sobota, 26 stycznia 2013

Zawsze jesteśmy na samym początku litery A

Okładka
"Zamiast epilogu
W słynnym opowiadaniu Hemingwaya Śniegi Kilimandżaro umierający bohater przypomina sobie wszystkie historie, których już nie napisze. "Znał co najmniej dwadzieścia dobrych opowiadań z tamtych stron, ale żadnego z nich nie napisał. Dlaczego?"* Kilka z nich w skrócie przytacza, ale pełna lista musi być, oczywiście, nieskończona. Półki z książkami, których nie napisaliśmy, jak i z tymi, których nie przeczytaliśmy, ciągną się daleko w ciemność najdalszych przestrzeni wielkiej uniwersalnej biblioteki. Zawsze jesteśmy na samym początku litery A."

* Ernest Hemingway, Śniegi Kilimandżaro, przeł. Mira Michałowska, w: 49 opowiadań, Warszawa, PIW, 1971, s.84 [Manguel, Moja historia czytania..., s. 475]

Alberto Manguel: "Moja historia czytania". Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2003, s. 425, tłum. Hanna Jankowska

piątek, 25 stycznia 2013

Michael Palmer: "Pierwszy pacjent"

Okładka
 "Ścianę naprzeciwko biurka zajmowała biblioteczka, szeroka na ponad trzy metry i na ponad dwa i pół metra wysoka. Kolekcja - równo ustawione tomy, prawie wszystkie w twardych oprawach, a niektóre obite w skórę - prezentowała się imponująco. Znajdowały się tam dzieła klasyków: Chaucera, Dickensa, Hemingwaya, Tołstoja, Fitzgeralda. Były albumy malarstwa: francuscy impresjoniści, Picasso, Winslow Homer i wielu innych. Gabe znalazł też kilka tomów o drugiej wojnie światowej.
  Poza tym na półkach stały zbiory książek z zakresu historii Europy, Stanów Zjednoczonych, historii powszechnej, filozofii oraz polityki - w większości konserwatywne. Gabe otworzył kilka tomów, ale wewnątrz nie było ekslibrisów ani żadnych innych oznaczeń, które mogłyby zdradzić, czy książki należały do właściciela mieszkania, czy też do samego człowieka renesansu, doktora Ferendellego.
  Gabe dowiedział się o swoim poprzedniku nawet więcej, niż przypuszczał, a poza tym trafił na jedną niespodziankę - portret Lily Sexton, który FBI i Secret Service chyba przeoczyły - toteż był już gotowy zejść na dół, kiedy jego uwagę przykuły grzbiety książek na samym końcu najniższej półki. Sześć czy siedem tomów, wszystkie w miękkiej oprawie i z kolorowymi okładkami. Lekarz wyciągnął największy i najgrubszy z nich: Nanomedicine autorstwa Roberta A. Freitasa Jr. Tom 1: Basic Capabilities*. Była to specjalistyczna rozprawa, długa na pięćset siedem stron, w której znajdowały się szczegółowy spis treści oraz obszerny indeks. Na górze wewnętrznej strony przedniej okładki idealnie równymi, drukowanymi literami napisano jedno słowo "Ferendelli".
  Gabe odłożył książkę na biurko i sięgnął po następne: Understanding Nanotechnology, Nanotechnology for Dummies, Nanotechnology: Science, Innovation and Opporttunity, Nanotechnology: A Gentle Introduction to the Next Big Idea*. Każdy z tomów nosił nazwisko Ferendellego starannie naniesione na wewnętrzną stronę okładki.
  Gabe przypomniał sobie równiutko złożoną bieliznę i posegregowane skarpetki w szufladach komody, Dodał określenie "pedantyczny" do listy cech, które już wcześniej przypisywał Ferendellemu. Następnie poświęcił kilka minut na przekartkowanie pozycji, które rzucały trochę światła na ten najnowszy aspekt postaci byłego prezydenckiego lekarza: fascynację nanonauką badającą możliwości manipulacji strukturami na poziomie atomów i cząsteczek oraz nanotechnologią, czyli wytwarzaniem przydatnych substancji chemicznych oraz urządzeń z pojedynczych atomów i cząsteczek.
  Nanotechnologia. Podczas trzech minut lektury Gabe dowiedział się na ten temat więcej, niż wiedział do tej pory.

*/s. 121  Nanomedicine: Basic Capabilities (ang.) - Nanomedycyna, podstawowe zdolności.
*/s. 122 Tytuły kolejno: Zrozumieć nanotechnologię, Nanotechnologia dla opornych, Nanotechnologia: nauka, innowacja i możliwości, Nanotechnologia: prosty wstęp do nowej wielkiej idei."

........................................

Michael Palmer: "Pierwszy pacjent".Albatros, Wydawnictwo A. Kuryłowicz, 2009, tłum. Rafał Lisowski,s. 121-122

środa, 23 stycznia 2013

Książki Które...

