piątek, 29 czerwca 2012

Janusz Majewski: "Siedlisko"


Okładka
"Wanat żartował:
- Trzech profesorów w barszcz, to może być niestrawne. Któregoś z nas trzeba będzie odstrzelić.
- Do grzybów się nie strzela, można najwyżej ususzyć - replikował Krzysztof.
- Zasuszyć. Profesorów się zasusza, między kartkami książek, jak liście - powiedziała Marianna.
- Wersja sentymentalna. Mówię ci, mam za żonę postać literacką, niestety z literatury dziewiętnastowiecznej, jakiś Bunin, Orzeszkowa...
- Kto dziś wkłada liście do książek? - Iza nieoczekiwanie próbowała zatuszować niezręczny afront teścia. Marianna spojrzała na nią z wdzięcznością, a wypowiedź Krzysztofa zignorowała.
Kasia, być może też urażona zachowaniem ojca, próbowała to załatwić po swojemu.
- Kto dziś czyta książki? - powiedziała z ironicznym grymasem.
- Ja - wtrącił się Jasiek - ale tylko z obrazkami.
- I ja - dodał Jacek - ale tylko w pociągu.
- Od kiedy ty jeździsz pociągami? - zapytała Katarzyna.
- Raz jechałem w zeszłym roku, do Krakowa... - próbował się bronić Jacek.
- To i tak pan dużo czyta, jak na dzisiejsze normy - pocieszył go Wanat.
- Niech pan mu nie wierzy - powiedziała - w jakim pociągu? To mól książkowy. Codziennie czyta w łóżku, do białego rana. Aż się dziwię, że nam się Jaś urodził...
- Iza, przestań... - Jacek naprawdę wyglądał na zawstydzonego.
Katarzyna też obrzuciła szwagierkę zdziwionym spojrzeniem.
- Mało cię znam, Izuniu. Jaka śmiała wypowiedź!
Iza wzruszyła ramionami, ale także była trochę zawstydzona, że się tak zagalopowała. Jacek przyszedł jej z pomocą.
- Prawda jest taka: w pociągu czytam literaturę wagonową, a w domu prawdziwą.
- O! A jakaż jest ta prawdziwa? - dopytywał się z zaciekawieniem Wanat.
- Mam swoich ulubieńców... - powiedział wymijająco Jacek.
- Można wiedzieć, kogo? - dociekał Wanat.
- Niewielu ich jest w naszych czasach.  Może dwóch...
- Clancy i Ludlum - podrzuciła ironicznie Katarzyna.
- Nie, tych czytuję w pociągach, którymi jeżdżę bardzo rzadko, siostrzyczko - ripostował Jacek.
- To ja zgadnę - zgłosił się Wanat: - Hemingway i...
- Nie - wtrąciła się Iza - jego idolem jest Nabokov, a na drugim miejscu Singer.
- A, to nie znam - przyznał szczerze Wanat. - To nie moje pokolenie."


Anna Dymna i Leonard Pietraszak, czyli Marianna i Krzysztof
w serialu "Siedlisko", reż. Janusz Majewski

Janusz Majewski: "Siedlisko". Na podstawie scenariusza Wandy Majerówny i Zofii Nasierowskiej do serialu pod tym samym tytułem (1998). Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011, s. 146-147.

środa, 27 czerwca 2012

Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz" i "Trędowata"


Do zamieszczenia tego fragmentu "Przyślę panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej, drugiego już posta o książce Pruszkowskiej na tym blogu, zainspirował mnie Piotr Wójcicki, który w komentarzu pod tamtymi fragmentami książki dziwił się, jak można czytać "Trędowatą"... A najlepiej wyjaśnia to sama Maria Pruszkowska:

Okładka
"Z książek dla młodzieży przerzuciliśmy się na literaturę, tak zwaną wtedy brukową. Czytałyśmy Courths-Mahlerową, Zarzycką i Barclay i też bawiłyśmy się wspaniale. W końcu przyszła kolej na królową tego rodzaju książek, czyli Trędowatą.
Doszłam do przekonania, że książka ta jest szalenie interesującym zjawiskiem na horyzoncie czytelniczym. Nie ma chyba drugiej pozycji w literaturze, która by takie harce wyprawiała z odczuciami przejmującego się czytaną książką odbiorcy. Ja sama dzięki Trędowatej przeszłam trzy fazy, które mogłam zatytułować: Od szczytów do otchłani i od otchłani do szczytów.

Pierwsze zapoznanie się z Trędowatą miało przebieg podobny jak u wszystkich dziewcząt w wieku lat dwunastu-trzynastu. A więc płomienna miłość do Waldemara ordynata Michorowskiego i zalewanie się łzami, gdy Stefcia umarła. Docierała wtedy do mnie tylko melodramatyczna strona ksiązki. Nic innego nie widziałam i na nic innego nie zwróciłam uwagi. Przez jakieś dwa lata była to najukochańsza moja książka, pomimo pokpiwań Ojca i jeszcze gorszego natrząsania się ze mnie Matki za zdenerwowanie jej w Zakopanem.

Okładka
Potem przyszło opamiętanie. Zrozumiałam cały bezsens Trędowatej. Książka stała się irytująca i zeszła do rzędu książek kompletnie "nie czytable". Budziła też jakiś wstyd i żal, że była dawniej książką, którą się uwielbiało i polewało łzami. O Trędowatej nie lubiłam rozmawiać, bo obrzydliwie było łgać i kłamać, że zawsze potrafiłam się poznać na jej bezsensie, ale jeszcze głupiej przyznać się do łez i do uwielbienia dla bohaterów. Tak więc była to przez długie lata książka zepchnięta do otchłani i wstydliwie omijana w rozmowach.

