środa, 31 października 2012

Carol Shields: "Kronika ryta w kamieniu"

Okładka

"W rok po jej wyjeździe robił generalne porządki w saloniku, trzepał i wietrzył dywan, odkurzał fotele – i na dnie jej koszyka z przyborami do szycia znalazł cztery małe książeczki. Romanse, tak je chyba nazywano, kobiece książki w miękkich kartonowych oprawach. Dziewięć pensów każda, cena była wybita na tylnej okładce. Biblioteka Dziewięciopensowa. Nie miał pewności, skąd te książki wzięła, ale domyślał się, że kupiła od starego Żyda domokrążcy i potem czytała po kryjomu, jakby on mógł jej pożałować takiej drobnej przyjemności. 

Zaczął czytać te książki w zimowe wieczory. Lepsze to było niż wpatrywanie się w zegar. Słuchanie tego tykania. Albo nadstawianie ucha, kiedy następny sopel spadnie na dach. W saloniku zainstalował jakiś czas temu mały piecyk na drewno, żeby odpędzał chłód, na który tak zawsze narzekała jego żona. Czytał powoli, bo prawdę mówiąc, w życiu nie przeczytał całej książki, od deski do deski. Sprawiało mu przyjemność, że potrafi odcyfrować większość słów. Z uwagą przewracał kartkę za kartką. „Walka o serce” pióra Laury Jean Libby, „Czego złoto nie kupi” niejakiej pani Alexander, „Na łaskę świata” Florence Warden i „Jane Eyre” Charlotte Brontë. 

Tę ostatnią książkę lubił najbardziej. "

Carol Shields: "Kronika ryta w kamieniu". Świat Książki, Warszawa 1998, 304 s., tłum. Krzysztof Zarzecki

sobota, 27 października 2012

Hong Ying: "Córka rzeki"

Okładka
"W kącie stał popękany porcelanowy wazon posklejany cementem. Dostrzegłam na nim ślady dawnego malowidła. Obok biblioteczki na konsolce zauważyłam staroświecki gramofon. Za oknem bambusowy gaj połyskiwał szmaragdowo w deszczu. Świeże pranie wisiało na bambusowym kiju wspartym o słupki werandy, susząc się cierpliwie w przesyconym wilgocią powietrzu.
Na krzesłach, na łóżku, na komódce - wszędzie leżały książki. I gazety. Jemu i jego przyjaciołom książki były niezbędne do życia; potrafili przesiedzieć cały wieczór zanurzeni w lekturze albo dyskutować do rana o jakiejś powieści czy losie któregoś z fikcyjnych bohaterów."


Hong Ying: "Córka rzeki". Bertelsmann Media 2002, 253 s., tłum. Anna Zielińska

piątek, 26 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "Małomówny i rodzina" i tajemniczy cytat (1990)

Okładka
"- O! Książka tu leży - rzekł [doktor], zaglądając w szparę między tapczanem a ścianą. Podkasał rękaw i wydobył na światło dzienne niedużą, zakurzoną książeczkę.
- Leśmian „Wiersze” - przeczytał Munio.
Doktor spojrzał na pierwszą stronę.
- „Ex libris Józefa Zielińskiego” - przewrócił kilka kartek, a z książki uniósł się pył. - Musiała tu leżeć całe lata.
- Nie, pół roku, tylko pół roku - odezwała się Halinka. Pamiętam tę okładkę, pan Zieliński to właśnie czytał, nawet jeszcze w dniu swej śmierci...
- Tu jest list - odkrył doktor. Wysunął spomiędzy kart książki białą kopertę. - „Halina Klimkówna” - przeczytał.
- Co? Do mnie? List do mnie? - zdumiała się Halinka. Obejrzała kopertę podejrzliwie, wreszcie otwarła ją i przeczytała na głos:
- „Panno Halinko!” - O, mój Boże! Pismo pana Zielińskiego! - Spojrzała na Mamę okrągłymi oczami, potem poszukała rady w oczach Babci.
- Ależ czytaj, czytaj! - ponagliła ją starsza pani.
- „Tak się źle czuję, że chyba nie doczekam pani przyjścia. Nie wiem, komu to powiedzieć - a Pani jednej ufam. Ja nie jestem jakimś maniakiem, ja ten skarb naprawdę znalazłem i ukryłem. Na parterze jest  właśnie ktoś, kto mnie nie uważa za maniaka. Włamał się i przeszukuje wszystko. Słyszę go. Wiadomość o skarbie będzie w pewnej książce. Niech ją pani odnajdzie - Pani jedna to potrafi. «Taki ze mnie nędzarz, żem nawet w podzięki ubogi». Pamięta Pani? Powiedziałem to dziś rano, a Pani spytała, skąd ten cytat. Więc tę właśnie książkę proszę odszukać. Proszę zachować tajemnicę - nie ufać nikomu!” jest jeszcze podpis i jakieś cyfry. - Halinka podniosła wilgotne oczy i wytarła nos. - Biedny, biedny pan Zieliński - szepnęła."
[s. 96]

