czwartek, 27 grudnia 2012

Ewa Stachniak: "Katarzyna Wielka. Gra o władzę"

Okładka
"Nie umiem przejść obok stoiska z książkami i nie dotknąć tomów, które kryją się pośród pudełek francuskiej tabaki i toników na pokrzepienie i poprawę nastroju, sprzedawanych tu przez ulicznych handlarzy. Podnoszę te stare księgi, otwieram, przekartkowuję, oglądam oprawy. Chwalę doskonałość złoceń i znakomity gatunek skóry. Czasami pytam, skąd pochodzą. Księgarze odpowiadają mi, że aby zdobyć takie książki, trzeba iść śladem śmierci. Najlepszy moment na rozmowy z rodziną to ten zaraz po pogrzebie. Spadkobierców, którzy nie są wdzięczni za możliwość natychmiastowego spieniężenia księgozbioru, można policzyć na palcach jednej ręki.
Kompletuję bibliotekę, która pozwoli mi przetrwać długie i samotne wieczory, jakich się spodziewam. Bibliotekę, która pomoże mi zrozumieć znaczenie tego, co przeżyłam, i utwierdzi mnie w mojej decyzji. Moim najnowszym zakupem jest Kandyd, czyli Optymizm. Podobno sprowadzony do Warszawy w największym sekrecie i oferowany wyłącznie najbardziej wymagającym i wiarygodnym klientom. Jego autor, bliżej nieznany Docteur Ralph, to oczywiście nikt inny jak monsieur Voltaire we własnej osobie."

Ewa Stachniak: "Katarzyna Wielka. Gra o władzę". Znak, Kraków 2012, s. 495, tłum. autoryzowane: Ewa Rajewska

wtorek, 25 grudnia 2012

Zaczarowany las, w którym spotykają się wszystkie bajki

Okładka
"Choinka tegoroczna, bogata sukcesją po swoich pięciu siostrach i własnym wianem. Zaledwie paru smugami zieleni przypomina swą drzewną istotę. Owinięta łańcuchami z różnokolorowych papierków, osnuta włosami anielskimi, z okiścią iskrzącego się śniegu, obwieszona gwiazdami - jest zaczarowanym lasem, w którym spotykają się wszystkie bajki. Widać Kopciuszka w pozłocistej karocy Jaś i Małgosia trzymają się za ręce i zaglądają do koszyczka z czekoladkami, krasnoludki skradają się do złotych orzechów i zegarków wskazujących północ, po kilku kryształach podobnych do sopli lodu (zabytki z dawno nie istniejącej lampy) poznaję pałac Królewny Śnieżki. Wilk o srebrnej sierści ogląda się za Czerwonym Kapturkiem, który się ukrył za wielkim tęczowym motylem."

Jan Parandowski - Zegar słoneczny. Błażek. Iskry, Warszawa 1978, s. 22

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Karol Dickens: "Opowieść wigilijna"

Okładka
"Nagle wyrosła za oknem wyraźna — całkiem jakby żywa — postać mężczyzny w cudzoziemskich sukniach, z toporkiem zatkniętym za pas; mężczyzna ów prowadził za uzdę osiołka obładowanego drzewem. 
— Ależ to Ali Baba! — zawołał rozpromieniony Scrooge. — Kochany, poczciwy stary Ali Baba! Tak, tak, pamiętam. Dawno temu, kiedy to opuszczone dziecko spędzało tu samotnie święta Bożego Narodzenia, Ali Baba przyszedł do niego po raz pierwszy, zjawił się za oknem tak jak dzisiaj. Biedny chłopczyna... O, teraz idzie Walentyn — wykrzykiwał Scrooge — ze swoim bratem Orsonem, tym dzikusem! I jest ten... jakże się on nazywa... ten, co to go położyli śpiącego, w samej tylko bieliźnie, u bram Damaszku. I widzę pachołka sułtana, którego wróżki postawiły na głowie, nogami do góry... O, ciągle jeszcze stoi na głowie. Dobrze mu tak! Bardzo mnie to cieszy! Jak śmiał żenić się z księżniczką! 
Ach, wyobraźmy sobie zdumienie kontrahentów handlowych Scrooge'a z City londyńskiego, gdyby słyszeć mogli, jak marnotrawiąc energię na tego rodzaju głupstwa rozprawia o nich głosem, w którym śmiech miesza się ze łzami; i gdyby ujrzeć mogli jego pałającą twarz. 
— No i naturalnie jest papuga! — wykrzyknął Scrooge. — Cała zielona, tylko ogon ma żółty i na głowie czub podobny do listka strzępiastej sałaty! Biedny Robinson Cruzoe, wołała na niego, kiedy opłynąwszy wyspę wrócił do szałasu. „Gdzieś ty był, biedny Robinsonie?" — tak do niego wołała. Biedaczysko myślał, że to sen, a tymczasem to wcale nie był sen, tylko papuga naprawdę do niego wołała. A tam znów Piętaszek biegnie do zatoki ile sił w nogach! Hej, Piętaszku! Hop! Hop! "

