poniedziałek, 7 października 2013

Joanna Chmielewska odeszła

(2.04.1932 - 7.10.2013)

Joanna Chmielewska dawała mi przez całe lata mnóstwo uśmiechu i radości. Po jej kryminały sięgam zawsze, gdy mi jest źle i gdy wierzę, że książka może być lekiem na to zło. I nawet jeżeli jej ostatnie powieści uważam za słabsze, to nie zmienia to faktu, że kilkanaście pierwszych znam na wyrywki. Wiem, że zawsze będę do nich wracać. Nawet teraz - od tygodnia mam zawsze pod ręką Romans wszechczasów, poczytywany podczas każdej wolnej chwili...

Bardzo, bardzo szkoda, że pani Joanna już niczego nie napisze.


A to moja pamiątka po spotkaniu z panią Joanną:




sobota, 11 maja 2013

Najbardziej lubię detektywy...

Okładka
"Wzięła książkę z pianina i otworzyła. Przeczytała pierwszą linijkę: "Śniło mi się tej nocy, że znów jestem w Manderley." Zaintrygowały ją początkowe zdania; ciekawe, czy Vandam czyta tę książkę. Może mogłaby ją pożyczyć - byłoby miło mieć coś, co należało do niego. Z drugiej strony odnosiła wrażenie, że nie jest namiętnym czytelnikiem powieści. Nie chciała pożyczać tej książki od jego żony. 
Wszedł Billy. Elene odłożyła gwałtownie książkę, doznając irracjonalnego poczucia winy, jak gdyby szpiegowała. Billy dostrzegł jej gest.
- Ta nie jest dobra - powiedział. - To o jakiejś głupiej dziewczynie, która boi się gospodyni swojego męża. Nie ma żadnej akcji.
Elene usiadła, Billy usiadł naprzeciw niej. Najwidoczniej miał ją zabawiać. Był miniaturową kopią swojego ojca, z wyjątkiem tych wyrazistych szarych oczu.
- A więc ją czytałeś?
- Rebekę? Tak. Ale nie bardzo mi się podobała. Mimo to zawsze doczytuję do końca.
- A co lubisz czytać?
- Najbardziej lubię detektywy.
- Detektywy?
- Powieści detektywistyczne. Przeczytałem całą Agathę Christie i Dorothy Sayers. Chociaż najbardziej lubię amerykańskie: S. S. Van Dine'a i Raymonda Chandlera.
- Naprawdę? - Elene uśmiechnęła się. - Ja też lubię powieści kryminalne, bez przerwy je czytam.
- Och! A kto jest pani ulubionym detektywem?
George Simenon
Elene zastanowiła się.
- Maigret.
- Nigdy o nim nie słyszałem. Jak się nazywa autor?
- George Simenon. Pisze po francusku, ale część książek przetłumaczono na angielski. Rozgrywają się najczęściej w Paryżu. Są bardzo... skomplikowane.
- Pożyczy mi pani jedną? Tak trudno zdobyć nowe książki, przeczytałem już wszystkie w tym domu i w bibliotece szkolnej. Wymieniam się z kolegami, ale wie pani, oni lubią historie o dzieciach, które mają przygody podczas wakacji.
- Chętnie - powiedziała Elene. - Wymieńmy się. Co mi pożyczysz? Zdaje się, że nie czytałam żadnych amerykańskich.
- Pożyczę pani Chandlera. Amerykańskie są bliższe życiu. Mam dosyć tych historii o angielskich dworkach i ludziach, którzy prawdopodobnie nie potrafiliby zabić nawet muchy.
Dziwne, pomyślała Elene, że chłopiec, dla którego angielski dworek mógłby stanowić część codziennego życia, uważa opowieści o amerykańskich detektywach za "bliższe życiu". Zawahała się, a potem spytała:
- Czy twoja mama czytuje powieści kryminalne?
Billy odpowiedział prędko:
- Moja matka zginęła w zeszłym roku na Krecie."

Ken Follett: "Klucz do Rebeki". Amber, Warszawa 1989, s. 178-179, tłum. Hieronim Mistrzycki

poniedziałek, 6 maja 2013

Miałem w ręku dzieło wybitne...


Okładka
Okładka
"Na przedramionach poczułem gęsią skórkę. Jakby znienacka powiało w pomieszczeniu chłodem. Przez otwarte okno dobiegło skądś rżenie konia i cichszy szczęk, srebrzysty i ostry, jak skrzyżowanie krótkich mieczy. Powoli obróciłem się, tłumacząc sobie, że moje zadanie, takie czy inne, nie będzie miało nic wspólnego z przerażającą izdebką. Moje królestwo to nie laboratorium, ale księgozbiór. I zaraz potem zauważyłem w tym bałaganie coś więcej.
W gąszczu butli i instrumentów nie zdołałem wcześniej dostrzec dwóch tomów. Sięgnąłem po ten leżący na wierzchu, spodziewając się kolejnego traktatu alchemicznego. Okazało się jednak, że to atlas świata Theatrum orbis terrarum Abrahama Orteliusa. To wydanie wydrukowano w Pradze w roku 1600; w kilka lat po śmierci Orteliusa, jeśli dobrze pamiętam. Stronice poważnie uszkodziła woda, lecz atlas fachowo oprawiono na nowo w bukram. Na wyklejce znajdował się wyszukany ekslibris z mottem Littera Scripta Manet.
Przez chwilę przerzucałem pomarszczone trzeszczące stronice z dziesiątkami pięknie rytowanych map. Atlas znałem nieźle, chociaż o istnieniu tego wydania nie wiedziałem. Nie było w tym wszelako nic dziwnego, bo po pierwszej publikacji w roku 1570 dzieło doczekało się dziesiątków wznowień. Zastanawiałem się, jak tutaj zawędrowało z biblioteki. Może wielkim Orteliusem, niegdyś królewskim kosmografem Filipa II, po prostu podpierano drzwi albo użyto go w roli podnóżka?
 
