czwartek, 31 maja 2012

OTAGowana…


Do zabawy zaprosiła mnie Viv  - dziękuję. :-)  
Kilka dni potrwało, zanim uznałam, że wiem, co chciałabym odpowiedzieć na bardzo ciekawe pytania zadane przez Paulinę:

1.  Czy jest powieść, która jeszcze nie powstała, a którą chciałabyś/chciałbyś przeczytać?

Moje miasto, Poznań
Chętnie przeczytałabym jakiś kryminał, którego akcja toczyłaby się w moim mieście, w miejscach dobrze mi znanych. Tak, żebym czytając mogła zabawić się w detektywa, który ma nad przestępcą przewagę wynikającą ze znajomości realiów. Dobrze by jednak było, gdyby ofiarą zbrodni był ktoś, kogo w żaden sposób nie mogłabym żałować, trochę tak, jak w „Morderstwie w Orient Expressie”.


2.  Jaki bohater literacki zmobilizował cię do pracy nad sobą?

Na to pytanie najtrudniej mi odpowiedzieć. 

Pollyanna
uczyła mnie optymizmu...
Bo nie ma takiego bohatera, który by mnie zmobilizował do pracy nad sobą tak wszechstronnie. Z pewnością jest jednak wiele postaci literackich (zwłaszcza tych poznanych we wczesnych latach szkolnych), które spowodowały, że zaczynałam nieco inaczej patrzeć na siebie i otaczający mnie świat:
   Pollyanna uczyła mnie optymizmu
   Joanna Stirling – cierpliwości
   Martin Eden – wytrwałości
   Staś Tarkowski – odpowiedzialności
   I tak dalej…
A potem dorosłam i już nie próbuję zmieniać siebie pod wpływem czytanych lektur. Jednych bohaterów lubię bardziej, innych mniej, niektórym trochę zazdroszczę przygód i chętnie bym się z nimi wybrała na jakąś wyprawę, innych chętnie zaprosiłabym na kawę, ale na tym się kończy.


3.  Jaką książkę masz na wierzchu stosika, którą już już masz przeczytać, która leży w tej pozycji od kilku lat?

Polo - Opisanie świata
No cóż, mój stosik, to nie stosik, tylko wielkie stoisko. Takich książek, które od jakiegoś już czasu cierpliwie czekają na jego wierzchu, też jest sporo. Nie wiem, czy kilka lat, chociaż czas leci tak szybko, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że to już się mierzy w latach…

Polo - Opisanie świata
Rand - Atlas zbuntowany
Gary - Obietnica poranka
Mercier - Nocny pociąg do Lizbony
Canetti - Auto da fé
i wiele innych...



4.  Przy jakiej książce śmiałaś/łeś się do łez, mimo, że książka w zamierzeniu śmieszna nie była?

Może nie do łez, ale śmiać mi się chciało przy czytaniu „Uprowadzenia” Johna Grishama. Lubię jego książki dla dorosłych, więc sięgnęłam i po tę dla młodych czytelników. Niestety, pan Grisham zaserwował tu taką dawkę naiwności i niekompetencji "prowadzących" śledztwo, że trudno było się nie śmiać, chociaż pewnie był to śmiech przez łzy – rozczarowania do autora „Firmy” i „Raportu pelikana”.


5.  Jaka książka, kiedyś zachwycająca, rozczarowała cię kiedy wróciłaś/łeś do niej po latach?

Chyba jestem szczęściarą, ale nie było takiej książki.


6.  Czy rozpadła ci się kiedyś książka od ciągłego czytania? Jeśli tak, to jaka?

Dzieci z Bullerbyn
zaczytałam do rozpadu...
O tak, było ich kilka. Jak byłam dzieckiem, to zaczytałam do rozpadu "Dzieci z Bullerbyn". Znacznie później doprowadziłam do przekształcenia się w stosy luźnych kartek kilka wczesnych kryminałów Joanny Chmielewskiej (najszybciej poddały się, o ile dobrze pamiętam, "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Romans wszechczasów").
Poza tym rozpadło mi się kilka książek podczas czytania, ale nie dlatego, że tak często je czytałam, tylko  dlatego, że były fatalnie wydane i nie przetrzymały nawet pierwszej,  delikatnej  próby.  Zawsze wtedy robiło mi się przykro i do dzisiaj unikam książek, co do których mam podejrzenia, że nie przetrwają nawet ostrożnego przewracania kartek, staram się wybierać do czytania wydania szyte lub porządnie klejone. To tak na marginesie, bo wiem, że pytanie niezupełnie tego dotyczyło, ale nie mogłam się powstrzymać. :-)


