piątek, 31 sierpnia 2012

Antonina Domańska" "Paziowie króla Zygmunta" (3)

Okładka
"Przy dwóch ścianach przez całą ich długość stały szerokie ławy dębowe, przed kominem zaś zydle z podobnymi kilimkami jak w sypialni. Niedaleko okna, trochę ku środkowi komnaty, wysunięty był stół do pisania, przykryty do samej ziemi materią srebrem przetykaną. Leżały na nim pióra gęsie, ćwiartki papieru i pergaminu, kilka listów otwartych, inkaust w srebrnej zamykanej czarce, w drugiej miałki piasek do zasypywania pisma.
Przy tym stole, w wygodnym krześle, siedział król Zygmunt. Głowę oparł na ręku i czytał. W twarzy jego znać było, że jakieś troski i kłopoty myśl mu zaprzątają i że księgę rozłożył przed sobą chyba na to, by się oderwać od tego niemiłego myślenia. Wodził oczyma po wierszach, przewracał karty, ale od czasu do czasu przestawał czytać i smutno dumał. Gorycz osiadła na zaciśniętych ustach, a z oczu żal ciężki wyzierał. Szlachetny, mądry, a tak dotąd w swych zamiarach, pomysłach i czynach szczęśliwy król pierwszy może raz w życiu karmił się zgryzotą. Przeczytawszy parę kart, odwrócił je wstecz i westchnął.
- Daremnie się zmuszam, nic dziś z mego czytania. Nie skupię uwagi!
[...]
Wszedł paź i stanął przy drzwiach
- Czego chcesz?
- Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki, jego przewielebność ksiądz biskup Krzycki, jego wielmożność pan hetman Tarnowski pragną się pokłonić najmiłościwszemu panu.
- Prosić, prosić! - z rozweseloną twarzą zawołał król. - Nie mogliście waszmościowie nic lepszego uczynić jak to, że mnie nawiedzić przychodzicie. I nie dziwota - dodał  żartobliwie - duchowne osoby miewają natchnienia, aniołowie im doradzają; wy zaś, panie hetmanie, sercem czujecie, kiedy mi ciężko i kiedy tęskniąc wyglądam przyjaciela.
- Gdybyż w naszej mocy było spędzić chmury z waszego czoła, miłościwy panie - rzeki ksiądz Krzycki, przybliżając się do stołu. - Widzę, w czytaniu szukacie rozrywki; wolno spytać, co za księga?
-  Żywot Pana Jezu Krista
- Tłumaczenie ze św. Bonawentury, przez Baltazara Opecia. Mam i ja to dzieło; ino że pierwsze wydanie w tak niedługim czasie rozchwytano, zapóźniłem się i z drugiej edycji dopiero kupiłem.
- A sprawiliście też sobie, księże biskupie — spytał hetman Tarnowski — on sławny mszał, arcydzieło drukarni Hallerowskiej? Oglądałem go kiedyś w zakrystii katedralnej, ksiądz kanonik Borek chlubił się nowym nabytkiem.
- Ale oczywiście; co dzień na nim mszę  świętą odmawiam; człek się tak psowa tymi nowymi ulepszeniami i wygodami, że nawet służbę Bożą chętniej sprawuje czytając druk wytworny niż stare, wyżółkłe i często nieczytelnie pisane księgi. A co za inicjały kunsztowne! Niczym miniatury!
Król klasnął w dłonie, dwóch paziów poskoczyło na usługi..
- Podsuńcie zydle tu do stołu. Usiądźcie, mili goście, powiadajcie, co słychać."

"Żywot Pana Jezu Krysta". Kraków 1522


Antonina Domańska: "Paziowie króla Zygmunta". Czytelnik, Warszawa 1960, s. 148-149

Antonina Domańska: "Paziowie króla Zygmunta" (2)

Okładka
"- W tym atoli cała sztuka, by je umieć zagarnąć pod swoje panowanie i tego uczy biała magia.
- Rety!... Gdzież ja miałem głowę! — zawołał chłopak, bijąc się w czoło. — Chyba to jakie mamidła, iżem tak na śmierć zabaczył... wżdy ja mam takową księgę! U rodzica na strychum ją znalazł, ino żem nijakiej wagi do onych bredni nie przywiązował.
- Nie pomnisz waść tytułu?
- Zaraz... aha, na pierwszej karcie stało napisane:

Arcana   magiej białej
Czyli zaklęcie przednie,
By cię, człeku, słuchały
Wszelkie duchy pośrednie
.

- Czy być może? Co za zrządzenie losu!... Nigdym o takiej księdze nie słyszał... musi być bardzo stara?
- Okropnie.
- Przynieś mi ją waszmość zaraz jutro.
- Oho, ho, ani myślę  - butnie sprzeciwił się Ostroróg - pierwej sam spróbuję onych zaklęć, może mi się uda przywołać jakiego ducha.
- Ależ, dziecko nierozważne, bez długoletnich przygotowań nic nie sprawisz, a ja już niejedną tajemnicę zgłębiłem.
- Nie, za darmo jej nie dam; coś przecie za tak wielki skarb w zamian muszę dostać.
- Więc gadaj waszmość, ile chcesz?
- Pieniędzy mi nie trza, mam ich dość od rodzica. Dajcie mi ten wasz pierścień z rubinem.
- Co? Podarunek najmiłościwszego pana? Nigdy!
- Dziwny z was człek; wżdy nauczywszy się czarów, tysiąc takich pierścieni na dzień mieć będziecie.
- Zaiste, prawdę mówisz; więc księga za pierścień, pierścień za księgę, słowo?"

