wtorek, 31 lipca 2012

Małgorzata Musierowicz: "Córka Robrojka" (2)


Okładka

"- Wczoraj składaliśmy jeszcze regał, tata sam heblował deski. Piękny regał, mówię ci. Nareszcie będziemy mogli rozpakować te wszystkie kartony. Lubisz ustawiać książki na półkach? Ja uwielbiam. Czasem nawet, w domu... to jest... w Łodzi... robiłam specjalnie przemeblowanie, żeby tylko móc sobie poprzestawiać książki w nowym systemie. 

Przeszczep w milczeniu uniósł niezgrabną łapę i wskazał regały, 

Wysokie pod sufit, wypełnione książkami stojącymi we wzorowym porządku. 
Miło było stwierdzić, że okładki tych książek są znajome. Bella przeszła powoli wzdłuż regałów, po czym uśmiechnęła się do Przeszczepa, przejęta uczuciem pewnej bliskości. 
- Aha - powiedziała, a on oddał jej uśmiech – przynajmniej mogła się tego domyślić, obserwując, jak zmienia się położenie cieni na jego chudych policzkach. 
- Tyle czytasz - powiedziała impulsywnie Bella - Wydawałoby się, że powinieneś być mądrzejszy, ty King-Kongu. A ty co? "

Małgorzata Musierowicz: "Córka Robrojka". Akapit Press, Łódź 2007

niedziela, 29 lipca 2012

Lucy Maud Montgomery: "Błękitny Zamek"


Okładka

"Nie zapalali światła - wystarczały im kapryśne odblaski kominka, w których świetle twarze ich już to wynurzały się z cienia, już to zapadały weń z powrotem. Gdy świst wiatru potęgował się, Edward zamykał drzwi, zapalał lampę i czytał Joannie poezje, rozprawy naukowe lub wspaniałe, soczyste opisy dawnych wojen. Beletrystyki nie uznawał - zaklinał się, że go nudzi śmiertelnie. Joanna jednak sama dla siebie czytywała od czasu do czasu powieści, nowele lub humoreski. Wyciągnięta wygodnie na wilczych skórach rozkoszowała się do syta swą lekturą, rozmyślając, wzruszając się lub śmiejąc. Edward na szczęście nie należał do tych uprzykrzonych ludzi, którzy nie potrafią wysłuchać czyjegoś śmiechu nad książką, by nie zapytać od razu: "Co cię właściwie tak śmieszy?" "

Lucy Maud Montgomery: "Błękitny Zamek". Nasza Księgarnia, Warszawa 1985, s. 109; tekst opracowano na podstawie wydania polskiego z 1926 r.

czwartek, 26 lipca 2012

Astrid Lindgren: "Dzieci z Bullerbyn"


Okładka

"Pani napisała do Sztokholmu i zamówiła dla nas książki. Pokazała nam kiedyś duży arkusz, na którym było moc prześlicznych obrazków, przedstawiających okładki różnych książek z bajkami. Mogliśmy wybrać sobie książki, które chcielibyśmy kupić. Ja zamówiłam dwie, a Lasse i Bosse też po dwie. Na moich były prześliczne księżniczki i książęta. Właśnie ostatniego dnia przed świętami przysłali pani te książki. Chodziła po klasie i rozdawała je dzieciom. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy dostanę swoje. Lecz mamusia powiedziała, że nie wolno mi ich czytać, aż dopiero w Wigilię. Zanim wyruszyliśmy do domu, odśpiewaliśmy wszystkie świąteczne pieśni, jakie umieliśmy, a pani powiedziała, że ma nadzieję, że wesoło spędzimy święta. Że będą wesołe - tego byłam pewna!
Britta, Anna i ja pobiegłyśmy do sklepikarza i kupiłyśmy czerwonego, zielonego, żółtego i niebieskiego papieru, gdyż chciałyśmy zrobić koszyczki na choinkę.
Potem poszłyśmy do domu. Było tak jasno i ładnie. W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła się, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu.
- Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie - mówił Lasse.
Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny."

Astrid Lindgren: "Dzieci z Bullerbyn". Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, 376 s., tłum. Irena Szuch-Wyszomirska

wtorek, 24 lipca 2012

Frances Hodgson-Burnett: "Leśna Boginka"


Okładka

"Wszyscy, których życie ukształtowało się pod wpływem literatury, ze wzruszeniem wspominają pierwszą książkę, jaką posiadali. "Książka kwiatów" była taką pierwszą książką w życiu Osóbki. Żadna inna książka nie miała tyle uroku, nie kryła w sobie tyle cudownego piękna, takiego bogactwa opowieści i przygód. A przecież była to tylko książeczka do nauki alfabetu.
Jakaż ona była piękna! Godzinami siedziało się na pufie i przewracało się jej kartki, i zachwycało sę obrazkami przedstawiającymi Anemon dla litery A, Cyklamen dla litery C, Różę dla litery R. [...] 
Z zewnątrz książka przypominała brązową Biblię. Była mała i gruba, z dużą, wyraźną czcionką. Stroniczki podzielone były na pół; górę zajmowało prostokątne czarne tło, na którym widniał kwiatek, w dolnej połowie mieściły się cztery rymowane linijki tekstu, z których każda zaczynała się od tej samej litery, co nazwa kwiatka. Czarne tło było jak poezja, jak natchnienie; ono wydobywało urodę kwiatka. Nie pamiętam już wierszyków, choć wydaje mi się, że traktowały o przymiotach moralnych, przypisywanych danemu kwiatkowi. [...] 
Osóbce nigdy nie przyszło do głowy, by kwestionować moralne atrybuty kwiatów. Przyjmowała te nauki do wiadomości, choć wydaje mi się, że robiły ona na niej dużo mniejsze wrażenie niż piękne kolorowe ilustracje namalowane na prostokątnym czarnym tle." 