Przez chwilę przerzucałem pomarszczone trzeszczące stronice z dziesiątkami pięknie rytowanych map...
Odłożyłem atlas i wziąłem drugi wolumin, nowszy, w znacznie lepszym stanie. Miałem w ręku dzieło równie wybitne: Galileusza Dialogo sopra i due massimi sistemi del mondo w przekładzie Thomasa Salusbury'ego. Pod tytułem Systemat świata w dialogach zostało wydane w Londynie zaledwie przed miesiącem czy dwoma. U drukarza zamówiłem dwa tuziny, które sprzedałem w kilka godzin. Teraz znałem już wyniki sprzedaży w całym kraju oraz w Holandii, Francji i Niemczech. Najwyraźniej cała Europa chciała koniecznie poznać to filozoficzne arcydzieło, najważniejszą i najbardziej sporną książkę tych czasów, która zdaniem jezuitów z Collegio Romano wyrządziła Rzymowi więcej szkód niż Luter i Kalwin razem wzięci."
 
Miałem w ręku dzieło równie wybitne: Galileusza  Dialogo sopra i due massimi sistemi del mondo...
 
King Ross: „Ekslibris”. Rebis 2007, 416 s., tłum. Wojsław Brydak

niedziela, 5 maja 2013

Czy Jean-Claude przeczytał wszystkie te książki?


Okładka
 "Tessa postanowiła obejrzeć książki na półkach. Mnóstwo filozofów... Kartezjusz, Arystoteles, Platon, Sofokles, pisarze francuscy tacy jak Victor Hugo, Céline, André Malraux, Jean-Paul Sartre, Emil Zola oraz Colette. Książki z zakresu historii Francji, Anglii i Ameryki. Niektóre jej ulubione lektury, a wśród nich Dickens, siostry Bronté i Jane Austen. Wszelkie aspekty polityki też były obecne, w postaci dzieł Charlesa de Gaulle'a, Winstona Churchilla oraz innych autorytetów. Zobaczyła mnóstwo biografii polityków takich jak Churchill, John Major, de Gaulle, John Kennedy, Ronald Reagan oraz Franklin Roosevelt, historie Napoleona, Talleyranda, Nelsona, księcia Marlborough i Cromwella, a także Elżbiety Tudor i Karola II. Zauważyła również zbiór słynnych mów Churchilla z czasów drugiej wojny światowej oraz jego Historię narodów anglojęzycznych w wielu tomach.
  Były tam też książki na temat wielu religii, począwszy od chrześcijaństwa, przez judaizm i buddyzm po islam. Zauważyła, że opracowania na temat islamu stoją tuż przy zbiorze książek dotyczących terroryzmu. Obok znajdowała się się ogromna liczba tomów opisujących setki wojen stoczonych podczas wielu wieków. Tymczasem na kolejnej półce stało dużo nowszych wydań, wśród których zauważyła kolorowe okładki powieści znanych brytyjskich autorów.
  Dalej dostrzegła opracowania na temat sztuki - Renoira, Picassa, Maneta, Moneta, Degas, Gauguina, Turnera, Constable'a, Gainsborough, Bernarda Buffeta i Rodina. Na kolejnej półce spoczywały książki o muzyce Masseneta, Bizeta, Ravela, Bacha, Beethovena, Mozarta, Pucciniego i operach Wagnera.
  Zadała sobie pytanie, czy Jean-Claude przeczytał wszystkie te książki, i doszła do wniosku, że to więcej niż prawdopodobne."

Barbara Taylor Bradford: "Uśmiech losu". Wydawnictwo Dolnośląskie 2007, s. 244, przekład: Magda Białoń-Chalecka


niedziela, 14 kwietnia 2013

Marzyłem o tym, żeby być ostatnim z mojego plemienia...