Aż wreszcie przyszła trzecia faza, gdy Trędowata dźwignęła się znów z upadku.
Zawdzięczałam to właśnie czytaniu jej wraz z Lusią i Mizią przy milczącym aplauzie Barkisa-Połanieckiego. Byliśmy w czwórkę rozbawieni, że znależliśmy wreszcie klucz do Trędowatej i odpowiednie dla niej miejsce w naszej literaturze. Otóż Trędowatą należy czytać tak jak Wodehouse'a, Makuszyńskiego, Tarkingtona, a radości będzie wtedy co niemiara. Współczuliśmy ludziom, którzy przez snobizm wyrzekli się raz na zawsze Trędowatej i omijają ich te rozkosze. Stwierdziliśmy, że bije ona na głowę nawet wszelkie parodie na swój temat. Sama dla siebie jest parodią, i to parodią niesłychanie świeżą i interesującą, bo napisaną nieświadomie i ze śmiertelną powagą.

Oczarowana Trędowatą i jej nowym dla mnie obliczem natychmiast kupiłam ją i urządziłam uroczystą jej instalację w naszym Miesiącu Zatajonym, obok największych arcydzieł literatury. Ojciec, gdy to spostrzegł, zaczął wrzeszczeć, jak oparzony kot, bo myślał, że już zupełnie zgłupiałam, aczkolwiek nigdy za mądra nie byłam. Po krótkiej jednak prelekcji z mojej strony wziął Trędowatą do czytania i przez parę dni słychać było ryki śmiechu z jego kącika. Matka zaś poganiała go, ponieważ chciała jak najprędziej dorwać się do książki i przeczytać ją pod nowym kątem i też wziąć udział w rozkoszowaniu się Stefcią, która "biegała po lesie, unosząc się własnymi myślami" i Waldemarem, który stał "z męskim dreszczem rozkoszy" i któremu "zmysły wypełzły na usta"."

Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz". Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1972, s. 91-92

poniedziałek, 25 czerwca 2012

V.S. Naipaul: "Masażysta cudotwórca"


Okładka
"Prawdziwa niespodzianka spotkała mnie dopiero w jego domu. Kiedy przekraczaliśmy próg, moja mama zerknęła na mnie znacząco i zauważyłem, że nawet taksówkarz nie mógł opanować zdziwienia. Wszędzie pełno było książek: leżały na stole, piętrzyły się pod ścianami, na podłodze. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu książek zebranych w jednym miejscu. 
- Ile tu jest książek, pandit? - zapytałem. 
- Nigdy ich nie liczyłem. - odparła Ganesh i krzyknął: - Leela!
Kobieta z miotłą pojawiła się natychmiast; zapewne czekała na to wezwanie.
- Leela. - odezwał się Ganesh - ten chłopak chce wiedzieć, ile mamy książek. 
- Zaraz, zaraz, niech się tylko zastanowię. - Leela przytrzymując miotłę pod pacha zaczęła liczyć na palcach. - Czterysta "Everymenów", dwieście "Penguinów", to razem sześćset, a jeszcze ze sto książek z "Biblioteczki Czytelnika", to razem z siedemset. Jeżeli dodać inne, to będzie wszystkiego z tysiąc pięćset.
Taksówkarz aż zagwizdał z zachwytu, ale Ganesh uśmiechnął się tylko.
- I wszystkie są pana, pandit? - znów zapytałem.
- To mój jedyny nałóg - wyznał Ganesh. - Jedyny nałóg. Nie piję, nie palę, ale muszę mieć książki. I nie chwaląc się, co tydzień jeżdżę do San Fernando, by kupować nowe. Ile książek kupiłem w zeszłym tygodniu, Leela?
- Tylko trzy, ale bardzo grube. Razem chyba z siedem cali.
- Tak, siedem cali - potwierdził Ganesh.
Leela chyba była żoną Ganesha, bo ciągnęła dalej z ironią: 
- Tylko do tego się nadaje. Ileż to razy muszę mu powtarzać, żeby nie czytał przez cały dzień. Ale nie można go powstrzymać. On by czytał w dzień i w nocy. "


Vidiadhar Surajprasad Naipaul: "Masażysta cudotwórca". "Noir sur Blanc", Warszawa 2002, 269 s., tłum. Maria Zborowska

sobota, 23 czerwca 2012

Małgorzata Musierowicz: "Ida sierpniowa" i "Wesołe przygody Robin Hooda"

Okładka
Okładka












- O świetny pomysł! - zerwał się nagle Krzysztof. - Ida nam poczyta i ja już nawet wiem, co. Czekajcie chwilkę. 
Wrócił ze swego pokoju z niedużą zniszczoną książką. Usiadł obok Idy i wcisnął jej tomik w bezwładną dłoń. 
- Dajcie mi spokój - mruknęła Ida, niechętnie otwierając oczy. 
Popatrzała na okładkę. „Wesołe przygody Robin Hooda”. 
- Dlaczego akurat to? - jęknęła. 