Okładka
"A zatem przeczytałeś w gazecie, że ukazała się powieść Jeśli zimową nocą podróżny,  nowa książka Italo Calvina, pisarza, który od wielu lat niczego nie opublikował. Zaszedłeś do księgarni i kupiłeś egzemplarz. Postąpiłeś słusznie.
Jeszcze w oknie wystawy dostrzegłeś okładkę z poszukiwanym tytułem. Podążając tym widocznym tropem, utorowałeś sobie drogę poprzez zwarte zasieki Książek Nigdy Nie Przeczytanych, które spoglądały na Ciebie ponuro z księgarskich stołów i półek, usiłując Cię onieśmielić. Lecz ty wiesz, że nie powinieneś dać się zbić z tropu, że pośród nich rozciągają się całe hektary Książek Których Równie Dobrze Możesz Nie Czytać, Książek Przeznaczonych Do Celów Innych Niż Lektura, Książek Przeczytanych Jeszcze Zanim Je Otwarto Gdyż Należą Do Kategorii Tych Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem. Pokonujesz pierwszy obwód przedmurza i oto rusza na ciebie piechota Książek Które Z Pewnością Byś Przeczytał Gdybyś Miał Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Ci Przeznaczonych Jest Tyle Ile Jest. Jednym susem przeskakujesz przez nie i kierujesz się pomiędzy zastęp Książek Które Masz Zamiar Przeczytać Chociaż Przedtem Powinieneś Przeczytać Inne, te Nazbyt Drogie Które Będziesz Mógł Kupić Kiedyś Za Pół Ceny, Książek Idem Jak Powyżej Gdy Ukażą Się W Wydaniu Kieszonkowym, Książek Które Przeczytali Już Wszyscy A Zatem Jest Tak Jakbyś Ty Przeczytał Je Także. Udaremniając te ataki, zmierzasz pod wieże fortyfikacji, gdzie stawiają opór Książki Które Od Dawna Zamierzasz Przeczytać, 
Książki Których Od Lat Poszukujesz Bez Powodzenia, 
Książki Które Dotyczą Tego Czym Właśnie Się Zajmujesz,
Książki Które Chcesz Mieć Pod Ręką Na Wszelki Wypadek,
Książki Które Mógłbyś Odłożyć Na Wakacyjną Lekturę,
Książki Którymi Mógłbyś Zapełnić Wolne Miejsce W Twojej Bibliotece,
Książki Które Rozbudzają W Tobie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną i Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną. 
Tak oto zdołałeś ograniczyć siły zbrojne do zbioru z pewnością nadal pokaźnego, lecz dającego się sprowadzić do skończonej liczby, chociaż to uczucie względnej ulgi nadal nękają podjazdy Książek Dawno Temu Przeczytanych Które Należałoby Przeczytać Ponownie, a także podjazdy Książek Pozornie Przez Ciebie Przeczytanych Które Najwyższy Czas Byłoby Przeczytać Naprawdę."

Italo Calvino: "Jeśli zimową nocą podróżny". Państwowy Instytut Wydawniczy (seria wydawnicza: Współczesna Proza Światowa), Warszawa 1989, s. 8-10, tłum. Anna Wasilewska.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Ulubiony pisarz i ulubiony bohater

Okładka
"Miała mi pani coś powiedzieć o sobie... - rzekłem z wyrzutem.
- Nie będzie to nic ciekawego. Nauka i nauka, a teraz praca. Muzeum archeologiczne, oszklone szafki i eksponaty stare jak świat.
- Ależ nie wyobrażam sobie nic wspanialszego!
- Tak? Taki jest pański ideał? No to niech mi pan powie, jaki jest jego ulubiony pisarz i ulubiony bohater?
Odpowiedziałem bez namysłu:
- Anatol France. A bohater: Sylwester Bonnard."

Zbigniew Nienacki: "Pan Samochodzik i święty relikwiarz". Świat Książki, Warszawa 1997, s. 265
[Pierwotny tytuł tej książki: "Uroczysko" (1957)]

Bohaterowie literaccy też mają swoich faworytów - w tym fragmencie książki Zbigniewa Nienackiego, którą on sam uważał za swój właściwy debiut, do swojego ulubionego pisarza i ulubionego bohatera literackiego przyznał się pan Tomasz, przyszły Pan Samochodzik:

Zbrodnia Sylwestra Bonnard
Anatol France (1844-1924)

Czytanie przygód rozbitka na bezludnej wyspie


Okładka
"Przebywając w głębokich lasach, życie wiodłem tam nad wyraz bujne i ruchliwe, pełne przygód wszelakich. Atoli jeśliby mnie ktoś zapytał, jakie wzruszenia w owym czasie wraziły się najgłębiej w moją duszę, odpowiedziałbym, że nie były to przeżycia myśliwskie - lubom pierwszego niedźwiedzia ubił mając lat dwanaście - [...], ale były to wrażenia innej, nieoczekiwanej zgoła natury: książka, przeczytanie jednej książki  Przed dwoma laty wpadła mi do ręki, a gdym zaczął ją czytać, czułem się jak gdyby oszołomiony i dech mi zapierało. Dopókim czytał, nie sposób mi było oderwać się od niej. Już sam tytuł tej książki wskazywał, jaka to była porywająca treść:


ŻYCIE
i zadziwiające przypadki
R O B I N S O N A  K R U Z O E
MARYNARZA Z YORKU
który przeżył sam jeden dwadzieścia i osiem lat na
BEZLUDNEJ WYSPIE
u brzegów Ameryki
BLISKO UJŚCIA WIELKIEJ RZEKI ORINOKO
gdzie dostał się po rozbiciu okrętu przy czym prócz niego
ZGINĘŁA CAŁA ZAŁOGA
z dodaniem jak został nieoczekiwanie uwolniony
PRZEZ PIRATÓW
NAPISANE PRZEZ NIEGO SAMEGO
LONDON
PRINTED for W. Taylor at, the Slup in Pater-NOSTER
MDCCXIX


Książka, wydana w Londynie w 1719 roku, spisana była przez Daniela Defoe. Oto mi książka! Oto wrażenia! Nic mną tak dotychczas nie wstrząsnęło, jak czytanie przygód rozbitka na bezludnej wyspie. A gdym doczytał ją do końca, zacząłem od początku, drugi raz i trzeci raz, ucząc się ustępów całych na pamięć. Czasami wydawało mi się, że to ja sam zabrnąłem na tę tropikalną wyspę, hodowałem kozy i ratowałem Piętaszka od ludożerców.
Uciekając przed siepaczami panów zabrałem ze sobą bardzo mało rzeczy, alem o książce nie zapomniał. Miała towarzyszyć mi na wygnaniu. Na statku opowiadałem o niej Williamowi, a przyjaciel mój tak się do niej zapalił, żem w chwilach wolnych od zajęć musiał mu ją czytać, on bowiem czytać nie umiał"

Arkady Fiedler: "Wyspa Robinsona". Iskry, Warszawa 1966, s. 19-20.

Książka, wydana w Londynie w 1719 roku, spisana była przez Daniela Defoe...


piątek, 18 stycznia 2013

Czytanie to jedna z prawdziwych radości życia

Okładka
"Panna James z błyskiem w oku nachyliła się do przodu. Nicky także się pochyliła.
- Chcę się nauczyć nurkowania - szepnęła dyrektorka.
- Och! - wyrwało się Nicky.
- Oczywiście nie uczą tego na lokalnym basenie. - Ponownie się oparła na krześle. - Wyprzedzam swoje czasy. Podobnie jak przede mną moja matka. Może lepiej najpierw zapiszę się na jakiś kurs pływania dla zaawansowanych. No i mam do przeczytania mnóstwo książek. To jedna z rzeczy, na które dyrektorka nigdy nie ma czasu.
- A! - powiedziała Nicky.
- Ach, czytanie. - Panna James westchnęła rozmarzona. - Czytanie jest cudowne. To jedna z prawdziwych radości życia, nieprawdaż? A jednak jak często z niej korzystamy? Uczymy nasze dzieci, jak opanować ten nasz nadzwyczajny język, język Chaucera, Wordswortha, Szekspira... a potem jako dorośli nie czytamy książek. A ty? Czy ty czytasz?
- Mm... - Chryste, jaka była prawidłowa odpowiedź na to pytanie? Usłyszała przed chwilą, że dyrekcja nigdy nie ma czasu na czytanie.
- Oczywiście - ciągnęła panna James - czytasz książki pod kątem pracy, ale czy starcza ci czasu, żeby poczytać dla siebie? Czytać dla własnej, czystej przyjemności? Pogimnastykować te małe szare komórki? Oderwać się! Puścić wodze fantazji! Wejść w głąb czyjegoś umysłu! I tu mogę uchylić rąbka tajemnicy. Mój Boże! Ostatnią książką, którą czytałam, była pierwsza część Harry'ego Pottera. Nikomu o tym nie mów. Szokujące, nieprawdaż? Szokujące. - Przechyliła nieznacznie głowę i posłała Nicky delikatny uśmiech. Zresztą, o czym to mówiłyśmy? - zapytała życzliwie. - Ależ ja się rozgadałam!"

Melissa Nathan: "Nauczycielka". Albatros, Wydawnictwo A. Kuryłowicz, 2008, s. 365-366, tłum. Beata Barszczewska