7.  Czy zdarzyło ci się kiedyś przerwać czytanie świetnej książki w połowie i nigdy nie powrócić? Jeśli tak, to jakiej?

Zastanawiałam się dość długo, ale nie przypomniałam sobie takiej książki. Ja dość często nie kończę rozpoczętych książek, ale tylko wtedy, gdy mi się nie podobają. I uważam, że szkoda na nie czasu, skoro tak dużo innych czeka na przeczytanie. Zdarzało mi się przerwać czytanie świetnej książki, jeżeli wymagały tego okoliczności, ale zawsze do niej wracałam.


8.  Czy wypisujesz cytaty z książek? A może zaznaczasz je w książkach?

Wypisuję i zaznaczam. Zaznaczam żółtymi karteczkami samoprzylepnymi i jeżeli książka jest moja, to tak zaopatrzona wędruje z powrotem na półkę. Cytaty z pożyczonych książek przepisywałam kiedyś do specjalnego zeszytu, a od kilku lat zbieram w osobnych plikach na dysku komputera. Niektóre (najczęściej te, które dotyczą książek i ich czytania) zamieszczam w BiblioNETce, a od niedawna na swoim blogu.


9.  Jaką książkę szukasz bezskutecznie od lat i nie możesz namierzyć?
Pod słońce

Jest ich kilka, ale wymienię tylko tę najważniejszą: Marcin Kydryński: "Pod słońce". Lubię sposób, w jaki Kydryński obserwuje świat przez obiektyw swojego aparatu. Niestety, wygląda na to, że nie tylko ja to lubię, bo książka błyskawicznie zniknęła z księgarń.



10. Czy czytałaś/łeś kiedyś książkę, która strasznie Cię zdenerwowała?

Tak, może nie strasznie, ale jednak, a było to całkiem niedawno, gdy przeczytałam książkę, której tytułu i autora (uznanego autora książek dla dzieci) – po dłuższym zastanowieniu - nie chciałabym podać, bo nie chcę książce robić reklamy. Książeczka jest krótka i sama lektura zajęła mi pół godzinki. Tylko tyle, na szczęście, chociaż stan irytacji po jej przeczytaniu trwał znacznie dłużej. Może ktoś powiedzieć, że skoro książka adresowana jest do dzieci, to ja, osoba bardzo dorosła, nie powinnam jej czytać. Może, ale zastanawiałam się, po co ta książka w ogóle powstała i postaram się, żeby żadne dziecko z mojej rodziny nie zostało przy jej pomocy odarte z magii dzieciństwa.


11. Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że już miałaś kupić książkę, w ostatniej chwili ją odłożyłaś, a teraz żałujesz, gdyż jest już niedostępna?

Tak, niestety. To „Książki i ludzie”. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej. Nad własną bezmyślnością mogę tylko głową pokręcić z politowaniem.

Książki i ludzie -
miałam w ręce i odłożyłam...


Paulino, dziękuję! :-)



Zbigniew Nienacki: "Pan Samochodzik i złota rękawica" i mazurscy poeci ludowi

Okładka
"Pan Samochodzik i złota rękawica" to jeden z kilkunastu tomów cyklu o przygodach pana Tomasza, napisanego przez Zbigniewa Nienackiego. Tym razem akcja toczy się na Mazurach, a zagadka jest dwojakiego rodzaju, z jednej strony anonimowy wiersz, który pan Samochodzik nazwał "Złota rękawica", z drugiej sama złota rękawica, o której w tym wierszu jest mowa. Tak więc poszukiwany jest nie tylko skarb, ale i autor wiersza. To daje Nienackiemu pretekst do przypomnienia młodym (i nie tylko młodym) czytelnikom o poetach zapomnianych, a także tych anonimowych, którzy w trudnych czasach układali wiersze, żeby nie zagubić swojej tożsamości...

