czwartek, 28 lutego 2013

Grzegorz Wasowski czytał... "Chłopów"


Grzegorz Wasowski czyta...
Chłopi
(1902-1909)

Nie da tego nawet matka,
co Reymonta "Chłopi" Władka.


Okładka
Drogie dziatki, chcemy streścić,
Co w powieści "Chłopi" zmieścił
Władek Reymont. To wyczyny
Gospodarza są Boryny.

Choć na karku szósty krzyżyk
Miał, nie myślał wcale by żyć
Bez kobiety, więc gdy żona
Zeszła, Maciej chciał w ramiona

Jagnę wziął Dominikównę
(Dziewiętnaście lat), co głównie
Uchodziła za dziewczynę,
Co to wpuszcza pod pierzynę.

Okładka
Jagna chętkę ma na Antka,
Syna Maćka, z nim też randka
Nieraz jej się później zdarzy.
Maciej Jagnę chustką darzy

I sześć mórg jej zapisuje.
Antka, który protestuje
Razem z Hanką (czyli ślubną)
Eksmituje zaś na gumno.

No, a potem już wieś Lipce
Raczy swoim weseliskiem.
Chociaż feta to niezwykła
Nie dla wszystkich, bo na przykład

Kuba Socha obciął sobie
Nogę w stajni. Ten parobek
Nielegalnie w lesie łowił,
Tam też zdybał go borowy

Robiąc w nodze kulką defekt,
Co gangreny dało efekt.
Gdy wesele jeszcze trwało
Kuba S. opuścił ciało.

Przyszła zima, z forsy braku
Antek idzie do tartaku,
Zaś po pracy każda chwila
Płynie mu na krotochwilach

Z Jagną, bo wciąż ma ochotę,
Choć wieś huczy już od plotek.
Gdy kolejna trwała schadzka
Maciej zaszedł ich znienacka

I podpalił siano w stogu,
W którym zlegli i dać bobu
Chciał widłami im, lecz oni
Ujść zdołali z jego dłoni.

Gdy do lasu wysłał drwali
Dziedzic, by go wyrąbali,
Że las był serwitutowy
W chłopach bunt się zrodził zdrowy.

A że dworskich mieli dosyć
Poszły cepy w ruch i kosy.
Antek widząc jak borowy
Dobrał kolbą się do głowy

Ojca, cisnął precz urazy
I śmiertelnie go poraził.
Wspomagani parobkami
Drwale wieją przed chłopami.

Lecz zwycięstwa gorzki finał
Ciężko ranny jest Boryna,
A syn jego wraz z chłopami
Wnet ląduje za kratkami.

Jagna za to z wójtem kręci,
A następnie bez pamięci
Kocha syna organisty.
Maciej odzyskuje zmysły

Informując Antka żonę,
Gdzie ukrytą ma mamonę,
Co ma użyć w sposób taki,
By wykupić Antka z paki.

Gdy raz jeszcze, którejś nocy
Oprzytomniał, to wstał, po czym
Ruszył w pole po zagonach
Ziemię siać i siejąc skonał.

Antek, gdy go wypuszczono
Na rodziny wraca łono,
A wójt, jak się okazuje,
Wielką sumę defrauduje.

Wieś jest zdania, że pieniądze
Puścił na Jagnine żądze.
Nikt już nie chce jej tam dłużej,
Tak więc przy złorzeczeń wtórze

Wiążąc i nie szczędząc razów
Bach ją na wóz w świński nawóz
I wywożą już na dobre
Jagnę poza Lipiec obręb.

"Jesień", "Zima", "Wiosna", "Lato" -
Cztery tomy dzieło ma to
I choć dostać rzecz nie prosta
Reymont Nobla za nie dostał

Nic już nie ma do dodania -
Pora zasiąść do czytania.


Grzegorz Wasowski: "PKS, czyli Przegląd książek szkolnych". Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 125-130

"Mówimy Reymont - myślimy Chłopi"
Władysław Stanisław Reymont (1905) - Jacek Malczewski

wtorek, 26 lutego 2013

Jedyną przyjemną przesyłką w poczcie były książki...