czwartek, 17 stycznia 2013

Obcowanie z wierszami przyjaciela

Okładka
"Iwaszkiewicz ofiarował nam Warkocz jesieni. Czytałem cały ranek, każdy wiersz kilka razy, z wielkim wzruszeniem. Plejady były już drukowane parę lat temu w czasopiśmie, wyciąłem je i mam dotąd w swoich papierach. Przez długi czas melodia tego pięknego wiersza odzywała się w pamięci, często w niepodziewanych momentach, i teraz powitała mnie na wstępie Warkocza jesieni, znajoma i zawsze świeża. Jest jeszcze coś, co mnie z tym wierszem wiąże - Plejady, te same (."jak winne grono"), którym przed wiekami powierzała smutek samotnej nocy Safona. Gdzież indziej mają się spotkać poeci, jeśli nie wśród gwiazd?
Obcowanie z wierszami przyjaciela jest czymś zupełnie innym niż lektura poety, z którym by nas nie łączyło tyle osobistych przeżyć w ciągu tylu lat.
Okładka
Te wiersze są piękne, doskonałe w swej formie, odkrywcze w słowach i obrazach, ale jest w nich coś, co ma najwyższą wartość - głos człowieka bliskiego, który mówi o sobie, o swoim życiu, zwierza się tak, jak się to nigdy nie zdarza w naszych spotkaniach, w rozmowach, zaśmieconych dniem bieżącym, czasem tylko przemknie się jakieś słowo, a tu jest ono otwarte i wymowne.
Bolesne. Iwaszkiewicz mówi często o śmierci, o końcu, patrzy w świat, jakby go już opuszczał, wzbiera w nim żal i tęsknota za tym, co wkrótce porzuci, wszystkie te posępne myśli, jakie nasuwa arytmetyka ludzkich dni, każdy to nosi w sobie, nie każdy o tym mówi, niejeden nawet nie potrafi tym nigdy myśleć, ale tu odzywa się to w słowie jedynym, pełnym jak dojrzały kłos, i to właśnie mnie tak przejmuje i boli. Po kilka razy na dzień obracam w rękach ten wątły tomik, otwieram i znów czytam, i znów..."

Jan Parandowski: "Luźne kartki", kartka datowana na styczeń 1956. Ossolineum 1965, s. 120-121


Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980)

środa, 16 stycznia 2013

Z Bewickiem na kolanach czułam się szczęśliwa...

Okładka
"Pokoik, gdzie jadało się śniadanie, przylegał do salonu. 
Tam się wsunęłam. Stała tu półka z książkami; niebawem wyciągnęłam jakiś tom, upewniwszy się przedtem, że jest obficie ilustrowany. Wdrapałam się na kanapkę w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową zasłonę z wełnianej mory, poczułam, że jestem ukryta i odosobniona. Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej szklana szyba chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego dnia. Co jakiś czas, obracając karty książki, przyglądałam się naturze. Daleko na horyzoncie rozpościerała się blada pustka mgieł i chmur; bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz nieustające potoki deszczu, gwałtownie gnane  wichrem. Powróciłam do książki. Była to "Historia ptaków brytyjskich" Bewicka. O tekst drukowany mało, naturalnie, dbałam; jednakże były tam pewne wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Była w nich mowa o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, "o samotnych skałach i przylądkach", które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca – od Lindesnäs czy Naze - aż do przylądka północnego.

Tam gdzie Arktyku wartka, chłodna fala
Tuli samotną wysepkę, okala;
Tam gdzie do Hebryd wody Atlantyku
Szturm ponawiają wśród bałwanów ryku.

Nie mogłam też pominąć wzmianki o zimnych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii z ich olbrzymią przestrzenią strefy arktycznej, tym strasznym bezludnym przestworem, zbiornikiem mrozu i śniegu, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe wieki narastając do wyżyn alpejskich, otaczają biegun i są siedzibą najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie własne
pojęcia: mgliste jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia, niejasno tworzące się w umysłach dzieci, ale dziwnie przejmujące.
Okładka
Tekst tych stronic wstępnych nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale, sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi, wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego spoza zwałów chmur na tonący właśnie okręt.
Nie umiem powiedzieć, jaki nastrój wiał ze spokojnego, opuszczonego cmentarza z widniejącym na nim nagrobkiem, furtką, dwoma drzewami na tle niskiego horyzontu, cmentarza okolonego wyszczerbionym murem, nad którym unosił się cienki sierp księżyca, zwiastujący nadejście wieczoru.
Dwa statki, leżące bez ruchu na spokojnym morzu, wydały mi się nierzeczywiste. Szybko odwróciłam oczy od potwora ciągnącego za sobą straszną sforę; był to widok zbyt okropny. Równie okropny był widok czarnego, rogatego stwora siedzącego wysoko na skale i przyglądającego się dalekiemu tłumowi, zebranemu wokół jakiejś szubienicy.
Każdy obrazek coś opowiadał, często coś zagadkowego dla mojego dziecinnego umysłu i niedokształconych uczuć, ale zawsze coś głęboko zajmującego; jak te bajki, które nam niekiedy w zimowe wieczory opowiadała Bessie, gdy była w dobrym humorze. Wtedy to, przysunąwszy stół do prasowania przed kominek w dziecinnym pokoju, pozwalała nam usiąść dokoła i prasując koronkowe falbanki pani Reed albo rurkując brzegi jej nocnych czepków, karmiła naszą ciekawość opowiadaniami o miłości i przygodach, zaczerpniętymi ze starych bajek i jeszcze starszych ballad lub też (jak później odkryłam) z kart "Pameli i Henryka, hrabiego Moreland".
Z Bewickiem na kolanach czułam się w owej chwili szczęśliwa, a przynajmniej po swojemu szczęśliwa."