Zapewne to ta książeczka tak urzekła dziewczynkę:

Okładka
Pierwsza strona - literka A

Frances Hodgson-Burnett: "Leśna Boginka". Nasza Księgarnia, Warszawa 1996, s. 19-21, tłum. Alicja Skarbińska

poniedziałek, 23 lipca 2012

Agatha Christie: "Tajemnica Wawrzynów"

Okładka

"To może zabrzmi głupio, ale zastanawiałam się… pewnie pani też uzna to za głupie… otóż trochę szperałam wśród starych książek. Kupiliśmy je razem z domem. Przeważnie książki dla dzieci sprzed wielu lat, ale znalazłam kilka ulubionych.
- Wiem, jak bardzo musiała się pani ucieszyć, mogąc do nich wrócić. Na przykład do „Więźnia zamku Zenda”. Czytała go moja babka. Sama to kiedyś czytałam. Bardzo miła książka. Romantyczna. To chyba pierwszy romans, jaki pozwala się przeczytać dziecku. Nie zachęcano nas do czytania powieści. Ani moja matka, ani babka nie aprobowały czytania powieści przed południem. Nazywano je romansidłami. Można było przeczytać na przykład książkę historyczną lub coś poważnego, lecz powieści przynosiły tylko przyjemność i dlatego należało je czytać po południu."

Agatha Christie: „Tajemnica Wawrzynów”. Prószyński i S-ka, Warszawa 2003, s. 110, tłum. Agnieszka Bihl

niedziela, 22 lipca 2012

James Clavell: "Gai-jin" i "Morderstwo przy Rue Morgue"


Okładka

"Struan czytał, lampa naftowa na stole obok łóżka dawała wystarczająco dużo światła, drzwi do jej pokoju stały otworem. Leżał w wygodnym łóżku i był całkowicie pochłonięty akcją. Jedwabna nocna koszula podkreślała kolor jego oczu, ale twarz miał nadal bladą i wychudłą, bez śladu poprzedniej siły. Na stoliku przy łóżku znajdował się wywar nasenny, fajka, tytoń, zapałki i woda zaprawiona odrobiną whisky.
- To dobre dla ciebie, Malcolmie - mówił Babcott. - To najlepsze lekarstwo na noc, jakie może być. Jeśli jest rozcieńczona. Lepsze niż te wywary.
- Bez tego nie śpię przez całą noc i czuję się obrzydliwie.
- Już siedemnaście dni od wypadku, Malcolmie, czas przestać. Naprawdę przestać, nie jest dobrze polegać na lekarstwie nasennym. Najlepiej zupełnie z niego zrezygnujmy.
- Próbowałem wcześniej i nie skutkowało. Przestanę za dzień czy dwa...
Zaciągnięto na noc zasłony, pokój był przytulny, tykanie ozdobnego szwajcarskiego zegara uspokajało. Dochodziła prawie pierwsza w nocy, a książkę "Morderstwo przy Rue Morgue" pożyczył mu rano Dmitri.
Okładka
- Sądzę, że ci się spodoba, Malc - oznajmił. - To nowela detektywistyczna, a Edgar Allan Poe jest jednym z naszych najlepszych pisarzy... przepraszam, był, umarł w tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym, rok po gorączce złota. Mam zbiór jego wierszy i książek, gdyby ta ci się spodobała.
- Dziękuję, jesteś bardzo miły. To dobrze, że wpadasz tak często. Ale dlaczego jesteś taki posępny, Dmitri?
- Otrzymałem złe wiadomości z domu. Moja rodzina... to wszystko jest złe, Malc, wszystko się poplątało. Kuzyni, bracia, wujowie po obu stronach. Do diabła, to dla ciebie nieciekawe. Posłuchaj, mam masę innych książek, w gruncie rzeczy całą bibliotekę.
- Proszę cię, mów dalej o swojej rodzinie – poprosił."

James Clavell: "Gai-jin". vis-à-vis Etiuda, Kraków 2009, s. 257-258, tłum. Grażyna Grygiel, Witold Nowakowski, Piotr Staniewski

sobota, 21 lipca 2012

Karen Blixen: "Pożegnanie z Afryką"

