wtorek, 25 września 2012

Ma Jian: "Pekińska koma" i "Pasja życia"

Okładka

"Podczas tego pierwszego roku zachwyt Hemingwayem szybko ustąpił zachwytowi van Goghiem, którego rozsławiła świeżo wydana fabularyzowana biografia „Pasja życia”. Jego szaleństwo i twórczy indywidualizm to była nasza pierwsza wielka lekcja życiowa, która brzmiała: być sobą. Wszyscy odpisywali cytaty z książki i wszędzie je powtarzali. 
Na początku drugiego roku na zajęciach z preparowania poznałem A-Mei, studentkę z Hongkongu. 
Miała gładką, niemal pozbawioną wyrazu twarz, chociaż czasami wydawało się, że uśmiecha się do samej siebie. Jej oczy były czyste jak szkło, a spokojne jak woda w studni. Bardzo różniła się od Lulu. 
Jej matka była zawodową pieśniarką ludową, kiedy więc jej powiedziałem, ze także moja matka jest śpiewaczką, zaczęliśmy się przyjaźnić. Urodziła się w powiecie Zhongshan w prowincji Guangdong. Miała rok, kiedy jej rodzina wyemigrowała do Hongkongu. 
Któregoś dnia wpadłem na nią w bibliotece. Była w białej sukience, a czarne włosy zebrała w schludny kok. Wiedziała, że kiedy chcieliśmy przeczytać nowo wydaną książkę, musieliśmy ją zamawiać, a potem czekać całymi miesiącami. Powiedziała - „Pasja życia” bardzo dobrze się sprzedaje w Hongkongu. Bez trudu mogę ci kupić egzemplarz, jak tylko tam pojadę.- 
I odtąd przywoziła mi z Hongkongu książki, które tutaj trudno było zdobyć."


Ma Jian: "Pekińska koma". Zysk i S-ka, Poznań 2010, 708 s., tłum. Jerzy Łoziński

sobota, 22 września 2012

Krystyna Grzybowska: "Zuzia"

Okładka

Przyznam się, że do niedawna nie wiedziałam o istnieniu tych wspomnień Krystyny Grzybowskiej, wnuczki Karola Estreichera. Po tym jednak, jak książka została wymieniona w biblionetkowym wątku Dobre książki dające nadzieję postanowiłam osobiście się przekonać, dlaczego warto poznać Zuzię. I polubiłam tę nastolatkę, tak dzielnie sobie radzącą w wszelkimi przeciwnościami (są lata dwudzieste ubiegłego wieku)..., a z jej pamiętnika i wprowadzenia do niego wybrałam kilka fragmentów o książkach i czytaniu: 



"Trzeci pokój, ostatni w rzędzie. Świeci w nim jak księżyc mosiężna, stojąca lampa z zielonym kloszem. Widzę Ojca Zuzi pochylonego nad robotą. [...] Przed nim wielkie, staroświeckie biurko, niegdyś własność Zuzi pradziadka, który także był profesorem uniwersytetu. Po nim to odziedziczyła Zuzia zapewne zamiłowanie do botaniki. Na biurku tym leży mnóstwo papierów i książek, bardzo starannie poukładanych. To Zuzia ostatni raz spełniła swój obowiązek i zarazem przywilej - porządkowania Taty biurka, za co otrzymywała od Ojca co miesiąc dwadzieścia złotych na swe wydatki. [...] 

Nigdy nie widziałam tylu książek w prywatnym domu co w tym pokoju. Cały był zastawiony półkami sięgającymi aż pod sufit. Była to ulubiona przystań Zuzi. Tu chroniąc się przed hałaśliwym rodzeństwem, przesiadywała godzinami, marząc i czytając. Tu przestudiowała Szekspira i Słowackiego, Ibsena i Wyspiańskiego, nim się rodzice spostrzegli, że dziesięciolatka czyta rzeczy, których jeszcze "nie może rozumieć". Istotnie - rozumieć nie rozumiała, niemniej, jak twierdziła, wywarły na niej wrażenie niezapomniane, z którego się nigdy nie otrząsnęła."

