piątek, 3 sierpnia 2012

"Niezwykłe przygody Don Kichota z La Manczy"

Okładka
"Kiedy Don Kichot, opatrzony, umyty i nakarmiony rosołem z pasztecikiem, zasnął mocnym snem w swoim łożu, jego blada siostrzenica wyrzekła cichym głosem, spuszczając oczy:
– Wielebny księże proboszczu i wy, mości balwierzu, winną się czuję, że nie doniosłam wam w porę o szaleństwie mego wujaszka. Może bylibyście spalili te heretyckie książki i zaradzili nieszczęściu, zanim doszło do tego, co tu widzicie.
– Na całopalenie nigdy nie jest za późno – uspokoił ją proboszcz. – Bądź panna spokojna, dzień nie minie, a na stos poślemy kacerzy!
Musicie wiedzieć, że w owych czasach zdarzało się w Hiszpanii palić na stosie nie tylko książki, ale żywych ludzi, skazanych na to przez Świętą Inkwizycję, czyli bractwo duchowne, tropiące świętokradztwo, odstępstwo od wiary, obcowanie z diabłem i inne grzechy. Niestety, łatwiej było o coś takiego człowieka oskarżyć, niż oskarżonemu dowieść swej niewinności.
Tak i teraz, gdy blada siostrzenica Don Kichota oskarżała o herezję, czyli obrazę prawd religijnych zgromadzone w bibliotece wujaszka opowieści rycerskie, cóż mogły biedne powiedzieć na swą obronę? Trwożnie i błagalnie szeleszcząc kartkami, musiały poddać się wyrokowi, który zapadł bez uczciwego zbadania rzeczy.
Rumiana gospodyni chyżo rozpaliła na dworze wielkie ognisko, powiada zaś autor, cytując powiedzonko hiszpańskie, iż zajmowała się tym z gorliwością takiej pracownicy, która większą ma ochotę palić niż tkać płótno, choćby nie wiem jak szerokie i cienkie. Znajdowało się to ognisko akurat na wprost okien komnaty bibliotecznej, do której wprowadzono inkwizytorów – proboszcza i balwierza.
– Podawajcie mi tedy księgi – rzekł, rozglądając się proboszcz – jedną po drugiej. Zobaczymy, która na stos zasługuje.
– Wszystkie! – zawołała siostrzenica. – Wszystkie co do jednej, to pewne!
Proboszcz i balwierz zbyt byli jednak ciekawi, żeby zgodzili się palić książki bez oglądania. Balwierz jął sięgać kolejno po oprawne foliały i podawać je księdzu po głośnym odczytaniu każdego tytułu; wtedy dopiero ksiądz ogłaszał wyrok i wykonywał go, nie zwlekając.
– „Wielkie czyny Esplandiana” – obwieścił balwierz.
– Giń, wszetecznico! – wykrzyknął proboszcz, przez otwarte okno ciskając księgę na stos.
Sypnęły iskry, „Wielkie czyny Esplandiana” zajęły się odpowiednio też wielkim płomieniem.
– „Florismarte z Hirkanii”.
– Nie zasługuje na łaskę!
I „Florismarte” powędrował za „Esplandianem”.
– „Rycerz Platir”.
– Za innymi niech idzie żwawo!
– Tak, dobrodzieju, tak – dogadywała zadowolona gospodyni – toć mówiłam, że wszystkim się stos należy.
– „Palmerin z Oliwy”.
– I ta oliwa bynajmniej nie sprawiedliwa – niech spłonie, by ani kropli z niej nie zostało.
Tak oto, kiedy Don Kichot, przygodami zmorzony, spał w swym łożu pod baldachimem, proboszcz z balwierzem, w asyście gospodyni rumianej i siostrzenicy bladej, nad księgozbiorem jego w wielkim pośpiechu inkwizycję sprawowali najsroższą. Może i niedobre to książki, może i banialuki opowiadały, z naiwności autorów lub – odwrotnie – licząc na czytelników naiwność, może nawet styl ich mocno szwankował, ale wyznam wam, że kiedy opisuję tę scenę, opisując zaś widzę, jak karty ksiąg w płomieniu się skręcają z sykiem żałosnym, raptem serce mi się ściska, jakbym obecny był przy paleniu ludzi na stosie, i chciałbym rękę inkwizytora zatrzymać...
– „Historia słynnego rycerza Tyranta Białego” – ogłosił balwierz.