Karol Dickens: "Opowieść wigilijna". Gdańsk 2001, s. 20

czwartek, 20 grudnia 2012

W krainie wybredności

Okładka
"Od tej pory wiele razy przekraczałam Marszałkowską i zmierzałam do biblioteki. Wolno mi było już samej tam chodzić.
W niektóre popołudnia pędziłam tam prawie z zadyszką, bo pilno mi było dokończyć przerwaną wpół zdarzenia sensacyjną opowieść.
Niekiedy zaś szłam statecznie i powoli, rozmyślając, co by tu wybrać na dziś do czytania. Jak łasuch, który siedząc w przeobfitej spiżarni obiecuje sobie, co zje jutro, co pojutrze, tak ja obchodziłam półki z książkami wybierając te, które będę chciała przeczytać kiedyś, które muszę zaraz przeczytać, i te, które mogą trochę poczekać.
Wiedziałam, że nigdy nie przeczytam wszystkich tych książek, domyślałam się, ze minie moje dzieciństwo zanim zdołam przebrnąć przez wszystkie tomy, ale też do mnie należało rozkoszne wytyczanie dróg, jakimi przez ten wielki księgozbiór mogłam wędrować.
Książki można było czytać systematycznie, po kolei, autorami, albo według jakiegoś tematu, czy też rodzaju. Jednak po pewnym okresie czytania według ustalonej zasady, przyjemnie jest zboczyć z drogi, jak wędrowiec, który schodzi z szosy, aby uszczknąć parę kwiatków na pobliskiej łące, albo zerwać garść malin w przydrożnym rowie. Czasem tak sobie wędrowiec ową łąkę upodoba, że rozbija na niej namiot, aby ni stąd ni zowąd zatrzymać się tu na dłużej, a czasem wraca po chwili na szosę i podejmuje dalszy marsz.
Tak i ja maszerowałam zygzakami poprzez gąszcz książek.
Znalazłam tu swoją krainę wybredności, gdzie byłam książkową władczynią, czyli dosłownie księżniczką,  a wszystkie moje grymasy, kaprysy i wybryki były tu zupełnie na miejscu.
Pani Felicja, a również i inne panie bibliotekarki, które poznałam z czasem, niby jakieś damy dworu podsuwały mi różne wyszukane książkowe przysmaki i bardzo były uradowane jeśli łykałam je z apetytem, lecz jeśli odkładałam je po przeczytaniu kilku stron, także były ze mnie zadowolone."

Joanna Papuzińska: "Darowane kreski". Wydawnictwo ATENA, Warszawa 1994, s. 94-95

Joanna Papuzińska: "Darowane kreski"

Okładka
"Biblioteka! Jak mogłam jej nie poznać ja, biblioteczne dziecko! [...]
Ta biblioteka stała się moim skarbcem nad skarbcami.
Wszystkie książki miały tu zielone, czerwone lub granatowe grzbiety, z tytułami wypisanymi zgrabniutko białą farbą.
Za naszymi plecami stoliki zostały rozstawione i okolone wiankami krzeseł. Do półek zbliżali się czytelnicy, wyciągali sobie książki, zaznaczali ich miejsce drewnianym trójkącikiem i w milczeniu, stojąc, przerzucali kartki.
Już samo przechadzanie się przed półkami i odczytywanie znajomych, nieznajomych i półznajomych tytułów oraz nazwisk było intrygujące. Zupełnie jakby stało się przed domofonem wielkiej kamienicy z rzędami tabliczek i nazwisk i myślało: kogo by tu dzisiaj odwiedzić?
Niezwykła była także pani Felicja. Na powitanie powiedziała mi: "Ach, więc to ty?", jakby już na mnie tutaj od dawna czekała i wiedziała, że kiedyś na pewno przyjdę. Wstała od swojego stoliczka i poprowadziła mnie labiryntem regałów, opowiadając mi, gdzie jakie książki stoją i jak są oznaczone. Cichuteńkim, szemrzącym szeptem, takim przeznaczonym tylko dla mnie i dla nikogo więcej, wypytywała mnie, co czytam i co lubię, ja zaś od razu poczułam się zaprzyjaźniona z tą maleńką panią, bo miałyśmy wspólne upodobania i niechęci. [...]
Książki były tam inne niż dzisiaj.
Nie nosiły ani brunatnych okładek z pakowego papieru, ani też koszulek z folii. Kolory okładek były stonowane, przyćmione, nie miały jaskrawych barw ani też nie pokrywano ich lakierem.
Książki powojenne, znane mi z domu i z księgarni, wyglądały czasem, jak by to powiedziały moje koleżanki, "ścierkowato". Użalałyśmy się z panią Felicją nad ich szarymi kartkami i mało kolorowymi ilustracjami. Za to te "przedwojenne" jak stwierdzałyśmy, drukowane były na dość grubym, często kremowym lub żółtawym papierze, matowym, a nawet trochę kosmatym, przypominającym w dotknięciu zamsz lub welwet. Brzegi kartek były lekko wytarte, zaokrąglone, a płócienny grzbiet okładki utracił już swą sztywność, przypominał teraz materiał na letnią bluzkę czy fartuszek. Był to znak, że książki te wielokrotnie już otwierano, lecz że obchodzono się z nimi ostrożnie i czule."

Joanna Papuzińska: "Darowane kreski". Wydawnictwo ATENA, Warszawa 1994, s. 93-94

środa, 19 grudnia 2012

Martha Grimes: "Pod Przechytrzonym Lisem"

Okładka
"Wypożyczalnia książek w Rackmoor, była długim wąskim pomieszczeniem, znajdującym się na parterze małego szeregowego domku, który z zewnątrz przypominał wszystkie stojące w sąsiedztwie. Parter jednak został wewnątrz przebudowany. Usunięto ściany, dzięki czemu to, co kiedyś było prawdopodobnie przedpokojem, jadalnią, salonem i kuchnią, stanowiło teraz jedną dużą przestrzeń. Kontuar dla bibliotekarki wyglądał tak, jakby go przeniesiono z jakiegoś starego pubu. Na kontuarze znajdowała się tabliczka domagająca się od czytelnika CISZY, zanim ten zdążył się nawet rozejrzeć. Różnej wysokości półki z książkami, wytarty dywan, pewna liczba małych lampek, stanowiących zbieraninę nie od kompletu – wszystko to sprawiało wrażenie, że do urządzenia tego pomieszczenia użyto przedmiotów, które pozostały po wyprzedaży rzeczy używanych [... ] 
Wszystko wskazywało na to, że praca w bibliotece stanowi prawdziwe powołanie panny Cavendish. Jej oczy patrzące teraz na Jury’ego ponad szkłami okularów, które zabezpieczała okalająca jej szyję wąska taśma z rypsu, sprawiały wrażenie słabych i zdawały się sugerować, że ich właścicielka spędziła zbyt wiele wieczorów na czytaniu. Ziemista twarz panny Cavendish, upstrzona licznymi pieprzykami, przypominała pokrytą pozostałymi z pleśni przebarwieniami kartkę książki. A kiedy kobieta się poruszała, zdawała się szeleścić tak jak książka, której kartki wypadają z grzbietu, choć w rzeczywistości ten odgłos był prawdopodobnie szelestem jej sztywnej halki."