[s. 7-8] 

niedziela, 16 września 2012

Monika Szwaja: "Romans na receptę"

Okładka
"No, rzeczywiście! Zabójcza biblioteka. Parę tysięcy książek na pewno. Biurko jak staropolski dworek, brakuje tylko ganku z kolumienkami. Dziewiętnastowieczne fotele na cienkich nóżkach, wyściełane haftowanym rypsem, w sam raz dla księżnej pani. 
Zaśmiewali się jak dzieci, tworząc coraz to nowe podobizny Eulalii w kapeluszu i bez, z kieliszkiem w ręku, z książką w dłoniach (wybrali jubileuszowe wydanie Mickiewicza, bo był to wolumin pokaźny i czerwony), na tle regałów, za kolosalnym biurkiem oraz na tle okna i widocznego za nim pejzażu. 
Beztroską zabawę przerwał im dźwięk dzwonka u drzwi. Były gbur opuścił aparat i z niedowierzaniem spojrzał na piękny szafkowy zegar, stojący między regałem z encyklopediami i słownikami a wysoką szafą biblioteczną pełną wartościowej beletrystyki. 
- Zdaje się, że już minęło pół godziny - mruknął. - Nie do wiary. Proszę tu zaczekać, ja otworzę, mam nadzieję, że to nasi młodzi przyjaciele. 
Eulalia została sama w bibliotece i teraz dopiero przyjrzała się jej okiem fachowca (ostatecznie ma przecież skończone studia bibliotekoznawcze!). Imponujący księgozbiór! Facet musi pochłaniać książki jak szalony. Wszystko tu jest, mnóstwo literatury fachowej, klasyka, setki kryminałów... 
To ostatnie odkrycie ucieszyło ją. Czyta kryminały, nie jest snobem. Poezja. No proszę. Dramaty. Cały Szekspir, cały Molier. Słowacki i Mickiewicz, też komplety. Stare wydania, pewnie odziedziczył domowe zasoby. Literatura dwudziestego wieku; PIW - owskie wydania z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mnóstwo książek o sztuce, muzyce; biografie twórców, całe serie. A może on to kupował pod kolor? 
Trochę się zawstydziła takich myśli, ale wyjęła „Kontrapunkt” Huxleya. Był czytany, z całą pewnością. „Niewidomy w Ghazie” - to samo. Zajrzyjmy do serii Nike... Niech będzie dalej Huxley, sporo go tutaj, on go chyba lubi, zresztą wygląda na to, że w ogóle lubi książki... „W cudacznym korowodzie”, jej ukochana książka. Zaczytana wyraźnie. Szekspir - też sam się otwiera w niektórych miejscach. 
Do pokoju wszedł gospodarz, prowadząc zalęknioną Paulinę i zaciekawionego Roberta."

Monika Szwaja: "Romans na receptę". Warszawa, Prószyński i S-ka, 286 s.

piątek, 14 września 2012

Małgorzata Musierowicz: "Tym razem serio /opowieści prawdziwe/"

Okładka
"W zimowe wieczory, po kolacji i po odrobieniu lekcji, wszyscy siadali wokół stołu, na którym stała wysoka naftowa lampa i ojciec czytał na głos Trylogię Sienkiewicza albo Orzeszkową, albo Rodziewiczównę. Dzieci słuchały, starsi chłopcy coś tam majstrowali (Stefan sam skonstruował radio kryształkowe), a matka, słuchając, łatała odzież, cerowała pończochy lub robiła na drutach szale, czapki, swetry i ciepłe skarpetki. Dziewczynki też wprawiały się w robótkach. "


Małgorzata Musierowicz: "Tym razem serio /opowieści prawdziwe/". Akapit Press, Łódź 1995, 91 s.

czwartek, 13 września 2012

Michael Ende: "Nie kończąca się historia" (2)