"Każdy twórca ludowy miał i ma swój główny, nierzadko umiłowany zawód, sztuka nie jest ich podstawowym zajęciem. Poeci mazurscy tworzyli z potrzeby serca, była to forma ich wypowiedzi, walki o zachowanie swej odrębności i ojczystego języka, który był prześladowany. Pisali dla siebie i dla swoich najbliższych. A jeśli wiersz się spodobał, przekazywano go sobie potem z ust do ust, przepisywano. Autor przestawał być ważny, istotna była treść wiersza. I tak teksty przetrwały, ale autorów niekiedy nie udało się ustalić.
   - Autor "Złotej rękawicy" rzeźbił, malował - wtrąciła Lusia.
  - Ale także robił to chyba tylko dla siebie i dla swych najbliższych, z wewnętrznej potrzeby tworzenia. Pamiętaj, że byli to przeważnie ludzie prości, nie troszczyli się o laury na poetyckim polu, wiersz był po prostu orężem w ich walce o polską mowę. Zapoznaj się z życiorysem jednego z najsłynniejszych poetów mazurskich, Michała Kajki, a może będziesz bliższa odnalezienia i naszego autora. Kajka urodził się w tysiąc osiemset pięćdziesiątym ósmym roku w Skomacku koło Ełku, skończył zaledwie szkołę parafialną, gdzie posiadł jedynie tajemnicę pisania, czytania i prostego rachowania. O literaturze i o świecie zdobywał wiedzę z nielicznych polskich gazet. Głównym źródłem jego słownictwa był stary mazurski kancjonał, zawierający około tysiąca pieśni, księga napisana jeszcze w szesnastym wieku i wielokrotnie wznawiana. Lektura tych pieśni wywarła zasadniczy wpływ na formę wierszy Michała Kajki. Wyuczył się zawodu cieśli, żył z tego i pisał wiersze. Dlaczego? Wyjaśnienie kryje się w jego wyznaniach.
Michał Kajka
Już w roku 1870-71 zaczęto szerzyć u nas na Mazurach niemczyznę. Uczyć zaczęli teraz w szkołach języka niemieckiego. Lud był z tego bardzo niezadowolony, tym więcej że zaczęto katować dziecko za używanie języka ojczystego, i to nieraz w sposób barbarzyński. Nieszczęśliwym losem moich rodaków dotknięty, postanowiłem opisać dole i niedole moich braci i uwieńczyć w nich pamięć dawnych swobodnych czasów.
Michał Kajka zmarł w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku w Orzyszu. "Złota rękawica" została napisana w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, a żeglarze ze "Szkwała" spotkali jej autora piętnaście lat temu. A więc to nie Kajka był twórcą naszego wiersza. Zresztą i poetyka ich utworów jest zupełnie inna. Choć zapewne te same motywy nimi kierowały. Porównaj sama...

   Już ustały dzienne wrzawy
   Wieczór zwrócił ku nam kroki,
   Wszystkie nasze dzienne sprawy
   Zasłoniły nocne mroki.

- Albo inny wiersz Kajki:

   Słyń, piosenko nasza, w dal,
   Zabrzmij mile jako dzwon,
   W pośród burz i wpośród fal
   Niechaj zabrzmi wdzięczny ton

- I dalej:

   Słyń, piosenko, w tej osnowie,
   Przez pagórki i doliny
   W naszej macierzyńskiej mowie
   Do zamorskiej gdzieś krainy.

- A oto najbardziej znany jego wiersz:

   O, ojczysta nasza mowo,
   Coś kwitnęła nam przed laty,
   Zakwitnijże nam na nowo,
   Jako kwitną w polu kwiaty.

   Zalśnij nama jako zorze,
   Przywróćże nam skarb nasz istny,
   Aby w domu i we zborze
   Istniał język nasz ojczysty.

- A teraz przypomnij sobie strofy "Złotej rękawicy",

   Jezioro moje, w gładkiej toni
   widziałem kiedyś dziecka twarz.
   Jakiż to wiatr te fale gonił,
   co odebrały oczom blask?