Martha Grimes: "Pod Przechytrzonym Lisem". Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, 373 s., tłum. Anna Bartkowicz

wtorek, 18 grudnia 2012

Umberto Eco: "Szaleństwo katalogowania"

Okładka
 "LISTA RZECZY
Obawa, że nie da się wypowiedzieć wszystkiego, ogarnia człowieka nie tylko w obliczu nieskończoności nazw, ale i bezkresu rzeczy. Historia literatury pełna jest obsesyjnych kolekcji przedmiotów. Niekiedy bywają one fantastyczne, jak lista znalezisk, których - w opowieści Ariosta - Astolf dokonuje na księżycu, dokąd się udał, by odzyskać rozum Orlanda, czasem niepokojące, jak wykaz szkodliwych substancji używanych przez wiedźmy w Makbecie Szekspira, czasem oszałamiające zapachami, jak kolekcja kwiatów opisywana przez Marina w jego poemacie Adon, niekiedy ubogie i esencjalne, jak zbiór wyrzuconych na brzeg resztek ze statku, które pozwalają Robinsonowi przetrwać na jego wyspie, czy ubożuchny skarbczyk zebrany przez Tomka Sawyera, o którym opowiada Mark Twain, czasami oszałamiająco zwyczajne, jak przeogromny zbiór nieistotnych przedmiotów, które zapełniają szufladę w kuchni Leopolda Blooma w Ulissesie Joyce'a, czasem nostalgicznie czułe, choć w swojej nieruchomości muzealne i niemal posępne, jak kolekcja instrumentów muzycznych, o których opowiada Mann w Doktorze Faustusie.
Czasem te rzeczy to po prostu zapachy, albo też smrody, jak w mieście opisanym przez Süskinda."

Umberto Eco: "Szaleństwo katalogowania". Rebis, Poznań 2009, s. 67, tłum. Tomasz Kwiecień

niedziela, 16 grudnia 2012

Jorge Luis Borges: "Biblioteka Babel"

"Wiemy również o innym przesądzie owych czasów: przesądzie Człowieka Księgi. W pewnej szafie pewnego sześcioboku (rozumowali ludzie) musi istnieć jakaś księga, która jest doskonałą esencją i kompendium wszystkich pozostałych: jakiś bibliotekarz przeczytał ją i podobny jest bogu. W języku tej okolicy przetrwały jeszcze pozostałości kultu tego odległego urzędnika. Wiele ludzi odbywało pielgrzymki w Jego poszukiwaniu. W ciągu stulecia nużyli daremnie najprzeróżniejsze kierunki. Jak zlokalizować szacowny tajemniczy sześciobok, który go mieści? Ktoś zaproponował metodę regresywną. Aby zlokalizować księgę A, przeczytać uprzednio jakąś księgę B, która wskaże miejsce A; aby zlokalizować księgę B, przeczytać uprzednio jakąś księgę C, i tak w nieskończoność... Na takich przygodach zmarnowałem i strawiłem swe lata. Nie wydaje mi się nieprawdopodobne, aby w jakiejś szafie wszechświata znajdowała się księga totalna; błagam nieznane bóstwo, aby jakiś człowiek tylko jeden, choćby stało się to przed tysiącami lat! zobaczył ją i przeczytał. Jeśli honor i mądrość, i szczęście nie są przeznaczone dla mnie, niech będą dla innych. Niech istnieje niebo, choćby moim miejscem miało być piekło. Niech ja będę pohańbiony i unicestwiony, ale niech w jakiejś chwili, w jakiejś istocie, usprawiedliwi się Twoja Biblioteka. "

Jorge Luis Borges: "Biblioteka Babel". W: "Fikcje", Prószyński i S-ka, Warszawa 2003, 202 s., tłum. Andrzej Sobol-Jurczykowski

Terry Pratchett: "Zimistrz"

Okładka
"Idź teraz i przynieś książkę, trzecią od prawej na drugiej półce od góry w mojej biblioteczce. — Wręczyła Tiffany ciężki czarny klucz. — Może chociaż z tym dasz sobie radę. 
Czarownice nie muszą wymierzać głuptasom klapsów. Mają przecież zawsze gotowe ostre języki. 
U panny Spisek było kilka półek z książkami — rzecz niezwykła u starszych czarownic. Półki wisiały wysoko, książki wyglądały na wielkie i ciężkie. Aż do teraz panna Spisek nie pozwalała Tiffany ich odkurzać, a co dopiero rozpinać czarnej żelaznej taśmy mocującej je do pólek. Przychodzący ludzie zawsze zerkali na nie nerwowo — książki były niebezpieczne. 
Tiffany rozpięła taśmę i wytarła kurz. Aha… książki, podobnie jak panna Spisek, nie były całkiem tym, czym się wydawały. Wyglądały jak magiczne księgi, a miały takie tytuły jak „Encyklopedia Zupy”. Był też słownik. A obok niego pajęczyny pokrywały książkę, o którą poprosiła czarownica. 
Wciąż zaczerwieniona ze wstydu i gniewu, Tiffany ściągnęła książkę, z trudem uwalniając ją od pajęczyn. Niektóre z nich pękały z cichym "pling!", sypał się kurz. Kiedy otworzyła książkę, zapachniało starym pergaminem, całkiem jak od panny Spisek. Tytuł, wypisany startymi niemal do czysta złotymi literami, głosił: "Starożytna mitologia klasyczna" Chaffmcha. "

Terry Pratchett: "Zimistrz. Opowieść ze Świata Dysku". Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, 262 s., tłum. Piotr W. Cholewa

John Steinbeck: "Ulica Nadbrzeżna"

Okładka
"Po lewej stronie biura jest wejście do biblioteki. Półki z książkami wypełniają tam ściany aż do sufitu, widać skrzynki broszur i luźnych kartek, książki wszelkiego rodzaju - słowniki, encyklopedie, poezja, sztuki. Wielki fonograf z setkami płyt stoi przy ścianie. Pod oknem jest łóżko z sekwojowego drzewa, a do ścian i do półek poprzypinano reprodukcje obrazów Daumiersa, Grahama, Tycjana i Leonarda, Picassa, Dali i George’a Grosza, pozawieszane tu i tam na wysokości oczu, tak że każdy może na nie patrzeć, jeśli ma ochotę. Są krzesła i sofki w tym małym pokoiku, nie licząc łóżka. Raz zmieściło się tu aż czterdzieści osób na raz."