Okładka

"ANTYKWARIAT
Właściciel: Karol Konrad Koreander
Ten napis widniał na szklanych drzwiach małego sklepu, ale naturalnie tak wyglądał  tylko wówczas, gdy z mrocznego wnętrza patrzyło się przez szybę na ulicę.      
Na dworze był szary, zimny listopadowy ranek, deszcz lał strumieniami. Krople  spływały po szkle i zawijasowatych literach. Przez szybę widać było jedynie upstrzony  deszczowymi zaciekami mur po drugiej stronie ulicy. Nagle drzwi otworzyły się tak  gwałtownie, że mała kiść zawieszonych nad nimi mosiężnych dzwoneczków rozdzwoniła  się niespokojnie i przez długą chwilę nie mogła się uciszyć.
Sprawcą tego zgiełku był mały, gruby chłopak, dziesięcio, może jedenastoletni. Mokre  ciemne włosy opadały mu na twarz, przemoczony płaszcz ociekał deszczem, na pasku  przerzuconym przez ramię miał szkolną teczkę. Był blady i zadyszany, ale choć jeszcze  dopiero co bardzo mu się spieszyło, teraz stał w otwartych drzwiach jak wryty. Przed nim  ciągnęło się długie, wąskie pomieszczenie, nikną w mrocznej głębi. Pod ścianami stały  regały, sięgające do sufitu i zapchane książkami wszelkie kształtów i wielkości. Na  podłodze piętrzyły się sterty wielkich foliałów, na kilku stołach leżały stosy mniejszych  tomów, oprawnych w skórę i połyskujących po bokach złoceniami. Za ścianą z książek,  która na przeciwległym krańcu pomieszczenia wznosiła się na wysokość wzrostu  mężczyzny, widać było blask lampy. W owym blasku co jakiś czas wzbijał się w górę  obwarzanek dymu, powiększał się i wyżej rozpływał się w ciemności. Wyglądało to jak  sygnały, którymi Indianie przesyłają sobie wiadomości ze szczytu na szczyt. Widać ktoś  tam siedział - i rzeczywiście, dobiegł stamtąd opryskliwy głos:     
 - Dziwić się to można w sklepie albo na ulicy, ale drzwi trzeba zamknąć. Wieje.      
Chłopak usłuchał i cicho zamknął drzwi." [s. 5-6]


Filmowy Koreander w swoim antykwariacie
kadr z filmu  "The NeverEnding Story" (1984)

"Bastian uprzytomnił sobie, że przez cały czas wpatruje się w książkę, którą przedtem miał w ręku pan Koreander i która teraz leżała na skórzanym fotelu. Nie mógł po prostu oderwać od niej oczu. Zdawało mu się, że tchnie ona jakąś magiczną siłą, która przyciąga go nieodparcie. 
Zbliżył się do fotela, pomału wyciągnął rękę, dotknął książki - i w tej samej chwili coś w nim zabrzęczało, tak jakby zatrzasnęła się pułapka. Bastian miał niejasne wrażenie, że wraz z tym dotknięciem zaczęło się coś nieodwołalnego i odtąd potoczy się swoim biegiem. 
Podniósł książkę i oglądał ją ze wszystkich stron. Była oprawna w jedwab koloru miedzi, który połyskiwał przy każdym poruszeniu. Pobieżnie przerzucając kartki, zobaczył, że tekst był drukowany dwiema różnymi barwami. Nie miała chyba ilustracji, za to wspaniałe, wielkie inicjały. Gdy uważniej przyjrzał się okładce, dostrzegł na niej dwa węże - jeden był jasny, drugi ciemny - które połykały się nawzajem od ogona tworząc w ten sposób owal. A w tym owalu znajdował się tytuł wypisany osobliwie splątanymi literami: 
NIE KOŃCZĄCA SIĘ HISTORIA." [s. 11-12] 


Tajemnicza książka: "The Neverending Story"
kadr z filmu


Michael Ende: "Nie kończąca się historia". Siedmioróg, Wrocław 2006, 478 s., tłum. Sławomir Błaut

Michael Ende: "Nie kończąca się historia" (1)

Okładka
"Kto nigdy. z płonącymi uszami i potarganym włosem nie przesiadywał nad książką całych popołudni, czytając, czytając i czytając, zapominając o świecie, nie zauważając już, że chce mu się jeść albo że jest mu zimno - Kto nigdy. nie czytał ukradkiem pod kołdrą przy blasku latarki, bo ojciec lub matka, a może jeszcze ktoś inny, troskliwy, zgasił mu światło, uważając nie bez racji, że czas już spać, bo jutro rano tak wcześnie trzeba zerwać się; z łóżka - Kto nigdy, jawnie czy skrycie, nie wylewał gorzkich łez, bo wspaniała opowieść dobiegła końca i trzeba było się rozstać z postaciami, z którymi przeżyło się razem tyle przygód, które kochało się i podziwiało, śledząc ich losy to z lękiem, to z nadzieją, i bez których towarzystwa życie wydawało się puste i pozbawione sensu Kto czegoś takiego nie zna z własnego doświadczenia, cóż, ten prawdopodobnie nie zdoła pojąć, co teraz zrobił Bastian."