- Bo są ku temu powody - odparł Krzysztof enigmatycznie; - Szwungszajba. Iduś, Szwungszajba. 
- A! Szwungszajba - połapała się Ida. Popatrzała na braci Lisieckich. Zażerali się śliwkami rozłożeni na stopniach werandy. Otworzyła miękką okładkę. 
- „Za dawnych czasów, gdy w wesołej Anglii panował dobry król Henryk II, w sherwoodzkich borach, nie opodal miasta Nottingham, żył sławny rozbójnik imieniem Robin Hood” - przeczytała głośno. 
- O rozbójniku? - ocknął się nagle starszy Lisiecki i kuksańcem zwrócił uwagę młodszemu, że należy się skupić. 
- O rozbójniku - odpowiedział Krzysio pospiesznie. - Bardzo ciekawe przygody. 
- Ja lubię filmy o bandytach! - z zapałem oświadczył mały Marek. 
- Robin Hood nie był bandytą - sprostował Krzysztof. - Był dzielnym rozbójnikiem, który zawsze stawał w obronie ludzi słabszych i pokrzywdzonych. Ida, czytaj, bardzo cię proszę. 
Do wieczora przeczytali ze sto stron. Kiedy Idę zaczęło drapać w gardle, Krzysio przejął obowiązki lektora. Potem znów się zmienili, dzięki czemu zasłuchani bracia Lisieccy ani na chwilę nie opuścili sherwoodzkiego boru. Rozdziawieni, nieruchomi, Jarek i Marek nie odrywali wodnistych oczu od ust osoby czytającej i chłonęli każde słóweczko z takim napięciem, jakby dotąd nikt nigdy nie czytał im głośno. Pan Paszkiet, który początkowo gniewnie sarkał i ganił dobór lektury, twierdząc, że jeszcze nie jest zdziecinniałym staruszkiem, któremu trzeba opowiadać bajki - po pewnym czasie znudził się własnymi sprzeciwami i ucichł, a nawet sam się zasłuchał i zadumał. Tylko Basia, machnąwszy ręką, podreptała do swojej roboty i rychło dalekie grzechotanie mytych naczyń obwieściło jej czynną obecność w kuchni. 
Czerwone słońce dawno już znikło za dachami kamienic przy Mickiewicza, kiedy pan Paszkiet powiedział, że może na dziś już wystarczy. Ida i Krzysio słyszeć o tym nie chcieli - mogliby czytać jeszcze i jeszcze, na zmianę i aż do rana, bo braciszkowie Lisieccy po raz pierwszy mieli ludzkie twarze i ślad myśli w oczach. Ale pan Paszkiet przypomniał, że Jarek i Marek powinni już iść do swoich łóżek, powiedział, że jest zimno i że jutro przecież też będzie dzień. Lisieccy, dodał, mogą jutro przyjść tu o tej samej porze. Jeśli zachowają się równie grzecznie jak dziś, pan Paszkiet nie będzie miał nic przeciwko nim ani przeciwko Robin Hoodowi. 



Małgorzata Musierowicz: "Ida sierpniowa". Akapit Press, Łódź 2002, 174 s.

piątek, 22 czerwca 2012

Ewa Karwan-Jastrzębska: "Antykwariusz"

Okładka
Znajdowali się w labiryncie zakurzonych półek, w wielkiej bibliotece pełnej starych woluminów, w miejscu, którego nie znali, i, gdyby pozostawiono im jakiś wybór, nigdy nie zdecydowaliby się poznać.[...] 
Mikołaj zbliżył się do wielkiego regału, na którym leżała tylko jedna książka, Uniósł w górę lampę, oświetlając zakurzone brzegi tomu. Lampa przygasła, lecz po chwili uwięziony w niej płomień rozświetlił półki. Leżał tam potężny wolumin pokryty skórą. 

- Musisz to zobaczyć! - zawołał Mikołaj. - Nigdy nie widziałem tak wielkiej księgi. 

Julka podeszła bliżej i delikatnie musnęła palcami jej grzbiet. W tej samej chwili księga zsunęła się z półki i z trzaskiem spadła na podłogę tuż pod stopami dziewczynki. Przez chwilę jej stronice przewracały się, jakby ktoś nie mógł się zdecydować, która z nich wybrać. Kurz opadł i dzieci ujrzały dziwny rysunek, który przedstawiał ognistego ptaka unoszącego się nad popiołem i trzymającego w dziobie jakiś kielich. 
Pod rysunkiem widniał napis: 

W cieniu skrzydeł moich starych 
Troje ludzi stoi wiecznie 
Gdy odgadniesz, kim ja jestem, 
To opieką cię otoczę i powrócisz już bezpiecznie.


- To zagadka! - zawołała Julka. - Rebus, tajemnica, zaklęcie! 
- To jakiś żart! - Mikołaj wzruszył ramionami i dodał pod nosem: - Jestem pewny, że właśnie on, ten podstępny antykwariusz nas zahipnotyzował - wymówił z trudem to słowo - i teraz myśli, że w to wszystko uwierzymy.
Odwrócił jednak kolejną stronę, był bowiem ciekaw, czy jest tam więcej takich zagadek. Jakież było jego zdumienie, kiedy odkrył, że karty księgi są puste! Wszystkie, co do jednej. Teraz już razem przerzucali je gorączkowo, nie mogąc uwierzyć, że tak wielki tom ma tylko jeden rysunek i cztery linijki tekstu.
Julka klęczała na podłodze, wpatrując się w starannie wykaligrafowane słowa. 
- Mam przeczucie, że odpowiedź na to pytanie znajdziemy na innej półce. - I nie wahając się ani chwili, ruszyła w stronę kolejnego regału. Tym razem półki zajęte były przez bibliotekę starych książek wydanych dawno temu, ale przez tę samą oficynę. 
- De hominibus doctis... Farmacopea Firenze... Comucopiae... - Mikołaj, który szybko znalazł się u boku siostry, czytał półgłosem łacińskie tytuły, wodząc palcem po zakurzonych grzbietach. 
- Nic nie rozumiem - poskarżył się, stukając palcem w grzbiety starych ksiąg. 
Jedno jest pewne - Julka zmarszczyła brwi i potarła czoło - Pewne jest, że gdy odgadniemy tę tajemnicę, to uwolnimy się z labiryntu ksiąg. Szczerze mówiąc, chciałabym tu kiedyś wrócić - dodała, patrząc tęsknie na ściany pełne woluminów. 