Okładka
"Wrócili do przeglądania zawartości laptopa. Louise przyglądała się, jak Aron szuka wśród plików ścieżek, które mogłyby ich dokądś zaprowadzić.
- Unkas - odezwała się nagle. - Pamiętasz go?
- Ostatni Mohikanin, James Fenimore Cooper. Jako dzieciak czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy. Marzyłem o tym, żeby być ostatnim z mojego plemienia, plemienia Arona. Czy dziewczyny też to czytały?
- Artur czytał mi to na głos. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się zastanawiał nad tym,
Okładka
czy to książka dla dziewczyn. Zawsze czytał mi tylko to, co sam uważał za interesujące. Potem, kiedy miałam już siedem czy osiem lat, sama parę razy sięgnęłam po książki przygodowe o Indianach. Unkasa pamiętam bardzo dobrze.
- Co najbardziej zapadło ci w pamięć"
- Scena, w której jedna z córek pułkownika Munro staje nad przepaścią, bo woli umrzeć, niż dać się schwytać żądnemu krwi Indianinowi. Wyobrażałam sobie, że to ja, odważna do ostatniej chwili. Postanowiłam sobie wtedy, że tak właśnie będę żyć."

Henning Mankell - Mózg Kennedy'ego. W.A.B., Warszawa 2013, s. 140-141, tłum. Ewa Wojciechowska

środa, 10 kwietnia 2013

Grzegorz Wasowski czytał... "Lalkę"


Grzegorz Wasowski czyta...

Lalka
(1890)

Lalka Prusa! Lalka Prusa!
ma dużego u nas plusa!


Okładka
Drogie dziatki, chcemy streścić,
Co w powieści "Lalka" zmieścił
Prus (pseudonim Głowackiego).
Są to dzieje Wokulskiego,

Co w powstaniu wziął styczniowym
Udział, stąd wypoczynkowy
Urlop potem miał w scenerii
Dość oszczędnej - na Syberii.

Gdy już wrócił, szukał pracy,
Rzecki (jego druh) Ignacy
Pomógł mu i pewna wdowa,
A konkretnie zaś Minclowa,

Okładka
Zatrudniła Staszka w sklepie.
Dalej było jeszcze lepiej,
Bo ślub wziął z nią, a po latach
Czterech zeszła z tego świata –

Przejął sklep więc i majątek,
I przekazał na początek
Sklep Rzeckiemu, sam tymczasem
Ruszył na dostawach kasę

Robić, bowiem Rusek z Turkiem
Wszczął wojenną awanturkę.
Gdy powrócił Stach z portfelem
Ignac sporą klientelę

Bolesław Prus
Dla ich sklepu zdążył zyskać.
I tu wkracza Łęcka Izka,
Co zastawić srebrną musi
Sprzedać, bo ją bieda dusi.

Jak się później dowiaduje,
Stach zastawę wykupuje.
Również on, choć nieco wcześniej
Ojca jej wykupił weksle.

Kiedy doszło zaś do licy-
tacji Łęckich kamienicy -
Szlangbaumowi dał zlecenie,
By po wyższej nabył cenie.

Lecz pan Tomasz, Izy tata
Bałwan i arystokrata,
Nie jest kontent ze sprzedaży,
Bo o większej sumie marzył

Nabył także Staszek sobie
Klacz Krzeszowskiej (baronowej),
Wygrał wyścig i klacz sprzedał,
A pieniądze? - Izce je dał

W szczytnych celach dobroczynnych
I tryb życia wciąż wiódł czynny,
W pojedynku więc barona
Krzeszowskiego Stach pokonał,

Kurs ukończył angielskiego,
By za nieokrzesanego
Nie uchodzić, ale Iza
Nieopatrznie go poniża,

No i nie chce go do tego,
Bo aktora chce Rossiego.
Lecz de facto nie jest w stanie
Zdobyć się na pokochanie

Kogokolwiek bądź, albowiem
Tylko flirty są jej w głowie,
Bo choć piękna (pisze Prus tak)
W środku jak ta LALKA pusta.

Gdy ze Starskim się zajmuje
Flirtem, Stach nie wytrzymuje
Kładzie się na torach w poprzek,
Lecz kolejarz, co to dostrzegł

Nie dał zginąć pod pociągiem.
Jednak Stach w apatii ciągłej
Pozostaje, a to sprawia,
Że wyrusza do Zasławia,

Gdzie kupuje u górników
Parę skrzynek dynamitu
I wysadza zamek jak też
Siebie przy tym, choć z tym faktem

Autor nas nie zaznajamia,
Więc to tylko domniemania,
Które z tego są czerpane,
Że zostawił Stach testament.

To nie wszystkie jeszcze klęski,
Bo mrą Rzecki oraz Łęcki,
Izka gna zaś za granicę
Robić tam za zakonnicę.

Nic już nie ma do dodania,
Pora zasiąść do czytania.


Grzegorz Wasowski: "PKS, czyli Przegląd książek szkolnych". Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 79-81