Antonina Domańska: "Paziowie króla Zygmunta". Czytelnik, Warszawa 1960, s. 94

Antonina Domańska: "Paziowie króla Zygmunta" (1) i "Orland szalony"

Okładka
"Bona skinęła z lekka głową i uśmiechnęła się do signory Arcamone ze wzgardliwą litością. Gdy jednak minęły wirydarzyk, przystanęła, coś sobie jakby przypominając, i rzekła do ochmistrzyni:
- Zechciejcie poprosić królewnę, by się połączyła z nami i przeszła do nowych ogrodów, gdzie zasiądziemy z robotą
i słuchać będziemy zajmującej lektury.
Stara dama zawróciła się skwapliwie i pobiegła, o ile jej nogi starczyły, do wirydarza.
- Przychodzę z zaproszeniem od najmiłościwszej pani na robótkę i czytanie w nowym ogrodzie - wyrecytowała urzędowym tonem, bez cienia uprzejmości.
Dziewczynka skrzywiła się nieznacznie i spojrzała pytająco na niańkę.
- Proszę pójść ze mną, najmiłościwsza pani czeka.
[...]
Budowniczy, odebrawszy pewne wskazówki i zanotowawszy sobie życzenia królowej, oddalił się; król pozostał z całym towarzystwem.
- Wybrałyście się wasze miłoście, jak widzę, z robótkami do ogrodu na pogawędkę. Gdzież dziatki? Czy w sadzie?
- Bellina kaszle, a Zygmunta lękam się wypuszczać z komnaty, powietrze za ostre.
- Pieścisz je wasza miłość nad miarę; ciepło, sucho, powietrze zdrowe; ja bym radził nawet Zosieńkę wynosić na parę godzin na słońce, a starsi śmiało po całych dniach bawić się mogą z Jadwisią przy Szczepanowej.
- Obawiam się...
- Pomnijcie, królowo moja, że nie ino włoska, ale i pełna wigoru polsko-litewska krew płynie w żyłach naszego potomstwa. Nie wygrzewać przy piecu, nie chronić od lada powiewu; zdrowe córy chcę mieć i syna dzielnego, a nie panięta z morskiej piany!
- Jutro nie omieszkam spełnić wolę waszej miłości; dziś zda mi się już za późno.
- Zapewne. Aa... księgi na stole! Jejmość panna Beltrani przeczyta nam coś pięknego. Zasiądźmy i słuchajmy.
- Na czymżeśmy to stanęli? - spytała Bona.
- Czytałam wczoraj, jako Rugier zwyciężył Eryfilę dziewięsiłkę i szedł do pałacu Alcyny - odpowiedziała Laura.
- Ariosto? - spytał król.
- Tak jest, proszę waszej królewskiej mości, „Orland szalony".
- A Jadwisią rozumie do tyla włoską mowę?
- Przysłuchuję się ciekawie i rozumiem bez mała, najmiłościwszy ojcze - odpowiedziała dziewczynka, całując króla w rękę.
- Zacznijcie, proszę, słuchamy.
Laura szukała chwilę po strofach oczami i tak zaczęła:
Zbiwszy bohatyr z konia sprośną białogłowę
Dobył miecza...
- To już było... - przerwała czytanie królowa. Mrucząc półgłosem, lektorka przebiegła parę strof i czytała dalej:

Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością
Przechodzi jako słońce gwiazdy swą jasnością
Stan tak piękny i tak ma dobrze pomierzony,
Jaki tylko zmaluje malarz nauczony;
U długiej i na węzły powiązanej kosy
Lśniły się, jako złoto, jej żółtawe włosy.
Róże się wychowane w sabejskich ogrodach
Z fiołkami rozeszły po gładkich jagodach;
Z gładzonych alabastrów ma wyniosłe czoło,
Którem po wszystkich stronach obraca wesoło
Pode dwiema cienkimi czarnemi łukami
Są dwie oczy, ale je lepiej zwać gwiazdami.
Oczy pełne litości, samy w się ubrane,
W których skrzydlata Miłość gniazdo ma usłane.
I widać prawie dobrze, kiedy z nich wychodzi
I łuk ciągnie, i w serce widomie ugodzi.
Twarz dzieli nos tak piękny -  wolę was nie bawić,
Że sama zazdrość nie wie, gdzie by go poprawić.
Pod nim wdzięczne w niemniejszej zostawując chwale
Są usta, w przyrodzone ubrane korale;
W nie dwa rzędy wybranych pereł...

Morisco!... Dio mio... sono morta!... - przeraźliwy pisk Lukrecji Caldorry przerwał czytanie..."