Ewa Karwan-Jastrzębska: "Antykwariusz". Egmont, Warszawa 2006, s. 19-22

środa, 20 czerwca 2012

Ewa Ostrowska: "Nim jabłoń zdziczeje"

Domowa biblioteczka w książce Ewy Ostrowskiej "Nim jabłoń zdziczeje". Tylko kilka słów, ale jak ładnie...
 
"W pokoju dziadka cała ściana jest założona samymi książkami. Nawet doktor Wasilewski nie ma takiej biblioteki jak dziadek.

- Co jest w tych książkach, dziadku?

- Mądrość - odpowiadał dziadek. A kiedy indziej: - Cały świat. 

To ładne: cały świat na półkach u dziadka. Na kartach książek. W czarnych znakach - literkach."




Ewa Ostrowska: "Nim jabłoń zdziczeje". Czytelnik, Warszawa 1968, 151 s.

sobota, 16 czerwca 2012

George Orwell: "Rok 1984"




Oceania, Partia i Wielki Brat w antyutopii George'a Orwella, Rok 1984.


książka, która nie istnieje naprawdę... 


"Był zmęczony, ale opuściła go senność. Otworzył okno, rozpalił brudny prymus i postawił na nim garnek wody, żeby zaparzyć kawę. Wiedział, że Julia wkrótce się zjawi; ale na razie miał Księgę. Usiadł w zniszczonym fotelu i rozpiął teczkę. 
Wydobył z niej ciężki tom w czarnej, amatorsko wykonanej oprawie, bez tytułu i nazwiska autora na okładce. Druk także nie był najlepszej jakości. Książka otwierała się łatwo, a brzegi miała wytarte; dowód, że przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej widniał napis: 


Emmanuel Goldstein 
TEORIA I PRAKTYKA
OLIGARCHICZNEGO KOLEKTYWIZMU 

Winston zaczął czytać:

Rozdział I
Ignorancja to Siła

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, na świecie istnieją trzy warstwy ludzi: Górna, średnia i dolna. Wprowadzano najrozmaitsze podziały i wymyślano dla każdej z grup niezliczone określenia, a zarówno ich względna liczebność, jak i wzajemne stosunki zmieniały się w różnych epokach; jednakże podstawowa struktura społeczeństwa pozostała ta sama. Po najburzliwszych nawet wstrząsach i pozornie nieodwracalnych przemianach ludzkość powraca niebawem do dawnego modelu,podobnie jak żyroskop wraca do stałego położenia bez względu na to, jak daleko i pod jakim kątem zostanie wychylony przez działające nań siły.
Cele poszczególnych warstw są absolutnie nie do pogodzenia...

Winston przerwał czytanie, głównie po to, aby rozkoszować się faktem, że czyta, na dodatek w wygodnych i bezpiecznych warunkach. Był sam; wolny od teleekranu, wolny od obaw, że ktoś podsłuchuje przez dziurkę od klucza, wolny nawet od nerwowego odruchu oglądania się za siebie i przysłaniania strony ręką. Wonny, letni wietrzyk łaskotał go w policzek. Z oddali dochodziły stłumione okrzyki dzieci; w samym pokoju panowała cisza przerywana jedynie owadzim cykaniem zegara. Winston zapadł się głębiej w fotelu i oparł nogi o kratę przed kominkiem. Tak wygląda rozkosz, wieczne szczęście. Nagle, jak ktoś, kto wie, że potem wróci do pierwszych stron i przeczyta całą książkę od deski do deski, otworzył ją w innym miejscu, akurat na początku trzeciego rozdziału. ..." [s.154-155]



George Orwell: ""Rok 1984"". Mediasat Poland, Kraków 2004, 256 s., tłum. Tomasz Mirkowicz
[okładka pochodzi ze strony Fantasta.pl]


W 1984 roku powstała jedna z filmowych adaptacji książki, w reżyserii Michaela Radforda, z Johnem Hurtem i Richardem Burtonem.

Plakat do filmu


czwartek, 14 czerwca 2012

Sabine Thiesler: "Kolekcjoner dzieci" i "Zbrodnia i kara"

Okładka
Okładka
Dzisiaj fragment o czytaniu Dostojewskiego w kryminale Sabiny Thiesler, Kolekcjoner dzieci

Krzywda dziecka zawsze boli. Trudno przejść obok niej obojętnie, zwłaszcza wtedy, gdy nic nie można poradzić. A jednak myślę, że dla rodziców najgorsza jest niepewność co do losów dziecka, które zaginęło. Czy żyje? Gdzie, w jakich warunkach? Czy jest zdrowe? Czy kiedyś wróci? Jak go szukać? Trauma, która pozostaje na całe życie...
 