Antoni Uniechowski - Izabela Łęcka i Stanisław Wokulski

wtorek, 9 kwietnia 2013

Tajemnicze słowo


Okładka
"W poniższym alfabecie brak czterech liter: b, c, e, f, g, h, i, j, k, l, ł, m, n, o, r, s, t, w, z, y. Gdy brakujące litery ułożyć w ten sposób, że pierwsza i trzecia będą spółgłoskami, druga zaś i czwarta samogłoskami, otrzymamy wtedy słowo czteroliterowe, oznaczające część ciała ludzkiego, a także zwierzęcego. Pierwsza litera tego słowa jest czwartą literą alfabetu, a czwarta - pierwszą, natomiast litery drugie i trzecie nie mają tych właściwości, przy czym druga litera (samogłoska) wchodzi w skład słowa "zdun", trzecia zaś (spółgłoska) jest pierwszą literą skrótu oznaczającego Polską Akademię Literatury. Gdy całe słowo, które mamy odgadnąć, przeczytamy wstecz, otrzymamy wyraz łaciński, oznaczający "przy". Pierwsza sylaba naszego słowa jest zaimkiem niemieckim, którym ludzie posługują się, gdy są ze sobą na ty, druga zaś w języku dziecinnym wyraża pożegnanie. Gdy poszukiwane przez nas słowo powtórzyć kilkadziesiąt razy z rzędu (im częściej, tym lepiej) usłyszymy wyraźnie "padu". Jeżeli usuniemy ze słowa pierwszą i czwartą literę, pozostałe zaś przeczytamy wstecz, otrzymamy dźwięk "pu", gdy zaś usuniemy drugą i trzecią, a przeczytamy wstecz pierwszą i czwartą literę, brzmienie ich będzie "ad". Gdy napiszemy wyraz, będący trzecią osobą liczby pojedynczej czasu przeszłego (dokonanego) od czasownika, oznaczającego utracenie równowagi i znalezienie się wskutek tego na podłodze, i w wyrazie tym usuniemy ostatnią literę, która w wydrukowanym powyżej alfabecie znajduje się pomiędzy literami k i m, lecz nie jest literą l, resztę zaś liter zaczniemy szybko powtarzać (patrz wyżej), otrzymamy poszukiwane tajemnicze słowo, które jest poza tym pełnym i dźwięcznym rymem do słów następujących: zupa, kupa, chałupa, trupa, słupa, żupa, grupa, lupa."

Julian Tuwim i Antoni Słonimski: "W oparach absurdu". Iskry, Warszawa 1958, 207 s.
 
Antoni Słonimski i Julian Tuwim
 

sobota, 6 kwietnia 2013

Pisarz i czytelnik razem tworzą świat wyobraźni...

Okładka
"... Kto według ciebie tworzy świat wyobraźni?
- Ty! No, to znaczy pisarz.
- Tak, ja, ale nie sam. Ja wykonuję tylko połowę pracy.
- A kto wykonuje drugą połowę?
- Czytelnik.
Milo popatrzył na mnie coraz bardziej zakłopotany.
- Spójrz, co napisał Voltaire w tysiąc siedemset sześćdziesiątym czwartym roku! - Powiedziałem, wręczając mu swoje notatki.
Milo pochylił się nad nimi i przeczytał na głos:
- "Najbardziej użyteczne książki to te, których połowę tworzą sami czytelnicy".
Wstałem.
- Bo czym w zasadzie jest książka, Milo? - zacząłem z przekonaniem. - To litery napisane jedna za drugą w pewnym określonym porządku na kartce papieru. Nie wystarczy napisać kropki po ostatnim słowie, żeby powieść zaczęła żyć własnym życiem. Mam w szufladach wiele rozpoczętych maszynopisów, które nie poszły do druku i są dla mnie jak martwe, bo nikt nigdy nie przeczytał z nich ani jednego słowa. Książka ożywa dzięki czytelnikowi. To on wlewa w nią życie, tworzy w wyobraźni scenę, na której żyją jej bohaterowie. 
[...]
- ... Po wydrukowaniu i sprzedaży książka staje się własnością czytelnika, jej bohaterowie są odtąd jego bohaterami, bo zaczynają żyć w jego wyobraźni. Czasem czytelnik interpretuje fragmenty na swój sposób, nadaje im sens inny od tego, który ja im nadałem, ale to jest część tego układu!
[...]
- Jeśli dobrze zrozumiałem, według ciebie pisarz i czytelnik razem tworzą świat wyobraźni?
- To nie według mnie, Milo! Tak powiedział Umberto Eco, tak powiedział Jean-Paul Sartre! - Wręczyłem mu jedną z otwartych książek, w której podkreśliłem następujące zdanie: "Lektura to pakt wspaniałomyślności między autorem i czytelnikiem, którzy ufają sobie wzajemnie i wzajemnie na siebie liczą".

Guillaume Musso: "Papierowa dziewczyna". Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011, s. 266-268, tłum. Joanna Prądzyńska

piątek, 5 kwietnia 2013

... to jest teatr, Babciu Weatherwax!

Okładka
Długo się broniłam, przyznaję. Najpierw udawałam, że Terry Pratchett w ogóle nie istnieje, potem wykręcałam się wszystkimi najbardziej popularnymi sposobami: brak książek, brak czasu, stos tytułów mających pierwszeństwo, najpierw to, bo trzeba zwrócić właścicielce…, teraz koniecznie to, bo takie ma świetne recenzje… 

No i stało się to za sprawą Stiega Larssona. 
Tak, tak, wiem, jak to brzmi. 
Ale to prawda. 

Przeczytałam "Millennium", stwierdziłam u siebie zespół Larssona i postanowiłam go zwalczyć nie podobną literaturą, tylko literaturą całkiem inną, najlepiej maksymalnie różną. 