Okładka
"Ale za to moi boye sami przychodzili obserwować maszynę do pisania. Kamante potrafił wieczorem całą godzinę stać pod ścianą wodząc tam i z powrotem oczyma jak dwa czarne węgle; można by sądzić, że Kamante zamierza tak poznać maszynę, aby móc ją rozebrać i złożyć na nowo. Gdy pewnego wieczora podniosłam wzrok i napotkałam te jego głęboko zamyślone oczy, po chwili wahania Kamante przemówił. 
- Msabu - zapytał - czy sama wierzysz, że możesz napisać książkę? 
Odpowiedziałam, że nie wiem. Aby ktoś mógł sobie uzmysłowić rozmowę z Kamante, musi pamiętać o długiej pauzie przed każdym zdaniem, jakby brzemiennej w poczucie odpowiedzialności. Wszyscy tubylcy są mistrzami w robieniu takich pauz, dzięki czemu rozmowa nabiera perspektywy. 
Kamante zrobił więc i tym razem długą pauzę, a potem oświadczył: 
- Ja w to nie wierzę. 
Nie miałam nikogo, z kim mogłabym dyskutować na temat swej książki; odłożyłam więc trzymany w ręku arkusz papieru i spytałam go, dlaczego nie wierzy. Zaraz stwierdziłam, że Kamante już przedtem przemyślał sobie tę rozmowę i przygotował się do niej; za plecami trzymał Odyseję, którą teraz położył na stole. 
- Widzisz, Msabu - oświadczył - to jest dobra książka. Trzyma się kupy od początku do końca. Nie rozlatuje się nawet wtedy, gdy się ją tarmosi. Człowiek, który ją napisał, jest bardzo mądry. A to, co ty piszesz - ciągnął da lej, równocześnie tonem nagany i przyjacielskiego współczucia - jest trochę tu, a trochę tam. Gdy ktoś zapomni zamknąć drzwi, wiatr roznosi to wszystko i rozrzuca po podłodze i ty jesteś zła. To nie będzie dobra książka. 
Wytłumaczyłam mu, że w Europie potrafią kartki zeszyć w jedną książkę. 
- A czy twoja książka będzie taka ciężka jak ta? - indagował dalej Kamante ważąc w ręku Odyseję. 
Widząc moje wahanie wręczył mi gruby tom, abym mogła sama osądzić. 
- Nie - odpowiedziałam - nie będzie taka ciężka. Ale sam wiesz, że w bibliotece są także lżejsze książki. 
- A czy będzie taka twarda? - Kamante nie dawał za wygraną. 
Odrzekłam, że robienie sztywnych książek jest bardzo kosztowne. 
Przez chwilę milczał, potem zaczął zbierać kartki porozrzucane po podłodze i kłaść je na stole; tym prawdopodobnie wyrażał większe już teraz przekonanie do mojej książki. Gdy skończył zbieranie, stanął przy stole i czekał, wreszcie znów zapytał poważnym głosem: 
- Msabu, co jest w tych książkach? "



Karen Blixen: "Pożegnanie z Afryką". Muza, Warszawa 1995, tłum. Józef Giebułtowicz

piątek, 20 lipca 2012

J.R. Moehringer: "Bar dobrych ludzi" (3)

Okładka
"... Pamiętasz te wszystkie książki, które wtaszczyliśmy do twojego mieszkania, kiedy pomagałem ci w przeprowadzce? Zastanawiałem się, czy... no, wiesz... – Pokręciłem głową. Nie wiedziałem, do czego zmierza. – Zastanawiałem się... – kontynuował niepewnie. – Może masz jakieś książki, których już nie używasz...
W pierwszej chwili pomyślałem, że właściwie nie używam żadnej z nich. Zauważyłem, że Bob Gliniarz myśli o książkach ja o narzędziach. Większość rzeczy traktował jak narzędzia. Nawet jego drinki nosiły nazwy narzędzi – Śrubokręt, Zardzewiały Gwóźdź... Chciałem mu wytłumaczyć, że książek nie „używa się” jak narzędzi, więc nie ma różnicy, czy ich używam, czy nie. Cieszy mnie ich obecność, lubię na nie patrzeć, kiedy stoją na półkach i leżą na podłodze. Tylko one sprawiają, że moje nędzne mieszkanie wygląda trochę przytulniej. Dotrzymują mi towarzystwa, poprawiają nastrój. Poza tym wszystkie książki, które miałem w dzieciństwie, były przesiąknięte piwniczną wilgocią albo brakowało im okładek, więc teraz jestem bardzo wybredny i ostrożny. Nigdy nie piszę na marginesach ani nie zaginam rogów. Nigdy też ich nie pożyczam, zwłaszcza pierwszych wydań, które dostałem od redaktorów „Times Books Review”, kiedy miałem przygotować wywiady z autorami. Ale nie mogłem tego powiedzieć Bobowi Gliniarzowi..."

J.R. Moehringer: „Bar dobrych ludzi. Wspomnienia”. Sonia Draga, Katowice 2009, s. 450-451, tłum. Maciej Potulny

czwartek, 19 lipca 2012

J.R. Moehringer: "Bar dobrych ludzi" (2)