Okładka

Antonina Domańska: "Paziowie króla Zygmunta". Czytelnik, Warszawa 1960, s. 35-39

czwartek, 30 sierpnia 2012

Antonina Domańska: "Krysia Bezimienna"

Okładka
"W pośrodku namiotu, przy stole zbitym z desek umocowanych na czterech nie ociosanych pniakach, siedział Stefan Batory z głową wspartą na ręku i czytał. W mosiężnym dwuramiennym lichtarzu paliły się woskowe świece. W kącie łoże - raczej małe, wąskie, żelazne łóżko, na nim siennik, skórzana poduszka i gruba wełniana derka. Oto były sprzęty i ozdoby namiotu królewskiego.
Gość chrząknął z cicha, król podniósł oczy znad księgi.
- A... pan hetman... jak to dobrze, żeście przyszli, pogadamy.
- Obawiałem się wejść; mniemałem, że po takich trudach dawno spoczywacie, miłościwy panie. Dopiero ujrzawszy światło, ważyłem się wstąpić.
- Nie pomyliliście się, wojewodo; odpoczynku miłego zażywam po pracy - odparł król. - Oto siedzę sobie w ciszy, wygodnie.
Hetman Mielecki uśmiechnął się nieznacznie; dostrzegł ten uśmiech Batory.
- No tak, powiadam: wygodnie, gdy się cały dzień stoi niczym karbowy przy żniwie, gdy nie ma czasu ani jeść, ani przysiąść na ćwierć godziny, gdy człek własnego głosu wśród onych wrzasków, jęków i huków nie słyszy; to błogość serce ogarnia, że się ma bodaj taką sękatą deskę za ławę; można się przynajmniej opamiętać nieco w cichości tych wiotkich ścian. Ciało odpoczywa i dusza...
- Dusza? Czytaliście przecież...
Król podsunął milcząc księgę ku hetmanowi.
- "Commentari de bello Gallico"... Pisma Cezara?
- Tak jest. Przyjaciel to mój wierny; dzieła jego muszę mieć zawżdy pod ręką, gdziekolwiek przebywam. W gniewie łagodzi mnie, w smutku rozrywkę daje, naukę czerpię, roztropności nabywam. Zda mi się, że duch mój w jasności żywie, gdy tego wielkiego ducha czuję w pobliżu siebie.
Mielecki słuchał z podziwem tej mowy.
- O najmiłościwszy panie... przy was żyć, waszych rozkazów słuchać - to takoż w jasności przebywać!
Batory zamknął księgę i odsunął ją na bok."

Antonina Domańska: "Krysia Bezimienna".  Zrzeszenie Księgarstwa, Warszawa 1984, 128 s.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Agatha Christie: "Autobiografia" i Hercule Poirot

Okładka
"Zostawiłam ich na jakiś czas, żeby dojrzewali, i poświęciłam uwagę detektywowi. Kogo mogłabym mieć jako detektywa? Dokonałam przeglądu detektywów, których spotykałam i podziwiałam w różnych książkach. Był tam Sherlock Holmes, jedyny w swoim rodzaju - z nim nigdy nie mogłabym rywalizować. Był Arsen Lupin - ale kryminalista to czy detektyw? W każdym razie nie w moim guście. Był młody dziennikarz Rouletabille z „Tajemnicy żółtego pokoju” - takiego właśnie człowieka chciałabym wymyślić - kogoś, kto przedtem nie występował w powieściach kryminalnych. Kogo mogłabym wziąć? Ucznia? Raczej z trudem. Naukowca? Co ja wiedziałam o naukowcach? Potem na myśl mi przyszli belgijscy uchodźcy. W naszej parafii w Tor mieszkała ich cała kolonia. Kiedy przyjechali, spotkali się z powszechną sympatią i współczuciem. Ludzie znosili im meble, żeby mieli czym urządzić mieszkania, i wszyscy wychodzili ze skóry, by się biedacy czuli jak najlepiej. Po czym nastąpiła normalna reakcja, gdy uciekinierzy zamiast okazywać wielką wdzięczność narzekali na to czy na tamto. Nie uwzględniono faktu, że musieli się czuć oszołomieni w obcym kraju. W większości byli to nieufni wieśniacy i najmniej ze wszystkiego życzyli sobie zaproszeń na herbatę albo odwiedzania ich w domu. Chcieli, żeby dano im spokój i żeby mogli trzymać się na uboczu, oszczędzać każdy pens, kopać swoje ogródki i po swojemu je uprawiać.
Dlaczego nie mogłabym zrobić detektywem Belga? - pomyślałam. Są tu uciekinierzy różnego rodzaju. A może to uciekinier, który jest oficerem policji? Emerytowany oficer policji? Niezbyt młody. Popełniłam tu wielki błąd. W rezultacie wymyślony przeze mnie detektyw musiałby mieć teraz dobrze ponad sto lat.
W każdym razie zdecydowałam się na detektywa Belga. Pozwoliłam mu dorastać pomaleńku do swojej roli. Powinien być inspektorem, tak żeby dysponował pewną wiedzą o przestępstwach. Będzie pedantyczny, bardzo schludny, rozmyślałam uprzątając swój pokój z mnóstwa niechlujnie wyglądających rupieci. Nieduży, schludny jegomość. Miałam go przed oczami - niedużego, schludnego jegomościa, wiecznie coś porządkującego, lubiącego, żeby rzeczy były do pary i kanciaste, a nie okrągłe. I musi być bardzo bystry - powinien mieć szare komórki - to dobre sformułowanie, muszę je zapamiętać. Tak, będzie miał szare komórki. Nazywać się musi jakoś wspaniale, tak jak Sherlock Holmes i jego rodzina. Kto był jego bratem? Mycroft Holmes.
A gdyby mojemu niedużemu jegomościowi dać na imię Herkules? Przy jego niewielkim wzroście, Herkules to dobre imię. Większych trudności przysporzyło mi nazwisko. Nie wiem, dlaczego w końcu zdecydowałam się na nazwisko Poirot, czy przyszło mi po prostu do głowy, czy też zobaczyłam je w jakiejś gazecie albo gdzieś indziej - dość że je miałam. Dobrze wyglądało razem z imieniem Hercule, nie Herkules - Hercule Poirot. To już zdecydowane, i chwała Bogu."