Na początek wymyśliłam, że grudzień będzie pratchettowy. 
Przeczytałam "Nację". Podobała mi się, ale żebym się poczuła zapratchettowana… eee, nie. 
Potem "Kolor magii" i "Blask fantastyczny". Po czwóreczce… hmmm 
Niby się mówi, że do trzech razy sztuka, ale ja już zdążyłam się zorientować, że to nie zawsze prawda. Tym bardziej, że kilka miłych osób doradzało mi na forum [BiblioNETki], żeby próbować i się nie poddawać po pierwszych, niezbyt przekonujących doświadczeniach, bo Pratchett to tyle smaczków… 

Postanowienia są po to, żeby je łamać…, odłożyłam Pratchetta, przeczytałam prezent od BiblioNETkołaja - „Psy z Rygi” Mankella :-), potem był „Marley i ja” Grogana… 
Ale Pratchett mnie męczył. 

Przeszukałam forum, znalazłam ciekawe wątki, polecano tam kilka tytułów, sięgnęłam po jeden z nich… 

Wpadłam po uszy na 33 stronie, przy tej scenie:

"Magrat była oczarowana, jak zwykle. Teatr składał się z kilku łokci pomalowanej derki, drewnianej sceny ułożonej na beczkach i pół tuzina ławek stojących na rynku. Ale jednocześnie udawało mu się być Zamkiem, Innym Skrzydłem Zamku, Tym Samym Skrzydłem Trochę Później, Polem Bitwy i Drogą za Miastem. Popołudnie ułożyłoby się znakomicie, gdyby nie Babcia Weatherwax. 
Po kilku przenikliwych spojrzeniach w stronę trzyosobowej orkiestry, w nadziei że ustali, który instrument jest teatrem, stara czarownica w końcu zwróciła uwagę na scenę. Wtedy właśnie Magrat zrozumiała, że Babcia nie pojęła jeszcze pewnych fundamentalnych aspektów sztuki dramatu. 
W tej chwili podskakiwała ze złości na stołku. 
- Zabił go! - syknęła. - Dlaczego nikt nie reaguje? Przecież go zabił! I to na oczach wszystkich! 
Magrat rozpaczliwie ściskała rękę starszej koleżanki, która usiłowała poderwać się na nogi. 
- Wszystko w porządku - szepnęła. - On nie zginął! 
- Zarzucasz mi kłamstwo, moja mała? Przecież widziałam! 
- Babciu, to nie jest naprawdę. Nie widzisz tego? 
Babcia Weatherwax uspokoiła się trochę, ale wciąż burczała coś pod nosem. Odnosiła wrażenie, że świat usiłuje wystrychnąć ją na dudka. 
Na scenie jakiś człowiek w prześcieradle wygłaszał pełen emocji monolog. Przez kilka minut Babcia słuchała z uwagą, po czym szturchnęła Magrat pod żebro. 
- O co mu teraz chodzi? - zapytała. 
- Tłumaczy, jak mu przykro, że ten drugi zginął - wyjaśniła młodsza czarownica i dodała szybko, by zmienić temat: - Mają tu sporo koron, prawda? 
Babcia nie dała się zbić z tropu. 
- W takim razie dlaczego wziął go i zabił? 
- To trochę skomplikowane... 
- Skandal! - rzuciła Babcia. - A ten nieżywy biedak ciągle tam leży! 
Magrat obejrzała się na Nianię Ogg, która przeżuwała jabłko i z zachłannością badacza wpatrywała się w scenę. 
- Moim zdaniem... - rzekła powoli - oni chyba tylko udają. Popatrz, on oddycha. 
Reszta publiczności, która uznała już, że te komentarze są elementem przedstawienia, jak jeden mąż spojrzała na zwłoki. Zaczerwieniły się. 
- Przyjrzyj się też jego butom - dodała krytycznie Niania Ogg. - Prawdziwy król wstydziłby się w takich pokazać. 
Zwłoki spróbowały schować stopy za tekturowy krzak. 
Czując, że w jakiś niepojęty sposób odniosły drobne zwycięstwo nad handlarzami nieprawdy i fałszerstw, Babcia poczęstowała się jabłkiem z torby. Zaczęła z nowym skupieniem obserwować scenę. Magrat odetchnęła z ulgą i usiadła wygodniej, by podziwiać przedstawienie. Niestety, jak się okazało, nie na długo. Świadome zawieszenie niewiary zostało przerwane przez głos z boku: 
- Co teraz? Magrat westchnęła. 
- To tak - zaczęła. - On myśli, że jest księciem, ale naprawdę jest córką tego drugiego króla, przebraną za mężczyznę. Babcia poddała aktora długiej, analitycznej obserwacji. 
- Przecież to jest mężczyzna - oznajmiła. - W słomianej peruce. I stara się mówić piskliwie. 
Magrat zadrżała. Wiedziała co nieco o konwencjach teatru. Lękała się tego pytania. Babcia Weatherwax miała swoje Poglądy. 
- Tak, ale... - wykrztusiła przerażona - ...to jest teatr. Rozumiesz... Wszystkie kobiety są grane przez mężczyzn. 
- Dlaczego? 
- Nie wpuszczają kobiet na scenę - wyjaśniła Magrat drżącym głosem. Zamknęła oczy. 
Tymczasem na miejscu po lewej stronie nie nastąpił żaden wybuch. Zaryzykowała szybkie spojrzenie. 
Babcia spokojnie przeżuwała wciąż ten sam kawałek jabłka. Nie odrywała oczu od przedstawienia. 
- Nie rób problemów, Esme - wtrąciła Niania Ogg, która także wiedziała o Babcinych Poglądach. - To niezłe przedstawienie. Chyba zaczynam rozumieć, o co tu chodzi. 
Ktoś stuknął Babcię w ramię. 
- Przepraszam - powiedział. - Czy zechciałaby pani zdjąć kapelusz? 
Babcia odwróciła się na stołku powoli, jakby popychana ukrytym silnikiem, i poddała natręta stukilowatowemu, diamentowemu spojrzeniu; zwiądł pod jej wzrokiem i opadł na siedzenie. Wzrok Babci odprowadzał go do samego końca. 
- Nie - odrzekła. 
Przemyślał pozostałe mu możliwości. 
- To dobrze - oświadczył. 
Aktorzy przerwali grę i spoglądali na Babcię, która odwróciła się i skinęła w stronę sceny. 
- Na co się tak gapicie! Bierzcie się do roboty.
Niania Ogg podsunęła jej inną torbę. 
- Poczęstuj się miętusem - zaproponowała. 
I znowu zaimprowizowany teatr wypełniła cisza, jeśli nie liczyć pełnych wahania głosów aktorów, zerkających na surową postać Babci Weatherwax, oraz dźwięków ssania dwóch gotowanych miętusów, które Babcia przesuwała w ustach językiem. 
Aż nagle Babcia odezwała się przenikliwym głosem, od którego jeden z aktorów upuścił drewniany miecz: 
- Tam z boku stoi jakiś człowiek i coś im szepcze! 
- To sufler - wyjaśniła Magrat. - Podpowiada im, co mają mówić. 
- Sami nie wiedzą? 
- Myślę, że zapominają. Babcia szturchnęła Nianię Ogg. 
- Co się teraz dzieje? - spytała. - Dlaczego są tam wszyscy ci królowie i reszta? 
- To bankiet, rozumiesz - odparła z wyższością Niania Ogg. - Z powodu zabitego króla, tego w butach. Chociaż, jeśli się przyjrzysz, to zobaczysz go, jak udaje żołnierza. Wszyscy wygłaszają mowy, jaki dobry był tamten król. I zastanawiają się, kto go zabił. 
- Naprawdę? - upewniła się Babcia z posępną miną. 
Zerknęła na scenę, szukając wzrokiem mordercy. 
Podejmowała decyzję. 
Po chwili wstała. 
Czarny płaszcz powiewał wokół niej niby skrzydła anioła zemsty przybywającego, by zbawić świat od całego tego udawania, pretensji, oszustw i bezwstydu. Wydawało się, że w jakiś sposób urosła. Wyciągnęła gniewną dłoń w stronę winnego. 
- On to zrobił! - krzyknęła tryumfalnie. - Wszyscy widzieliśmy! Zabił go sztyletem!"