John Steinbeck: "Ulica Nadbrzeżna". Czytelnik, Warszawa 1958, 245 s., tłum. Adam Kaska

sobota, 15 grudnia 2012

Honoriusz Balzac: "Modesta Mignon"

Okładka
"Opiekunowie Modesty, ludzie bez wykształcenia, nie zwrócili uwagi, że dziewczyna wciąż karmi duszę współczesnymi arcydziełami trzech literatur - angielskiej, niemieckiej i francuskiej. Lord Byron, Goethe, Schiller, Walter Scott, Hugo, Lamartine, Crabbe, Moore, znakomite dzieła siedemnastego i osiemnastego wieku, historia i teatr, powieści od Rabelais'ego aż po "Manon Lescaut", rozważania od "Prób" Montaigne'a aż po Diderota, średniowieczne przypowiastki i "Nowa Heloiza" - słowem: myśl trzech krajów napełniła mglistymi obrazami tę głowę szlachetną w swojej zimnej naiwności i dziewiczym niepokalaniu, głowę, która zajaśniała szczerą, gorącą, niezłomną i bezwzględną admiracją dla geniuszu. Każda nowa książka stanowiła dla Modesty wielki ewenement; tak radowała się arcydziełami, że, jakeśmy widzieli, przerażało to panią Latournelle; smuciła się, jeśli przeczytany utwór nie spustoszył jej serca. Tajony liryzm kipiał w jej duszy przepełnionej uroczymi złudami młodości. "

Honoriusz Balzac: "Modesta Mignon". Czytelnik, Warszawa 1956, 262 s., tłum. Julian Rogoziński

Mingmei Yip: "Pieśń Jedwabnego Szlaku"

Okładka

"Gdy byłam nastolatką, fascynowały mnie cmentarze - doskonałe miejsca do czytania bez najmniejszych przeszkód, gdyż martwi nie wchodzą ci w drogę i nie wciągają w nudne rozmowy. Nigdy nie miałam więcej niż jednego - dwóch przyjaciół; nigdy nie znajdowałam wspólnego języka z koleżankami z klasy.
    Poza zwyczajnymi martwymi ludźmi były jeszcze inne rodzaje dusz, z którymi się kontaktowałam, szczególnie z nieżyjącymi pisarzami. Co jakiś czas opuszczałam więc zajęcia i wsiadałam do autobusu jadącego pod cmentarz w Dolinie Szczęśliwości, gdzie mogłam spokojnie poczytać Rozważną i romantyczną, Dziwne losy Jane Eyre, Wichrowe Wzgórza, Alicję w Krainie Czarów, Słońce też wschodzi...
    Kiedy zaczynało mnie nudzić czytanie książek, spacerowałam cmentarnymi alejkami, czytając inskrypcje na kamieniach nagrobnych. Fascynowało mnie, że niektórzy zmarli bardzo młodo, inni jako ludzie w podeszłym wieku, a ja tkwiłam zawieszona gdzieś pośrodku. Próbowałam rozmawiać ze zmarłymi, łagodząc niepokoje nastolatki i zapełniając głowę romansami nie z tego świata. Cmentarz stał się odskocznią od nudnej szkoły, miejscem, gdzie mogłam odpłynąć w swoje wyimaginowane światy fantazji i czarnoksięskiej magii."

Mingmei Yip: "Pieśń Jedwabnego Szlaku". Świat Książki, Warszawa 2012, s. 84 - 85, tłum.  Hanna Kulczycka-Rymuza

Małgorzata Musierowicz: "Szósta klepka"

Okładka

"Dziadek był na emeryturze od dwóch trudnych lat. Z zawodu inżynier z przedwojennym dyplomem, co często podkreślał, wiódł dotąd zawsze życie czynne. Kiedy go zmuszono, by przestał pracować i brał za darmo pieniądze od skarbu państwa, odczuł to bardzo boleśnie. Pewną pociechę stanowił dlań fakt, że wciąż zwracano się do niego z prośbami o fachowe konsultacje, a także to, że znalazł sobie frapujące zajęcie. Postanowił mianowicie nadrobić zaległości w czytaniu, które gromadziły mu się przez całe życie, ponieważ nigdy dotąd nie miał dość czasu na smaczną, długą, pełną namysłu lekturę dzieł literatury pięknej. Jako człowiek systematyczny i wewnętrznie zorganizowany dziadek ustanowił sobie prosty system: wizytował pobliska bibliotekę publiczną i wypożyczał w porządku alfabetycznym wszystko, czego jeszcze nie czytał. Z pobudek patriotycznych zaczął od regału z literaturą polską. Pod koniec drugiego roku emerytury, przy literze „W”, odnowił starą znajomość z Wańkowiczem. Owocem tego spotkania stał się pseudonim Celestyny, zaczerpnięty z „Ziela na kraterze”. "

Małgorzata Musierowicz: "Szósta klepka". Wydawnictwo Akapit Press, Warszawa 2006

piątek, 14 grudnia 2012

Marian Załucki: "O kramach z książkami i kramach z tymi kramami"

Kultura?
Owszem - konieczna.
Lektura?
Rzecz pożyteczna.
Książki uwielbiam i cenię!

Lecz co to -
Przepraszam -
Za sposób,
Ażeby wciąż tyle osób
Wystawiać na pokuszenie?

Gdzie pójdziesz -
Wszędzie zasadzka:
Za rogiem,
Za węgłem,
Znienacka
Kram z kupą książek i ksiąg!

Zamiast przejść obok rozsądnie -
Człowiek przystanie…
Oglądnie…
Weźmie do rąk -
I już wsiąkł!

