktoranckich opowiada podobne smutne historie.
  Na szczęście ludzie opowiadają też o uzdrowieniu. Moje czarodziejskie ponowne "podłączenie" zawdzięczam powieści Pata Conroya Muzyka plaży. Zdania były tak piękne, tak interesująco i pokrętnie sformułowane, że przestałam przelatywać tekst i zaczęłam się zastanawiać, co autor miał na myśli. Konstrukcje Conroya trzeba wdychać powoli, w przeciwnym razie nie podbijają triumfalnie mózgu. Wkrótce czytałam jak Bóg przykazał, jedno piękne zdanie po drugim, smakowałam opisy, dramatyzm. Po skończeniu książki poczułam radość. Nie z tego, że zaczerpnęłam z niej informacje, ale z samej lektury.
  Dziękuję, panie Conroy."


Wendy Welch: Księgarenka w Big Stone Gap. O przyjaźni, wspólnocie i nadzwyczajnej przyjemności z dobrej książki. Black Publishing (marka wydawnicza Wydawnictwa Czarne), Wołowiec 2014, s. 168-169, tłum. Paweł Lipszyc 

środa, 3 grudnia 2014

Kiedy sprzedajesz komuś książkę...

Grosset & Dunlap
Wydanie I, 1919
Kiedy sprzedajesz komuś książkę, nie sprzedajesz po prostu trzynastu gramów papieru, tuszu i kleju - sprzedajesz całe nowe życie. Miłość, przyjaźń, humor i statki na morzu w nocy - w książce, prawdziwej książce, są całe niebo i ziemia.

Christopher Morley, The Haunted Bookshop.
[s. 9]

***

Towarzystwo książek jest cudowne. Kiedy wchodzisz do pokoju i zastajesz tam mnóstwo książek, nie musisz ich nawet zdejmować z półek, a wydają się do ciebie mówić, witają cię.

William Ewart Gladstone
[s. 196, rozdział: Życie z rozmachem w księgarni w małym miasteczku]

                                                        ***

Fulcrum, 1991
Biblioholik na każdym kroku staje przed koniecznością trudnych wyborów: musi wybierać między czytaniem a jedzeniem, między kupieniem nowego ubrania a kupieniem książek, między życiem na przyzwoitym poziomie, a życiem nędznego, lecz masochistycznego szczęścia wśród nadużyć.

Tom Raabe, Biblioholism. The Literary Addition
[s. 223, rozdział: Jak dzisiaj kupujemy (z przeprosinami dla Trollope'a]

***

Penguin Books, 2005


Używane książki to dzikie, bezdomne książki; zleciały się wielkimi chmarami o rozmaitym upierzeniu i mają wdzięk, którego brakuje udomowionym książkom w bibliotece. W tej przypadkowej, pstrokatej zbieraninie możemy spotkać nieznajomego, który, jeśli dopisze nam szczęście, zostanie naszym najlepszym przyjacielem.

Virginia Woolf, Street Haunting: A London Adventure
[s. 260, rozdział: O polecaniu książek]

                                                       
                                                            ***

Black Publishing, 2014
W wywiadzie z Robertem Spectorem, autorem publikacji o tematyce biznesowej, Cami powiedział: "Jeśli otwierasz księgarnię dlatego, że uwielbiasz czytać książki, lepiej zostań nocnym strażnikiem, bo w ten sposób będziesz miał więcej okazji do czytania". Cami miał rację...