David Suchet jako Hercule Poirot
Agatha Christie: "Autobiografia". Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, s. 233-234, tłum. Magdalena Konikowska, Teresa Lechowska

Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie" (3) i czytanie w łóżku

Prawie wszystkim swoim rozmówcom pani Łopieńska zadała pytanie:
"Co u Pani/Pana leży przy łóżku?" 
Oto kilka odpowiedzi:

Okładka
Paweł Hertz:
"- Wiersze Mickiewicza, Pan Tadeusz, Biblia i stara książka telefoniczna."

Janusz Tazbir:
"- Nic, bo nie czytam w łóżku. Ale wielokrotnie wracam do pewnych książek. Często czytam Klub Pickwicka, Lalkę, ale bez zakończenia, bo nie lubię, kiedy moim bohaterom dzieje się coś złego, czytam bardzo często Biesy, ale nie do poduszki."

Marian Brandys:
"- Nie czytam w łóżku. Czytam w fotelu, ale mi nie pozwalają. Chcą, żebym się więcej ruszał."

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz:
"- To jest moja kupka: Maria Czapska, wiersze Audena, "Zeszyty Literackie" i biografia Prousta, o której mówiłam, napisana przez George'a D. Paintera. Można to, tak jak i Prousta, czytać w kółko. W kółko też czytam Wyrwane strony Czapskiego. A to kupka męża: najnowsze wiersze Różewicza - wspaniałe, ciekawy artykuł o sztuce Zanussiego, Życie na niby Kazimierza Wyki, nowele Nabokova. Namawiam go, żeby z nowelki Obłok, jezioro, wieża zrobił film. Dobra książka Piotra Mitznera o teatrze, Jesień patriarchy Marqueza, Lochy Watykanu. A co to? Zaraz, dlaczego to leży na jego kupce? Zabrał mi.
- Co?
- Wiersze Brodskiego. Wyrywamy je sobie. Tak samo zresztą jak wiersze Miłosza."

Erwin Axer:
"- Co najchętniej czyta Pan do snu?
- Coś, co już znam na pamięć. Na przykład korespondencję Tomasza Manna.
- Co tu jeszcze leży przy łóżku?
- Mój XX wiek - Marcuse. Bardzo kulturalny człowiek. Pisarz. Nie ten ideolog roku 1968. Leży Piotruś Pan - czytam go czasem, żeby się oderwać od siebie samego, Rozmowy z Goethem Eckermanna - jak zwykle, "Zeszyty Literackie", Pismo Święte, Lichtenberg - jego zawsze czytam. A tu proza Fontany. Miłosz tu leży przy łóżku."

Jerzy i Anna Turowiczowie:
"Jerzy Turowicz: - To sypialnia. Dwa tapczany, szafa, a na niej kryminały. Czytam je przed zaśnięciem. To znaczy czytam cztery czy pięć stron, szybko zasypiam i następnego dnia nic nie pamiętam. W ten sposób czytam w kółko Chandlera.
Anna Turowiczowa: - A ja Chmielewską.
[...]
- Jerzy Turowicz: - Kończę czytać obie książki o Kisielu.
- Przykro było Panu, kiedy przeczytał Pan Dzienniki Kisiela?
Jerzy Turowicz: - Przykro.
Anna Turowiczowa: - A mówiłam mu, żeby nie czytał tego do poduszki.
Jerzy Turowicz: - Dlaczego? Mam twardą skórę. Próbowałem zrozumieć, dlaczego tak pisał. Ten tapczan... Widzi pani, za co on służy?
- Oczywiście nie za tapczan.
Jerzy Turowicz: - Już właściwie nie wiadomo. "

Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie". Twój Styl, Warszawa 1998, 258 s.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie" (2) i Andrzej Osęka

Dzisiaj o pożyczaniu i oddawaniu..., fragment rozmowy z Andrzejem Osęką. Rozmowa nosi tytuł "Czasami palę":