   Jezioro moje, twojej toni
   obcym imieniem mówi czas,
   na mojej pieśni łańcuch dzwoni
   niewoli, usta ciśnie głaz.

Lusia stwierdziła:
   - Wydaje mi się, że "Złota rękawica" jest wierszem o wiele bardziej subtelnym, refleksyjnym. Ma też chyba bardziej wyszukaną formę. I ten Grottger, o którym wspomina poeta w końcowej zwrotce. Odnosi się wrażenie, że nasz autor więcej czytał, więcej widział. I jak gdyby bardziej zaakceptowana jest wiara w powrót wolności dla mowy polskiej. Te słowa: "I znowu polski rycerz dumnie podejmie złotą rękawicę". Albo dalej: "I wy wrócicie tu łabędziem, w poszumie żagli białych skrzydeł".
Jan Dopatka
  - Mazurscy ludowi poeci karmili się różnymi lekturami - odrzekłem. - Nie wolno zapominać, że wielu z nich, nie mogąc znaleźć pracy na ubogich Mazurach, wyjeżdżało do Niemiec i pracowało tam, przeważnie w kopalniach węgla Westfalii czy Nadrenii. Zamiast mazurskiego krajobrazu, jezior i lasów, znajdziesz w ich poezji także symbolikę i rekwizyty górników. Ba, niektórzy słabo znali język polski i pisali po niemiecku, jak choćby Jan Dopatka. Trzeba było ich wiersze przekładać na język polski. Mimo to nie ma wątpliwości co do polskich, patriotycznych treści tych utworów. Posłuchaj zresztą wiersza Dopatki:

   Nie pozwól, Panie, by w mej duszy,
   co "mein Gott" - mówi i "mój Boże",
   ktoś światło zbawczej lampki zdusił,
   Do modłów obie ręce złożę.

I tak do późnego wieczora czytaliśmy z Lusią wiersze, które były wołaniem z przeszłości przesłanym nam, ludziom współczesnym żyjącym w wolnej ojczyźnie."


Zbigniew Nienacki: "Pan Samochodzik i złota rękawica" . Nasza Księgarnia, Warszawa 1979, s. 100-104

wtorek, 29 maja 2012

Charles Martin: "Kiedy płaczą świerszcze" i Szekspir

Okładka
Annie i Emma. I Jonathan. Główni bohaterowie książki Charlesa Martina "Kiedy płaczą świerszcze". Ale to nie oni są najważniejszym elementem fabuły, jest nim bowiem serce, a dokładniej - chore serce. Emmy nie udało się uratować, czy uda się zdążyć z pomocą dla Annie, dzielnej małej dziewczynki, którą kilka lat po śmierci Emmy Jonathan spotyka przy ulicznym straganie, gdzie, sprzedając lemoniadę, zbiera także datki na swoją operację? Nie będę jednak zdradzać zakończenia książki.

Oto wspomniany w tytule Szekspir:

   "W czasie prowadzonych przeze mnie zmagań z biblioteką, wykresami i łacińską terminologią, zauważyła mój zbolały wyraz twarzy. Usiedliśmy przy dużym bibliotecznym stole, oddzieleni swoim stertami książek. Aktywność fizyczna Emmy była nieco ograniczona, nasze wyprawy do biblioteki były więc dla niej czymś, na co nie mogła się doczekać i co odbywaliśmy prawie codziennie. Po mojej stronie stołu spoczywały dziesiątki naukowych książek oraz podręczników pisanych przez profesorów, doktorów i akademików niższego szczebla, z których wszyscy znani byli jako eksperci w swoich dziedzinach. A po stronie Emmy znalazło się mnóstwo starych woluminów, w większości napisanych przez ludzi, którzy od dawna już nie żyli, takich jak Coleridge, Wordsworth, Milton, Keats, Tennyson i Szekspir.
   Widząc moją frustrację, odłożyła Raj utracony. Ze swojego plecaka wyciągnęła zapakowany prezent - mniej więcej wielkości grubej książki - i schowała go za plecami. Odciągnęła mnie od stołu i zaprowadziła pomiędzy regały z książkami, gdzie nie mogła nas zobaczyć bibliotekarka. Otoczona przez tysiące lat wiedzy ułożonej wysoko po obu stronach, najlepszej, jaką świat Zachodu i współczesna medycyna mogła zgromadzić, Emma postukała mnie palcami w okolicach mostka i udowodniła, że ona - która nigdy nie przeczytała żadnej z tych książek - wiedziała więcej, niż napisane było we wszystkich razem wziętych.
   Odgarnęła mi włosy z czoła i kładąc swoją dłoń płasko na mojej klatce piersiowej powiedziała: "Reese, możesz nie wyczytać tego w swoich książkach, a więc ja ci to powiem. Każde serce składa się z dwóch części - jednej, która pompuje, i drugiej, która kocha. Jeżeli zamierzasz poświęcić życie na składanie złamanych serc, musisz poznać obie części. Nie możesz po prostu uleczyć jednej, nie troszcząc się o drugą". Uśmiechnęła się i położyła moją dłoń na swoim sercu. "Powinienem to wiedzieć", pomyślałem.
   Wyciągnęła książkę zza pleców i przyłożyła mi ją do serca, a później wróciła do stołu, zostawiając mnie z prezentem. Zdjąłem papier, a pod nim znajdowały się dzieła zebrane Williama Szekspira.
   W ciągu następnych miesięcy Emma postanowiła dopilnować, abyśmy czytali na głos fragmenty mojej nowej książki. W końcu zaczęliśmy rozmawiać ze sobą cytatami. które zapamiętaliśmy. Ona była w tym znacznie lepsza niż ja. Robiliśmy to tak często, że nawet Charlie - który miał serdecznie dość słuchania nas rozmawiających szesnastowiecznym angielskim z wyższych sfer - również się przyłączył.
   Pewnego sobotniego popołudnia cała nasza trójka wybierała się do kina. Gdy Emma zobaczyła, że nadchodzę, wyrzuciła w górę ręce, recytując:
   - Hamlecie, serce mi rozdarłeś.
   Charlie spojrzał przez ramię za siebie i dodał:
   - O, druhu mój!
   Nie chcąc być gorszy, wskoczyłem na frontowe schody, ukląkłem ujmując ją za rękę, i powiedziałem:
   - Wyrzuć gorszą część serca i odtąd w czystości żyj drugą częścią.
   Wciąż chciałbym, aby tak było.


Charles Martin: "Kiedy płaczą świerszcze". Wydawnictwo WAM, Kraków 2008, s. 110-112, tłum. Jacek Bielas


czwartek, 24 maja 2012

Luis Sepúlveda: "O starym człowieku, co czytał romanse"


Okładka
Dżungla amazońska jest piękna, ale groźna. Ktoś, kto jej nie zna i nie szanuje jej praw, nie ma szans na przetrwanie. Antonio José Bolívar nie jest tubylcem, ale dzięki Shuarom poznał tajniki życia w tym środowisku. Shuarowie akceptowali jego obecność wśród nich do chwili, gdy nieświadomie naruszył zasady odwiecznego rytuału z pogranicza życia i śmierci. W jaki sposób i jakie to miało skutki dla Starego można przeczytać w książce chilijskiego pisarza Luisa Sepúlvedy "O starym człowieku, co czytał romanse"Dlaczego akurat romanse? Dlaczego żyjący w wymagającym hartu i wytrwałości i niesprzyjającym lekturze otoczeniu mężczyzna czytał powieści, uznawane powszechnie za niemęskie? Czego w nich szukał? 