 "W Alfredzie coraz bardziej narastała euforia. Nie miał już chęci czytać tego głupiego artykułu o bezsilności policji, lecz otworzył jedyną książkę, jaką posiadał i której fragmenty znał prawie na pamięć. Była to „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego.
Siedział na pryczy po turecku i starał się mieć wyprostowane plecy. Otwartą książkę położył na kostkach, dzięki temu miał wolne ręce, żeby od czasu do czasu wypić łyk ciepłej herbaty. Za każdym razem, kiedy odstawiał kubek, składał ręce na brzuchu.
Alfred czytał powoli, chłonął każde słowo. „No tak, a prawdziwi geniusze, a więc ci, którzy mają prawo zabijać innych, czy oni nie powinni cierpieć, choćby za tych, którzy przelewali przez nich krew?”.
Tak, tak, pomyślał i zamknął na chwilę oczy, tak, ja cierpię. I czytał dalej: „Jeżeli ktoś rzeczywiście nosi w sercu wielką prawdę i prawdziwie głębokie uczucie, temu nigdy nie zostaną oszczędzone ból i cierpienie. Myślę, że ludzie prawdziwie wielcy muszą przez całe życie odczuwać głęboki smutek”.
Właśnie tak jest, pomyślał, dokładnie tak. Kochał tę książkę, to były jego myśli. Były mu tak bliskie, ze często wierzył, iż to on sam przeniósł je na papier. Dostojewski i on – w myślach byli braćmi i coraz mocniej się jednoczyli.
[…]
Położył się i szczelnie owinął kocem. Jeszcze raz przez głowę przebiegły mu zdania z Dostojewskiego. „Zwyczajni ludzie powinni żyć w posłuszeństwie wobec zasad i nie mają prawa ich przekraczać, dlatego właśnie, ze są zwyczajnymi ludźmi. Ludzie nadzwyczajni natomiast mają prawo popełnić każde przestępstwo i złamać każdą zasadę, właśnie dlatego, że są nadzwyczajni”.
We mnie wszystko jest nadzwyczajne, pomyślał Alfred i zasnął całkowicie pogodzony ze sobą."


Sabine Thiesler: "Kolekcjoner dzieci". Wydawnictwo G+J, Warszawa 2008, 488 s., tłum. Barbara Tarnas

wtorek, 12 czerwca 2012

Mariusz Maślanka: "Na imię mam Jestem"

Okładka

Igor spędził kilka lat w domu opieki. Teraz jest bez domu, bez rodziny (chociaż żyje jego matka i rodzeństwo), bez korzeni i dobrych wspomnień z dzieciństwa. Nie ma nic, co mogłoby złagodzić traumę i trud codziennej egzystencji. Ale Igor szuka. Czy może to być przypadkowy seks bez uczuć, czy może uparcie powtarzana próba rozrachunku z przeszłością, a może... książki?


"Jak się czyta, to się nie myśli o sobie, tylko wchodzi w inne światy, a w którymś z tych światów można znaleźć zagubionego siebie. Czytanie, odkąd sięgam pamięcią, nie było dla mnie przymusem ani antidotum na nudę, bo ja się prawie nigdy nie nudziłem. Czytanie było dla mnie sposobem na życie, ucieczką od szarości, odcięciem się, szukaniem piękna, misterium. Ostatnie zdania książki były dla mnie zamknięciem pewnego świata, wychodzeniem z niego, chwilą refleksji. Potem otwierałem następną książkę, pierwsze zdania były otwieraniem nowego świata, wchodzeniem w ten świat i wchłanianiem jego barw, melodii i aury. Kiedy czytałem, zawsze byłem szczęśliwy. Opowieści nie były o mnie, a ja, czytając je, byłem podglądaczem całego świata."


Mariusz Maślanka: "Na imię mam Jestem". Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2007.



niedziela, 10 czerwca 2012

Kathryn Stockett: "Służące"


Okładka

Dzisiaj oddaję głos Kathryn Stockett, autorce książki "Służące":


"Napisałam Służące w Nowym Jorku i myślę, że w Missisipi byłoby mi trudniej, gdyż musiałabym stawić czoło temu wszystkiemu, co znalazło się w książce. Dzięki oddaleniu nabrałam dystansu. W samym środku tętniącego życiem miasta z ulgą zwolniłam i oddałam się na pewien czas wspomnieniom. 
Ogólnie biorąc, Służące to fikcja literacka, lecz mimo to podczas pracy bardzo często zastanawiałam się, co o książce pomyślą moi bliscy i co sądziłaby o niej Demetrie [czarnoskóra piastunka autorki - przypisek mój], która już od dawna nie żyje. Wielokrotnie bałam się, że przekraczam straszną granicę, przemawiając głosem czarnej osoby. Ogarniał mnie strach, że nie uda mi się opisać opartego na miłości zwiążku, który wywarł ogromny wpływ na moje życie, relacji tak niesprawiedliwie stereotypowo ukazywanej w amerykańskiej historii i literaturze."
[Posłowie: Zbyt mało, zbyt późno, Kathryn Stockett, jej własnymi słowami, s. 579]



"Pewnego wieczoru mówi:
   - Zastanawiałam się... - Ale milknie.
[...]
   - Rozchodzi się o to, że może powinnam coś poczytać. Coby lepiej pisać.
   - Idź do biblioteki publicznej na State Street, mają całą salę pisarzy z południa. Faulkner, Eudora Welty.
   Aibileen parska niewesołym śmiechem.
   - Pani wie, że kolorowym nie wolno do tej biblioteki.
   Przez chwilę czuję się jak idiotka.
   - Nie mogę uwierzyć, że o tym zapomniałam - mamroczę.
Biblioteka dla kolorowych musi być naprawdę kiepska. Parę lat temu czarni urządzili siedzący protest w bibliotece dla białych, co trafiło do gazet. Kiedy tłum kolorowych pojawił się na procesie po tym proteście, policja po prostu się wycofała i spuściła ze smyczy owczarki niemieckie. Patrzę na Aibileen i raz jeszcze uświadamiam sobie, ile ryzykuje, rozmawiając ze mną.
   - Bardzo chętnie wybiorę dla ciebie książki - mówię.
Aibileen biegnie do sypalni i wraca z listą.
   - Lepiej zaznaczę te, co chcę na początek. Już ze trzy miesiące jestem zapisana na Zabić drozda w bibliotece Carvera. Popatrzmy...
   Przyglądam się, jak zaznacza ptaszkami książki: Dusze Czarnego Ludu du Boisa, wiersze Emily Dickinson (obojętnie które), Przygody Hucka Finna.
   - Niektóre czytałam w szkole, ale nie szło skończyć - nadal zaznacza, przerywa tylko po to, żeby się zastanowić, co jeszcze chce.
   - Chcesz książkę ...  Zygmunta Freuda?
   - Och, o wariactwach. - Kiwa głową. - Uwielbiam czytać, jak działa ludzka głowa. Miała pani sen, że wpada pani do jeziora? On mówi, że wtedy człowiek śni o tym, jak się rodził. Panienka Frances, co dla niej pracowałam w pięćdziesiątym siódmym, miała te wszyściutkie książki.
   Przy dwunastym tytule czuję, że muszę się czegoś dowiedzieć.
   - Aibileen, od jak dawna chciałaś się dowiedzieć, czy wypożyczę ci te ksiązki?
   - Jakiś czas. - Wzrusza ramionami. - Chyba się bałam powiedzieć.
   - Myślałaś, że odmówię?
   - Biali mają swoje zasady, a ja tam nie wiem, które pani uznaje, a które nie.
   Patrzymy na siebie przez chwilę.
   - Zasady mnie męczą - mówię.
Aibileen chichocze i wygląda przez okno, a ja uświadamiam sobie, jak nieprzekonująco musiało to zabrzmieć w jej uszach."
[s. 195-196]