Okładka
"- Zobaczmy, co Pan ma w swoim gabinecie.
- Freud, Jung, Pascal, Levi-Strauss, Jaspers, którego bardzo lubię, Bergson, Miłość a świat kultury zachodniej de Rougemonta, książka, do której bardzo często wracam. A tu zaczynają się książki "żydologiczne". O, to muszę oddać Turnauowi.
- Ale normalnie - oddaje Pan książki?
- No, różnie. Nie zawsze. Na przykład przylgnęła do mnie, jak dotąd, książka Drawicza o Australii.
- To śmieszne, bo pan Andrzej Drawicz mówił, że też nie zawsze oddaje książki.
- Jak się ktoś nie upomina, moja uczciwość jest osłabiona. 
[...]
- Lubi Pan pożyczać książki?
- Nie. Czasami pożyczam kolegom syna, ale wtedy zastrzegam się dziesięć razy, podpisuję książkę trzy razy. Najchętniej wklejałbym kartkę "skradziono u Andrzeja Osęki", jak było napisane na żarówkach w tramwajach - "skradziono w MZK".
- A czy jest coś, czego za żadne skarby Pan nie pożyczy?

- Chyba bym zwariował, gdybym miał pożyczyć komuś Prousta w oryginale."


Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie". Twój Styl, Warszawa 1998, 258 s.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie" (1) i Maria Janion


Tę książkę najchętniej przepisałabym w całości. :-) 
Dzisiaj pierwszy cytat, fragment rozmowy z panią profesor Marią Janion, rozmowa nosi tytuł "Potwór na drodze":

Okładka
"- Czy jest jakiś ład w Pani bibliotece?


- Nie. Coś się stało i ja nie jestem już taka młoda. A ponieważ ten zbiór wyrasta ze mnie organicznie, więc też się starzeje. Coraz częściej zdarza mi się, że pożyczam książkę z biblioteki, choć wiem, że ją mam. Jeszcze kilka lat temu rzucałam się na te półki jak na skały, wchodziłam na stołek, szarpałam, musiałam znaleźć, bo przecież w moich książkach są moje zakreślenia. Teraz już nie mam siły. Trochę się porzucam, ale tak romantycznie, ekstatycznie, i jak zbyt długo szukam, rezygnuję. Książki stoją w dwóch szeregach, a niektóre z nich muszę czytać wciąż na nowo. Marię Malczewskiego, mój ukochany utwór romantyczny, czytałam ze sto razy. A kiedyś jechałam pociągiem na zajęcia do Gdańska i czytając po raz setny z rzędu Grażynę, żeby się przygotować do zajęć, trafiłam na ten cudowny opis: "Dyszała woda spod zielonych pleśni". Potoczyłam wzrokiem po siedzących w przedziale i resztkami sił powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć: proszę państwa, tu jest taki piękny fragment, ja go państwu przeczytam. Opowiadałam to potem mojej najbliższej przyjaciółce, Marii Żmigrodzkiej, i ona powiedziała: tak, to jest piękne do szaleństwa, ale dobrze, że tego nie objawiłaś w pociągu."


Pani prof. Maria Janion


Barbara N. Łopieńska: "Książki i ludzie". Twój Styl, Warszawa 1998, 258 s.

sobota, 25 sierpnia 2012

Władysław Stanisław Reymont: "Ziemia obiecana" i Wiktor Hugo

Okładka
"Wszedł Blumenfeld z paczką korespondencji i rachunków.
- Co słychać w szerokim świecie, panie Blumenfeld?
- Wiktor Hugo umarł wczoraj - rzekł nieśmiało muzyk i zaczął odczytywać głośno jakieś sprawozdanie.
- Dużo zostawił? - zapytał bankier w przerwie, oglądając sobie paznokcie.
- Sześć milionów franków.
- Ładny grosz. W czym?
- W trzyprocentowej rencie francuskiej i w Suezach.
- Doskonały papier. W czym robił?
- W literaturze, bo...
- Co? W literaturze?... - zapytał zdziwiony, podnosząc oczy na niego i gładząc faworyty.
- Tak, bo to był wielki poeta, wielki pisarz.
- Niemiec?
- Francuz.
- Prawda, ja zapomniałem, przecie to jego ta powieść "Ogniem i mieczem". Mnie Mery ładne kawałki z niej czytała."

Władysław Stanisław Reymont: "Ziemia obiecana". Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2009 (cop.), s. 271-272

piątek, 24 sierpnia 2012

Kornel Makuszyński: "Bezgrzeszne lata"