Michael Ende: "Nie kończąca się historia". Siedmioróg, Wrocław 2006, 478 s., tłum. Sławomir Błaut


wtorek, 11 września 2012

Juliusz Wiktor Gomulicki: "Podróże po Szpargalii"

Okładka
Juliusz Wiktor Gomulicki, bibliofil, pisarz, historyk i zamiłowany szperacz w archiwach zamieszczał swoje "Podróże po Szpargalii" w "Nowych Książkach" od marca 1957 do lutego 1960. Wydanie książkowe tych "Podróży..." upamiętnia autora w setną rocznicę jego urodzin.

We wstępie do tego wydania książkowego, zatytułowanym "Popis szperactwa", Andrzej Biernacki napisał tak: "Szpargalia powstały niejako przypadkiem. Są ubocznym wynikiem właściwych studiów historycznoliterackich, pasji badania wszelkich archiwów, bez wzgardy dla prywatnych. Sięga się, ile można, do czasopism nie tylko ważnych i poważnych, lecz również do - chciałoby się rzec - makulatury. Zewsząd wypisywał sobie autor marginalia uzyskanych odkryć." [s. 5]


Bardzo niewielką część marginaliów (wybranych spośród tych o książce) chciałabym przytoczyć i ja.... Selekcja była trudna.



I. Księgi


Są księgi niemi mistrzowie, są nauczyciele:
Milcząc uczą godnego wiadomości wiele.


O tychże


Wolałbym nie znać w życiu ni pereł, ni złota,
Niż być bez ksiąg, do których w dzień, w nocy ochota.

[oba dystychy - Angelo Durini, Wiersze wybrane, Warszawa, drukarnia Mitzlerowska, 1775, tłum. Józef Epifani Minasowicz. Tu: s. 17]

***

Marcel Pagnol: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki".

Okładka
"Czytelnik - to znaczy: prawdziwy czytelnik - jest prawie zawsze przyjacielem.
Poszedł wybrać książkę, wziął ją do rąk, zaprosił do siebie.
Będzie ją czytał w ciszy, siedząc w ulubionym kącie, w swoim domowym otoczeniu.
Będzie ją czytał sam i nie zniesie, żeby ktoś inny wtedy podczytywał, zaglądając mu przez ramię. Na pewno jest w domowym stroju albo w piżamie, w ręku trzyma fajkę. Ma do ciebie całkowite zaufanie.

Nie znaczy to, że polubi tę książkę. Być może przy trzydziestej stronie wzruszy ramionami i powie ze złością: "Ciekaw jestem, po co drukują podobne głupoty!".

Ale autora tam nie będzie i nie dowie się o tym. ..."

Marcel Pagnol, z przedmowy do: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki". Wydawnictwo Esprit, Kraków 2010, s. 11

poniedziałek, 10 września 2012

Joanna Olczak-Ronikier: "W ogrodzie pamięci"

Okładka
"Zawsze lubiła czytać, ale na pensji zrodziła się jej fascynacja poezją i nałóg przepisywania do grubych kajetów pięknym, kaligraficznym pismem wierszy, które zrobiły na niej szczególne wrażenie. Kajety te towarzyszyły jej przez całe życie. Najpierw były to skromniutkie, oprawione w ceratę bruliony pensjonarskie, później eleganckie albumy w safianowych i brokatowych okładkach. W czasie wojny sklejała przypadkowe kartki papieru, jakie wpadły jej w ręce, po wojnie przejmowała po mnie moje nie zapisane do końca liche zeszyty szkolne z okładkami w ziemistych kolorach.
Zmieniała się także zawartość tych kajetów. Najpierw pojawiali się tam Słowacki, Norwid, Goethe, Heine. Później Lenartowicz, Syrokomla, Ujejski, Konopnicka. Jeszcze później budzący "dziwne dreszcze" Tetmajer. Potem autorzy własnego wydawnictwa - Staff, Tuwim, Leśmian, Pawlikowska-Jasnorzewska. W czasie wojny Krzysztof Kamil Baczyński. Po wojnie poeta. zdawałoby się, kompletnie obcy jej gustom. a tak serdecznie pokochany - Tadeusz Różewicz - przez chwilę sąsiad na Krupniczej. Zapisywała te wiersze nie wiadomo po co, bo wszystkie umiała na pamięć.Całe moje dzieciństwo upłynęło przy dźwiękach słów: "Trzy razy księżyc obrócił się złoty...", "A jak poszedł Stach na wojnę...", "W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje...". Albo: "Prażę się w słońcu gałgan stary..."."