Kathryn Stockett: "Służące". Media Rodzina, Poznań 2010, tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska


Na podstawie książki powstał w 2011 roku film pod tym samym tytułem, Służące.


Plakat do filmu

sobota, 9 czerwca 2012

Pearl S. Buck: "Moje różne światy" i "Moby Dick"


Pearl S. Buck
Okładka

Pearl S. Buck i jej światy... Chiny i Stany Zjednoczone. Noblistka spędziła w Chinach niemal połowę życia, trudno się dziwić, że czuła się zawieszona między tymi dwiema, tak różnymi kulturami. W "Moich różnych światach" pisze o Chinach takich, jakimi je poznała (wspomina swoje przeżycia na tle tamtejszych wydarzeń pierwszej połowy XX wieku - wróciła do USA w roku 1934) oraz o takich, jakimi mogła je tylko obserwować, mieszkając w USA.

Wspomina też o książkach...


Okładka
Gdy najgorsze minęło, gdy okazało się, że nikt nie umrze, gdy wreszcie zasnęły moje dzieci, zbliżał się świt, a niszczyciel pędził rzeką w stronę Szanghaju. Znów usiadłam na krawędzi koi i zapragnęłam znaleźć coś do czytania, byle uciec na chwilę od tej straszliwej nocy i nie myśleć o nieznanym jutrze. Skąd wziąć książkę? Jakiś szósty zmysł kazał mi sięgnąć pod koję a tam, w otwartej, płóciennej torbie, wyczułam kształty książki. Wyciągnęłam ją i w świetle solidnej lampy naftowej odczytałam tytuł. Był to "Moby Dick", którego jeszcze nie czytałam. Nigdy nie należy wątpić w dobroć bogów! Podczas gdy inni odsypiali chorobę i cierpienie, ja, zdrowa i uspokojona już, czytałam sobie przez resztę nocy. 


Pearl S. Buck: "Moje różne światy". Wydawnictwo Od Nowa, Katowice 1994, 498 s., tłum. Jan Rybicki

9 czerwca 1870 - Dickens

Okładka
"Później, po obiedzie, Thomas zaprowadził Lucy do ogrodu i, ze światłem księżyca na twarzy i głosem schrypniętym z bólu, przedstawił jej pokrótce okoliczności śmierci Neville'a. A następnie, dokonując drobnego aktu samoobrony, opowiedział jej znacznie dokładniej o śmierci Charlesa Dickensa, która nastąpiła w czerwcu, o tym, jak, wraz z tysiącami innych ludzi, w podniosłym nastroju, stał w kolejce do opactwa westministerskiego i czuł, jak ważny, jak historyczny jest to moment.
- Kobieta, która stała przede mną - powiedział z udręką w głosie - trzymała pojedynczą białą różę obwiązaną szmatką, musiała mieć co najmniej siedemdziesiąt lat.
Coś mającego związek z tym szczegółem sprawiło, że Thomas przerwał. Dwie strużki łez, gładka patyna księżycowego światła - niby smugi nieobecności."

Gail Jones: "Sześćdziesiąt świateł". Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria - Galeria, str. 209-210, przekład - Anna Bartkowicz

Charles Dickens
7 lutego 1812 - 9 czerwca 1870

piątek, 8 czerwca 2012

Małgorzata Musierowicz: "Córka Robrojka" (1)


Okładka

"Jeżycjada". To słowo sprawia, że muszę się uśmiechnąć. Bo nawet jeżeli nie wszystkie tomy cyklu tak samo mi się podobają, to Małgorzata Musierowicz pięknie opisuje jedną z dzielnic mojego miasta, a przedstawiona przez nią rodzina oraz ich przyjaciele to miłośnicy książek.  Można chyba nawet powiedzieć, że książki są tu dodatkowym, pełnoprawnym bohaterem. 
Dzisiaj fragment jedenastego tomu cyklu, "Córki Robrojka".