Okładka
"Bill i Bud zachowywali się tak, jakby bali się ludzi – wszystkich oprócz siebie, dlatego zawsze ukrywali się na zapleczu. Ale był jeszcze jeden powód – obydwaj czytali. Bez przerwy. Czytali wszystko, co kiedykolwiek napisano i za wszelką cenę próbowali przeczytać wszystkie nowości z danego miesiąca, a przez ten nałóg musieli żyć w odosobnieniu jak średniowieczni mnisi w klasztorze.  [...] Nie mieli ochoty na nic oprócz czytania, nic poza sklepem ich nie interesowało, chociaż z dnia na dzień coraz bardziej interesowałem ich ja. [...]
Bud i Bill rozpromienili się słysząc, że uwielbiam książki, ale nic o nich nie wiem.  Zadali mi serię krótkich, testujących pytań i od razu się zorientowali, że dobrze znam tylko Księgę dżungli i Biografie w pigułce. Byli rozczarowani i źli na moich nauczycieli.
- Co teraz czytacie w szkole? – zapytał Bill.
- List Scarlett – powiedziałem.
Bill zasłonił oczy dłońmi. Bud nerwowo powąchał pięść.
- To Szkarłatna litera* – westchnął Bud – Nie ma w niej nic o Scarlett. To nie jest kontynuacja Przeminęło z wiatrem**.
- Podoba ci się ta książka? – spytał Bill.
- Jest dosyć nudna – odparłem.
- Oczywiście – rzekł Bud – Brakuje ci kontekstu. Masz dopiero trzynaście lat.
- Czternaście od zeszłego...
- Wiesz wszystko o pożądaniu, a nic o wstydzie – wtrącił Bud.
- Potrzebuje porządnej dawki Jacka Londona – powiedział Bill do Buda.
- A może Twaina? – zaproponował Bud.
- Może – przytaknął Bill – tyle, że chłopak jest ze Wschodniego Wybrzeża. Powinien czytać nowojorczyków. Dos Passosa. Whartona. Dreisera.
- Dreisera? Chcesz, żeby został takim samym cynikiem jak ty? Poza tym nikt już nie czyta Dos Passosa. Dos Passos jest Dos Passé. Jeśli chce poczytać o Wschodnim Wybrzeżu, powinien sięgnąć po Cheevera.
- Kto to jest Cheever? – zapytałem.
Wolno odwrócili się do mnie.
- No to już wszystko jasne – stwierdził Bud.
- Chodź ze mną – powiedział Bill.
Zabrał mnie do działu z beletrystyką i ściągnął z półki wszystkie książki  Johna Cheevera, nawet gruby zbiór opowiadań, który dopiero ukazał się na rynku. Zaniósł książki na zaplecze i szybkim ruchem zdarł z nich okładki. Miałem wrażenie, że czuł przy tym ból, jakby zrywał bandaże. Zapytałem, co robi. Wyjaśnił, że księgarnie nie zwracają każdego niesprzedanego egzemplarza do wydawców – bo wydawcom zabrakłoby miejsca w magazynach – zwracają tylko okładki. Kiedy Bill i Bud chcieli jakąś książkę, po prostu zrywali z niej okładkę i odsyłali ja wydawcy, który zwracał im pieniądze „i wszyscy byli zadowoleni”.  Zapewnił, że to nie jest kradzież. Ale ta kwestia w ogóle mnie nie obchodziła."

* List Scarlet (Scarlett’s Letter) i Szkarłatna litera (Scarlett Letter) brzmią po angielsku bardzo podobnie. Oczywiście nie istnieje książka pod tytułem List Scarlett.
**Jedną z głównych bohaterek powieści Przeminęło z wiatrem jest Scarlett O’Hara.
[przypiski tłumacza]

J.R. Moehringer: „Bar dobrych ludzi. Wspomnienia”. Sonia Draga, Katowice 2009, s. 176-178, tłum. Maciej Potulny


środa, 18 lipca 2012

J.R. Moehringer: "Bar dobrych ludzi" (1)


Okładka
"Odważnie zapuściłem się w najdalszy kąt piwnicy i tam znalazłem największą atrakcję, prawdziwy ukryty skarb. Upchane w kartonowych pudłach, ułożone w wysokich stertach na stole, wysypujące się z walizek i kufrów – wszędzie walały się powieści, biografie, podręczniki, albumy, pamiętniki i instrukcje porzucone tu przez kolejne pokolenia i odłamane gałęzie naszej rodziny. Pamiętam, że długo nie mogłem złapać tchu.
Pokochałem te książki od pierwszego wejrzenia  [...]  

Okładka
Wiele książek z piwnicy było dla mnie za trudnych, ale to nieważne. Najważniejsze, że mogłem je czcić, jeszcze zanim potrafiłem dobrze czytać. W jednym z kartonów znalazłem okazały zestaw książek oprawionych w skórę – dzieła zebrane Dickensa. Ze względu na nazwę baru ceniłem to znalezisko najbardziej ze wszystkich i już nie mogłem się doczekać, żeby odkryć, co jest w środku. Tęsknym wzrokiem oglądałem rysunki – szczególnie ten, na którym David Copperfield, chłopiec w moim wieku, siedzi w barze. Podpis brzmiał: „Moje pierwsze pieniądze wydane w piwiarni”. [...] 

Okładka
Dwie książki z piwnicznej kolekcji stały się moimi nieodłącznymi towarzyszkami. Pierwszą z nich była Księga dżungli Rudyarda Kiplinga., dzięki której poznałem Mowgliego – traktowałem go jak kuzyna, jak McGrawa. Spędzałem długie godziny z Mowglim i jego przybranymi ojcami – łagodnym niedźwiedziem Baloo i mądrą panterą Bagheerą, którzy pragnęli, żeby Mowgli został prawnikiem. Przynajmniej tak to zrozumiałem, bo wciąż powtarzali Mowgliemu, że musi poznać prawo dżungli. Drugą książką był stary, zniszczony tom z lat trzydziestych pod tytułem Biografie w pigułce. Na pożółkłych kartkach wydrukowano portrety piórkiem i krótkie opisy przedstawiające wybitne postaci historyczne. Zachwyciła mnie liczba wykrzykników. „Rembrandt – malarz, który igrał z cieniem!”, „Thomas Carlyle – człowiek, który przywrócił godność pracy!”, „Lord Byron – największy playboy Europy!”. Otuchy dodał mi fakt, że każdy z tych ludzi zaczynał od walki z przeciwnościami, a umierał w chwale. Przez wiele godzin patrzyłem głęboko w oczy Juliusza Cezara, Machiavellego, Hannibala, Napoleona, Longfellowa albo Woltera. Na pamięć nauczyłem się strony poświęconej Dickensowi, patronowi porzuconych chłopców."