Charlotte Brontë: "Dziwne losy Jane Eyre". Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 6-7, tłum. Terasa Świderska

Nie umiem powiedzieć, jaki nastrój wiał ze spokojnego, opuszczonego cmentarza...
Drzeworyt nr 76 ("
The Church-yard") z "Historii ptaków brytyjskich" Bewicka

wtorek, 15 stycznia 2013

Każda książka posiada własną duszę

Okładka
"Szedłem za ojcem wąskim zaułkiem, wydeptaną ścieżką, bardziej niż ulicą, czując, jak za naszymi plecami coraz szybciej zanika poświata Rambli. Z dachów i z balkonów zaczął zsuwać się ukośnymi strugami poranny brzask, nie docierając w ogóle na ziemię. W końcu ojciec zatrzymał się przed drzwiami z litego, sczerniałego od starości i wilgoci drewna. Przed nami wznosił się budynek przypominający wrak budowli, która kiedyś była pałacem lub siedzibą muzeum gromadzącego wyłącznie mary, cienie i pogłosy. 
– Danielu, pamiętaj, że o tym, co zaraz ujrzysz, nie będziesz mógł powiedzieć nikomu. Pamiętaj: nikomu, nawet twojemu przyjacielowi Tomasowi. Nikomu. 
Człowieczek o rysach drapieżnego ptaka i posrebrzonych włosach otworzył nam drzwi. Jego ostre, orle i nieprzeniknione oczy spoczęły na mnie nieruchomo. 
– Witaj, Izaaku. Oto mój syn Daniel – obwieścił ojciec. – Niebawem skończy jedenaście lat, a w przyszłości przejmie po mnie księgarnię. Już dorósł dostatecznie, by poznać to miejsce. 
Człowiek zwany Izaakiem nieznacznym skinieniem głowy zaprosił nas do środka. Wszystko przed nami zanurzone było w niebieskawym półmroku, który zaledwie pozwalał się domyślać zarysu marmurowych schodów i obecności korytarza pokrytego freskami zapełnionymi aniołami i baśniowymi stworami. Ruszyliśmy za strażnikiem owym zamkowym korytarzem i dotarliśmy do wielkiej okrągłej sali, najprawdziwszej bazyliki ciemności zwieńczonej kopułą, z której wysokości padały snopy światła. Niezmierzony labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami wznosił się po niewidoczny sufit, tworząc ul pełen tuneli, schodków, platform i mostków, które pozwalały się domyślać przeogromnej biblioteki o niepojętej geometrii. Na wpół ogłupiały spojrzałem na ojca. Uśmiechnął się i puścił do mnie oko. 
– Danielu, witamy na Cmentarzu Zapomnianych Książek. 
W głębi dostrzec można było z tuzin kręcących się po korytarzykach i platformach postaci. Kilka z nich odwróciło się i pozdrowiło nas z daleka. Zdołałem wówczas rozpoznać twarze kolegów ojca ze stowarzyszenia antykwariuszy. W oczach dziesięciolatka panowie ci jawili mi się niczym tajne i spiskujące bractwo alchemików. Ojciec przyklęknął i patrząc mi prosto w oczy, przemówił łagodnym głosem, tym szczególnym głosem bardzo osobistych wyznań i przyrzeczeń. 
– To miejsce, Danielu, jest tajemnicą i miejscem świętym. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy. Już dawno temu, wtedy kiedy mój ojciec mnie tu przyprowadził, miejsce to miało swoje lata i było stare. Może nawet tak stare jak samo miasto. Nikt na dobrą sprawę nie wie, od kiedy to miejsce istnieje ani kto je stworzył. Teraz powiem ci to, co powiedział mi mój ojciec. Kiedy jakaś biblioteka przestaje istnieć, kiedy jakaś księgarnia na zawsze zamyka podwoje, kiedy jakaś książka ginie w otchłani zapomnienia, ci, którzy znają to miejsce, my, strażnicy ich dusz, robimy, co w naszej mocy, aby te bezdomne książki trafiły tutaj. Bo tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, książki, które zagubiły się w czasie, żyją nieustającą nadzieją, iż pewnego dnia trafią do rąk nowego czytelnika, że zawładnie nimi nowy duch. W księgarni sprzedajemy i kupujemy książki, ale w rzeczywistości one nie mają właściciela. Każda, którą tu widzisz, była czyimś najlepszym przyjacielem. A teraz te książki mają tylko nas, Danielu. Potrafisz zachować ten sekret?"

Carlos Ruiz Zafón: "Cień wiatru". Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2005, s. 9-10, tłum. Beata Fabiańska-Potapczuk i Carlos Marrodán Casas

Gdy czytałam ten fragment, wyobraźnia podsuwała mi taki, mniej więcej, obraz:

... labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami...