Wendy Welch, Księgarenka w Big Stone Gap
[s. 171]


Fragmenty te zostały użyte jako motto do książki (1) oraz do poszczególnych rozdziałów w książce Wendy Welch: Księgarenka w Big Stone Gap. O przyjaźni, wspólnocie i nadzwyczajnej przyjemności z dobrej książki. [Black Publishing (marka wydawnicza Wydawnictwa Czarne), Wołowiec 2014, s. 9, tłum. Paweł Lipszyc], a ja nie mogłam sobie odmówić przyjemności zacytowania ich w osobnym poście.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

literacki samorodek

"Kiedyś, na długo przed moim nadejściem, [Norman] nabył dwa sklepy przylegające do księgarni i wybił otwory w łączących je ścianach. Przechodząc przez wąskie drzwi, tak wąskie, że ludzie musieli robić to po kolei albo przeciskać się przy ścianach, szorując o siebie brzuchami, można się było dostać do kolejnych pokoi wypełnionych książkami. Sądziłem, że wszystkie te połączone wąziutkimi przejściami pomieszczenia zbudował jakiś gigantyczny szczur, ale Norman wyprowadził mnie z błędu.
Część książek była uporządkowana i oznakowana, część leżała dosłownie wszędzie. Kiedy już lepiej rozumiałem ludzi, zdałem sobie sprawę, że to właśnie ten niewiarygodny bałagan lubili w księgarni Pembroke najbardziej. Nie przychodzili po to, by po prostu kupić książkę, wybulić trochę kasy i się stąd zmyć. Pałętali się po sklepie. Nazywali to szukaniem, ale bardziej było to grzebanie albo przekopywanie. Dziwiłem się, że nie przychodzili z łopatami. Próbowali dokopać się do skarbów gołymi rękami, czasami zanurzali je po pachy, a kiedy wyciągali jakiś literacki samorodek z kupy śmieci, byli szczęśliwsi, niż gdyby po prostu weszli i go kupili. Pod tym względem zakupy w Pembroke były jak czytanie: nigdy nie wiesz, co spotkasz na następnej stronie - na następnej półce, w następnym regale czy pudle - i na tym właśnie polegała przyjemność grzebania."*

*Sam Savage: Firmin. Przygody wielkomiejskiej szumowiny. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 40-41, tłum. Radosław Nowakowski

niedziela, 30 listopada 2014

...bodaj najsłynniejsza anglojęzyczna księgarnia na kontynencie. Shakespeare and Company.

[...]Podczas pobytu w Paryżu autor Komu bije dzwon jeszcze nieraz okaże się człowiekiem pełnym sprzeczności, często dającym się ponieść zbyt bujnej wyobraźni lub po prostu okłamującym innych, co po latach sam niejako potwierdził w przedmowie do pośmiertnie wydanych wspomnień z tamtego okresu: "Jeżeli czytelnik woli, książkę tę można uważać za beletrystykę. Ale jest zawsze szansa, że taka książka beletrystyczna może rzucić pewne światło na coś, co zostało opisane jako fakt"* W rzeczywistości daleko było Hemingwayowi do pomnikowego i dość uproszczonego wizerunku przedstawionego w filmie Allena, ale jedno twórca Manhattanu oddał znakomicie już w pierwszej scenie z udziałem tej postaci - dla przyszłego noblisty najważniejsze było pisarstwo.

SYLVIA BEACH I SHAKESPEARE AND COMPANY
12 Rue de l'Odéon w Paryżu
Tu mieściła się księgarnia
Shakespeare and Company.
Zdjęcie współczesne.
Nic więc dziwnego, że jednym z pierwszych miejsc, które odwiedził młody dziennikarz była bodaj najsłynniejsza anglojęzyczna księgarnia na kontynencie. Shakespeare and Company, mieszcząca się wówczas na 12. rue de l'Odéon (obecnie 37, rue de Bûcherie - więcej na temat tej lokalizacji w rozdziale "Przed zachodem słońca i inne filmy o miłości, czyli romantyczny Paryż") została założona przez Sylvię Beach w 1919 roku, po tym jak zdecydowała się ona osiedlić nad Sekwaną. Współpraca z sąsiadującym "La Maison des Amis des Livres" (Domem Przyjaciół Książek) i jej właścicielką Adrienne Monnier bardzo szybko przerodziła się w coś więcej niż przyjaźń. Te dwie niezwykłe kobiety spędziły ze sobą resztę życia, a ich wieloletnia działalność okazała się kluczowa dla francuskich i anglosaskich literatów. Dla pierwszych - bo wspomniane panie tłumaczyły wszystkie najważniejsze dzieła Amerykanów i Brytyjczyków na język francuski. To właśnie one jako pierwsze po latach przybliżyły twórczość Hemingwaya rodakom Adrienne. Dla drugich - ponieważ w Shakespeare and Company istniała także wypożyczalnia książek w rodzimym języku gości zza oceanu. Co więcej, emigranci mogli tam odbierać swoją pocztę, a dla nowoprzybyłych księgarnia stanowiła punkt kontaktowy z osiadłymi już rodakami.[...]