***

"- Powiedz no lepiej, co z tym cytatem.
- Służę. „Taki ze mnie nędzarz, żem nawet w podzięki ubogi: dziękuję wam jednak, chociaż to podziękowanie, wierzcie mi, kochani przyjaciele, nie warte i pół szeląga”. Tłumaczenie Paszkowskiego. To mówi Hamlet do Rozenkranca.
- To... z Mickiewicza?
Munio skamieniał.
- Hamlet! - krzyknął. - Kto napisał „Hamleta”?
Tunio zbity z tropu, wyjąkał pokornie. - A... a.. a nie Mickiewicz?
Munio zakrył oczy i odwrócił się.
- Co za wstyd. Co za wyrodek z ciebie. Boże, Boże! Posłuchaj, bracie i pamiętaj o tym do końca życia. „Hamlet” jest dziełem Williama Szekspira. Nie kompromituj się więcej.
- Szekspira - powtórzył Tunio, czerwony i upokorzony. - No, co się denerwujesz, pomyliło mi się jakoś. Hamlet z Hrabią."
[s. 98]


Małgorzata Musierowicz: "Małomówny i rodzina". Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań  1990

środa, 24 października 2012

Ulysses Moore: "Kamienni strażnicy" (2)

Okładka
"I nagle znalazł to, czego szukał. Ogarnęła go wielka radość. Książka była długa i wąska, oprawiona w ciemnoczerwoną okładkę.
Jej tytuł, wytłoczony elegancką czcionką kroju liberty, brzmiał: Podręcznik dla eskapistów. Klucze, kłódki, tajemne przejścia i sposoby ucieczki.
Podsunął fotelik pod półkę, wszedł nań i sięgnął po tę książkę, odkrywając ze zdumieniem, że w okładkę wprawione jest okrągłe lusterko.
Julia powróciła, niosąc Słownik zapomnianych języków.
- Rick przyjdzie później - powiedziała i przykucnęła na dywanie obok brata. - Co znalazłeś?
Jason nie odpowiedział, pochłonięty lekturą książki, którą z zapałem kartkował. Długie i wąskie stronice były cieniutkie jak przebitka i miały kolor alabastru. Ani białe, ani szare, zadrukowane w dwóch kolumnach przedzielonych eleganckim motywem roślinnym. Od czasu do czasu ścisły druk przerywała czarno-biała ilustracja. Najczęściej były to skomplikowane kłódki, części zamków i mechanizmy służące do zamaskowania skrytek umieszczonych w szafach, kufrach i
mieszkaniach. Przy każdej ilustracji widniała gęsta siatka strzałek i numerków wyjaśniających szczegóły funkcjonowania. I tak, na przykład: unosząc dźwignię numer jeden, umieszczoną wewnątrz kandelabru, uruchamiało się ciężarek umocowany do bloczka numer dwa, który powodował, że sworzeń numer trzy odskakiwał i otwierały się drzwi w ścianie numer cztery, dotąd wyglądające jak zwykłe lustro.
Jason przyglądał się z największą uwagą mechanizmom uruchamiającym w kłódce kombinację „voronoff", która umożliwiała zniszczenie zamka po jednorazowym jego użyciu. Odkrył też, jak wykonano specjalny ząb klucza „coquebrune", używanego przez francuską szlachtę do schowków z cenną biżuterią.
- Super... - szeptał przy każdej kolejnej kartce, wpatrując się z zachwytem w łańcuchy i kłódki, okute skrzynie i zapadki, tajemne drzwi obrotowe i sekretne schody.
Potem, przypomniawszy sobie nagle, w jakim celu odszukał tę książkę, zamknął ją i ponownie otworzył na samym końcu, na spisie treści.
Podręcznik składał się z wielu bogato ilustrowanych rozdziałów, autorstwa różnych osób. Jason położył książkę na podłodze tak, żeby i Julia mogła ją widzieć, po czym rozchylił cieniutkie stronice ze spisem treści. Nazwiska poszczególnych autorów nie biegły alfabetycznie, ale chłopiec znalazł to, czego szukał: Raymond Moore, Krótkie rozpoznanie naukowe ośmiu drzwi w Kornwalii. Ciekawostka inżynieryjna i marzenie włamywacza, s. 223