J.R. Moehringer: "Bar dobrych ludzi. Wspomnienia". Sonia Draga, Katowice 2009, s. 93-94, tłum. Maciej Potulny

wtorek, 17 lipca 2012

Emily Dickinson - 1263 (There is no Frigate like a Book)




Emily Dickinson - There is no Frigate like a Book (1263)

There is no Frigate like a Book

To take us Lands away
Nor any Coursers like a Page
Of prancing Poetry—
This Traverse may the poorest take
Without opress of Toll—
How frugal is the Chariot
That bears the Human soul

Żadna Fregata tak jak Książka 
Nie niesie nas w Odległe 
Strony - Koń żaden tak sprężyście 
Jak Rytm Wiersza nie biegnie - 
To - Szlak na przełaj - bez Rogatek 
I Ceł - stać najuboższą 
Duszę na któryś z tych Rydwanów, 
Które ją stąd unoszą. 
      [tł. Stanisław Barańczak] 

Jakiż okręt może równać się z książką, 
jeśli chodzi o podróż w oddale, 
i jaki kłusak - ze stroniczką 
poezji puszczonej w galop? 
Wyprawę tę może podjąć każdy 
bez szykan od celników... 
Jakiż niosący duszę ludzką 
skromniutki bywa ekwipaż! 
      [tł. Kazimiera Iłłakowiczówna] 

Zdjęcie dagerotypu Emily Dickinson pochodzi z Wikipedii 



20 lipca 2012: 
Przykro mi, że post ten został bez mojej wiedzy (i podania źródła) w całości skopiowany 17 lipca o godz. 23.08 do bloga "W zaciszu biblioteki".
Zasilanie swojego bloga metodą: 
Kopiuj (u innych) - Wklej (u siebie) 
uważam za żałosne!

niedziela, 15 lipca 2012

Helena Boguszewska: "Całe życie Sabiny" i "Krystyna córka Lavransa"

Wszystkie ognie wypalają się z wolna...

Okładka
"Tak, tak - myśli Sabina - wiedziałam, że tak będzie. Indianie, nie Indianie, przymierza i zdrady, i ponury, groźny głos bębna, i tamto szczęście - całe to przymierzanie życia do książek i książek do życia skończy się nie inaczej jak na przymierzeniu własnego serca do serca Krystyny, córki Lavransa, i to w nie byle jakim miejscu tej książki, tylko właśnie w tym omijanym, tym opuszczanym dotrą jako takie, na które nie nadszedł jeszcze czas... A teraz właśnie już nadszedł...
Oto Krystyna odchodzi od życia. Obrazy przesuwają się szybko i bez związku przed okiem jej duszy: dawne, codzienne, drobne wydarzenia. Oto widzi siebie samą biegnącą co tchu z pastuszkiem przez rzadki las poniżej hali - krowa jakaś im ugrzęzła w bagnie - słońce świeci mocno. To znowuż dworski dziedziniec z dwiema wielkimi śnieżnymi zaspami, omal nie zawiało jej z powrotem w przedsionek, kiedy otworzyła drzwi...
Tak, czas już nadszedł. Może sobie przemyśleć spokojnie wszystkie swoje drogi, tak jak Krystyna przemyślała tę ostatnią z dworu na Jörund do klasztoru w Nidaros. I czy to nie dziwne, że ta jedna, jedyna droga wszystko obejmuje w sobie: i dzieciństwo, i Jana, i Kazimierza, i to ciągłe czekanie na coś, od czego to niby wszystko ma już być inaczej, a potem nie jest inaczej, i tę nikomu niepotrzebną własną mądrość ciułaną latami doświadczeń, a którą każdy musi zdobywać na nowo od początku...

Okładka
Wszystkie ognie wypalają się z wolna - powiedział Szymon Darre. Dobrze. Wszystko można sobie wyperswadować, że wszystkim można się pogodzić. Ale co robić, kiedy przyjdzie na człowieka takla tęsknota za głupstwem, za byle czym, za czymś, co nawet nie było dobre albo co było żadne, i tylko tyle, że w ogóle było? Przecież Krystyna w drodze do Nidaros musiała myśleć z tęsknotą właśnie o tych dwóch zaspach na dziedzińcu, które razem z całą czeladzią przeklinała codziennie... A co Sabina ma począć z tym, że tak jej się strasznie, tak okropnie chce posłyszeć jeszcze zgrzyt Janowego klucza w zatrzasku, albo trochę położyć się w jadalnym na sofie pod tradycyjnym starym paltem, z wyłażącą watą, albo wymijać nieznośne kałuże po tych ciągłych deszczach ostatniej jesieni na rynku w Murszewicach...
I jeszcze jedna rzecz: wszystkie ognie wypalają się z wolna - i Krystyna myślała sobie o tym spokojnie i mądrze w drodze do Nodaros. Ale ona, choć nie miała już oglądać śnieżnych zasp na swoim podwórzu, miała jeszcze oglądać jakieś zaspy... A co robić, jeśli nie ma się już oglądać żadnych?
Nic nie robić. Cała rzecz w tym, że to już jakoś samo się robi. Chyba właśnie tak wypalają się ognie..."