Okładka
" ... Wiesz, jaki naród na świecie jest najbardziej twardy i który ma duszę wyziębłą i nieużytą?
- Wiem, Anglicy.
- Tak, oni. Otóż raz, kiedy wielka mgła opadła, znalazłem się w Anglii, wesoły, wędrowny promyk. Tam spotkałem Anglika, który miał dobrą twarz i wesołą brodę. Podobał mi się, więc przez jego oczy wszedłem w jego duszę. Stało się coś niesłychanego. Ten człowiek stał się tak dobry, tak cudownie dobry, jak gdyby nigdy nie był Anglikiem. Mówił tak słodko, że ludzie, że nawet Anglicy mieli łzy w oczach. Ja to sprawiłem!
Karol Dickens
- Któż to był taki?
- Już umarł! Nazywał się Karol Dickens. Umiał rozmawiać nawet ze świerszczem, nawet z imbrykiem pełnym wody. Ogromnie go lubiłem.
- Przyznaję, że pięknie uczyniłeś.
- Bardziej jeszcze lubiłem jednak innego człowieka. Pochodził on z twojego kraju. Kochałem jego, a on kochał mnie. Ogrzałem każde jego słowo tak, że każde było do mnie podobne. O, jak cudowne serce miał ten człowiek! W duszy jego miałem gniazdko, jak ptak.
Bolesław Prus
- Mów, mów… jak się nazywał?
- Bolesław Prus… Cóż to, uśmiechnąłeś się z rozrzewnieniem?
- Wszystko jedno… Znałeś jeszcze kogoś podobnego?
- O, wielu, wielu znałem takich ludzi. Ale tych dwóch najbardziej chyba lubiłem. Ach! Przypominam sobie… Jeszcze jednego kochałem. Pisał książki. Ja siadywałem mu wtedy na czole albo na oczach, albo na jego ramieniu i po obsadce pióra spływałem na papier. On się uśmiechał i piórem rozprowadzał mnie po białych karteczkach. Jak to on się nazywał? Aha! Edmund Amicis… Tak, tak się nazywał.
Edmondo de Amicis
- Amicis!… I on cię kochał?
- Bardzo!
- I to ty pisałeś z nim te książki?
- Ja nie, ja nie umiem. Ja tylko czyniłem jasność dookoła albo ich zmęczone i smutne oczy ocierałem łagodnie, aby nie było na nich smutnego spojrzenia. Nie potrzeba przecie, aby wszyscy byli smutni i pełni goryczy. Pewnie że tacy muszą być, co się gryzą w sercach, bo muszą walczyć z tym, co jest dla nich najstraszniejsze, z czarną nocą. To są niezmiernie wielcy ludzie. Wszyscy jednak tacy być nie mogą. Więcej potrzeba takich, co nauczają słodkiej miłości, co w dłonie umieją nabrać blasku, jak różanej wody, i niosą potem to złoto cudowne, i rozdzielają między najbiedniejszych. Ludzie są jak ta wynędzniała, zziębnięta i ślepa dziewczynka, której ja darowałem wielki dla niej skarb - uśmiech. Trzeba ich pocieszyć i ogrzać serca. Czy przyznajesz mi słuszność?"

Kornel Makuszyński
 Kornel Makuszyński: "Bezgrzeszne lata". Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980. Seria: "Utwory wybrane", s. 14-16

czwartek, 23 sierpnia 2012

Tadeusz Kubiak: "W Warszawie"

Okładka

Po tylu latach
księgarnia 
ta sama.

Trafić niełatwo.
Wertep i step.
Puste miejsce otworzone bombą.
Zatrzaśnięta - przed kim - brama.
Stos cegieł porośnięty chwastem.
I nagle - sklep,
księgarnia - ta pod szesnastym.

Po tylu latach
i księgarz
ten sam.

Na drabince,
rudy jak wiewiórka,
bezradnie się uśmiecha.
Kręci głową,
jak nad pustym orzechem
- Patrz - mówi z żalem -
okładkę zostawili,
ale kartki
wszystkie wyrwali.
[1945]

Tadeusz Kubiak: "W Warszawie". W: "Za wschodzącym słońcem". Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1979, s.47

środa, 22 sierpnia 2012

Zygmunt Miłoszewski: "Ziarno prawdy" i Wisława Szymborska

Okładka
"- I masz dwa oblicza żydowskiej zemsty w tamtych czasów. Z jednej strony izraelscy urzędnicy tropiący esesmanów po argentyńskich willach, z drugiej kompulsywne zaspokajanie niskiego instynktu zemsty. Niskiego, ale jakoś tam zrozumiałego. Wyobraź sobie, że wracasz do swojej wioski, a w twoim domu mieszka szmalcownik, przez którego donos cała twoja rodzina zginęła w obozie. Żona, dzieci. Powstrzymałbyś się? Przebaczył? Umiłował jak siebie samego?
Szacki milczał. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, nikt, kto nie stanął przed takim wyborem, nie potrafił.
- Masz rodzinę? – zapytał rabin.
- Mam. Miałem. Do niedawna.
Maciejewski spojrzał uważnie, ale nie skomentował.
- W takim razie pewnie i tak możesz sobie lepiej wyobrazić takie emocje niż ja. Dla mnie to abstrakcja, akademickie rozważanie. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.
- Talmud?
- Nie, Szymborska. Mądrość dobrze jest czerpać z różnych źródeł. Akurat to cytat z wiersza o kobiecie, zwykłej nauczycielce, która zginęła, ratując czwórkę dzieci z pożaru. Lubię ten wiersz i ten cytat i lubię przeświadczenie, które stoi za tymi słowami, że nigdy nie wiemy, ile w nas dobra."

Zygmunt Miłoszewski: „Ziarno prawdy”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 259-260

***
Ta wspomniana nauczycielka nazywała się Ludwika Wawrzyńska, jej grób można zobaczyć na  blogu Bogny

 *** 
A oto ten wiersz Wisławy Szymborskiej, „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej”, z tomiku „Wołanie do Yeti” (1957):

A ty dokąd,
tam już tylko dym i płomień!
- Tam jest czworo cudzych dzieci,
idę po nie!