* E. Hemingway, Ruchome święto, Warszawa, 1966

Rozdział: "O północy w Paryżu, czyli Amerykanie nad Sekwaną", s. 141-143

James Joyce oraz Sylvia Beach i Adrienne Monnier w Shakespeare and Company, Paryż 1920

George Whitman
w oknie swojej księgarni, 2008
fot. Olivier Meyer
[...]W tym miejscu kończy się fantastyczny film Richarda Linklatera - Przed wschodem słońca. Nie wiemy, jak kończy się historia Jessego (Ethan Hawke) i Celine (Julie Delpy). Dziewięć lat później - w obrazie Przed zachodem słońca - dojrzalsi już bohaterowie spotykają się w Paryżu. Jesse jest mężczyzną w średnim wieku i właśnie przyjechał nad Sekwanę, gdzie promuje swoją bestsellerową książkę w słynnej Shakespeare & Co. Warto podkreślić, że nie jest to ta sama księgarnia, o której opowiadaliśmy przy okazji Sylvii Beach i szalonych lat dwudziestych w rozdziale "O północy w Paryżu", czyli Amerykanie nad Sekwaną. Po tym, jak zamknęli ją Niemcy, panna Beach nie zdecydowała się ponownie jej otworzyć. Poznała jednak trzydziestopięcioletniego George'a Whitmana, który w roku 1948 osiadł w Paryżu, by studiować na Sorbonie między innymi literaturę francuską. W 1951 roku postanowił założyć księgarnię na 37, rue de la Bûcherie, gdzie funkcjonuje ona do dzisiaj. Początkowo nazwana La Mistral, podobno na cześć pierwszej miłości właściciela, wkrótce została przemianowana na Shakespeare & Co., by uczcić legendę straconego pokolenia lat dwudziestych. George Whitman prowadził księgarnię przez sześćdziesiąt lat - wspierał młodych pisarzy, organizując wieczorki literackie, a nawet zapewniając im nocleg. Taka możliwość istnieje do dzisiaj pod warunkiem, że twórca zobowiąże się do pracy na rzecz księgarni w wymiarze dwóch godzin dziennie, a także będzie czytał jedną książkę na dobę, co jest bardzo niską ceną za darmowe noclegi tuż nad brzegiem Sekwany z widokiem na pobliską Notre Dame. Podobno niegdyś trafił się oryginał, który w Shakespeare & Co. mieszkał siedem lat! [...]

Rozdział "Przed zachodem słońca i inne filmy o miłości, czyli romantyczny Paryż", s. 256-257

Shakespeare & Co. Antiquarian Books, Paryż.
fot. Simple Dolphin Flickr.com

Wnętrze księgarni Shakespeare & Co.
fot. Toshio Kishiyama Flickr.com

Łóżko (nad nim tablica pamiątkowa) na trzecim piętrze księgarni Shakespeare & Co.
fot. Glynnis Ritchie Flickr.com

Oba fragmenty pochodzą z książki Michała Bąka: Filmowy Paryż, czyli magia kina i miasta. Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, tytuły rozdziałów oraz numery stron podałam pod każdym fragmentem. Zdjęcie okładki pochodzi ze strony Wydawnictwa.
Żółte cieniowanie tła jest zgodne z tekstem książki. Dla przejrzystości zmieniłam znak przypisu we fragmencie pierwszym z "6" na "*"

piątek, 28 listopada 2014

Gdy ostatni raz korzystałem z biblioteki, wciąż mieli wielkie, długie szafki katalogowe...