Helena Boguszewska: "Całe życie Sabiny". Czytelnik, Warszawa 1967, s. 192-194
[Wstawiona tu okładka książki jest z innego wydania]

sobota, 14 lipca 2012

Ewa Ostrowska (24.12.1938 - 12.07.2012)

Odeszła Ewa Ostrowska...



Ewa Maria Ostrowska
24 grudnia 1938 - 12 lipca 2012

Ewa Ostrowska podpisywała swoje książki także pseudonimami:
Brunon Zbyszewski
Nancy Lane

To zdjęcie zrobił Michał Paweł Urbaniak

6 listopada 2010 na Targach Książki w Krakowie 

Strona Ewy Ostrowskiej w BiblioNETce jest tu

To tylko kilka książek z bogatego dorobku Ewy Ostrowskiej:

1988
Jedna z wielu książek dla młodzieży

2008
Powieść początkująca cykl "Kobiece perły"

2009
Różne oblicza samotności...

1982 oraz 2008 (wydanie zmienione)
W roku 1983 wyróżniona w konkursie polskiej sekcji IBBY

2011
Thriller

1968
Fragment książki zamieściłam wcześniej  tu 

1978
Pierwsza część cyklu "Dolecki i Żabicki"

Druga część cyklu „Dolecki i Żabicki”
wydana początkowo pod tytułem „Ścigany przez samego siebie” 
(pod pseudonimem Brunon Zbyszewski)
na podstawie książki nakręcono jeden z odcinków serialu „07 zgłoś się”


Roddy Doyle: "Kobieta, która wpadła na drzwi" i Kubuś Puchatek


Okładka

"Czytałam z nim książki; zaczęłam z nim czytać. Widziałam to w reklamie. Z innymi dziećmi tego nie robiłam; nie przyszło mi to do głowy. Widziałam tę reklamę, gazowego albo węglowego kominka, zdjęcie w czasopiśmie. Mężczyzna i jego syn siedzą w olbrzymim fotelu przed kominkiem. Mężczyzna pokazuje coś w wielkiej książce, która leży mu na kolanie. Dziecko siedzi wtulone w niego i przeszczęśliwe. Chciałam robić to samo. I teraz robię. Uwielbiam Kubusia Puchatka. Bardziej cieszy mnie niż Jacka. Uważam, że to zabawna książka. Świat, w którym to się dzieje, cudowna sprawa. Krzyś ciągle wydaje przyjęcia. Łatwo mu, smarkaczowi, bo nie musi za nic płacić. Krzyś wydał przyjęcie na cześć dwóch bohaterów. Kubuś Puchatek był bohaterem, bo uratował życie Prosiaczkowi, a Prosiaczek był bohaterem, bo dał sowie piękne mieszkanie. Wszyscy świetnie się bawili i burzliwy dzień nie skończył się najgorzej. Znam tę książkę na pamięć. Jack też. Specjalnie robię błędy, Jack je wyłapuje i każe mi zacząć od nowa. Jestem zachwycona, jak szybko się orientuje - nic nie ujdzie jego uwagi. Wstawiam jego imię zamiast Prosiaczka. Uwielbia takie zabawy. Czasami jestem bardzo szczęśliwa.
   Czasami muszę wyjść. [...]
   Idziemy do parku. Do Stumilowego Lasu. Szukamy Tygryska i Maleństwa. Hop,hop,hop, hopla!"

Przyjęcie u Kubusia Puchatka


Roddy Doyle: "Kobieta, która wpadała na drzwi". Wydawnictwo Zysk i S-Ka, Poznań 2002, s. 98-99, tłum. Tomasz Bieroń

piątek, 13 lipca 2012

M.Rodoć: "Czy sąsiad czasem czyta?"


Okładka
- Czy sąsiad czasem czyta?
- Nie czytam nic, i kwita.
Powiedz mi, sąsiad, poco"
Na dyabła mi czytanie!
- Tylko łeb, panie,
Te piśmidła klekocą,
Ja zresztą z książką w łapie
W kilka minut już chrapię.

- Tak, nie przeczę, zapewne,
I ja też nieraz ziewnę,
Trudna bo na to rada;
Tylko że dziś te łyki,
      Te, te dzienniki
Krzyczą: „Szlachta upada!
Co gdzie szlachcic, to głupi!
Żadnej książki nie kupi!”

- Niech sobie plotą baśnie;
Nie kupię! aha, właśnie!
A mnie na co bibuły?
Niechaj się morałami
      Częstują sami.
Dla szlachty artykuły:
To baran, okowita,
Sterta pszenicy, żyta...

- No, tak, tak, ani słówka,
Ho, ho, z sąsiada główka!
Jednak czasem, niekiedy
Zajrzeć do pism należy.
      Niech sąsiad wierzy,
Możeby od biedy
Które tam z nich we Lwowie
Trzymali po połowie?

- Co też to sąsiad plecie!
Toć i sam mógłbym przecie!
Wszak sąsiad nie posądzi,
Żebym ja nie miał za co?
      Lecz pytam, naco?
Człowiek dobrze się rządzi,
Co mi książka pomoże?
Zasieje, czy zaorze?