Więc, jak to,
tak odwyknąć nagle
od siebie?
od porządku dnia i nocy?
od przyszłorocznych śniegów?
od rumieńca jabłek?
od żalu za miłością,
której nigdy dosyć?

Nie żegnająca, nie żegnana
na pomoc dzieciom biegnie sama,
patrzcie, wynosi je w ramionach,
zapada w ogień po kolana,
łunę w szalonych włosach ma.

A chciała kupić bilet,
wyjechać na krótko,
napisać list,
okno otworzyć po burzy,
wydeptać ścieżkę w lesie,
nadziwić się mrówkom,
zobaczyć jak od wiatru
jezioro się mruży.
Minuta ciszy po umarłych
czasem do późnej nocy trwa.

Jestem naocznym świadkiem
lotu chmur i ptaków,
słyszę, jak trawa rośnie
i umiem ją nazwać,
odczytałam miliony
drukowanych znaków,
wodziłam teleskopem
po dziwacznych gwiazdach,

tylko nikt mnie dotychczas
nie wzywał na pomoc
i jeśli pożałuję
liścia, sukni, wiersza -

Tyle wiemy o sobie,
ile nas sprawdzono.
Mówię to wam
ze swego nieznanego serca.

Wisława Szymborska


Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère" (5)

Okładka
Po  tę książkę sięgnęłam mimo niezbyt pochlebnej recenzji Lirael. Chciałam odszukać wspomniane diamenciki. A to już nie diamencik, ale opis księgarni, której stałą klientką chętnie bym została:

"KSIĘGARNIA


Na głównej ulicy w mieście niedaleko Nantes znajduje się dom książki, gdzie cały parter zajęty jest przez literaturę piękną, książki językowo wartościowe, z treścią, a nie tylko same kryminały.
Klasyka w twardych okładkach i wydaniach kieszonkowych, nowości, książki, które dopiero co opuściły drukarnię, o których słyszałam w radiu, na France Inter i France Culture, o których czytałam w „Le Monde des Livres” i „Figaro Littéraire, książki cytowane w Internecie.
Przychodzę do tej księgarni z wycinkiem z gazety albo kartką z przekręconym tytułem i nazwiskiem autora, a mimo to jak dotąd zawsze znajduję książkę, której szukam, na głównej ulicy w mieście niedaleko Nantes."

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 193-194, tłum. Jan Rost

wtorek, 21 sierpnia 2012

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère" (4) i "Beton" Thomasa Bernharda

Okładka
Lirael napisała recenzję, w której wcale nie zachęca do przeczytania tej książki, ale wspomina o diamencikach... Sięgnęłam zatem, by odszukać te diamenciki, oto kolejny z nich:

"Ponieważ nowe książki nie powstają w takim tempie, w jakim czytam, biorę jedna z już przeczytanych, mojego ulubionego autora, Thomasa Bernharda – Beton.
   Beton traktuje o Rudolfie, nieudanym pisarzu, który na początku powieści zabiera się do eseju o Feliksie Mendelssohnie – tym od marszu weselnego.
   Książka o Mendelssohnie to praca naukowa, którą Rudolf przygotowuje od dziesięciu lat.
   Rudolf z Betonu już wcześniej próbował ją pisać.
   Do tej pory mu się nie udało, teraz ma się udać.
   Punkt czwarta rano dwudziestego siódmego stycznia ma zacząć pisać, tak postanowił.
   Dwudziestego szóstego wieczorem robi obchód domu, wietrzy, wszystko przygotowuje do pisania.
   Wyjmuje materiały o Mendelssohnie zbierane przez dziesięć lat, stos notatek zrobionych przez wszystkie te lata.
   Wyprawia w drogę siostrę, która normalnie zajmuje się domem.
   „Musimy być sami i opuszczeni przez wszystkich, jeśli mamy się zabrać do pracy intelektualnej!”

Okładka
   Rudolf postanowił, że zacznie o czwartej, tak ma być, o czwartej, ale tak oczywiście nie będzie.
   Gdyby Rudolf zaczął o czwartej rano, tak jak postanowił, nie powstałby Beton.
   Rudolf nie zacznie.
   Rudolf nie jest z tych, co zaczynają, brakuje mu zdolności zaczynania, tego talentu, który miał Thomas Bernhard.
   Rudolfowi brakuje śmiałości, aby zacząć swoją książkę.
   „Śmiałość, po prostu”, pisze Thomas Bernhard,
   „... żeby nagle, w jednej chwili, bez żadnej litości, opróżnić swoją głowę i w ten sposób rzucić przemyślenia na papier”.

   Dokładnie tak, jak wyraził to Thomas Bernhard, chciałbym opróżnić swoją głowę, wszystkie zebrane w niej wrażenia, wszystko, co leży w mroku podświadomości, wszystkie kryjące się tam tajemnice i niebezpieczeństwa.
   Wyrzucić to z głowy i przenieść na twardy dysk.”