To prawda, że czytam dużo książek, ale przeważnie je kupuję, zwykle z drugiej ręki. Gdy ostatni raz korzystałem z biblioteki, wciąż mieli wielkie, długie szafki katalogowe. Nawet w szkole, kiedy komputery stały się standardem, nadal korzystałem z katalogów kartkowych. Lubiłem wyciągać kartę autora i sprawdzać listę wymienionych książek.
Spodziewałem się zobaczyć za biurkiem w bibliotece starszą panią, ale widzę chłopaka, mniej więcej w moim wieku, z długimi, kręconymi włosami. Jest wygadany, ale od razu go polubiłem.
 - Macie gdzieś te karty? - pytam.
 - Jakie karty? Karty do gry? Biblioteczne? Kredytowe? - Wyraźnie dobrze się bawi. - Co dokładnie masz na myśli?
Próbuje sprawić, żebym poczuł się niewykształcony i całkiem beznadziejny, choć tak naprawdę nie potrzebuję do tego pomocy.
 - No wiesz, karty ze wszystkimi pisarzami i autorami, i takie tam - wyjaśniam.
 - Och. - Teraz śmieje się na całe gardło. - Dawno nie byłeś w bibliotece, co?
 - Tak - odpowiadam. Teraz rzeczywiście czuję się niewykształcony i beznadziejny. Mógłbym równie dobrze nosić znak mówiący, że jestem zupełnym zerem. Wykorzystuję to. - Ale czytałem Joyce'a, Dickensa i Conrada.
 - A kim oni są?

poniedziałek, 24 listopada 2014

Wielcy pisarze to tacy, którzy zmuszają nas, żebyśmy ich czytali.

"Różnica między książkami Patricka Bessona a książkami innych pisarzy jest prosta: książki innych pisarzy odkładamy na szafkę nocną, mówiąc sobie: "Muszę to koniecznie przeczytać", natomiast książki Bessona zaczynamy czytać od razu i czytamy je do końca, a dopiero potem odkładamy je na stolik. Dlaczego? To poczucie humoru pisarza przyciąga i utrzymuje naszą uwagę. Istnieją inni inteligentni literaci, inni zabawni autorzy, inni okrutni pisarze, ale żaden z żyjących nie ma tak ciętego dowcipu. Cięty dowcip (wit, jak mówią Anglicy) to mieszanka intelektu, humoru i agresji. Besson wykazuje się nim w każdej książce, a Bóg mi świadkiem, że publikuje sporo! Ponieważ jestem leniwy, nie lubię grafomanów: nie mam czasu śledzić ich twórczości. Ale nie przeoczę żadnej książki Bessona, w obawie, że ominie mnie jakiś dowcip stulecia. Wielcy pisarze to tacy, którzy zmuszają nas, żebyśmy ich czytali."

Frédéric Beigbeder: La Femme riche Patricka Bessona (1993), esej nr 30 w: Pierwszy bilans po apokalipsie. Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2014, s. 264, przekład Magdaleny Kamińskiej-Maurugeon


Niestety, omawiana przez autora książka Bessona, La Femme riche, nie doczekała się jeszcze polskiego wydania. W Polsce wydane zostały na razie dwie:

Philip Wilson, 2007
Noir sur Blanc, 2011


niedziela, 23 listopada 2014

Uważam, że najlepsze dla umysłu jest obcowanie z mądrym człowiekiem

Józef Hen: [...] Ponadto wiem, że wiele chorób somatycznych ma podłoże psychosomatyczne.
Joanna Tomczak-Ben Othamne: Właśnie. Jako 85-latek [wywiad pochodzi z roku 2009 - przypisek paren] ma pan niezwykle jasny umysł i bardzo dobrą pamięć. Czy gimnastykuje pan także swój umysł?
J.H.: Od wielu lat nie biorę żadnych pigułek nasennych. Zgodnie z moją tezą: nie boję się bezsennych nocy, doszedłem do wniosku, że zamiast przewracać się z boku na bok, mogę coś zrobić, będę pisał, czytał. Ale co czytać? Uważam, że najlepsze dla umysłu jest obcowanie z mądrym człowiekiem. Dlatego nie wybieram tak zwanej literatury lekkiej, ale autorów, co do których mam poczucie, że nie chcą mnie pognębić, tylko dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. Takimi autorami są Tadeusz Boy-Żeleński, Montaigne, Bertrand Russell. Przy tego typu lekturach zasypia się, bo następuje uspokojenie i odprężenie. Nie jest prawdą, że zaśnięcie ułatwia nudna i ciężka lektura - odkłada się książkę i dalej się nie śpi....*

*Fragment pochodzi z wywiadu Życie mi smakuje, zamieszczonego w Moda na zdrowie, październik 2009, a przytoczonego w zbiorze wywiadów z Józefem Henem z lat 1948-2013, w wyborze córki pisarza.

Wiem, co mówię, czyli dialogi uzdrawiające. Spotkania z Józefem Henem. Wybór i opracowanie Magdalena Hen. Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2013, s. 195

sobota, 15 listopada 2014

Uwielbiał poznawać ludzi, oglądając ich księgozbiory...

 "Książki Doroty przyciągnęły jego pilną uwagę. Uwielbiał poznawać ludzi, oglądając ich księgozbiory. Ten był - jak ona! - przyjemny, lecz zupełnie nie fascynujący. Porządny, solidny i poprawny, konkretny, nie zawierał żadnych rewelacji i z pewnością nie wywołałby zawrotu głowy. Klasyka. Nic z awangardy. Absolutny brak filozofii, żadnych książek religijnych, z wyjątkiem małego, pożółkłego, najwyraźniej pamiątkowego modlitewnika (szkolny charakter pisma na stronie tytułowej zdradzał pierwszego właściciela: Paweł Rumianek). Modlitewnik założony był zasuszonymi niezapominajkami. Totalna nieobecność albumów o sztuce! - zgroza, doprawdy, ani jednego! Sporo lektur szkolnych. Żadnych kryminałów, poza Agathą Christie. Wszystkie książki Orwella?! A to ciekawe. Čapek! A to niezwykłe. Spokojne powieści obyczajowe w starych wydaniach. A to już zwykłe. Kobiety w jego rodzinie też lubiły te wszystkie sagi i perswazje wraz z dumą i uprzedzeniem. Noce i dnie - lektura, lecz, sądząc po stanie zaczytania - lubiana. Pierwsze wydanie powojenne. Ale tu - proszę, proszę - oto starannie dobrany, bardzo duży i bogaty zbiór wartościowych książek o tematyce przyrodniczej - dowodzi poważnego stosunku do obranej specjalności.
   Nie znalazł ani jednego tomiku poezji - a czegóż tu się spodziewać?
[...]
  Za pudełkiem szachów (to ona grywa w szachy?!) znalazł, upchniętą w zakamarku regału, książkę Gombricha O sztuce; była to szkolna nagroda za bardzo dobre wyniki nauczania, jak głosił napis na stronie tytułowej, podbity pieczątką. Najwyraźniej Dorota nigdy nawet nie otworzyła tej pięknej książki, tylko od razu wcisnęła ją w kąt. Kartki były dziewiczo czyste.
Ignacy Grzegorz lubił Gombricha jeszcze od gimnazjum, toteż usiadł w kącie, na skrzyni, podłożywszy sobie swoją poduszkę, i zabrał się do czytania..."