Joanna Olczak-Ronikier: "W ogrodzie pamięci". Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, s. 33

sobota, 8 września 2012

Małgorzata Musierowicz: "Szósta klepka" i "Dzień tryfidów"

Okładka

"Mama Żakowa znajdowała się w kuchni, gdzie zmywała naczynia jednocześnie czytając powieść fantastyczno-naukową pod tytułem „Dzień tryfidów”. Nie mogła absolutnie oderwać się od lektury, toteż ustawiła książkę na szczycie skomplikowanej konstrukcji ze słoików i szklanek, wspartej na skraju zlewu. Czytając, od niechcenia brała co jakiś czas talerz lub widelec i z poczucia obowiązku trzymała go pod strumieniem gorącej wody, dopóki nie poczuła, że pieką ją palce Wtedy odkładała sztuciec i ze spokojnym sumieniem czytała dalsze pięć minut, po czym powtarzała całą operację od nowa. Była już, w połowie książki (właśnie grupka ślepców snuła się po opustoszałym mieście, poganiana przez śmiercionośne tryfidy), gdy nagle ktoś wtargnął brutalnie w ten cudowny świat. Na progu kuchni stała Julia z Tolem i brodaczem i uśmiechając się mile, pytała o coś do jedzenia.
- Precz! - powiedziała mama w roztargnieniu i wróciła do lektury.

Okładka
- Mamo... - szepnęła Julia, rzucając nieco spłoszone spojrzenie na Tolka. - Choćby trochę kanapek... 
- Powiedziałam, żebyś znikła - mruknęła mama, śledząc z przerażeniem tryfida nadnaturalnej wielkości, który smagał ślepców swą trującą wicią. 
- Ależ, mamo... powiedz chociaż, gdzie jest masło, to sama zrobię... 
- Masła nie ma - warknęła wściekle mama Żakowa wlepiając w książkę oczy pełne popłochu. - Nic nie ma, w ogóle nic, powiedziałam, żebyś znikła. 
Julia pokiwała głową. Podeszła do matki, rozwiązała jej fartuch, zakręciła kran nad zlewem i powiedziała słodko: 
- Idź, mamuś, do pokoju i poczytaj w kulturalnych warunkach. Ja pozmywam. 

- Ty? - zdumiała się nietaktownie mama. - A co się stało? - jeszcze nie bardzo zdawała sobie sprawę, że na progu kuchni stoi wyśniony Toleczek."

Małgorzata Musierowicz: "Szósta klepka". Wydawnictwo Akapit Press, Warszawa 2006, 188 s.

piątek, 7 września 2012

Olga Tokarczuk: "Podróż ludzi Księgi"

Okładka
"Potem szli dalej zwiedzać to osobliwe muzeum. Zobaczyli bibliotekę pełną ksiąg rzadkich i nawet takich, co do których Markiz nie był przedtem pewny, czy w ogóle powstały. Był tam Arystoteles i Platon, bez nich wszak nie mogła istnieć żadna biblioteka, był Porfiriusz i Jamblich obok dzieł Pitagorasa, Plutarcha i Proklosa. Obok wielkich lekarzy, takich jak Hipokrates, Galen, Awicenna i Paracelsus, stały pisma filozofów-magów - Alberta Wielkiego i Błażeja z Parmy. Była ośmiotomowa pierwsza edycja Delia Porty oraz jego mniejsze, lecz niemniej słynne dzieło, Criptologia. Była Summa perfectionis al-Dżabira, o której Markiz sądził, że w ogóle nie była wydana i pozostaje tylko snem filozofów. Było też De occulta philosophia Agryppy i wyklęty przez Kościół Atheismus triumphatus Campanelli. Stało tu też dzieło wielkiego Cardano, w którym postawił on i zinterpretował horoskop Chrystusa, za co spędził resztę życia ukrywając się przed poszukującą go gorączkowo inkwizycją. Obok piewców rozumu i wielkości człowieka - Bruna i Yaniniego, Abelarda i Lullusa - stały zwięzłe naukowe traktaty Mariotte’a, Torricellego i Galileusza. Na bibliotecznym stoliku do czytania leżała rozłożona księga Regiusa, w której przedstawił on kołowrót zmian jako najbardziej uniwersalne prawo przyrody. W końcu Delabranche pokazał im rękopis swojego dzieła - Taumatologię, czyli naukę o rzeczach cudownych."