Ja sam naciąłem się grubo.
Dzisiaj.
W rocznicę ślubu.
W święto małżeńskiej miłości.

Posyła mnie żona
Do miasta…
- Kup (mówi) bakalii.
Do ciasta.
Bo zaprosiłam dziś gości.

- Skocz (mówi) na jednej nodze!
Skoczyłem.
Kram był po drodze.
Stanąłem. Inni też stali.

Zerknąłem.
Widzę tom Prusa.
Nie kupić?
Nie mogę! Pokusa.
Kupiłem. Zamiast bakalii.

Wróciłem.
Żona w głos biada,
Że to się do ciasta nie nada,
Że z takim jak ja nie wytrzyma!...
I sama pobiegła do miasta
Po owe bakalie do ciasta.
Wróciła…
Z wierszami Tuwima!

Posłała córeczkę do miasta.
- Andrutów (mówi) kup paczkę!
Kupiła.
„Kaczkę Dziwaczkę”!

Pobiegła teściowa do miasta
Po zwykłą musztardę.
Do mięsa.
Kupiła do mięsa… Dickensa.

Pobiegł synalek do miasta.
Po boczek.
Możliwie najtłustszy!
Przyniósł…
„W pustyni i w puszczy”!

A goście?
Dziękuję. Nie szkodzi.
Prosimy - kto chce,
Niech przychodzi!
Miło nam będzie powitać…

Do mnie!
Do żony!
Do mamy!
Czym chata bogata - to damy…
Poczytać! 

Marian Załucki  (1920-1979)
Marian Załucki, "O kramach z książkami i kramach z tymi kramami". W:: "Kpiny i kpinki", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 49-51

Jack Goody: "Renesans, czy tylko jeden?" (o niszczeniu bibliotek)

Okładka
"Wielką bibliotekę bagdadzką zniszczyli zdobywcy mongolscy, którzy książek użyli podobno do budowy tamy przez Tygrys. Zdarzały się też ataki o charakterze bardziej ideologicznym. Za tworzeniem bibliotek następowało w wielu wypadkach ich aktywne niszczenie - i w Chinach, i pod panowaniem islamu, i w innych miejscach. Dochodziło nie tylko do przypadkowych szkód spowodowanych wojną czy "działaniem Boga", mogła to być również rozmyślna polityka najeźdźcy, jak w wypadku biblioteki w Bagdadzie, albo wskutek odrzucenia tej wiedzy, jaką owe biblioteki gromadziły, co ilustruje przykład kalifa Umara i losów biblioteki aleksandryjskiej za panowania Arabów. Kalif uznał za warte zniszczenia książki niezgodne ze Słowem Boga objawionym w Koranie. Ta postawa nie różniła się zresztą istotnie od postawy św. Augustyna i innych apologetów chrześcijaństwa, takich jak Justynian, który z podobnych powodów zlikwidował nauczanie pogańskiej filozofii w Atenach i gdzie indziej. Oczywiście na Zachodzie aż do czasów nazistowskich nie obserwujemy podobnych przykładów palenia książek, często jednak bywały one usuwane z kanonu, biblioteki malały, a z nastaniem reformacji zbiory klasztorne Anglii uległy rozproszeniu (zgromadził je na powrót arcybiskup Parker w kolegium Corpus Christi w Cambridge) istniał też katolicki Indeks. W rzeczy samej znikanie książek było zjawiskiem powtarzającym się przez całe dzieje słowa pisanego zarówno w Chinach jak i w Europie, czy to na skutek niszczenia bibliotek, czy to cenzurowania poszczególnych dzieł, czy wreszcie ich rozmyślnego palenia. Wszelako w kulturach piśmiennych każde odrodzenie, renesans, prowadziło również do odzyskiwania jakiejś części dawnej wiedzy, części dorobku przeszłości, możliwość takiego odzyskiwania stanowi jeden z aspektów kultury pisanej i pisma."

Jack Goody: "Renesans, czy tylko jeden?". Czytelnik, Warszawa 2012, s. 49, tłum. Ireneusz Kania.

czwartek, 13 grudnia 2012

Arthur Conan Doyle: "Studium w szkarłacie"

Okładka
"Poszedłem do sypialni i uczyniłem, jak mi radził. Gdy wróciłem z rewolwerem w ręku, zastałem stół już sprzątnięty, a Holmesa pochłoniętego swym ulubionym zajęciem: wodzeniem smyczkiem po strunach. 
– Zagadka się komplikuje – powitał mnie. – Właśnie nadeszła odpowiedź na depeszę do Ameryki. Potwierdza się mój pogląd. 
– To znaczy? – zapytałem gorączkowo. 
– Moje skrzypce byłyby lepsze, gdyby im dać nowe struny – zauważył. – Niech pan wsadzi rewolwer do kieszeni. Gdy ten gość wejdzie, musi pan z nim mówić jakby nigdy nic. Resztę proszę mnie zostawić. Niech go pan nie spłoszy przyglądając mu się zbyt badawczo. 
– Już ósma – powiedziałem patrząc na zegarek. 
– Tak. Pewnie tu będzie za parę minut. Niech pan trochę uchyli drzwi. Tak, tyle wystarczy. Teraz niech pan przełoży klucz do wewnątrz. Dziękuję. Rzadką książkę kupiłem wczoraj na straganie: „De iure inter Gentes”, wydaną po łacinie w Liège w Niderlandach w roku 1642. Głowa Karola X mocno jeszcze siedziała na karku, gdy wytłoczono ten mały tomik w brązowej skórze. 
– Kto go tłoczył? 
– Jakiś Phillipe de Croy. Na pierwszej karcie widnieje spłowiały już napis: „Ex libris Gulielmi Whyte”. Zastanawiam się, kim był ten William Whyte. Pewnie jakimś wścibskim prawnikiem siedemnastego wieku. Sądząc po piśmie, musiał być wielkim legalistą. Ale oto nasz gość. "

Arthur Conan Doyle: "Studium w szkarłacie", Rytm 2008

sobota, 8 grudnia 2012

Jeremi Przybora i jego wersja "Hamleta"


HAMLET
O rany, jak ciemno!
Co stanie się ze mną?
Onegdaj zmarł tato -
ojczyma mam za to
I zmartwień mam nawał,
bo drania to kawał.
Lecz cóż to za zjawa
ponura i krwawa
po zamku się pęta?