Małgorzata Musierowicz: Wnuczka do orzechów. Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2014. Wydanie I, s. 97-98

piątek, 14 listopada 2014

Skądże te dźwięki lecą skaleczone nocą...

Okładka
W setną rocznicę urodzin Leopolda Staffa

Skąd ta kwinta w powietrzu? Czy żaby rechocą?
Ale przecież listopad. Śpią na dnie jeziora.
Skądże te dźwięki lecą skaleczone nocą
I coś tak dzwoni jak gitara chora?

Na wodzie leżą liście niby żółte tarcze,
A górą idzie westchnienie jak rzeka.
Wysokie drzewa wznoszą swe ramiona starcze.

Och, Poldziu kryształowy, proszę, nie uciekaj!

14 XI 78

Jarosław Iwaszkiewicz: "W setną rocznicę urodzin Leopolda Staffa". W zbiorku: "Muzyka wieczorem". Czytelnik, Warszawa 1986, s. 13


Leopold Staff - portret Fryderyka Pautscha (1908)

wtorek, 11 listopada 2014

Nieważne jest, żeby przeczytać dużo książek, ale żeby przeczytać dobrze.

Półki były aż trzy. Na najwyższej półce - książki. Niektóre jeszcze te dziecinne, z którymi nie mógł się rozstać, wśród nich "Bohaterski miś" Bronisławy Ostrowskiej, kilka indiańskich, a także parę "dorosłych" książek, które ojciec mu powierzył, między nimi gruba książka o królowej Jadwidze i "Pan Tadeusz" z rysunkami Andriollego, to była ulubiona książka ojca i ojciec czytał ją bardzo często. Mówił:
- Nieważne jest, żeby przeczytać dużo książek, ale żeby przeczytać dobrze.
Dobrze - znaczyło według ojca prawie umieć książkę na pamięć. Stach nie podzielał poglądów ojca. Lubił "połykać " książki, czytać jednym tchem, dosłownie z zapartym oddechem, tak że po ostatniej stronie kręciło mu się w głowie. Książki obłożone były w jednakowy niebieski papier, "lazurek", jak mówiło się w szkole, a nawet miały wypisane tuszem numerki jak w prawdziwej bibliotece.

Anna Kamieńska: Żołnierze i żołnierzyki. Nasza Księgarnia, Warszawa 1978, wyd. drugie, s. 12. Wydanie w serii Biblioteka Młodych

Spośród wielu ilustracji Andriolliego do "Pana Tadeusza", zamieszczonych na stronie Wikiźródła, wybrałam pięć...

Zosia kładnie pończoszki białe...

Gość niespodziewany - gajowy...

Wnet Gerwazy przez tłum się przecisnął...

Wojski przez okno kuchni...

Poloneza czas zacząć...

piątek, 7 listopada 2014

a słowem zawsze wiatr się bawi...

Te wodospady liści...
Przychodzisz zawsze, gdy mnie nie ma,
zostawiasz list pod wycieraczką.
I nawet ciemność pachnie tobą,
a schody niosą mnie aż do nieba.

Wybiegam z listem pod kasztany
i wszystko płonie, wszystko płonie.
Spadają liście rozpalone
i zaglądają mi przez ramię.

Te wodospady liści,
te listopady łez.
Czy wszystko musi gasnąć?
Czy bardzo tego chcesz?

A w twoim liście także jesień
i czułe słowa opadają.
Już słowo kocham nam pożółkło,
a słowem zawsze wiatr się bawi.

A mimo wszystko jest spokojnie,
bo świat mój miękki i zamszowy.
Na oślep mogę gnać przed siebie,
o babie lato rozbić głowę.