Terry Pratchett: "Trzy wiedźmy". Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 33 - 36 [w przypadku zamieszczonych niżej krótkich cytatów, numer strony podałam pod cytatem], tłum. Piotr W. Cholewa

Dalej było podobnie! 


-Gdzie Niania?- spytała tylko. 
Leży na trawniku – wyjaśniła Babcia – Czuje się trochę słabo. 
Z zewnątrz dobiegł głos Niani Ogg, która czuła się słabo na całe gardło. … 
[ strona 44] 


Poborca z roztargnieniem miął kraj swojej szaty. 
- Owszem, sir. Wspomniałem, że podatki pomagają utrzymać pokój… 
- I co? 
- Odpowiedziały, że król sam powinien dbać o swoje pokoje, sir… 
[strona 61] 


Głaz był wysoki niczym mężczyzna i miał niebieskawy odcień. Uważano go za wyjątkowo magiczny, ponieważ – chociaż był tylko jeden – nikt nigdy nie zdołał go policzyć. Kiedy tylko zauważył, że ktoś przygląda mu się z namysłem, natychmiast przesuwał się mu za plecy. Był najbardziej wstydliwym monolitem na świecie. ... 
[strona 75] 


- Kim jesteś? – zapytała śmiało Babcia. 
Głowa odwróciła się w jej stronę. 
- Moje imię jest niewymawialne w twoim języku, kobieto. 
- Ja to osadzę – odparła groźnie Babcia i dodała: - Nie waż się mówić do mnie: kobieto. 
- Jak chcesz. Moje imię brzmi: WxrtHltl-jwlpklz – oświadczył demon z wyższością. 
- Gdzie byłeś, kiedy rozdawali samogłoski? – wtrąciła Niania Ogg. – Stałeś za drzwiami?... 
[strona 80] 


… W życiu człowieka są tylko trzy okazje, kiedy wypada przejść przez drzwi frontowe, ale wtedy go przenoszą. … 
[strona 85] 