DUCH KRÓLA
zjawia się
Już mnie nie pamiętasz?
Tatusia, szantrapo?!

HAMLET
O rany, to papo!

DUCH KRÓLA
Nie papo - duch jego
z powietrza pustego.

HAMLET
Dlaczegóż to, duchu,
zażywasz dziś ruchu?

DUCH KRÓLA
Bo muszę wyjawić, nim kury zapieją,
straszliwe cierpienia, co w duchu szaleją.
Twój ojczym i stryjo, a brat mój - ropucha -
gdym kimał, trucizny mi nalał do ucha.

HAMLET
Trucizny? A skądżeż, tatusiu, to wiecie?

DUCH KRÓLA
Bom zaraz na tamtym obudził się świecie.
I tak mnie ten oprych zakopał w grób wąski,
by zaraz z królową połączyć się w związki
i tronu używać z występną niewiastą!

HAMLET
Tfu! Swołocz, łachudra, śmierdzące plugastwo!

Kur pieje.

DUCH KRÓLA
Kur zapiał. Dla duchów to rodzaj budzika.
Pamiętaj o zemście! Ja muszę już znikać.

Znika z odgłosem.

HAMLET
Ha! W zemście po dziurki się będę zanurzać!
O, stryjku szarpany! O, twarz twoja kurza!
Lecz któż to tu zmierza?... To w bieli Ofelia,
co profil ma cudny jak rżnięta kamelia.

Wchodzi Ofelia 

Ofelio, stój, piękna! Wszak kocham ja ciebie!

OFELIA
Hamlecie, choć kochasz, spotkamy się w niebie.
Nie na tym łez gorzkich i nieszczęść padole,
gdzie podły los smutną zgotował nam dolę.

HAMLET
O, luba! Gdy stryja z królestwa wysiudam,
być może o rękę twą starać się udam.

OFELIA
To pięknie by było, kochany książęciu...
Lecz cóż się przytrafia biednemu dziewczęciu?
Wszak oto odczuwam poniekąd obawę,
że zaraz zwariuję albo też niebawem.

HAMLET
Nieszczęsna dziewico, ach, nie grąż mnie w smutku!
l cóż ci w lat wiośnie tak pilno do Czubków?

OFELIA
śpiewa:
Siedzieli na wierzbie Metody z Cyrylem,
dżez bugi ługi,
dżez bugi ługi.
Łapali na wędkę gile i motyle,
dżez bugi ługi,
dżez bugi ługi.

Wybucha śmiechem szalonym. Odbiega.

HAMLET
A niech to drzwi ścisną! Pakuje się w strumień!
Lecz cóż ja poradzę - wszak pływać nie umiem.
Mężczyzna jak kryształ z wariatką utonie,
a stryjo-łachudra zostanie na tronie?
Lecz któż historyczną przerywa tę ciszę?
Ach, biegnie Larwetes, Ofelii braciszek.

LARWETES
wbiega
Nikczemny, przez ciebie ma siostra się topi!
Już ledwo ją widać, więc dalej - do kopii!

Chrzęst dobywanego oręża

OFELIA
z oddali
Topię się! Topię się!

LARWETES
Stopiła się siostra!
Nie woła już - słyszysz, szarpany w gronostaj?!

Zadaje cios Hamletowi

HAMLET
Bić albo nie bić w bezczelne to ryło?
Raz, ale dokładnie - najlepiej by było!

Zadaje cios Larwetesowi. Walka.

KRÓL-STRYJO
wchodząc
Nie może być! Pewnie o jakąś kobietę
Larwetes się strasznie naparza z Hamletem.
A gdyby tak stuknął bratanka mi jeszcze...
Myśl o tym radości przenika mnie dreszczem!

LARWETES
pada
Ach, serce Hamleta przeszyła mi szpada...
Cześć, królu. Na razie z tych rzeczy wysiadam!

HAMLET
Patrz - giną tak wrogi me, wredna ropucho!
A teraz się przyznaj: coś ojcu lał w ucho?!

KRÓL-STRYJO
Co? W ucho?... Nie lałem nic... Boże uchowaj!...

HAMLET
Ha! Właśnie nadchodzi tu matka - królowa.

KRÓLOWA
wchodzi
Mój mężu, któż rysy twe strachem podniecił?
Ach, kopę lat, synu! Co słychać? Jak leci?
Dlaczego tak leży Larwetes? Czy upadł?

HAMLET
Nieszczęsna, ja jego zrobiłem na trupa,
a teraz mnie bierze wyraźna ochota,
by stryjo mojego skosztował brzeszczota!

KRÓL-STRYJO
błagalnie
Królowo, skarć dziecię, co mówi tak krnąbrnie,
bo jeszcze naprawdę tym szpicem mnie rąbnie...

KRÓLOWA
Hamlecie, me dziecię,
pohamuj się przecie!

HAMLET
O nie, mać-królowo,
bo zaraz to owo
usłyszysz: ten stryjo, to bydlę rogate
dobrego, drogiego otruło nam tatę.
I za to jak starą gromnicę go zgaszę -
Nie będzie amnestii. Ciach drania pałaszem!

Zadaje cios Królowi 

KRÓL-STRYJO
W wątrobę mi samą łobuziak wygarnął!

do Królowej, lirycznie

Od jutra już możesz się nosić na czarno...

Pada.

KRÓLOWA
Od trupa do trupa - ponura to grupa!
Dzban szczęścia w skorupach! Przeklęta chałupa!

kameralnie

W dekolcie ukrytą mam małą flaszeczkę -
z flaszeczki trucizny wypiję troszeczkę.

Pije. Pada.

HAMLET
sam
Co trupów, co trupów! Ach, com ja narobił!
Lecz za to w zbiorowym weselej im grobie.
Stryj, tatuś, mamusia, Ofelia z braciszkiem...
I ja się zaprawię trucizny kieliszkiem,

Zaprawia się, pada. 