Maraton jednego opasłego tomu za drugim

Okładka
     "Pomyślała o czasach, kiedy była w college'u i zachwycała się wszystkim, co słowiańskie. Stanowiły rosyjską "trojkę" - Kate, Donna i Shelley, trzy dziewiętnastolatki, uwiedzione przez Wydział Slawistyki Uniwersytetu George'a Washingtona. Niczym zadurzone nastolatki narkotyzowały się literaturą rosyjską, pożerały tomy Dostojewskiego, Lermontowa, Czechowa, Tołstoja, Gogola, Puszkina. Łaknęły intensywności uwodzicielskiego i bujnego obrazu rosyjskiego życia, tak bogatego w myśli, uczucia i wszechogarniające namiętności. Wtedy zaspokajał on ich życiowe potrzeby uczuciowe. Pragnęły być zrozpaczoną Maszą nad Morzem Czarnym, której tak pięknie zabrakło słów w gorące popołudnie, kiedy siedziała przy samowarze i patrzyła bez nadziei na swojego żonatego kochanka Kozaka, sięgając do misy z ociekającymi sokiem czereśniami z Azerbejdżanu.
     Na początku każdego semestru wychodziły z księgarni uginając się pod ciężarem wielkich stosów powieści: dwanaście książek na kurs "Powieści rosyjskiej", czternaście na kurs "Filozofii i literatury" i tylko sześć na kurs "Literatury sowieckiej od II wojny światowej do współczesności". Sołżenicyn nie pisał dużo - pisał długie powieści. Kate pamięta, jak wszystkie trzy wyciągały nogi w niebieskich dżinsach na łóżkach w akademiku w ohydnym pokoju numer sześćset trzydzieści sześć. Shelley na górnym piętrze łóżka, Donna na dolnym, a Kate na pojedynczym łóżku ustawionym w poprzek pokoju. Długie włosy spadały im na ramiona, kiedy czytały do późna w nocy. Maraton jednego opasłego tomu za drugim. Pokój w ciemności, prócz małych wysepek światła z nocnych lampek nad głowami. Jedna po drugiej opadały z sił. Zwykle pierwsza lampkę wyłączała Shelley, Kate niedługo potem. Tylko Donna, która brała witaminy, żeby dłużej wytrzymać, czytała i paliła papierosy."
 
Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę. Książka i Wiedza 1995, s. 90, tłum. Dorota Gostyńska

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Goethe przy kominku

Okładka
"Niebieski zmierzch nad zamarzniętym jeziorem za oknami namówił Mariannę, aby rozpaliła kominek i usiadła w fotelu albo wyciągnęła na kanapie, wpatrzona w płomienie i wsłuchana w trzaski palącego się drewna olch, otaczających ich półwysep. Krzysztof lubił ją straszyć, że czasem w jesieni, o zmierzchu, kiedy wiatr świszcze w kominie i niesie tumany suchych liści, można zobaczyć ojca, pędzącego na koniu wzdłuż brzegu jeziora i w rozpaczy tulącego do piersi swego syna, który widzi majaczącego w zaroślach Króla Olch, przeczucie rychłej śmierci. „Wer reitet so spät durch Nacht und Wind? / Es ist der Vater mit seinem Kind. / Er hat den Knaben wohl in dem Arm, / Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm...” – recytował posępnym szeptem Goethego, a Marianna udawała, że się boi."

Janusz Majewski: "Zima w Siedlisku". Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012, s. 43-44

Johann Wolfgang von Goethe: Król Olch, 1782
Ilustracja: Moritz von Schwind

Kto z wiatrem wśród nocy galopem tak gna? 
To ojciec z dziecięciem jak cienie mkną dwa. 
On czule je tuli i bieży przez błoń, 
I serce przy sercu, i w dłoni ma dłoń. 
J.W. Goethe: "Król elfów", przekł. W. Lewik.

niedziela, 13 stycznia 2013

Dobry kryminał jest skarbnicą wiedzy…

Okładka
"Zaczynamy tworzyć domową bibliotekę, zdobywając gdzie się da interesujące nas książki. Dzięki znajomościom w księgarniach gromadzi się spory zbiór klasyki polskiej i światowej. Oboje lubimy literaturę faktu, biografie i autobiografie sławnych ludzi. Uwielbiam powieści psychologiczne i podróżnicze, Gustaw pasjonuje się historią. Ku mojemu zaskoczeniu namiętnie czyta kryminały. Mnie powieści kryminalne słabo pociągają. Proszę Gucia o wyjaśnienie, dlaczego tak bardzo lubi je czytać. Tłumaczy, że czyta głównie klasyków tego gatunku, że dobry kryminał jest skarbnicą wiedzy, że poznaje nie tylko psychologię postaci, język, obyczaje, ale też historię i geografię miejsc, w których rzecz się dzieje. Towarzyszy mu dreszcz emocji i wysiłek intelektualny, a rozwiązywanie wraz z autorem zagadki, przy której trzeba się nieźle nagłowić, daje ogromną satysfakcję. Dobry kryminał może być sumą wiedzy, której szukamy w innych książkach, i często zasługuje na miano wielkiej literatury."