Każde miejsce leży tam, gdzie jest, od czasu kiedy pierwszy raz tam trafiło. To się nazywa geografia. 
[strona 99] 


Babcia Weatherwax wcale się nie zgubiła. Nie należała do osób, które się kiedykolwiek gubią. Po prostu w tej chwili wiedziała co prawda dokładnie, gdzie się znajduje, ale nie była pewna lokalizacji wszystkich innych miejsc. … 
[strona 120] 


Niania Ogg pojawiła się z boku, na próżno usiłując zgrać kurs i prędkość z wirującą, skaczącą miotłą. Oktarynowe iskry strzelały z zamarzniętych, pozwieranych gałązek. Niania pochyliła się i chwyciła Babcię za spódnicę. 
- Mówiłam, że to głupie! - krzyknęła. - Przeleciałaś przez całą tę mgłę, a potem w górę, w zimne powietrze, tępa miotło! 
- Puść moją spódnicę, Gytho Ogg! 
- Łap moją! Coś ci się pali z tyłu! 
Przebiły warstwę chmur i wrzasnęły chórem, gdy porośnięty krzakami grunt wynurzył się znikąd i wymierzył prosto w czarownice. 
I przeleciał obok. 
[strona 164] 


Przeznaczenie bywało zabawne, nie można było mu ufać. Kiedy człowiek... krasnolud... myślał już, że je dopadł, okazywało się czymś innym: zbiegiem okoliczności albo wyrokiem opatrzności... Można było zaryglować przed nim drzwi, a ono stało za plecami. Kiedy już było przybite, odchodziło z młotkiem. 
[strona 202] 


- Przypilnujemy go - zapewniła Babcia. 
- Nie powinnyśmy. Jeśli ma być królem, musi sam walczyć - rzekła Magrat. 
- Nie chcemy, żeby marnował siły - odparła z wyższością Niania. - Ma być sprawny i świeży, kiedy tu dotrze. 
- A potem, mam nadzieję, pozwolimy mu toczyć walki po swojemu? 
Babcia klasnęła w dłonie. 
- Oczywiście - zapewniła. - Pod warunkiem, że będzie wygrywał. 
[strona 204] 


Nigdy nie poświęcała słowom wiele czasu. Uważała je za nazbyt niematerialne. Teraz tego żałowała. Słowa w istocie były niematerialne, ustępliwe jak woda, ale też potężne jak woda. A teraz spływały na widzów, podmywały brzegi prawdy i unosiły ze sobą przeszłość. 
[strona 231] 

[Wszystkie cytaty: Terry Pratchett "Trzy wiedźmy", tłumaczenie Piotra W. Cholewy. Warszawa 1998.] 


Śledząc perypetie trzech szalonych, ale dobrotliwych dam, chichocząc pod nosem od czasu do czasu, nawet nie zauważyłam, kiedy za oknem zrobiło się jasno…


Świat Dysku Terry'ego Pratchetta

[Notkę zamieściłam z BiblioNETce 3 stycznia 2010 roku]

piątek, 29 marca 2013

Zaledwo zimy minęła pogróżka...

Paul Cezanne - Bare Trees


LEOPOLD STAFF - SAD O PRZEDWIOŚNIU

Zaledwo zimy minęła pogróżka,
W łagodnym, miękkim i tkliwym powiewie
W sad nagi wchodzi wiosna, nowicjuszka
Skromna, co jeszcze o swych czarach nie wie.

W powietrzu srebrna mglistość pozimowa...
Tu i tam jeszcze w szczelinie głębokiej
Szczypta się śniegu ostatniego chowa
Jak białe pióro w ciemnych skrzydłach sroki.

Sad cichy, niemy, pusty. W monotonnej
Szarości ziemia, co woń ostrą szerzy,
Siwobrunatna jak habit zakonny,
W pokutnym półśnie umartwienia leży.

Oczekiwaniem tęsknie-nudnym chora,
Pręży gałęzie drzew jak owad macki,
Czyli się przecknąć do życia już pora,
Czy już przymrozek nie czyha z zasadzki.

Z oddali, która głosy tłumi sennie,
Jakoś inaczej niż zwykle kur pieje,
Dziwnie piętrowo, wieszczo, przedwiosennie,
Budząc niepokój razem i nadzieję.

Jest coś przyszłego, nienarodzonego,
W przestworzu, które zdaje się jak próżnia,
Kędy serdeczna czczość i mdłość się lega.
A zmartwychwstania wielki cud się spóźnia.

Drzewa splątanych gołych koron gęstwą,
Co jak szkielety stoją czarnokostne,
Owiewa jakieś nieme nabożeństwo,
Jakieś milczenie twarde, wielkopostne.

Sad w ascetycznej zadumie śni cichy,
Nagi jak z cierni wieniec Męki Pańskiej,
Którą ćwierkaniem głoszą wiosny mnichy,
Wróble, w szarości swojej franciszkańskiej.

Leon Wyczółkowski - Magnolie (1905)

niedziela, 24 marca 2013

Czytając po cichu, śmiać się w duchu...