Ulysses Moore: "Kamienni strażnicy". Cykl "Wrota czasu", tom 5. Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje, Ożarów Mazowiecki 2007, s. 75-77, tłum. Bożena Fabiani 

Ulysses Moore: "Kamienni strażnicy" (1)


Okładka
"Jason zaczął przeglądać mosiężne tabliczki określające tematykę książek ustawionych na poszczególnych półkach w bibliotece Willi Argo.
Z kuchni na dole dochodził brzęk talerzy zmywanych przez mamę, a za oknem wiatr giął gałęzie drzew w parku. Z nosem zadartym ku górze Jason przeszedł obok starego fortepianu, obok kanapy z bawolej skóry, obok kręconych fotelików, przez cały czas wpatrując się uważnie w grzbiety książek oprawionych w skórę, z wytłaczanymi złoconymi literami wytartymi ze starości, z czarnymi literami i bez liter. Tomy wysokie i cienkie - traktaty anatomiczne pełne obrzydliwych rysunków, małe kompendia z konstelacjami gwiazd i opasłe tomiska encyklopedii, podręczniki z rysunkami grzybów i wszystkimi ich dziwnie brzmiącymi nazwami łacińskimi. Przejrzał długie szeregi powieści, dzienników podróży, zbiory atlasów i esejów filozoficznych. Kiedy tak przeglądał tom za tomem, wydawało się, że z góry, z sufitu, obserwują go z zainteresowaniem przodkowie rodziny Moore, wymalowani tam na potężnym obrazie drzewa genealogicznego."

Ulysses Moore: "Kamienni strażnicy". Cykl "Wrota czasu", tom 5. Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje, Ożarów Mazowiecki 2007, s. 74-75, tłum. Bożena Fabiani

poniedziałek, 15 października 2012

Melchior Wańkowicz: "Ziele na kraterze" i "Trylogia"

Zachęcona przez Marlowa czytam "Ziele na kraterze". :-)