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 126-128, tłum. Jan Rost

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère" (3)

Okładka
Przeczytałam recenzję Lirael, sięgnęłam po książkę... ten fragment jest krótki, ale nie mogłam go pominąć:

"UCIECZKA OD RZECZYWISTOŚCI

W okresie katastrofy – liczę na to, że to tylko okres, a nie permanentna katastrofa, jakiej się obawiam – ocalić mnie może tylko czytanie.
   Tylko czytając, doznaję ulgi.
   Czytanie jest moją ucieczką, obroną przed rzeczywistością, azylem, zawsze dużo czytałam, teraz czytam bez umiaru.
   Jak alkoholik wlewa w siebie alkohol, tak ja czytam."

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 126, tłum. Jan Rost

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère" (2) i Malcolm Lowry

Okładka
Oto drugi fragment z książki, po którą sięgnęłam po przeczytaniu recenzji Lirael:

   „Innym wielkim pisarzem, którego nie chcę naśladować, jest Malcolm Lowry.
   Malcolm Lowry napisał Pod wulkanem i potem już nic porównywalnego.  Nic porównywalnego, podobnego, Pod wulkanem, a potem nic wartego uwagi.
   Pisał wciąż na nowo, ale mimo że pisał, były to tylko słowa, zdania, akapity i rozdziały, żadna literatura.
   Malcolm Lowry wiedział o pisaniu najgorsze rzeczy, tak jak ja – jeśli my z Malcolmem Lowrym nie wiemy czegoś o niszczeniu, zabazgrywaniu na śmierć, psuciu i masakrowaniu pierwotnego tekstu,  który był całkiem dobry, to nie warto tego wiedzieć.
   Tego nie warto wiedzieć, to piekło, to coś monstrualnego.

   Czytałam artykuł  o pisarskim piekle Malcolma Lowry’ego. O tym, jak zmieniał i przepisywał wszystko na nowo, aż powody tego, że napisał, co napisał, stawały się równie niepojęte, co sam okaleczony tekst.
   Malcolm Lowry nie potrafił napisać Pod wulkanem, jednak napisał, tę książkę skończył, nawet jeśli – jak wieść niesie – z pomocą żony Margerie, którą potem podejrzewano, że go zamordowała.
   Żeby nie musiał sam.
   Choć próbował, jak się dało, za pomocą alkoholu i pisania.

   W artykule o pisarskim piekle Malcolma Lowry’ego i o teorii, że zamordowała go żona, jest przykład tego, jak Lowry niszczy zdanie.
   Nie czytałam niczego straszniejszego, bo pokazuje, jak człowiek jest bezradny wobec samego siebie.
   I że nikt nie jest tak biegły w niszczeniu czegokolwiek, jak ten, co to stworzył.
   W pierwszej wersji zdania Malcolm Lowry pisze:
   „A woman seemingly out of the blue... with beautiful legs, eyed him, swaying her hips with aimless lust.”
   Potem skreśla to zdanie i pisze:
   „A heavily painted young woman, evidently a premature noctambulist, wearing clothes & shoes so new they seemed just to have been stolen, eyased him, half humming.”
   Po czym skreśla także I to I pisze na nowo.
   W artykule nie cytuja już następnej wersji, cytują natomiast to, co Malcolm Lowry zanotował najmniejszymi literami na marginesie rękopisu ze zniszczonym zdaniem, wyraz swojej rozpaczy:
   „To the patron saint of lost causes SOS, help me to think through this impossibility”."


 Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 121-122, tłum. Jan Rost

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère" (1) i Vladimir Nabokov

Okładka
O tej powieści przeczytałam na blogu Lirael. Recenzja nie jest pochlebna, ale po książkę sięgnęłam niezwłocznie, żeby odszukać wspomniane przez Lirael diamenciki, fragmenty dotyczące pisarzy. Oto pierwszy z nich, bohaterem jest Vladimir Nabokov:

   "Vladimir Nabokov jest jednym z genialnych pisarzy, których nie chciałabym naśladować.
   Nie podoba mi się styl Nabokova, ciężki od porównań i metafor, jego aliteracje – dull as delirium, irytuje mnie jego miłość własna, techniczne majstersztyki utrudniające czytanie i nawet jego tak zwane arcydzieło Lolita.
   Gdybym potrafiła, pisałabym tak niepodobnie do Nabokova, jak tylko się da.
   Zahartowałabym swój styl, utwardziła go – twarde fakty, twardy tekst.
   Żadnych przymiotników, żadnych kwiatków.
   Porównań, metafor, ironii, podtekstów.
   Żadnej ekwilibrystycznej filozofii na temat codziennych zjawisk i rzeczy – żadnych udziwnień.
   Gdybym potrafiła, to, co piszę, byłoby zmrożone, twarde.
   Skalne.
   Twarde jak kamień.
   Ale podtrzymujące ruch, który podobno jest w kamieniu.
   Gdybym potrafiła ją napisać, moja powieść erotyczna byłaby jak nieoszlifowany diament, mający swoją wartość bez upiększeń.
   Ale nie potrafię.

   Pomimo niechęci do Nabokova mam większość jego książek i wynika to – wbrew temu, co mówię o grupach i mentalności grupowej – z faktu, że jestem zwierzęciem stadnym.
   Nabokov to pisarz, którego powinni czytać pisarze  – a zatem, przeczytałam Nabokova."

Bodil Malmsten: "Ostatnia książka z Finistère". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 119-120, tłum. Jan Rost



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...