"Nie spał. Leżał na wznak w łóżku, z rękami pod głową. Patrzał nieruchomo w sufit i słuchał radia. Szemrało cichutko, lecz można było rozpoznać, że to jakaś aktorka bardzo lirycznie czyta wiersze: 
- Między nami jest przepaść, przepaść niezgłębiona, I choćbyśmy wykochać po brzeg dusze chcieli, To wszystko, co nas łączy, jest miłość szalona, A wszystko, co jest prawdą, na wieki nas dzieli... 
Bella przyglądała mu się już dłuższą chwilę, a on nawet nie zauważył jej wejścia! Leżał sobie, w tej spranej do białości piżamie, schodzone drewniaki stały przed łóżkiem, a radio - na małym stoliku, obok stosu gatek złożonych w kostkę. Kontrast pomiędzy poetycznym głosem, a prozaicznym otoczeniem był dosyć groteskowy, denerwujące zaś było to, że tata słuchał z aż takim napięciem, całkowicie wyłączony z rzeczywistości. 
- Tato! - odezwała się nagląco Bella, ale on nie zareagował, skoncentrowany na słuchaniu wiersza. 
- Bo nigdy cię nie wezmę na wieczność dla siebie. Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą - powiedziała aktorka dramatycznie, a Bellę wszystko to razem rozdrażniło do tego stopnia, że, niewiele myśląc, przeszła przez pokój i wyłączyła radio." 


Robrojek słuchał wiersza Jana Lechonia: Zazdrość":


Jan Lechoń
Jest mi dzisiaj źle bardzo, jest mi bardzo smutno,
Myśli mam zwiędłe, chore, jak kwiaty na grobie,
Za oknami wisi niebo niby szare płótno.
Nie mogę dziś cię kochać i myśleć o tobie.

Między nami jest przepaść, przepaść niezgłębiona,
I choćbyśmy wykochać po brzeg duszę chcieli,
To wszystko, co nas łączy, jest miłość szalona,
A wszystko, co jest prawdą, na wieki nas dzieli.

Wiem teraz: to jest jasne jak słońce na niebie,
I musi skonać serce pod ciężką żałobą,
Bo nigdy cię nie wezmę na wieczność dla siebie.
Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą.


Małgorzata Musierowicz: "Córka Robrojka". Akapit Press, Łódź 2007

czwartek, 7 czerwca 2012

Cornelia Funke: "Atramentowe serce"


Okładka
Meggie ma 12 lat, wychowuje ją ojciec, świetny introligator, potrafiący uratować każdą, nawet najbardziej zniszczoną książkę.  Powód nieobecności matki jest dyskretnie przemilczaną tajemnicą. 

Spokojną egzystencję tej niewielkiej rodziny zakłóca pojawienie się dziwnego osobnika...


A czytanie? 
Cornelia Funke miała na akcję "Atramentowego serca" naprawdę oryginalny pomysł. :-)


"Twoja mama westchnęła, kiedy zobaczyła nowe książki, i spytała, gdzie się z nimi podziejemy, ale potem oczywiście razem zabraliśmy się do rozpakowywania. Wtedy co wieczór jej coś czytałem. 
- Ty czytałeś...? 
- Tak. Co wieczór. Mama to uwielbiała. Tego wieczora wybrała Atramentowe serce. Zawsze lubiła powieści przygodowe, historie pełne blasku i mroku. Potrafiła wymienić po kolei rycerzy Okrągłego Stołu, wiedziała wszystko o Beowulfie i Grendelu, o starych bogach i nie tak starych bohaterach. Lubiła też opowieści o piratach, ale najbardziej jej się podobało, jeśli w książce występował przynajmniej jeden rycerz, jeden smok i jedna wróżka. Musisz wiedzieć, że zawsze była po stronie smoków. W Atramentowym sercu nie było wprawdzie smoków, ale za to dużo blasku i mroku, a także wróżki i skrzaty... Twoja mama lubiła również skrzaty i gnomy. Znała je wszystkie: Brownie, Bucca Boo, Fenodoree i Folletti o skrzydełkach motyla. Daliśmy ci więc stertę książek z obrazkami, usadowiliśmy się obok ciebie na dywanie i zacząłem czytać. 
Meggie oparła głowę na ramieniu Mo i wbiła wzrok w gołą ścianę. Na brudnym białym tynku zobaczyła siebie taką, jaką znała ze starych zdjęć: malutką, z tłustymi nóżkami, jasnoblond włosami (później jej dopiero ściemniały), drobniutkimi paluszkami przekładającą kartki ilustrowanych książek. Zawsze tak się działo, kiedy Mo opowiadał: Meggie widziała barwne, żywe obrazy. 
- Ta historia bardzo nam się podobała - ciągnął ojciec. -Trzymała w napięciu, była dobrze napisana i zaludniona najdziwniejszymi stworami. Twoja matka lubiła, kiedy książka wciągała ją w nieznane, a Atramentowe serce szczególnie przypadło jej do gustu. Czasami działy się tam rzeczy okropne i za każdym razem, kiedy sytuacja stawała się zbyt napięta, twoja mama kładła palec na ustach, a ja ściszałem głos, chociaż dobrze wiedzieliśmy, że jesteś zanadto zajęta swoimi obrazkami, by przysłuchiwać się mrocznej opowieści, z której zresztą i tak byś nic nie zrozumiała. Na dworze było już zupełnie ciemno, pamiętam to jak dziś, była jesień, ciągnęło przez szpary w oknach. Napaliliśmy w piecu - pudełko po butach nie miało centralnego ogrzewania, tylko piec kaflowy w każdym pomieszczeniu - i zacząłem czytać rozdział siódmy. I wtedy to się stało... Mo umilkł. Patrzył przed siebie, pogrążony w bolesnych wspomnieniach. 
- Co? - szepnęła Meggie. - Co się stało, Mo? Ojciec spojrzał na nią. 
- Wyszli stamtąd - powiedział. - Po prostu nagle pojawili się w drzwiach, tak jakby przyszli z dworu. Kiedy się do nas odwrócili, rozległ się szelest, jak gdyby ktoś rozwijał kartkę papieru. Stało się to, zaledwie wymówiłem ich imiona: Basta, Smolipaluch, Capricorn. [...] 
- A moja mama? - Z gardła Meggie wydobył się zaledwie szept: nie przywykła do wymawiania tego słowa. 
Mo popatrzył na nią. 
- Nigdzie jej nie było! Ty wciąż klęczałaś wśród swoich książek i szeroko otwartymi oczami patrzyłaś na obcych mężczyzn, którzy tam stali, w wysokich butach z cholewami, uzbrojeni. Strasznie się o was bałem, ale na szczęście ani Basta, ani Capricorn nie zwracali na ciebie uwagi. [...] Nagle uświadomiłem sobie, że w pokoju panuje absolutna cisza. Na dywanie leżała książka, tak jak mi wypadła z ręki, i poduszka, na której siedziała twoja mama. Ale mamy nie było. Gdzie ona się podziała? Wołałem ją, bez końca wykrzykiwałem jej imię. Biegałem po wszystkich pomieszczeniach... Nie znalazłem jej, znikła bez śladu." *