Tekst "Listopady liści":  Jacek Cygan
Muzykę napisał Jerzy Filar; a najbardziej znane jest wykonanie Maryli Rodowicz

środa, 5 listopada 2014

Człowiek przestał być małpą (...) w dniu gdy została napisana pierwsza książka.

18 stycznia [1985]
  Mało znany jest Drobiazg do antologii o książkach, napisany przez Zamiatina w roku 1928. "Kiedy moje dzieci wychodzą na ulicę źle ubrane, boli mnie to. Kiedy obrzucane są kamieniami przez ulicznych łobuziaków, cierpię nad tym. Kiedy chirurg zabiera się do krajania ich lancetem, wolałbym, aby ciął moje własne ciało. Moje dzieci to moje książki, innych nie mam. Są książki o takim samym składzie chemicznym, jak dynamit. Jedyna różnica polega na tym, że kawałek dynamitu wybucha raz, a książka wybucha tysiące razy. Człowiek przestał być małpą, pokonał małpę, w dniu gdy została napisana pierwsza książka. Małpa nie zapomniała o tym do dzisiaj: spróbujcie dać jej książkę, podrze ją natychmiast na strzępy, splugawi, opluje".

Gustaw Herling-Grudziński: Dziennik pisany nocą. 1984-1988. Oficyna Wydawnicza Plejada przy Fundacji na rzecz wydawania "Tygodnika Literackiego" oraz Wydawnictwo "Dom Słowa Polskiego". [Warszawa] [1990], T. 1, s. 104-105

środa, 29 października 2014

"Falczak zastanawia się, kto zawiadamia ptaki, że on właśnie umył samochód"

Cztery lata temu, 29 października 2010, zmarł Ludwik Jerzy Kern...


Ludwik Jerzy Kern 
(29 grudnia 1920-29 października 2010)

Wspomina Robert Kasprzycki:

Ludwik Jerzy Kern to jedna z postaci, poznanie których lubię porównywać ze spotkaniem góry lodowej - zza skłębionych fal widzisz trójkąt lodowego sopla, ale tak naprawdę to zaledwie początek przygody. Zwabiony wierszem, powieścią, piosenką, sięgasz głębiej i napotykasz bezmiar - dowcipu, mądrości, ciepłej ironii, a przy tym obcujesz z rzeczami napisanymi świetną polszczyzną. Prócz wierszyków dla dzieci, Kern to znakomicie napisane wiersze "o dorosłych dla dorosłych", nadal świetnie opisujące "mental" współczesnego Polaka, to niepowtarzalne postaci z jego książek - Słoń Dominik, Pinio, Ferdynand Wspaniały, bezbłędnie wpisujące i wbijające się nam w pamięć. Dodać też można, iż postaci te pochodzą jakby z innego wymiaru, są trochę jak Starsi Panowie Dwaj, ze świata, w którym baśniowość i fantastyka ulotnie łączą się z jakimś rodzajem przedwojennego, staromodnego sznytu, elegancji, kindersztuby.
[...]
W czasach pseudośmiesznych kabaretów, wspomnieć warto przynajmniej kilka z jego one-linerów:

"Na plaży w Sopocie Falczak spotkał dziewczynę tak szczupłą, że kiedy siadała na banknocie 200-złotowym, to jeszcze było widać 123 złote i 65 groszy".

"Owszem - powiada Falczak - wysyłam czasem z podróży pocztówkę do mego szefa, ale nic na niej nie piszę, bo ja go nie lubię".

"Falczak zastanawia się, kto zawiadamia ptaki, że on właśnie umył samochód".

"Lekarz zalecił Falczakowi codzienny, pięciokilometrowy spacer, ale Falczak na szczęście znalazł drogę na skróty".*

* Robert Kasprzycki: Ludwik syn Ludwika. W: Twoja Księgarnia 3(19)2013, s. 11


Z panem Kernem to nie tylko codzienny pięciokilometrowy spacer, ale i codzienne korki na zatłoczonych drogach...