Okładka
"Paliła się tylko mała lampka na stoliku nocnym. Ludwik leżał w łóżku w swoim pokoju i czytał książkę.  Na twarzy miał zachwycony uśmiech, od czasu do czasu chichotał, aż nagle wybuchł niepohamowanym, głośnym, wręcz wariackim śmiechem, tarzał się po łóżku i nie mógł przestać. Drzwi uchyliły się ostrożnie i stanął w nich ojciec. Był w długiej nocnej koszuli, zaspany i najpoważniej przerażony.
- Co ci się stało?
- Nic... nic, tylko, nie mogę... - Ludwik aż skakał po łóżku. - Powiedział, że wewnątrz kuli ziemskiej jest druga kula, daleko większa...
- Kto?
- Wariat. To znaczy profesor w zakładzie wariatów.
- Co ty czytasz?
- Szwejka.
- I musisz się tak głośno śmiać?
- Muszę...
- Przecież czytasz po cichu, powinieneś się śmiać ... w duchu."

Janusz Majewski: "Mała matura". Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2010, s. 282

Dobry wojak Szwejk w Przemyślu

piątek, 22 marca 2013

Czemu o tańcu opowiadasz drzewu wrośniętemu w ziemię?

Okładka
  "Całe moje nieoczekiwanie powodzenie polegało na tym, że z ochotą dogadzałem jej kaprysom, i gdy mi rozkazała: "Opowiadaj" - do znudzenia rozwijałem w przeróżnych odmianach stary repertuar awanturniczych przygód, które zapamiętałem z wizyty wuja. Dopóki się dało, uzupełniałem je swymi szkolnymi wiadomościami. Interesowała się wszystkim, co znałem z geografii, z historii, z przyrody, byle niosło z sobą choć smużkę zapachu dalekich krain. Zachwycały ją pustynie, morza, dżungle - okolice, które były jak najbardziej oddalone od spokojnego i zacisznego zakątka ziemi, gdzie się urodziła i z którego dotąd nie ruszyła się na krok.
   Moja chłopięca lektura była mi w tym zadaniu doskonałym oparciem. Opowiadałem jej treść powieści o Indianach, które pochłaniałem bez wiedzy rodziców, powieści detektywistycznych, prymitywnych "kryminałów". Mieszałem przygody wuja z pirackimi historiami, podróżowałem przez Kordyliery z dziećmi kapitana Granta, budowałem chaty z trzciny jak robinsonowski Piętaszek. Była wyrozumiała wobec największych nawet naiwności, pozwalała mi mówić, dopóki ją to choć trochę bawiło. Kiedy spostrzegła, że się zbytnio powtarzam, strofowała mnie:
   - Jesteś jak zepsuta katarynka, korbka ci skrzypi jak przy naszym stereoskopie. Kup sobie nowe obrazki.
Albo fukała na mnie:
   - Zostaw te głupie wymysły! Już mnie to męczy. Czemu o tańcu opowiadasz drzewu wrośniętemu w ziemię? Jesteś złośliwy, rozumiesz? I pysznisz się, że masz interesującego wuja. Wynoś się! Nie chcę cię już widzieć! "

Jaroslav Havlíček: "Helimadoe". Czytelnik, Warszawa 1978, s. 115-116, przekład Helena Gruszczyńska-Dębska

"Interesowała się wszystkim, co znałem z geografii, z historii, z przyrody,
byle niosło z sobą choć smużkę zapachu dalekich krain..."
"Mapy. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata".
Wydawnictwo Dwie Siostry 2011

czwartek, 21 marca 2013

Jacek Kaczmarski - Oda do mego (wstydliwego) księgozbioru

Jacek Kaczmarski - Oda do mego (wstydliwego) księgozbioru

O, książki moje! Tomy tłuste,
Mrowiska pracowitych czcionek!
Gdy wzrokiem grzbiety Wasze musnę,
Już czuję, jak rozkosznie tonę.

Jest w Was pokusa, pusta rozkosz,
Narzędzie mordu (czas - ofiarą)
I tarzać można się w Was bosko
Pławiąc się w zbrodni... (gardząc karą).

A przecież potraficie gryźć
I sen usunąć z ciężkich powiek,
Lecz bez Was - jak przez życie iść,
Mówiąc o sobie jeszcze - Człowiek?

Choć mnóstwo czarno-białych bzdur
Widzi w Was sposób na przetrwanie -
Jesteście, jak ogromny chór,
Gdzie każdy własne miewa zdanie.

Zatem bezwzględnie można mieć
Do współbrzmień Waszych zastrzeżenia,
Lecz w demokracji - każdy śmieć
Musi mieć coś do powiedzenia.

Zbieracie - mówią żony - kurz.
Ba! Wtedy, kiedy nikt nie czyta!
Mieć w domu Wasz Jadłospis Dusz
I móc nie najeść się do syta!

Przy Was, jak ostrzyżony Samson,
Choć ślepy - nie dam się poniżyć.
Kto umie czytać piękne kłamstwo -
Do Prawdy się (być może) zbliży...

Więc proszę jeszcze! Więcej! Tłuściej!
Treściwiej! W lęku i w inwencji!
Bym sączył, co czyjś talent chluśnie -
Smakując wrzątek...i esencję.



Osowa, 28.5.2003

Jacek Kaczmarski






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...