Książka "Atramentowe serce" jest pierwszą częścią trylogii "Atramentowy świat". Dalsze tomy to: "Atramentowa krew" i Atramentowa śmierć".
Na podstawie książki powstał w 2008 roku film o tym samym tytule: Atramentowe serce 

Plakat do filmu


* Cornelia Funke: "Atramentowe serce". Egmont, Warszawa 2006, s. 132-134, tłum.Jan Koźbiał

środa, 6 czerwca 2012

Ray Bradbury (22.08.1920 - 5.06.2012)

Odszedł Ray Bradbury

Ray Bradbury
Gdy myślę: "Ray Bradbury", to natychmiast przychodzi mi na myśl ta książka:

1953

A oto jeszcze kilka tytułów książek wydanych w Polsce:
1950
1951
1955
1957
1966
1962

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Joe Simpson: "Zew ciszy"


Joe Simpson
Joe Simpson. Skojarzenie natychmiastowe: góry, wspinaczka, niebezpieczeństwo. Pamiętamy go jako autora wspomnieniowego "Dotknięcia pustki", opisującego jedną niebezpieczną wyprawę i heroiczną walkę o przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Wiemy, że nie wszystkie wyprawy kończą się sukcesem, nie ze wszystkich wracają śmiałkowie, którzy rzucili wyzwanie naturze.

Okładka
"Zew ciszy". O tym właśnie, co nakazuje opuszczać ciepłe i bezpieczne mieszkania i wyruszać na wyprawy, z których każda może być tą ostatnią. O tym, czy alpiniści rzeczywiście nigdy i niczego się nie boją, co naprawdę liczy się na stoku, czy jest tam miejsce na empatię oraz pomoc słabszym i chorym, i czy zawsze i wszędzie "człowiek - to brzmi dumnie"*.  Jak żyć po powrocie z wyprawy, w której zginął kolega? Jak wrócić do normalnego życia i codziennych zajęć?

Joe Simpson szuka zapomnienia w książkach...


"Czytanie sprawia, że przenosimy się gdzieś poza granice czasu i przestrzeni. Czytanie uwalnia nas od ograniczeń układów społecznych, pozwala nam się z nich wyswobodzić. Kogokolwiek spotkamy na stronach czytanej książki, w jakiekolwiek życie pośrednio się wcielamy - to wszystko głęboko nas dotyka. Czytanie bawi, zmienia nasze postrzeganie świata, otwiera oczy, ukazuje całkowicie inną koncepcję życia i jego wartości. Książka to poszukiwana przez wielu recepta na nieśmiertelność. Pozostawione dla przyszłych pokoleń myśli i słowa są słyszalne zza grobu, gotowe by wskrzesić czyjąś pamięć." 


Joe Simpson: "Zew ciszy". Wydawnictwo Stapis, Katowice 2005, s. 178, tłum. Gabriela Czulak.

* Maksym Gorki, Na dnie, akt 4 

sobota, 2 czerwca 2012

Maria Czubaszek i "Ulisses"


Okładka
Okładka
Maria Czubaszek i Artur Andrus. I już wiadomo, czego się można spodziewać po ich rozmowie, ujętej w książkę "Każdy szczyt ma swój Czubaszek". I jest; o przeszłości, o radiu,  o małżeństwie, trochę o rodzinie w ogóle i po trosze na jeszcze wiele innych tematów.  Ale tak to jest, gdy spotykają się niebanalne osoby, żeby porozmawiać o życiu...



Czym się kiedyś szpanowało?
Piło się wódkę z Minkiewiczem. Nosiło się pod pachą "Ulissesa". Nie żeby zaraz czytać...

Pod pachą niewygodnie się czyta.
Właśnie. Na szczęście wystarczyło nosić.

Ty przeczytałaś?
Nie uwierzysz, ale jednym tchem.

Całego? Od deski do deski?
Od deski do jakiejś dwudziestej strony.

Aaa! To może o tobie było w piosence Jacka Janczarskiego i Adama Kreczmara: "Czemu cię nie nęci DESA i pociągu stukot kół? Czemu rzucasz "Ulissesa", przeczytawszy strony pół?".
To nie o mnie. Przeczytałam całe dwadzieścia stron.
[DESA - państwowe przedsiębiorstwo handlujące antykami i dziełami sztuki - wytł. AA].

W wydanej niedawno biografii Marylin Monroe jest takie zdjęcie, kiedy czyta książkę. "Ulissesa".  Na Long Island. W stroju kąpielowym.
Ja te dwadzieścia stron przeczytałam na Ścianie Wschodniej. Chyba w stroju wieczorowym. A raczej nocnym. Niewykluczone, że w bawełnianej koszulce w zajączki. To też był szpan.



"Każdy szczyt ma swój Czubaszek". Maria Czubaszek w rozmowie z Arturem Andrusem, z ilustracjami Wojciecha Karolaka.  Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 108-109.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...