Wydawnictwo Literackie 2002

środa, 22 października 2014

Wtedy wiadomo, jak daleko się doczytało...

Ten fragment jest bardzo krótki, ale nie mógł się tutaj nie znaleźć:


  Valdemar Florin siedział przed panoramicznym oknem z widokiem na ulicę Flyndersøvej i niemal bezkresną panoramę zatoki Hesselø. Za nim cztery pary podwójnych szklanych drzwi w amfiladzie otwierały się na taras kryty piaskowcem i basen, leżący pośrodku ogrodu niczym wyschnięta oaza. Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Bywali tu nawet członkowie rodziny królewskiej.

   Florin siedział spokojnie, czytając książkę. Nogi na podnóżku, ogień w kominku, szklaneczka whisky na marmurowym stole. Bardzo harmonijny widok, jeśli nie liczyć kartek z książki, walających się po dywanie.

  Carl odchrząknął parę razy, ale stary rekin finansjery nie odrywał oczu od książki i spojrzał na nich dopiero, gdy doczytał do końca strony. Następnie wyrwał kartkę i rzucił na podłogę obok pozostałych.

Wtedy wiadomo, jak daleko się doczytało – powiedział. – Komu zawdzięczam ten zaszczyt? [...]*


* Jussi Adler-Olsen: Zabójcy bażantów. Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2011, s. 55, tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

wtorek, 21 października 2014

Dwudziesty pierwszy wiek zdecydowanie należy do mediów

Niezależnie od tego, ile z wymienionych przeze mnie metod uwodzenia czytelnika zastosuje pisarz, jego książka nie pozyska wielkiego grona odbiorców, jeśli nie zostanie odpowiednio zareklamowana. Dwudziesty pierwszy wiek zdecydowanie należy do mediów. Telewizja, Internet, radio i gazety mówią ludziom, jak żyć, co jeść, jak wyszorować drewnianą podłogę, a oni stopniowo się do tego przyzwyczajają, bo nieustanny pośpiech nie pozwala na samodzielne podejmowanie decyzji. Chroniczne zmęczenie (znak naszych czasów) sprawia natomiast, że konieczność dokonywania jakiegokolwiek wyboru jawi się konsumentom jako kolejny niepotrzebny wysiłek. W jakim stopniu odpowiednie wykorzystanie tej sytuacji może pomóc w promocji książek - produktów, które traktuje się dziś często na równi z innymi towarami? Zdarzenie przywołane przez Leszka Talko w artykule  Bestseller, czyli coś z niczego dowodzi, że w bardzo dużym.
Autor opowiada o nagłym zainteresowaniu czytelników książką Gregory'ego Davida Robertsa pt. Shantaram. Opasła powieść leżała na półkach polskich księgarni przez dwa lata, nie zdobywając zbyt wielkiego uznania odbiorców, aż pewnego dnia jej wydawca otrzymał nagle mnóstwo telefonów. Reprezentanci sieci Empik, internetowego sklepu Merlin, a także pracownicy wielkich hurtowni ustawili się w kolejce, oczekując na więcej egzemplarzy. Nikt nie wiedział dokładnie, jak to się stało, ale coraz więcej klientów pytało o  Shantaram. Dopiero po kilku tygodniach udało się ustalić przyczynę. Podobno Marcin Meller ciekawie opowiedział o tej książce w swojej audycji w Roxy FM. *

* Leszek K. Talko, Bestseller, czyli coś z niczego, [w:] "Gazeta Wyborcza", s. 6 [dostęp 13 listopada 2013], 
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127291,7395136,Bestseller_czyli_cos_z_niczego.html

Agnieszka Moroz: Jak uwieść czytelnika? Jonathan Carroll i Andrzej Sapkowski wobec kulturowych koncepcji śmierci. Wydawnictwo Pisarze.pl, Warszawa 2014, s. 32
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...