Okładka
 "A co się działo, kiedy przyszła Trylogia! Tu już starsi państwo wzruszali się tak samo jak dzieci.
King często zastanawia się jak też maluje malarz? Wziął na pędzel tego koloru, owego koloru i nagle na płótnie jest twarz. Albo granie: są cztery kiszki baranie i nagle - symfonia. King nie może pojąć tych czarów. Jak się to robi?
W pisaniu więcej chwyta i rozumie. No, na przykład Żeromski. Wspaniały poeta! King wie, że nigdy by tak nie potrafił, zachwyca się, wzrusza słowotwórstwem rosnącym od gleby, ale rozumie, jak to mistrz kraje, widzi niezliczone pozszywane fiszki rapperswilskie i inne, krwawy trud, wielki mozół, przepyszną robotę snycerską. King wie, że gdyby sam zechciał toczyć dzbanek o tak filigranowych kształtach, o tak rafinowanie cienkich nóżkach, toby mu tworzywo pękło w niezdarnych rękach. Ale wie, jak to się robi, rozumie proces roboty.
Ale jak pisze Sienkiewicz? Pan z panów - bez trudu. Jedzie ze swymi bohaterami po kraju, mówi ich językiem o ich ubiorach, zbrojach, sprzęcie, rzędach końskich, obyczajach, porusza się po żmudzkich zaściankach, ukraińskich chutorach, nad Wisłą, w Wielkopolsce, jakby to wszystko schodził, jakby w tym wszystkim był. Czytając innych autorów powieści historycznych wciąż zastanawiamy się, czy utrafili. Tu wierzy się absolutnie, nie dość: chyba bohaterowie musieli rządzić Sienkiewiczem, żyli, jak chcieli.
Czwórka czytelników przeżywała więc co wieczór niezapomniane emocje i dyscyplina mamowa poczynała szwankować z tym chodzeniem spać. Jakże iść spać, nie dowiedziawszy się, czy Zagłoba w chlewiku dostanie się w ręce Kozaków, czy nie? Śmierć Longinusa przeżywaliśmy jak ciężkie nieszczęście rodzinne. Małe rączki gorączkowo zaciskały się na kołderkach. Nie wierzyliśmy do końca, wiedzieliśmy, że na pewno musi się uratować.
Aż kiedy głos Mamy się załamał, czytając słowa litanii, którą odmawia umierający rycerz, zrozumieliśmy, że to już koniec.
-  To już nie będzie pana Longinusa? - pytały.
I nie rozumieliśmy - jakże to będziemy czytać dalej, jak wojować, jak gwarzyć, jak bronić Zbaraża? Bez Longinusa? I następnego dnia, ujrzawszy ciało zawieszone na oblężniczej maszynie, biegliśmy w wyobraźni z oszalałymi z bólu Zagłobą i Wołodyjowskim, tak samo pełni żądzy odwetu.
Tak to w tym niepedagogicznym domu czytaliśmy niepedagogiczne książki.
Cóż dziwnego, że nie było szczegółu, który by się nie wrył na zawsze w świeże umysły dziecinne.
Adwokat Stanisław Święcicki dzwonił nie tylko w interesach prawnych do Kinga. Ułożyli sobie z dziewczynkami swoistą grę w „zielone” na tematy Trylogii. Chytrze dzwonił na samej granicy limitu czasu, koło dziesiątej wieczorem, kiedy suponował, że partnerki będą śpiące i łatwiej dadzą się zbić z pantałyku:
-  A z jakiego sukna miał mundur pan Podbipięta?
-  Ha-ha! Nic pan nie ma trudniejszego? Naturalnie, że ze świebodzińskiego.
Po czym: szep-szep-szep... w piżamkach przy telefonie; podtaczają pod pana Stanisława za dnia naszykowaną machinę oblężniczą:
-  A jak miał na imię Bohun?
I tu był triumf niezapomniany... Z tamtej strony telefonu słychać było bezradne postękiwania, wreszcie adwokackie wyłgiwanie się, że o tym w Trylogii nic nie ma.
- Jak to? A przecież Krzywonos mówi: „Jurku, mój przyjacielu”. Na drugi dzień mecenas Święcicki zjawia się z wielkim zającem z czekolady."

Melchior Wańkowicz: "Ziele na kraterze". Prószyński Media, Warszawa 2011,  460 s.