Okładka
"Jedyną przyjemną przesyłką w poczcie były książki od Hatcharda na Piccadilly: nowe ilustrowane wydanie rewolucyjnego "O pochodzeniu gatunków" Darwina, kilka poematów Tennysona, nowo przetłumaczona broszurka Karola Marksa i Fryderyka Engelsa zwana "Manifest komunistyczny", pięć egzemplarzy "Puncha" i najważniejsze ze wszystkiego - jeszcze jeden numer "Ali the Year Round". Był to tygodnik założony przez Charlesa Dickensa. Ten numer zawierał czternasty odcinek "Wielkich nadziei"; planowano je opublikować w dwudziestu częściach.
Mimo że miał jeszcze mnóstwo do roboty, McFay, podobnie jak wszyscy, którzy otrzymali egzemplarz tygodnika, zamknął drzwi na klucz i zaczął pochłaniać kolejny odcinek powieści. Kiedy przeczytał "ciąg dalszy nastąpi", westchnął. Co, do licha, zrobi teraz panna Havisham, ta ohydna stara dziwka? Przypomina mi matkę Maureen. Pokładam w Bogu nadzieję, że wszystko skończy się pomyślnie dla Pipa. Musi tak być! Pokładam w Bogu nadzieję, że dobry stary Dickens da nam szczęśliwe zakończenie...
Zadumał się na chwilę, myśląc z podziwem o tym człowieku i jego wspaniałych powieściach - od "Olivera Twista" sprzed przeszło dwudziestu lat, przez "Nicholasa Nickleby", "Dawida Copperfielda" i kilkunastu innych, aż do fascynującej "Opowieści o dwóch miastach". Bez wątpienia Dickens jest największym pisarzem świata."

James Clavell: "Gai-jin". vis-à-vis Etiuda, Kraków 2009, tłum. Grażyna Grygiel, Witold Nowakowski, Piotr Staniewski

Charles Dickens (1812-1870)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Jak rzadką wśród nas cnotą jest prostota i skromność

Okładka
„Pozostawiony na chwilę w spokoju, zacząłem się ostrożnie rozglądać po ścianach, gdzie wisiała mnóstwo portretów, mniejszych i większych, mężczyzn różnego wieku, z wąsami, brodami, faworytami, a wśród nich jeden, naprzeciw biurka, w bogatych złotych ramach.
- Wiesz, kto to jest? – huknął drukarz.
Skądże mogłem wiedzieć? Wyglądał jak Bóg Ojciec, ale był w anglezie i trzymał w ręce książkę.
- Nie wiesz, nie wiesz – natrząsał się ze mnie stary pan. – A co ty czytasz, Maya?
Czułem, ze należy się natychmiast zaprzeć Maya, którego oczywiście uwielbiałem, lecz zanim przełknąłem ślinę, drukarz obrócił mnie gwałtownie ku ścianie i grzmiał:
- Patrz i ucz się na pamięć tej dostojnej twarzy. To największy pisarz polski.
Na szczęście dostrzegłem u dołu ramy tabliczkę mosiężną z nazwiskiem.
- Kraszewski – szepnąłem.
- A widzisz – udobruchał się – poznałeś, no to jeszcze będą z ciebie ludzie.
Splótł dłonie, oparł je na brzegu biurka i zapatrzył się w portret. Zupełnie innym głosem, cichym i łagodnym, jakby samemu sobie opowiadał:
- Byłem wtedy młodym zecerem. Miałem dobre oczy i dawano mi do składania trudniejsze skrypty. Raz dostałem powieść Kraszewskiego. Był to bardzo trudny skrypt, bo on pisał sznureczkiem, ledwo można było rozróżnić litery, a niejednej brakowało, zgubił ją po drodze – tak się zawsze spieszył! No więc, jakem taki skrypt dostał, tom sobie z wieczora naczytywał, aby rano składać prędzej i nie ślipać przy kaszcie. Aż tu któregoś wieczora siedzę sobie przy świecy i czytam, ale sen zaczyna mnie morzyć. Natarłem sobie uszu, żeby nie zasnąć, widać nie pomogło, bo zasnąłem. Zbudziłem się, kiedy ogień poparzył mi palce. To od świecy zajął się skrypt. Kilkanaście kartek spaliło się – kupka popiołu. Boże, co począć? Wyrzucą mnie z drukarni, zatrzymają ostatni zarobek, może pójdę do kryminału. Tłukłem się z rozpaczy po mojej izdebce przez całą noc. Skoro świt pobiegłem do Kraszewskiego, wiedziałem, gdzie mieszka, bo już raz mnie tam posłano z drukarni. Zastałem go przy biurku i nic nie mówiąc padłem na kolana. Zdziwił się, pyta, o co chodzi? Opowiedziałem, jak i co, a wciąż byłem na klęczkach. On mnie podniósł, posadził na krześle i kazał mi wypić herbatę, którą sobie właśnie ugotował. A potem gładzi mnie po głowie i powiada: „Kochasiu, jakiś ty blady! Pewnie całą noc nie spałeś. Nie bierz sobie tego do serca. W drukarni powiesz, że odebrałem ten manuskrypt, żeby coś poprawić, i przyjdź jutro. A tu masz guldena, zjedz sobie dobry obiad, żebyś odzyskał to, coś stracił przez tę noc nie przespaną”. Na drugi dzień już na mnie czekał z kopertą, gdzie były na nowo napisane te kartki, które się spaliły, i jeszcze śmieje się i powiada: „Wiesz co, kochasiu? Wdzięczny ci jestem, bo tym razem nawet lepiej wyszło”. Taki to był człowiek, rozumiesz? Zapamiętaj to sobie.
Domyślając się, że rozmowa skończona, wstałem, szurgnąłem nogami i wyszedłem. Nikt mnie już nie zatrzymywał.
[…]
Minęło wiele lat, zanim ten sąd uzupełniłem własną refleksją. Trzeba było wpierw poznać, i z osobistego doświadczenia, i z obserwacji innych pisarzy, jak rzadką wśród nas cnotą jest prostota i skromność. Ilekroć wzbiera we mnie gorycz z powodu zgubionej kartki notatek lub rękopisu i gdy już jestem gotów podnieść lament nad zmarnowaną pracą, dochodzi mnie ciepły, uśmiechnięty głos Kraszewskiego, wpisany mi w pamięć przez starego drukarza…”