Olga Tokarczuk: "Podróż ludzi Księgi". Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1998, 216 s.

czwartek, 6 września 2012

Kir Bułyczow: "Jak zostać pisarzem fantastą"

Okładka
"W naszym domu były rzecz jasna książki, ale zostały głównie po moim ojczymie, wujku Jaszy, który kupował je przed wojną. To były prawie wyłącznie nowe książki, częściowo naukowe, a częściowo pożyteczne. „Życie zwierząt” Brehma, „Historia artylerii”, w której pomalowałem ilustracje, słownik angielsko–rosyjski i zdumiewająca książka w języku angielskim: „Historia Anglii od Wilhelma Zdobywcy do królowej Wiktorii”, na grubym papierze z kolorowymi ilustracjami. Teraz mam wrażenie, że było w niej mnóstwo pokolorowanych grawiur, które w zabawny sposób opowiadały o historii Albionu. Ale wtedy angielskiego nie znałem, a książka nie wzbudzała we mnie palącego pragnienia nauczenia się go natychmiast.
U Golcewów nie stała biblioteczka ze szklanymi drzwiczkami, jak we wszystkich znanych mi domach. Ściany, od podłogi do wysokiego sufitu, zastawiono regałami. Były to jakby książki - ściany. Ale najbardziej wstrząsnęła mną jedyna oszklona szafa, chyba zabytkowa i też wypełniona książkami. Otóż okazało się, że to wcale nie książki, tylko inkunabuły. To znaczy książki, które zostały wydane w pierwsze sto lat po tym, jak Gutenberg puścił w ruch swoją pierwszą maszynę drukarską.
Golcew miał kolekcję inkunabułów! Słowo honoru!
Otwierałem inkunabuł (Golcew mi na to pozwalał) i widziałem na karcie tytułowej datę wydania — czasem w cyfrach rzymskich (które znałem), a czasem w arabskich. I okazało się, że ten niewielki, gruby tomik w skórzanym ubranku trzymał w ręku Kolumb, a ten, w białej okładce z cielęcej skóry, wydany nieco później, pochodził z biblioteki
Dürera. I nawet ma jego notatki na marginesach. Golcew pokazywał mi podpis Dürera, przypominający japońską świątynię albo chińskie hieroglify. A ja w tym czasie wiedziałem już co nieco o Dürerze i miałem nawet zamiar zostać malarzem. Wkrótce moje marzenie legło w gruzach.
Stałem przed tą szafą, oniemiały z bibliofilskiego szczęścia, choć wtedy jeszcze nie podejrzewałam w sobie takich uczuć"


Kir Bułyczow: "Jak zostać pisarzem fantastą". Prószyński i S-ka, Warszawa 2003, 308 s., tłum Ewa Skórska

środa, 5 września 2012

Halina Poświatowska: "Opowieść dla przyjaciela"

Okładka
"Tegoroczny program studiów zapełniam kursami metodologii i etyki. Tylko jedno odstępstwo czynię od ostro wytyczonej linii, na samym dole niebieskiego kwestionariusza wpisuję wykład dramatów Szekspira. Chcę je przeczytać raz jeszcze. Nie zawierają pewników logicznych ani uniwersalnych norm, ale ich życiowa radość, ich ból są mi aż nadto bliskie. Przynoszę z biblioteki "Dzieła zebrane" Szekspira i usadowiona w kącie łóżka, z grubym słownikiem na kolanach, rozpoczynam studia od tej właśnie książki.
Najeżony trudnymi zwrotami angielski tekst już po kilku dniach staje mi się znajomy i bliski. Odczytuję wielokrotnie te same sceny, umiem na pamięć wplecione w tok dialogu sonety i moja obojętność* rozpływa się we łzach, kiedy słyszę recytowane przez profesora okrutne słowa króla Leara. Gdy utożsamiona z biedną Kordelią opuszczam nisko głowę i chowam oczy, żeby nikt nie mógł dostrzec moich łez - czuję na przegubie ręki lekki ciepły dotyk."