"Antonio José Bolívar nie mógł oderwać oczu od książki w rękach duchownego. Cierpliwie poczekał, aż ksiądz, zmorzony snem, wypuści ją z ręki.
Była to biografia świętego Franciszka. Zaczął ją przeglądać ukradkiem, z uczuciem, że popełnia czyn grzeszny.
Sylabizował z trudem i chcąc lepiej zrozumieć wszystko, co było tam napisane, począł odczytywać półgłosem rozszyfrowane słowa.
  Ksiądz obudził się i rozbawiony patrzył, jak Antonio José Bolívar siedzi z nosem w książce.
  - Ciekawe? - zapytał.
  - Przepraszam, eminencjo. Widziałem, że ksiądz śpi, więc nie chciałem przeszkadzać.
  - Ciekawi cię to? - powtórzył ksiądz.
  - Zdaje mi się, że tam jest dużo o zwierzętach - odpowiedział nieśmiało.
  - Święty Franciszek kochał zwierzęta. Wszystkie boskie stworzenia.
  - Ja też je kocham. Na swój sposób. Czy ksiądz zna świętego Franciszka?
  - Nie. Bóg pozbawił mnie tej przyjemności. Święty Franciszek zmarł bardzo dawno temu. To znaczy opuścił ziemski padół i teraz żyje wiecznie obok Stwórcy.
  - Skąd ksiądz to wie?
  - Bo już czytałem tę książkę. To jedna z moich ulubionych lektur.
  Duchowny wymawiał te słowa uroczyście, gładząc wytartą okładkę. Antonio José Bolívar patrzył na niego jak urzeczony i poczuł, że kiełkuje w nim zazdrość.
  - Przeczytał ksiądz dużo książek?
  - Sporo. Kiedyś, kiedy jeszcze byłem młody i oczy mi się tak nie męczyły, połykałem każdą książkę, jaka wpadła mi w ręce.
  - Czy wszystkie książki mówią o świętych?
  - Nie. Na świecie są miliony książek. We wszystkich językach i na wszystkie tematy, nawet na takie, które powinny być zakazane.
  Antonio José Bolívar nie zrozumiał, czego miał dotyczyć ten zakaz i wciąż stał ze wzrokiem wbitym w białe i pulchne ręce księdza na ciemnej okładce.
  - A o czym są inne książki?
  - Przecież mówię. O wszystkim. Są książki przygodowe, naukowe, historie sławnych ludzi, o technice, o miłości...
  Ten ostatni temat zainteresował go. [...]
  - Jakie są te książki o miłości?
  - Boję się, że na ten temat niewiele ci mogę powiedzieć. Czytałem tylko kilka.
  - Nie szkodzi. Jakie one są?
  - No więc mówią o historii dwojga ludzi, którzy się spotykają, kochają i walczą z przeciwnościami losu o swoje szczęście."
[s. 46-47]


Tak zaczęło się dla Antonia obcowanie z książkami, czytanymi mozolnie, ale z wielkim zaangażowaniem, bowiem "mówiły o miłości w tak pięknych słowach, że czasem pozwalały zapomnieć o ludzkim barbarzyństwie".
[s. 98]


Luis Sepúlveda: "O starym człowieku, co czytał romanse". Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2006, 99 s., tłum. Elżbieta Komarnicka

poniedziałek, 21 maja 2012

Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz"

Okładka
Tej książki nie mogło tu zabraknąć! "Przyślę panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej jest moją pierwszą książką o książkach. I do dzisiaj jedną z ulubionych.

Rodzina całkiem przeciętna, na pierwszy rzut oka, ale jaka nieprzeciętna. Wszyscy czytają, całymi dniami, a i niejedną noc spędzili na czytaniu. A mimo to powieść Pruszkowskiej wcale nie jest nudna. Praktycznie mogłabym niemal całą książkę tu przepisać i każde słowo by było na temat - czytania, książek, bohaterów literackich. Postanowiłam jednak ograniczyć ilość fragmentów do trzech. Wybór dwóch z nich był z góry przesądzony, ale jak z pozostałych wybrać ten trzeci? Nie było łatwo... :-)