Jan Parandowski – Zegar słoneczny. Iskry, Warszawa 1978, s. 156-159

Józef Ignacy Kraszewski (1812-1887) w maju 1867

Oto gość dostojny i drogi...

Okładka
"Szwajcarskiemu krytykowi literackiemu Ottonowi Baslerowi (1902-1984) zawdzięczamy charakterystyczną anegdotę. Otóż był z oboma pisarzami na tyle zaprzyjaźniony, że odwiedzali go nawet w jego domu w Argowii.
Gdy 6 lipca 1950 r. Tomasz Mann stanął u jego drzwi, Basler powitał go cytatem z Schillera: "Oto gość dostojny i drogi, lepszy odeń progu tego jeszcze nie przestąpił". Tomasz Mann zdumiał się, cofnął nogę ze stopnia i zareplikował przewrotnie: "Ależ, drogi przyjacielu, czy niedawno nie był u pana Hermann Hesse?". "Owszem - odparł Basler - ale wszedł do domu od drugiej strony". "Ach tak" - rzekł Tomasz Mann i raźnym krokiem przestąpił próg.
   Nim doszło do tej sceny, minęło dobre dwadzieścia lat. Hermann Hesse nazywał Manna "szelmowskim kpiarzem", Mann uważał Hessego za słowika wśród rozlicznych kanarków w klatkach niemieckiego wyrobu. Cóż takiego zrazu dzieliło tych dwóch, aby wreszcie połączyć ich więzią, która, jak wyraził się Mann w 1937 r. w laudacji z okazji sześćdziesiątych urodzin Hessego - utkana była "na równi" z różnic i podobieństw, które między nimi zachodziły?"

Volker Michels w Przedmowie do: Hermann Hesse i Tomasz Mann:  "Korespondencja". PIW, Warszawa 2006, s. 5, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Hermann Hesse i Tomasz Mann

niedziela, 24 lutego 2013

Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem...

Okładka
"Nagle w wejściu do jaskini pojawiła się oświetlona blaskiem księżyca twarz pana Keatinga.
- Pan Keating! - krzyknęli zaskoczeni.
Charlie szybko schował za plecy szklaneczkę i butelkę po winie.
- Przypuszczałem, że was tu znajdę - powiedział Keating. - Moi drodzy, nie wolno zwieszać nosa na kwintę. Neil by na to nie pozwolił.
- A może byśmy  na jego cześć odbyli specjalne spotkanie „umarłych  poetów”? - zaproponował nagle Charlie. - Kapitanie, czy poprowadziłby je pan?
Chłopcy przyłączyli się do niego gorąco.
- Sam nie wiem... - wahał się Keating.
- Bardzo prosimy, proszę pana... - nalegał Meeks. 
Keating spojrzał chłopcom w oczy.
- No dobrze, ale to będzie króciutkie spotkanie - ustąpił. Zastanowił się przez chwilę, a potem wypowiedział formułę otwarcia. - „Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem... Chcę żyć pełnią życia. Chcę wyssać wszystkie soki życia! By zgromić wszystko to, co życiem nie jest, i by nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć” *. Zamilkł na chwilę. - Wiersz E. E. Cummingsa:

zgłębij marzenia
bo slogan cię pożre inaczej
(drzewa są własnymi korzeniami
a wiatr jest wiatrem)
sercu zaufaj
gdy morza ogień ogarnie 
(i żyj miłością
choć gwiazdy pędzą wspak)
czcij przeszłość
lecz przyszłość z radością przyjmij
(do tańca z własną śmiercią pójdź
na waszym weselu)
nie przejmuj się światem
jego łotrami i bohaterami
(bo bóg kocha dziewczyny
i ziemię i dzień jutrzejszy).

Keating skończył czytać i spojrzał na chłopców.
- Kto czyta następny? - zapytał.
Nikt się nie odezwał."

N.H. Kleinbaum - Stowarzyszenie umarłych poetów. Świat Książki, Warszawa 2000, s. 136-137,  tłum. Paweł Laskowicz

* Henry David Thoreau: "Walden, czyli życie w lesie"

===

E.E. Cummings: "dive for dreams"

dive for dreams
or a slogan may topple you
(trees are their roots
and wind is wind)

trust your heart
if the seas catch fire
(and live by love
though the stars walk backward)

honour the past
but welcome the future
(and dance your death
away at the wedding)

never mind a world
with its villains or heroes
(for good likes girls
and tomorrow and the earth)

[Tekst oryginalny pochodzi z tej strony].


sobota, 23 lutego 2013

O przemycaniu książek do domu

Okładka
"Wdowy są bardzo miłe i z każdym dniem bardziej je lubię. Ciocia Kasia nie znosi powieści, ale powiedziała, że nie zamierza kontrolować, co ja czytam. Za to ciocia Misia uwielbia powieści. Przemyca je ukradkiem z biblioteki miejskiej i chowa w skrytce razem z kartami do pasjansa i innymi drobiazgami, których nie chce pokazać siostrze. Skrytka ta znajduje się w fotelu i nikt nawet się nie domyśla, że służy on nie tylko do siedzenia. Ciocia Misia zdradziła mi swoją tajemnicę, ponieważ, jak podejrzewam, oczekuje ode mnie zachęty i poparcia w wyżej wspominanym przemycaniu książek do domu. Właściwie wydaje się, że nie ma potrzeby szukania schowków w Szumiących Topolach. Nigdzie nie widziałam takiej ilości tajemniczych kredensików. Chociaż na pewno Rebeka Drew nie pozwala, by zbyt długo pozostały tajemnicze... Co jakiś czas wyrzuca wszystko z szuflad i zażarcie czyści.
- Dom się sam nie sprzątnie - mówi ze smutkiem, gdy wdowy protestują przeciwko tym porządkom. Gdyby znalazła książki i karty do pasjansa, pewnie nie zastanawiałaby się długo, co z nimi zrobić. Takie rzeczy do głębi przerażają jej ortodoksyjną duszę. Rebeka Drew utrzymuje, że karty są narzędziem szatana. O książkach już lepiej nie mówić. Rebeka czytuje tylko Biblię i szpalty montrealskiego "Guardina" dotyczące życia towarzyskiego. Rozkoszuje się opisami domów, mebli i poczynań milionerów."

Lucy Maud Montgomery: "Ania z Szumiących Topoli". Nasza Księgarnia, 1993, tłum. Aleksandra Kowalak-Bojarczuk, s.21

wtorek, 19 lutego 2013

Zapewne nie podoba się pani to, co czytam?