KURTYNA OPADA.


Autor! Autor!


Jeremi Przybora: "Gburlet", znany też pod nazwą "Hamlet chuligański" (1954)

środa, 5 grudnia 2012

Thomas Wharton: "Salamandra"

Okładka
"  - Lekka jestem, zaczął hrabia, ale na tyle silna, by porwać człowieka. Niewielka jestem, lecz we mnie drzemią całe zastępy, czekając na przebudzenie. Milczę, acz moje słowa pokonują wielkie odległości i trafiają do celu.
   - Książka, powiedział Flood po chwili namysłu.
   - Niedawno, oznajmił hrabia, strzepując zaplątane w wąsy okruchy pieczywa, zakupiłem bibliotekę od emerytowanego pułkownika z Bostonu. Jeden z jego woluminów był pańskim dziełem.
   W suficie przesunęła się kolejna płyta i na opadającej platformie ukazał się służący w czerwonej liberii energicznie szczotkujący parę wysokich do kolan butów z cholewami. Rzucił okiem na Flooda i z krzywym uśmieszkiem, który wyrażał rezygnację w obliczu szaleństwa, zniknął przez zapadnię w podłodze.
   Hrabia sięgnął do kieszeni szlafroka i wyciągnął z niej Teoretyczną rozprawę o ekonomii politycznej.
   - Na pewno pan ją poznajesz.
   Flood kiwnął głową.
   - Jedno z moich pierwszych zleceń. Dla towarzystwa filozoficznego w Dublinie.
   - No, w każdym razie jakoś dotarła do Nowej Anglii. Gotów jestem pójść o zakład, że to pańskie tak zwane towarzystwo filozoficzne to w rzeczywistości rewolucyjny spisek ze zgromadzeniami po obu stronach Atlantyku.
   - Nic mi o tym nie wiadomo, rzekł Flood. Ja tylko wykonuję zlecenia. Co ludzie robią z książkami po wyjściu z mojego sklepu, to już ich sprawa.
   Szybko zatopił zęby w bułce, zaniepokojony oburzeniem, jakie wkradło się do jego głosu.
   - Oczywiście, powiedział hrabia. Co się dzieje w burzących się koloniach pańskiego kraju, też mało mnie interesuje. Mówiąc prawdę, byłem zdziwiony, że w amerykańskiej głuszy są takie rzeczy jak biblioteki. Zawsze myślałem, że mieszkają tam tylko pomalowane dzikusy i ludzie z lasu.
   Mówiąc, hrabia wyjmował po kolei ukryte tomy, aż najmniejsza książeczka znalazła się w jego dłoni.
   - Wielcy zaiste pożerają maluczkich. Genialne.
   - Wielmożny panie, jestem...
   - W rzeczy samej, panie Flood. Mądrym człowiekiem. Moja córka może panu powiedzieć, jak bardzo byłem zachwycony, gdy po raz pierwszy to ujrzałem.
   Flood zwrócił oczy ku Irenie.
   - Oboje byliśmy pod wielkim wrażeniem, ojcze.
   - A teraz, rzekł hrabia, wreszcie - powoli zacisnął dłoń wokół miniaturowej książeczki - jest pan tutaj. I powiem panu dlaczego. Tworzę bibliotekę, jakiej jeszcze nie było. Bibliotekę jedynych w swoim rodzaju woluminów, osobliwości, wydań składających się z pojedynczych , unikatowych egzemplarzy. Jest jednak, pomimo wszystkich moich wysiłków, jedna książka, która zawsze mi się wymykała. Zamiast jednak na próżno jej szukać, postanowiłam kazać ją dla mnie wydrukować.
   - Ma pan manuskrypt.
   - Nie.
   - W takim razie przypuszczam, że jest jeszcze kwestia pozyskania prawa autorskiego.
   Hrabia prychnął.
   - Prawo autorskie. Ale mnie pan ubawił. Żeby pobudzić pańską ciekawość, powiem, że tekst tej książki nigdy nie został przypisany definitywnie żadnemu znanemu autorowi. A tak naprawdę, nigdy nawet nie widziałem manuskryptu na oczy. Zaintrygowany?
   - I zdezorientowany.
   - Cieszy mnie to. Na podstawie pańskich prac doszedłem do wniosku, że przyjmie pan wyzwanie."


Thomas Wharton: "Salamandra".Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002, s. 34 - 36, tłum. Jerzy Kozłowski

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Anita Shreve: "Druga miłość"

Okładka
"Minął dziwną budowlę, sprawdził więc tabliczkę na ganku, Biblioteka miejska, święty Graal jego profesji. A właściwie nie, pomyślał, przypominając sobie księgarnię. Oto prawdziwy święty Graal jego profesji, ze sprzedażą i obietnicami zysku. Ale gmach biblioteki był dziwaczny - wielki zielony dom w stylu wiktoriańskim, z okrągłymi wieżyczkami i kamiennymi kolumnami. Pomyślał, że w poprzednim stuleciu mieszkał w nim jeden z lepiej prosperujących mieszkańców miasta, lekarz albo szanowany sędzia. Wchodząc po schodach, usiłował wyobrazić sobie Carla Laskiego robiącego to samo. Czy też wstępującego do księgarni. Wpadającego na pączka w drodze do college'u. Czy towarzyszyła mu Nora?
W bibliotece skierował się do działu poezji. Liczył, że znajdzie ostatni tomik Laskiego "Płonące drzewa". W sobotnie przedpołudnie panował tu spokój, tylko kilka osób siedziało przy komputerach albo czytało gazety. Harrison zawsze lubił ciszę bibliotek, ową antyczną ideę, że tylko w absolutnym spokoju człowiek jest w stanie przyswoić sobie słowa.
Przejrzał dwie półki z tomami poezji (dwie z pięciuset? z tysiąca?) i nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, dlaczego związał swoje losy - pracę redaktora - z tak nieważną branżą jak wydawanie ambitnej literatury..."