Juliusz Kossak - Śmierć Longinusa Podbipięty, 1886

niedziela, 14 października 2012

Trygve Gulbranssen: "Dziedzictwo na Björndal"

Okładka

"Następnie nadeszła z miasta fura z jej rzeczami i książkami, które otrzymała w spadku po babce. Ojciec Dag kazał według jej wskazówek sporządzić półki, poprzybijać do ścian, jedną dla ulubionych jej książek w jej pokoju, a dwie w jednym z gabinetów w nowym budynku. Po wyjeździe ciotki spędziła niejedną miłą chwilę w swoim pokoju, przeglądając książki, wspominając przy tym babkę z czasów, kiedy jeszcze mieszkała z nią. Pomimo jej surowości, wspominała ten okres mile; książki zmarłego biskupa zastępowały wówczas jej przyjaciół." 

Trygve Gulbranssen: "Dziedzictwo na Björndal". W tomie z pierwszą częścią, pt. "A lasy wiecznie śpiewają". Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1976, tłum. Henryk Leśniewski

czwartek, 11 października 2012

Eliza Orzeszkowa: "Nad Niemnem"

Okładka

"Pracownia młodego pana domu w Osowcach była pięknym pokojem z oknami dającymi tyle i takiego światła, ile i jakiego wymaga praca malarska. Mnóstwo w nim znajdowało się rzeczy różnych: sztalugi z rozpiętym i białą firanką osłoniętym płótnem, stosy tek, rysunków, szkiców, marmurowe i gipsowe posążki, popiersia, grupy, kawałki spłowiałych makat i staroświeckich materii, kilka oryginalnych kanapek do siedzenia lub do leżenia urządzonych, kilkanaście pięknych roślin w kosztownych wazonach – wszystko to z pozorną niedbałością rozstawione i rozrzucone; na koniec, w jednym z rogów pokoju śliczna szafka świecąca zza szkła różnobarwną oprawą paruset książek. Były to raczej książeczki niż książki: małe, ozdobne, lekkie. Panowały w nich poezja i powieść, jedna i druga w specjalnym i prawie wyłącznym gatunku: trochę tylko poetów polskich, zresztą zmysłowy Musset, tu i ówdzie Wiktor Hugo, wiele rozpaczliwego Byrona, sercowy Shelley, uperfumowany Feuillet, pesymista Leopardi, najniespodzianiej spotykające się z tym poetą – myślicielem bajki starego Dumasa i awantury bezmyślnej Braddon; jeszcze coś z dzisiejszych ulubieńców francuskiej arystokracji: Claretiego, Craven etc., etc. "

Eliza Orzeszkowa: "Nad Niemnem". Zielona Sowa 2008, 352 s.

wtorek, 9 października 2012

Stanisława Fleszarowa-Muskat: "Złoto nie złoto"

Okładka

"A czytelnik lubi, kiedy autor ma rację, lubi się z nim zgadzać, lubi myśleć, że on by to właśnie tak przedstawił,  gdyby sam pisał książki  Ale czytelnik także wielu rzeczy nie lubi, przede wszystkim śladów tej piekielnej męki, której kosztem rodziły się zdania w jego mniemaniu lekkie i potoczyste;  nie wolno wyprowadzać go z błędu, nie wolno go dopuszczać do tej męki - tylko naprawdę wielcy pisarze pozwalają sobie na swoistą kokieterię szczerości."

Stanisława Fleszarowa-Muskat: "Złoto nie złoto". Wydawnictwo MON, Warszawa 1979, s. 16

niedziela, 7 października 2012

Juliusz Verne: "20 000 mil podmorskiej żeglugi"

Okładka

"Kapitan Nemo wstał. Otworzyły się podwójne drzwi w głębi sali i wszedłem do pokoju tej samej wielkości, co jadalnia. Była to biblioteka. Wysokie szafy z czarnego palisandru, inkrustowane miedzią, mieściły na szerokich półkach wielką liczbę jednakowo oprawnych książek. U dołu szafy te, biegnące dookoła całej sali, przechodziły w szerokie sofy, obite brązową skórą, tworząc wygodne i przytulne zagłębienia. Na lekkich, ruchomych pulpitach można było, oddalając je lub przybliżając do woli, oprzeć wygodnie czytaną książkę. W środku stał wielki stół zarzucony broszurami i czasopismami, pomiędzy którymi widać było także kilka starych już gazet. Tę zharmonizowaną całość zalewało światło elektryczne, padające z czterech matowych półkul, wprawionych w sufit. Nie wierzyłem prawie oczom przyglądając się z podziwem tej tak wspaniale urządzonej sali. 