Magdalena Zawadzka: „Gustaw i ja”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011, s. 115

Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek

środa, 9 stycznia 2013

Niewielki, zazwyczaj pusty pokoik

Okładka
"Upudrowany lokaj trzasnął gwałtownie drzwiami i zmarszczył brwi z wielką godnością; ale to nie wywarło żadnego wrażenia na Samie, który z miną znawcy zajął się oglądaniem pięknej mahoniowej szafki.
Uprzejmość, z jaką pan Bantam przyjął bilet, widocznie dobrze usposobiła dla Sama upudrowanego lokaja, gdyż powróciwszy, uśmiechnął się do niego przyjaźnie i powiedział, że zaraz otrzyma odpowiedź.
– Bardzo dobrze – odrzekł Sam. – Możesz powiedzieć staremu gentlemanowi, żeby się bardzo nie śpieszył. Nie ma nic nagłego, mój sześciostopowy. Jestem już po obiedzie.
– Pan wcześnie jada obiad?
– Żeby raźniej pracować przy wieczerzy – odparł Sam.
– Czy dawno przebywa pan w Bath? Nie miałem przyjemności słyszeć o panu.
– Nie sprawiłem tu jeszcze odpowiedniego wrażenia – odrzekł Sam spokojnie. – Ja i inne osoby, którym towarzyszę, przybyliśmy dopiero wczoraj wieczorem.
– Piękna miejscowość, panie.
– Tak mi się zdaje.
– Dobre towarzystwo, panie. Słudzy bardzo przyjemni.
– Zdaje się. Uprzejmi chłopcy, nie zadzierają nosa, tylko nie trzeba robić z nimi ceremonii.
– O, tak, tak! – odrzekł upudrowany lokaj sądząc, że to, co Sam powiedział, zawiera przepyszny komplement. – Czy pan zażywa tabakę? – zapytał następnie, podając tabakierkę.
– Tak, ale zawsze kicham.
– O, to nie jest łatwe, przyznaję, ale można dojść do wprawy. Najlepiej uczyć się na kawie. Przez dłuższy czas sam nosiłem kawę. Wygląda całkiem jak tabaka. Tu gwałtowne dzwonienie postawiło upudrowanego lokaja wobec nieprzyjemnej konieczności schowania tabakierki do kieszeni i zmusiło do udania się z potulną miną do biblioteki pana Bantama. W tym miejscu zauważymy nawiasem, iż ludzie nie piszący i nie czytający posiadają zawsze niewielki, zazwyczaj pusty pokoik, który nazywają biblioteką."

Karol Dickens: "Klub Pickwicka". PIW, Warszawa 1947, t. 2, tłum. Włodzimierz Górski

wtorek, 8 stycznia 2013

Minęły czasy szczęśliwej prostoty...

Okładka
"Już dziewięć głosów było w różnym zdaniu,
Gdy kolej przyszła na Elizeusza:
"Żeby dogodzić waszemu żądaniu -
Rzekł - sprawiedliwa żarliwość mnie wzrusza.
Za nic już kufle, w księgach i czytaniu
Cała treść rzeczy. Żal mówić przymusza:
Minęły czasy szczęśliwej prostoty,
Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty!

Z góry zły przykład idzie w każdej stronie,
Z góry naszego nieszczęścia przyczyna
O ty, na polskim co osiadłszy tronie,
Wzgardziłeś miodem i nie lubisz wina!
Cierpisz pijaństwo, że w ostatnim zgonie
Z ciebie gust książek, a piwnic ruina.
Tyś naród z kuflów, szklenic, beczek złupił;
Bodajeś w życiu nigdy się nie upił!

Trzeba się uczyć. Wiem z dawnej powieści,
Że tu w klasztorze jest biblijoteka;
Gdzieś tam pod strychem podobno się mieści
I dawno swego otworzenia czeka.
Był tam brat Arnolf lat temu trzydzieści
I z starych książek poobdzierał wieka.
Kto wie, może się co znajdzie do rzeczy?
I słaby oręż czasem ubezpieczy".

Rzekł. A gdy żaden nie wie, gdzie są księgi,
Na ich szukanie wyznaczają posły.
Żaden się podjąć nie chce tej włóczęgi,
A uczonymi wzgardziwszy rzemiosły,
Wolna starszyzna od przykrej mitręgi
Wkłada ten ciężar na domowe osły:
"Bracia kochani, wam to los nadarza"!
Posłano w zwiady z krawcem aptekarza.

Między dzwonnicą a furcianym gmachem,
Na starożytnej baszty rozwalinach,
Laty spróchniały, wiszący nad dachem,
Był stary lamus; ten w tylu ruinach
Nabawiał nieraz przechodzących strachem,
Chwiejąc się z wiatry w słabych podwalinach.
Tam, choć upadkiem groził szczyt wyniosły,
Po zgniłych krokwiach dostały się posły.

Czegoż nie dopnie animusz wspaniały!
Przy pożądanej mecie ich postawił.
Drzwi okowane posłów zatrzymały;
Więc żeby długo żaden się nie bawił,
Porwą za klamry: pękł zamek spróchniały,
Widok się wdzięczny natychmiast objawił.
Wracają, pracy nie podjąwszy marnie,
Dając znać wszystkim, że mają księgarnię."

Ignacy Krasicki: "Monachomachia", Pieśń trzecia. W: "Monachomachia i Antymonachomachia". Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1969, CII, 151 s.