Okładka
Okładka
"Z konsulem rozmawiał o interesach i polityce, wypowiadając poważne i rozumne poglądy, z konsulową zaś gawędził o teatrze, życiu towarzyskim i modach; rzucał uprzejme słówka Tomowi, Chrystianowi i biednej Klotyldzie, nie zapomniał nawet o małej Klarze i pannie Jungmann... Tonia zachowała milczenie, on zaś ze swej strony nie rozpoczynał rozmowy, tylko przechylając na bok głowę spoglądał na nią od czasu do czasu w sposób wyrażający zarówno zasmucenie, jak zachętę.
Odwiedziny te wzmocniły wrażenie wywołane pierwszą jego wizytą.
- Doskonale wychowany młodzieniec - mówiła konsulowa.
- Bogobojny i godny poszanowania człowiek - mówił konsul. Chrystian naśladował teraz o wiele lepiej jego ruchy i sposób mówienia. Tonia zaś powiedziała dobranoc z zachmurzoną miną, czuła bowiem niejasno, że nie po raz ostatni widzi tego człowieka, który tak prędko umiał zdobyć serca jej rodziców.
W istocie, powróciwszy pewnego popołudnia z panieńskiego zebrania, zastała pana Grünlicha, który rozgościł się w pejzażowym pokoju, gdzie czytał konsulowej „Waverley” Waltera Scotta, a akcent jego był wzorowy, nadmienił przy tym, że podróże, jakie odbywa w swych tak ożywionych interesach, zawiodły go i do Anglii. Tonia wzięła inną książkę i usiadła w pewnym oddaleniu; pan Grünlich zapytał miękkim głosem:
- Zapewne nie podoba się pani to, co czytam?
Odrzucając w tył głowę odrzekła coś uszczypliwie sarkastycznego, coś w rodzaju:
- Bynajmniej!
Nie dając się zbić z tropu, zaczął opowiadać o swych przedwcześnie zmarłych rodzicach, o ojcu - kaznodziei, pastorze, człowieku wysoce bogobojnym a zarazem światowym... Później jednak, po wizycie pożegnalnej, podczas której Tonia była nieobecna, wyjechał do Hamburga.
- Ido - rzekła do panny Jungmann, w której miała serdeczną przyjaciółkę. - Ten człowiek pojechał!
Ale Ida Jungmann powiedziała:
- Poczekaj jeszcze, moje dziecko!"

Tomasz Mann: "Buddenbrookowie: dzieje upadku rodziny". TMM Polska/Planeta Marketing, Axel Springer Polska, Warszawa 2007, s. 736, tłum. Ewa Librowiczowa

Pierwsze wydanie powieści - Berlin, S. Fischer 1901 (Foto H.-P.Haack)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Chciałabym kiedyś odwiedzić te wrzosowiska...

Okładka
"Oficjalną diagnozą Jenny było łagodne porażenie mózgowe. Elena w trakcie swojej ciąży cały czas piła i paliła. Odkąd Natalie dowiedziała się, co to jest syndrom alkoholowy u płodu, uznała te okoliczności za najbardziej prawdopodobną przyczynę kalectwa dziewczynki.
- Hej, mała - powiedziała Natalie. - Jak leci?
- Nie pojechałam do szkoły. Nauczyciele dostali dziś wolne. - Jenny miała mleczną cerę i szeroki, ujmujący uśmiech swojej matki.- Babcia rozwiązywała krzyżówki, a potem się położyła.
- Jeżeli kiedykolwiek przyłapię cię na paleniu papierosów...
- Poczekaj, niech zgadnę. Porozrywasz mi wargi.
- Brzmi nieźle. Co to za książka?
- Wichrowe wzgórza. Czytałaś ją?
- Dawno temu. Podobała mi się, choć pamiętam, że miałam kłopot z jej zrozumieniem. Nie sprawia ci trudności sposób, w jaki akcja przeplata się w tej książce z czasem?
- Ach, nie. To taka romantyczna opowieść. Chciałabym kiedyś odwiedzić te wrzosowiska, jeśli jeszcze istnieją.
- Z pewnością istnieją. Obiecuję ci, że kiedyś tam pojedziemy. - Natalie stanęła tak, by jej kaleka siostrzenica nie dostrzegła smutku w jej oczach. - Jenny, sprawiasz, że wszyscy wokół ciebie stają się lepsi, łącznie ze mną.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic ważnego. Słuchaj, chciałabyś się trochę oderwać i pomóc mi z babcią?
- Nie, dzięki. Wolę jeszcze poczytać. Heathcliff nie jest dobry dla ludzi.
- Przypominam sobie, że kiedy był młody, ludzie nie byli dobrzy dla niego.
- To wygląda na błędne koło.
- Właśnie. Na pewno masz dopiero dziesięć lat?
- Prawie jedenaście."

Michael Palmer: "Piąta fiolka". Albatros, Wydawnictwo A. Kuryłowicz, 2008. tłum. Zygmunt Halka, s. 34-35
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...