- Nie, lecz tak, dla zabawy.
Człowiek czasem ciekawy
Poznać ludzkie koleje:
Opisują odkrycia,
      Wypadki z życia,
Nasze ojczyste dzieje...
Siądziesz, czytasz w gazecie,
Jakbyś jeździł po świecie.

- Co mnie to tam obchodzi,
Jak w Ameryce rodzi:
U mnie na polu ładnie,
A czy słońce z zachodu
      Czy też ze wschodu
Idzie, czy gdzie upadnie;
Gwiazdy gasną, czy bledną
To mi to wszystko jedno.

- Tak, zgoda na to, zgoda;
Ale dziś czytać moda;
Mówią, lektura płaci
Już i na pańskich dworach,
      A przy wyborach
Walor ma też u braci.
Słyszałem to od zony,
Świat kroczy, jak szalony.

- A niechże sobie kroczy!
Czytaj sąsiad, trać oczy,
Marnuj zdrowie i siły;
Ale co do wyboru,
      Słowo honoru,
Bajki! jak mi Bóg miły!
Mój brat nie czyta całkiem,
A przecież jest marszałkiem!

- No, proszę! nie wiedziałem,
Winszuję sercem całem;
To miłe wiadomości!
O, znałem go przed laty;
      Bardzo bogaty!
Zaraz powiem Jejmości,
Zaraz za powitaniem
Niech się schowa z czytaniem!

- Tak, szanowny sąsiedzie,
Na książce się nie jedzie,
- Najuniżeniej dziękuję!
Kto to dzisiaj ryzykuje!
Na takim zawsze się skrupi,
Stachu, wiesz co - jesteś głupi.

Mikołaj Biernacki-Rodoć: "Czy sąsiad czasem czyta?". W: "Satyry. Wybór". Gebethner i Wolff, Warszawa 1909, s. 5-8

czwartek, 12 lipca 2012

Margaret Mitchell: "Przeminęło z wiatrem" i "Nędznicy"

Przeminęło z wiatrem

"Kobiety usłyszały ostry rozkaz, stłumiony trochę wiatrem: - Otoczyć dom. Postawić ludzi przed wszystkimi drzwiami i oknami. - Rozległo się szuranie stóp. Scarlett powstrzymała odruch przerażenia, gdy ujrzała brodate twarze, patrzące na nią przez okna. Melania usiadła i dłonią, która nie drżała, sięgnęła po leżącą na stole książkę. Był to zniszczony egzemplarz „Nędzników” - książki, którą tak sobie upodobali żołnierze Konfederacji, że czytali ją przy ogniskach obozowych. Otworzyła ją w środku i zaczęła czytać wyraźnym, monotonnym głosem.
- Szyjcie - zakomenderował Archie ochrypłym szeptem i trzy kobiety, uspokojone chłodnym głosem Melanii, znowu pochyliły głowy nad szyciem.
Nędznicy
Jak długo Melania czytała pod kręgiem czujnych oczu, Scarlett nie wiedziała, wydawało jej się jednak, że wieki całe. Nie zrozumiała ani jednego słowa. Teraz zaczęła już myśleć o Franku, nie tylko o samym Ashleyu. A więc to było przyczyną jego pozornego spokoju wieczorem! A przyrzekł jej, że nie będzie miał nic wspólnego z Klanem. Och, właśnie tego obawiała się od dawna! Cała praca ostatnich lat pójdzie teraz na marne. Wszystkie jej wysiłki, zachody i trudy - w deszcz i mrozy - na próżno. I któż mógłby przypuszczać, że stary, spokojny Frank zapłacze się w niebezpieczne sprawki Klanu? Może już w tej chwili nie żyje. Jeżeli zaś żyje i schwytają go Jankesi, zostanie powieszony. I Ashley także!!!
Tak mocno wbiła paznokcie' w dłonie, że ukazały się na nich czerwone półksiężyce. Jak Melania może czytać tak spokojnie, kiedy Ashleyowi grozi niebezpieczeństwo powieszenia? Kiedy już może nie żyje? Coś jednak w chłodnym, cichym głosie, czytającym o nieszczęściach Jana Valjeana, dodało jej sił, powstrzymało od zerwania się na równe nogi i głośnego krzyku.
[...]
Po długim czasie głos Melanii załamał się, ściszył, wreszcie zamilkł. Zwróciła głowę do okna i popatrzyła w nie, jak gdyby nie widząc wpatrzonych w nią zza szyby Jankesów. Inni także podnieśli głowy i zaczęli nasłuchiwać za jej przykładem."

Margaret Mitchell: "Przeminęło z wiatrem". Czytelnik, Warszawa, 1988, t. 3 - 371 s., tłum. Celina Wieniawska

środa, 11 lipca 2012

Gabriel Karski: "Biblioteka"

Nikt nie wie, czym jest dla mnie ta sosnowa szafa
z książkami Mickiewicza, Żeromskiego, Staffa…
O książki, książki moje, wy tylko jedne wiecie:
Gdybym was nie miał – już by chyba nie było mnie na świecie.
O książko, wierna kochanko, o książko, dłoni bratnia,
O najpiękniejsza z rozkoszy, najczystsza, ostatnia!
O przyjaciele najbliżsi, w waszym cichutkim tłumie
Żyłem tak, jak się w życiu żyć nie może, nie umie…
Tu, w tej skromnej izdebce, od zgiełku świata daleko,
Otwierało się me serce wraz z sosnową biblioteką
i było mi coraz słodziej i piękniej, i czyściej,
i tom wierszy rówieśnika czytałem bez zawiści…
I ja, lichy poeta, miałem chwilę wzniosłą, jasną
Gdym się cieszył cudzą książką, jakby moją własną…
Nikt nie wie, czym jest dla mnie ta sosnowa szafa
Z książkami Mickiewicza, Żeromskiego, Staffa… 



"O książko, dłoni bratnia..."