* wyjaśnienie tego słowa we fragmencie - innym fragmentem:

"Opasłe grzbiety książek na półkach bibliotecznych nie przyciągają już moich oczu, niechętnie patrzę na piętrzące się tomy, niechętnie biorę je do ręki. Co jeszcze mogłyby mi powiedzieć? Jakiej mądrości mogłabym się doczytać w tysiącach nie poznanych jeszcze książek?Jakiej prawdy? Czy istnieje chociażby jedna, która pomogłaby mi żyć?A jeśli nie, czy mój trud, aby przyswoić sobie jak najwięcej wiedzy, nie jest daremny?"

Halina Poświatowska: "Opowieść dla przyjaciela". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, 270 s.

wtorek, 4 września 2012

Neil Gaiman: "Księga cmentarna" i "Robinson Crusoe"

Okładka
Okładka
"Toteż Thackeray Porringer zmarł w gniewie, ściskając w dłoni swojego „Robinsona Crusoe". Książka ta, oprócz srebrnej sześciopensówki ze spiłowanymi brzegami i ubrania, które wcześniej nosił, stanowiła jego jedyny dobytek. Na prośbę matki pogrzebano go z nią. Śmierć nie złagodziła wcale jego charakteru.
- Wiem, że gdzieś tu jesteś! - krzyczał teraz. - Wychodź po swoją karę, ty, ty złodzieju!
Nik zamknął książkę.
- Nie jestem złodziejem, Thackerayu. Tylko ją pożyczyłem. Obiecuję, że oddam
ci książkę, kiedy skończę.
Thackeray uniósł głowę i ujrzał Nika przycupniętego obok posągu Ozyrysa.
- Powiedziałem: nie!
Nik westchnął.
- Ale tu jest tak mało książek i właśnie dotarłem do najlepszej części. Znalazł odcisk stopy. Ale nie swojej. To oznacza, że na wyspie jest ktoś jeszcze!
- To moja książka - rzekł z uporem Thackeray Porringer. - Oddaj mi ją.
- Nik był gotów spierać się albo negocjować, dostrzegł jednak ból na twarzy Thackeraya i ustąpił. Zsunął się bokiem z łuku i zeskoczył na ziemię. Wyciągnął przed siebie rękę z książką.
- Proszę" 


Neil Gaiman: "Księga cmentarna". Wydawnictwo Mag, Warszawa 2008

poniedziałek, 3 września 2012

Elizabeth Adler: "Hotel Riwiera"

Okładka
"Znalazłam się w saloniku o belkowanym stropie. Był zastawiony bibelotami, wśród których odkryłam srebrne puchary za sukcesy w grze w polo i sepiowe fotografie wytwornych mężczyzn w tweedach, ze strzelbami w rękach i upolowanymi bażantami. I jeszcze mnóstwo innych zdjęć w starych srebrnych ramkach oraz pięknie malowany chiński serwis do herbaty, ustawiony w prześlicznej, oszklonej starej serwantce. Na ścianach wisiały olejne wizerunki koni i psów oraz kawałek czerwonego jedwabiu haftowany w smoki i oprawiony w heban. Przed kamiennym kominkiem stały dwie przepastne kanapy pokryte perkalem w róże. Jakaś poczciwa osoba, zapewne Mary Wormesly, rozpaliła ogień, przywitał nas więc miły odgłos trzaskającego drewna. Podłogę z ciemnych szerokich desek, z kasztanowca, jak objaśniła mnie panna N., ocieplał orientalny dywan utrzymany w czerwieniach i błękitach.
Książki były wszędzie. Książki i jeszcze raz książki - upchnięte na wbudowanych półkach, ułożone w stosy na podłodze, spadały z krzeseł i podpierały lampy.
- To moja biblioteczka - powiedziała panna N., skromnie określając zbiór lektur z całego życia. - W długie zimowe wieczory lubię sięgnąć po dobrą książkę."

Elizabeth Adler: "Hotel Riwiera". Amber, Warszawa 2004, s. 183, tłum. Anna Żukowska-Maziarska
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...