— Kapitanie Nemo — odezwałem się do mego gospodarza, który usadowił się właśnie na jednej z sof — ta biblioteka przynosiłaby zaszczyt niejednemu ziemskiemu pałacowi; jestem naprawdę oszołomiony, kiedy pomyślę, że może ona służyć panu nawet w największych głębinach. 
— Gdzież znalazłbym więcej samotności, więcej ciszy, panie profesorze? — odparł kapitan Nemo. — Czy może pan lepiej wypocząć nawet w pańskim gabinecie w Muzeum? 
— Nie, panie kapitanie, jest on uboższy od pańskiego. Ma pan tu sześć czy siedem tysięcy tomów… 
— Dwanaście tysięcy, panie profesorze. To są jedyne więzy, które mnie łączą z ziemią. Ale tego dnia, kiedy „Nautilus” po raz pierwszy zanurzył się pod wodę, świat skończył się dla mnie. Tego dnia kupiłem ostatnie tomy, ostatnie broszury, ostatnie gazety; od tego dnia ludzkość — dla mnie — nic już nie wymyśliła ani nie napisała. Te książki są zresztą do pańskiej dyspozycji, panie profesorze, może pan ich używać do woli. 
Podziękowałem kapitanowi i podszedłem do półek bibliotecznych. Obfitowały one w książki we wszystkich językach z dziedziny nauki, etyki i literatury; nie zauważyłem tylko ani jednego dzieła na temat ekonomii politycznej; była jakby bezwzględnie wyrugowana ze statku. Zaciekawił mnie szczegół, że dzieła poustawiano bez względu na języki, w jakich były napisane; ta mieszanina dowodziła, że kapitan Nemo widocznie czytał jednakowo płynnie każdy tom, jaki mu wpadł w rękę. 
Zauważyłem tu arcydzieła mistrzów dawnych i współczesnych, wszystko właściwie, co najpiękniejszego stworzyła myśl ludzka w dziedzinie historii, poezji i prozy — od Homera do Wiktora Hugo*, od Ksenofonta* do Micheleta*, od Rabelais’go do pani Sand*. Lwia część biblioteki poświęcona jednak była naukom ścisłym; obok dzieł przyrodniczych były tam książki traktujące o mechanice, balistyce, hydrografii, meteorologii, geografii, geologii, z czego wywnioskowałem, że one właśnie były podstawą studiów kapitana. Dostrzegłem wszystkie dzieła Humboldta, komplet Arago, prace takich uczonych, jak Foucault, Henryk Sainte–Claire Deville, Chasles, Milne–Edwards*, de Quatrefages, Tyndall, Faraday, Berthelot, opat Secchi, Petermann, major Maury, Agassiz, wydawnictwa Akademii Nauk, biuletyny różnych towarzystw geograficznych i innych, a także, nie na poślednim miejscu, owe dwa tomy, dzięki którym, być może, kapitan Nemo przyjął mnie względnie litościwie. 
Wśród dzieł Józefa Bertanda zauważyłem książkę pod tytułem „Założyciele astronomii”, która wskazała mi zupełnie ścisłą datę: ponieważ wiedziałem, że pojawiła się w roku 1865, wywnioskowałem, iż spuszczenie na wodę „Nautilusa” nie mogło nastąpić wcześniej. Tak więc kapitan Nemo rozpoczął swe podmorskie życie najwyżej przed trzema laty. Spodziewałem się zresztą, że świeższe dzieła pozwolą mi jeszcze dokładniej ustalić datę; ale na to miałem jeszcze dość czasu, a na razie nie chciałem już zwlekać z dalszym spacerem wśród cudów „Nautilusa”. 
— Panie kapitanie — odezwałem się — dziękuję panu za oddanie tej biblioteki do mojej dyspozycji. Są tu prawdziwe skarby wiedzy; będę z nich korzystał. "