Ignacy Krasicki (1735 - 1801)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Herbert George Wells: "Wehikuł czasu"

Okładka
"Z maczugą w jednej ręce, drugą prowadząc Weenę przeszedłem więc z tej galerii do innej, jeszcze większej, która na pierwszy rzut oka przypominała mi kaplicę wojskową obwieszoną postrzępionymi sztandarami. Zorientowałem się jednak, że szare poszarpane łachmany, które zwisały z jednej i z drugiej strony galerii, są butwiejącymi szczątkami książek. Od dawna to wszystko gniło, rozłaziło się, rozsypywało i nie znać było już na tym żadnych śladów druku. Lecz tu i ówdzie spaczone okładki i popękane okucia metalowe dość wymownie opowiadały dzieje tego przybytku. Gdybym był literatem, moralizowałbym może na temat marności wszelkich ambicji; lecz w danych okolicz­nościach uderzył mnie tylko z gwałtowną mocą ogrom zmarnowanej pracy, o jakiej świadczyła ciemna otchłań butwiejącego papieru. Muszę przyznać, że w owym czasie myślałem głównie o “Spekulacjach filozoficznych" i o moich własnych siedemnastu pracach z optyki fizycznej."

Herbert George Wells: "Wehikuł czasu". Mediasat Group 2005, 125 s.

sobota, 5 stycznia 2013

Prosimy o ciszę!

Okładka
"Biblioteka mieściła się w wiktoriańskim budynku z czerwonej cegły, stojącym na szczycie wzgórza. Alex pchnął ciężkie drzwi i wszedł do sali z przypominającą szachownicę kamienną posadzką. Pod ścianami stały rzędy półek z książkami, a przy stolikach pośrodku siedziało sześć, może siedem osób. Mężczyzna w grubym swetrze czytał "Przegląd Rybacki". Alex podszedł do biurka bibliotekarki, nad którym wisiała tabliczka PROSIMY O CISZĘ. Bibliotekarka - uśmiechnięta okrąglutka kobieta czytała "Zbrodnię i karę". 
- Mogę w czymś pomóc? - spytała tak głośno, że wszyscy odwrócili głowy."

Anthony Horowitz: "Misja "Błyskawica". Amber 2004, 192 s. tłum. Jan Hensel

środa, 2 stycznia 2013

Odeszła Teresa Torańska (1.01.1944 - 2.01.2013)

Teresa Torańska

Pisarka, dziennikarka, niezrównana rozmówczyni, mistrzyni wywiadów-rzek.
Pierwsza laureatka Nagrody im. Barbary Łopieńskiej (2005 r.) 
za najlepszy wywiad prasowy.


"„Oni“ (1985) mówią jej to, do czego nie są skłonni przyznać się nawet przed sobą."


"„My“ (1994) opowiadamy jej o tym, czego boimy się najbardziej i o czym wolelibyśmy nie pamiętać."

  

"„Byli“ (2006) w rozmowach z nią stają się tymi, którzy ciągle „Są“ (2007)."


"Dzięki niej „Jesteśmy“ (2008) bardziej świadomi tego, skąd przychodzimy i gdzie zbłądziliśmy."


Wszystkie cytaty, którymi podpisałam okładki wybranych książek Teresy Torańskiej pochodzą ze strony Reportera Polskiego (TVP).

wtorek, 1 stycznia 2013

...przed trzaskającym ogniem na kominku

Okładka
"Kiedy szli przez dwuskrzydłową bibliotekę, której wysokie sklepienia opierały się na marmurowych kolumnach, Sedgwick przejeżdżał palcami po grzbietach książek swoich ulubionych pisarzy, klasycznych autorów po grecku i łacinie. W kolejnej wnęce wymieniał półgłosem nazwiska, które czytał na grzbietach: Chaucer, Milton, Pope, Dryden, Goldsmith, Walter Scott, Shakespeare.
- Tu trzymamy powieści współczesne - powiedział Karol, wskazując na ostatnią wnękę przed wejściem do oranżerii.
Sedgwick wziął do ręki Tajemnice zamku Udolpho, od wielu lat niezwykle popularną książkę.
- A te powieści w ogóle dadzą się czytać? - spytał z lekkim grymasem na przystojnej, ciemnej twarzy. - Nigdy mi się to nie udało.
- Te książki są bardzo różne, dobre, złe i nijakie. Z góry nigdy tego nie wiadomo. Kiedy ktoś z rodziny jedzie do Londynu, zawsze prosimy o przywiezienie czegoś do czytania. Czasami te niedobre książki są najzabawniejsze. Czytamy je na głos, wszyscy po kolei. To wspaniała rozrywka przed trzaskającym ogniem na kominku podczas zimnych wieczorów w Shropshine. Rodzina mojej matki, Wedgwoodowie, zawsze czytała sobie głośno. Czasami robimy tak zwaną opustkę, pomijając najnudniejsze fragmenty."

Irving Stone: "Opowieść o Darwinie". Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2012, s.21-22, tłum. Hanna Pawlikowska-Gannon
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...