Anita Shreve: "Druga miłość". Prószyński i S-ka 2009, tłum. Alina Siewior-Kuś

niedziela, 2 grudnia 2012

King Ross: „Ekslibris”


"Na pierwszy rzut oka moje zadanie wydawało się względnie proste, wręcz łatwe. 
Miałem się zająć książkami sir Ambrose'a. Cóż jeszcze? Alethea zaprowadziła mnie znowu do biblioteki - która w strugach światła padającego przez wielkie okno jawiła się jako jeszcze okazalsza i bogatsza - i pokazała mi listę książek; w sumie dwunastu. Po jej powrocie z wygnania wyszło na jaw, powiedziała, że w księgozbiorze brakuje tych właśnie woluminów. 
Koniecznie trzeba je odnaleźć, ponieważ Alethea zamierza odtworzyć ojcowską kolekcję i doprowadzić bibliotekę do stanu, w jakim ją pozostawił sir Ambrose w chwili śmierci. 
- Chodzi więc o to, żebym dostarczył odpowiednie tytuły na miejsce utraconych... - Usiłowałem odczytać nazwy z widzianej odwrotnie kartki. Poczułem ulgę, może zmieszaną z rozczarowaniem, że wszystko się w końcu wyjaśnia. Wyciągnąwszy szyję, zdołałem rozszyfrować jeden z tytułów: Girolamo Benzoni Historia del Mondo Nuovo. - Rozumiem. Dobrze. Zapewne zdołam do nich dotrzeć ... 
Alethea ostro przerwała; mój domysł dziwnie ją poirytował. 

- Nie, panie Inchbold. Pan nie zrozumiał. Powiedziałam, że te księgi trzeba koniecznie umieścić w bibliotece na nowo. - Energicznie dziobnęła palcem kartkę; trzask papieru zabrzmiał jak teatralny piorun. - Te, nie inne. Oryginały. Każdy tom można rozpoznać, bo w każdym jest ekslibris z herbem ojca. Tutaj... - Na chybił trafił zdjęła z półki książkę, otworzyła i pokazała wewnętrzną stronę okładki z wytłoczoną tam czarno-białą tarczą. Potem podała mi wolumin, Iliadę w łacińskim przekładzie Leonzia Pilato, ja zaś, w obawie, żeby Alethei nie rozdrażnić jeszcze bardziej, uważniej obejrzałem emblemat. Tarczę herbową dzielił szewron, u podstawy widniało pojedyncze godło, otwarta księga z dwiema pieczęciami i dwiema klamrami. Trafne, pomyślałem, bardzo trafne. Zauważyłem też, że w godle wyraża się szczególna skłonność sir Ambrose'a do symetrii, lewa połowa tarczy odpowiadała ściśle prawej. Ściśle, jeśli pominąć barwy, tarcza była bowiem naprzemienna: po prawej stronie było białe to, co po lewej czarne, i odwrotnie; lewa połowa szewronu była czarna, prawa biała, lewa połowa godła biała, prawa czarna i tak dalej. Sprawiało to szczególne wrażenie zarówno dzięki lustrzanym odbiciom, jak i kontrastom, dzięki symetrii, ale i wariacyjności bądź różnorodności. Jedyne odstępstwo stanowił zwój pod herbem, ze znanym mi już mottem sir Ambrose'a: Littera Scripta Manet: „Słowo zapisane zostaje". Brzmiało jak obietnica i groźba zarazem. 
Zamknąłem książkę i spojrzałem na Aletheę, która świdrowała mnie wzrokiem z dziwnie nerwowym empressement. Przepadła gdzieś zaduma sprzed chwili; teraz Alethea była czujna i niespokojna. Oddałem wolumin, a ona starannie ustawiła go na półce; potem znów skupiła się na mnie. 
- Zatem oczekuje pani, że odszukam dwanaście książek należących do pani ojca - odezwałem się wreszcie. - Dwanaście książek z jego ekslibrisem. - Niepewnie zmarszczyłem brwi, spoglądając na wciąż odwrócony spis. Zdołałem odcyfrować następne tytuły. Pierwszym okazały się Elegias de varones ilustres de las Indias Juana de Castellanos, drugim Pedra de Leon Primera parte de la crónica del Peru; obie, podobnie jak książka Benzoniego, były kronikami hiszpańskich podbojów Nowego Świata. - To może się jednak okazać trudne - dodałem najstaranniej dobranym tonem profesjonalisty - lub wręcz niewykonalne. Książkom przytrafiają się różne rzeczy, są tysiące możliwości. Te książki mogą się znaleźć wszędzie. Lub nigdzie. A jeśli je spaliło stacjonujące tu wojsko?"

King Ross: „Ekslibris”. Rebis, Poznań 2007, s. 81-82, tłum. Wojsław Brydak

sobota, 1 grudnia 2012

Wojciech Mann: "Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Okładka

„Książki od najmłodszych lat były dla mnie czymś szczególnym. Wprowadzały mnie w nurt fascynujących wydarzeń bez ograniczeń, które narzucała rzeczywistość. Książki były lepsze od dzisiejszych agresywnych mediów, pozostawiających tak niewiele miejsca na wyobraźnię. Nic więc dziwnego, że gdy Wydawnictwo w osobie Jerzego Illga zaproponowało mi napisanie książki, porządnie się wystraszyłem. W końcu książki piszą pisarze. Umówiłem się więc sam ze sobą, że jeśli nawet opowieść o moim poznawaniu świata muzyki będzie wydrukowana i opatrzona ilustracjami, a może nawet specjalnie zaprojektowaną okładką, to na pewno nie będzie „książką” w moim rozumieniu. Potraktujmy to wydawnictwo jako wspomnienie o tym, jak przez kilka dziesięcioleci żyłem muzyką. To moje życie muzyką było pasożytnicze, ponieważ sam jej nie tworzyłem. Przeszedłem zaledwie drogę od słuchania i gapienia się do przekazywania tego, co lubię, innym. Po drodze poznałem wiele sekretów świata rozrywki, rozmawiałem ze znanymi i nieznanymi jego mieszkańcami, nauczyłem się wielu potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy, ale, co najważniejsze, nigdy nie poczułem znużenia ani przesytu.” 

Wojciech Mann: „Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 7 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...