Proboszcz drgnął.
– Co, macie tam „Tyranta Białego”? – przepytał się podniecony. –Toć to powieść, gdzie za młodu znajdowałem był kopalnię rozkoszy, daję wam słowo! Pamiętam jak dziś, jest tam Don Kyrieeleyson z Montalbanu, rycerz jakich mało, i brat jego, Tomasz z Montalbanu, walka słynnego Tyranta z brytanem i cesarzowa zakochana w giermku swym, Hipolicie. Styl jest przedni, daję słowo, kumie, weźcie tę książkę do domu i przeczytajcie, a sami się przekonacie!
– Przeto ułaskawimy tę księgę – zgodził się balwierz.
No, więc jednak! Odetchnąłem na chwilę i wy chyba ze mną. Ale odłożywszy na bok „Historię słynnego rycerza Tyranta Białego”, inkwizytorzy sięgnęli po następne dzieła i te rzadko już znajdowały w ich oczach łaskę, traf bowiem chciał, że rzadko którą czytali za młodu, by móc teraz z rozrzewnieniem wspominać. Z górą sto książek, prozą i wierszem pisanych, poszło na stos, parę zaś zaledwie uniosło głowę z tej rzezi i uniesione zostało na plebanię lub do domu balwierza, by służyć wyjątkowym literackim uniesieniom niszczycieli książek.
Nie skończyło się na tym złowrogim ogniu: sama komnata biblioteczna, choć już pusta, zdawała im się miejscem zbyt straszliwych pokus dla Don Kichota, rankiem tedy, podczas gdy rycerz spał ciągle, sprowadzili robotników, a ci pod nadzorem gospodyni rumianej i siostrzenicy bladej żwawo zamurowali i zatynkowali niebezpieczną izbę, tak iż z żadnej strony nie było już do niej wejścia. Kiedy Don Kichot po dwóch dniach, zdrowszy, podniósł się z łoża, chciał się udać, swoim zwyczajem, do biblioteki – ale nic z tego! Trafił na gładką ścianę, którą obmacywał, naciskał, odchodził od niej i wracał, znów próbował, lecz ta trwała nieporuszona. Wreszcie, do cna zmieszany, wątpiąc w świadectwo swych zmysłów, poprosił
domownic, by wskazały mu drogę do komnaty z książkami.
– Komnata z książkami? – parsknęła gospodyni. Nie ma w tym domu żadnej komnaty z książkami!
– A gdzież się podziała?
– Czart ją porwał!
– Nie czart – sprostowała siostrzenica – lecz czarodziej. Owej nocy pod nieobecność wuja spuścił się z chmury i porwał komnatę razem z książkami. Powiedział tylko, że tak mści się z wrogości do właściciela książek.
– Przejaśnia mi się w głowie – powiedział Don Kichot..."

Adolf Schrödter - Don Quixote, reading

"Niezwykłe przygody Don Kichota z La Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry na nowo opowiedziana przez Wiktora Woroszylskiego". Nasza Księgarnia, Warszawa 1990, 194 s.

4 komentarze:

  1. Mój "Don Kichote" to wydanie PIW-u z 1955 w tłumaczeniu A. i Z. Czernych - też niezłe :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam też jeszcze inne wydanie - z tym samym tłumaczeniem, co u Ciebie - Świata Książki z 2004 roku. Jest rzeczywiście dobre, ale gdybym chciała tu tę scenę z tłumaczeniem oryginalnej wersji Cervantesa dodać, to musiałabym przepisać prawie dziewięć stron. :-)
      Ten fragment opracowania Wiktora Woroszylskiego, adresowanego do młodych czytelników, bardziej mi teraz, w lecie, pasował.:-)

      Usuń
  2. Tak trzeba przyznać, że wersja "kanoniczna" to nie przelewki :-), zresztą Woroszylski nie pierwszy wpadł na ten pomysł - wariant ad usum Delphini miały wcześniej "Robinson Kruzoe" w opracowaniu Stanisława Stampfla :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, taką wersję "Robinsona..." mam w domowej biblioteczce. :-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...