Gabriel Karski: "Biblioteka"

wtorek, 10 lipca 2012

Kylie Fitzpatrick: "Sekretny wątek"


Okładka

"Wreszcie Mary uznała, że wszystkie wypiły dość herbaty i poprowadziła je przez wykładany marmurem hol wejściowy do równie przestronnego pokoju po przeciwległej stronie. Mieściła się tam biblioteka. Madeleine zamarła z podziwu. Biblioteka była ogromna, trzy ściany od podłogi po sufit zajmowały długie półki zapełnione rzędami książek. Starych książek – nie dojrzała ani jednej papierowej obwoluty. Znajdowało się tam niewiele więcej poza dwiema drewnianymi drabinkami – nie było nawet stołu. Setki oprawnych w skórę grzbietów wznosiły się zbyt wysoko, by do nich sięgnąć nawet z drabinki. Było oczywiste, że siostry nie są bibliofilkami.
Mary podeszła do rogu, gdzie część półek kryło się za przeszklonymi drzwiczkami. Zdjęła gruby, ciemnoczerwony tom z półki obok szafki i sięgnęła do szpary po ciężki mosiężny klucz. Otworzyła drzwiczki, wyjęła kilka kolejnych książek i dopiero wtedy powróciła do czekających Madeleine i Margaret. Trzymała pięknie rzeźbione czarne pudełko wyglądające, jakby je zrobiono z dżetów.
Maszerując za nią posłusznie do salonu w towarzystwie Margaret, Madeleine zastanawiała się, po co w ogóle szły tam wszystkie. Mary mogła przynieść pudełko sama. Być może procesja do biblioteki stanowiła część rytuału.
Miejsce przyborów do herbaty na koronkowym obrusie zajęło pudełko. Madeleine złapała się na tym, że wstrzymuje oddech, kiedy kuzynka ostrożnie unosiła wieko. Aż westchnęła cicho, wewnątrz bowiem leżał niezwykły antyk: książka.
- I co ty na to? – spytała Margaret swoim tonem dziecka prezentującego zabawkę.
- Twoja matka nalegała, by wkładać rękawiczki, nim się ją weźmie do rąk – oznajmiła Mary ważnym tonem. – Przynieś rękawiczki, Margaret – poleciła, a siostra natychmiast wyszła. [...]
Wróciła Margaret, niosąc parę cienkich samochodowych rękawiczek z koźlęcej skóry i ceremonialnie podała je Madeleine.
- Teraz możesz jej dotknąć – oznajmiła.
Książka była tylko odrobinę mniejsza od pudełka – miała jakieś dwanaście na dwadzieścia kilka centymetrów oraz ze dwa i pół centymetra grubości. Oprawiono ją w grubą, szorstką brązową skórę. Pierwsza strona okładki zesztywniała ze starości, kilka plamek złocenia znaczyło pociemniałe miejsce, gdzie kiedyś zapewne znajdował się iluminowany inicjał.
Ostrożnie uniosła okładkę i zobaczyła litery starannie skreślone brązowym atramentem na welinowych kartach oraz datę „3 czerwca 1064”  zapisaną w kontynentalnej łacinie, odgadła instynktownie, że tekst skopiowany przez Lydię musiał pochodzić w tej księgi. Czy możliwe, że to się dzieje naprawdę? Z pewnością nie.
- Co to jest? – szepnęła z szacunkiem, wiedząc, że Margaret nareszcie doczekała się reakcji, na jaką liczyła.
- Pamiątka rodzinna – wyjaśniła Mary swobodnie. – Na twojej matce zrobiła wielkie wrażenie. Lydia prosiła, byśmy jej pozwoliły przepisać kilka pierwszych stron. Powiedziała, że ty będziesz umiała je przetłumaczyć.
A kiedy Madeleine nie odpowiedziała, spytała ostro:
- No więc jak, zamierzasz to zrobić, czy nie?
- Zaraz, chcesz powiedzieć, że mogę ją zabrać... do Francji?
- Oczywiście, że właśnie to chcę powiedzieć, moja droga. Nie mogłabyś raczej zostać tu z nami, prawda? – Mary zdawała się lekko przerażona takim pomysłem.
- Ale książka jest bardzo stara... musi być delikatna i cenna.
- Chyba nie zamierzasz się z nią źle obchodzić, prawda?
- Nie, ale...
- Doskonale, w takim razie ustalone. Spodziewamy się, że dasz nam znać, kiedy skończysz. Sądzimy, że tego życzyłaby sobie twoja matka."


Kylie Fitzpatrick: „Sekretny wątek”. Prószyński i S-ka, Warszawa [b.r.], s. 39-41, tłum. Klara Bertram
[autorka urodziła się w Danii, mieszkała w Anglii, Australii, Ameryce..., dlatego zaliczyłam ją do Danii, gdzie się urodziła]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...