Juliusz Verne: "20 000 mil podmorskiej żeglugi". Zielona Sowa, Warszawa 2000, 280 s.

piątek, 5 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "McDusia" (3)

Okładka

"- Lubię książki  Magdusiu, jak już wspomniałem. Kiedy się je czyta, to jest tak, jakby człowiek osobiście rozmawiał z żywym pisarzem, prawda? Albo słuchał jego najbardziej tajnych myśli. Bo autor wiele zdradza o sobie, nawet kiedy pisze o innych.
- Coś ty! - zdziwiła się Magdusia.
- Tak! Strasznie lubię tak tropić, jak jakiś detektyw intelektu, że się tak wyrażę. Spójrz na to! - Ignaś z zapałem wskazywał tomy na półkach, wypchanych po brzegi. - Ilu ich tam jest - a są nawet ciekawsi, niż gdyby przyszli osobiście. Otwierasz książkę, przewracasz kartki - czytasz - wchłaniasz unoszącą się z nich aurę czyjegoś ducha - łączysz myśl z jego myślą, czujesz to, co on czuł... Czy może istnieć bliższy kontakt z innym człowiekiem niż czytanie tego, co napisał?"

Małgorzata Musierowicz: "McDusia". Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2012, s. 63

czwartek, 4 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "McDusia" (2)

Okładka

"Ale kiedy Magdusia podała jej opakowaną książkę, klasa maturalna, jak się zdawało, zyskała szansę na odwołanie piekielnej kartkówki. Ciotka nagle przestała się spieszyć, odkręciła z szyi szalik i zdjęła beret. Usiadła przy biurku profesora i sięgnęła po nożyczki, po czym starannie rozwinęła wstążkę i rozwinęła papier z takim namaszczeniem, jakby się spodziewała znaleźć wewnątrz skarb.
I chyba rzeczywiście znalazła.
- Popatrzcie tylko!
Był to znów tomik Wierzyńskiego - "Róża wiatrów", pożółkły i zniszczony, wydany w Nowym Jorku w roku 1942.
Sam otworzył się w rękach Natalii, tam, gdzie kartki były najbardziej wytarte; ten krótki wiersz, założony żółtą karteczką, także zaznaczono ołówkowym krzyżykiem. A na karteczce profesor napisał: Dla Natalii - co zostanie?
- Nasza zabawa - wyjaśniła ciotka Ignasiowi. - Kiedyś profesor był po badaniu wzroku, zakropiono mu belladonnę i nic nie widział. Więc przyszłam i mu czytałam.Zauważył, że wiersze zmieniają wagę znaczeń, kiedy się je czyta na głos. I potem często się tak bawiliśmy: jedno z nas czytało głośno i porównywaliśmy wrażenia. "Co zostanie?" - tak się ta gra nazywała. Co najważniejszego zostanie po takiej lekturze, rozumiesz?
I Natalia zaraz przeczytała na głos:

Mój Boże, co dzień to samo dokoła, 
Myśli te same, w tym samym szeregu,
Jak akermańskie echo: "nikt nie woła",
(Pióro drży w ręku) - jak "sto mil od brzegu".

Odbiegły mewy (według nich: rybitwy),
Pusto na wodach,. Wielki Wóz nie świeci.
Zostały słowa, rym wszedł do modlitwy,
Bo tak się za nas modlili poeci.

Tyle naszego. Tym jednym cytatem
Wiek nakryć można i łączyć go z wiekiem:
Jak polskie motto zapisać nad światem
I czytać w nocy na niebie dalekiem.*

- A-a-a ja nie znałem tego wiersza! - rzekł Ignaś, poruszony. "Bo tak się za nas modlili poeci!". Te słowa trafiły go z taką siłą, że aż ścisnęło mu się gardło. [...]

* Kazimierz Wierzyński, Motto"

Małgorzata Musierowicz: "McDusia". Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2012, s. 92-93
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...