Okładka
Jakoś do ostatniej chwili nic mogłam się zdecydować, co zabrać, i ciągle to wyjmowałam książki z szafki, to wkładałam, to znów wyjmowałam inne. I w tym momencie wpadłam na dobry pomysł, żeby pożyczyć Trędowatą od Stefy. Była to jej jedyna książka poza książeczką do nabożeństwa. [...] 
Toteż natychmiast gdy pociąg ruszył i zniknął mi z oczu Ojciec powiewający wielką płachtą chustki do nosa — pożegnania na peronach lubił odgrywać ostentacyjnie — zabrałam się do czytania. W przedziale jechał jakiś ksiądz, pani z dziewczynką w moim wieku i jeszcze parę osób. Zresztą szybko cały przedział i pociąg, i podróż, i wszystko, co się mnie tyczyło, znikło mi sprzed oczu wobec czarownej historii Stefci Rudeckiej, która zaczęła się przede mną rozgrywać na kartach czytanej książki.[...] 
Z wypiekami na twarzy gnałam przez książkę bez tchu z jedną myślą: co dalej? zapominając zupełnie o paczce z prowiantem uszykowanej przez Stefcię na drogę. 
Z początku przeszkadzali mi moi towarzysze podróży. Ksiądz parę razy przerwał mi czytanie trapiąc się rychłą utratą mego wzroku. A ta pani, która, jak widziałam w Warszawie, mizdrzyła się do Ojca, usiłowała teraz nawiązać ze mną rozmowę i zaznajomić ze swoją córką, żeby nam się droga do Zakopanego nie dłużyła. 
Nie dłużyła!!! 
Odburkiwałam coś nieprzytomnie. Zrażeni więc moją nieuprzejmością, współtowarzysze podróży przestali się mną interesować. 
Nie czułam głodu, nie czułam, że ścierpłam, siedząc ciągle w jednej pozycji. Nie czułam też wstydu, gdy zorientowałam się, że w moim sercu nie ma już miejsca ani dla Nienaskiego, ani dla Przełęckiego i że całe moje serce oddane jest Waldemarowi ordynatowi Michorowskiemu. [...] 
W tym miejscu okazało się, że pociąg wjechał w góry, więc wszyscy zaczęli się miotać przy oknach i podziwiać tak zwane „widoki”. I znów zaczęli mnie zaczepiać, żebym podziwiała razem z nimi. Odburknęłam, że tą drogą jeżdżę dwa razy w tygodniu i znam każdy krzak. No bo jeśli dwanaście lat przeżyłam bez widoku gór, to mogę przeżyć jeszcze dwie godziny, a od tej książki nie oderwie mnie żadna siła. Toteż przesiadłam się w drugi kąt przedziału oddając im okno. [...] 
Stefcia Rudecka umarła! 
Oparłam głowę o książkę i zalałam się tak rozpaczliwymi łzami, że całe towarzystwo odskoczyło od okna i rzuciło się do mnie usiłując się dowiedzieć, dlaczego płaczę. A przecież nie mogłam z nimi rozmawiać o tak subtelnych sprawach. Ukryłam więc głowę w czyjś płaszcz wiszący koło mnie i łkałam. Ksiądz zaczął szeptać do tej pani z dziewczynką, iż przewidywał, że z tym dziwnym dzieckiem będą w drodze kłopoty. 
Nareszcie pociąg zwolnił i stanął. Było to już Zakopane. Jak nieprzytomna włożyłam płaszcz i beret, wzięłam walizkę, ktoś wepchnął mi w drugą rękę paczkę z nieruszonym prowiantem na drogę. 
Matka na widok mojej zapuchniętej z płaczu twarzy przeraziła się ogromnie i, jak to czynią wszystkie matki na świecie, chwyciła mnie w ramiona, toteż rozszlochałam się jeszcze bardziej. Ponieważ na żadne z jej przerażonych pytań nie mogłam odpowiedzieć, Matka wepchnęła mnie do bufetu stacyjnego. Naokoło nas rozstępowali się ludzie z bardzo współczującymi twarzami. W bufecie Matka kazała mi wypić trochę wody sodowej i zaczęła się dopytywać: 
— Bój się Boga... — tak zaczynała zawsze, gdy była zdenerwowana. — Bój się Boga. Co się stało? 
— Stefcia umarła — odpowiedziałam dzwoniąc zębami o szklankę. 

[s. 45-47]


Zdjęcie
Wróciłyśmy o północku obładowane książkami. Od rana też rozłożyłyśmy się z warsztatem pracy na werandzie. Czytałyśmy głośno na zmianę z zegarkiem w ręku. Ta, która nie czytała, zapisywała wszelkie szczegóły i szczególiki, które po każdym rozdziale powtarzałyśmy sobie, wypytując się nawzajem. Poza tym szykowałyśmy łapanki na wujka, bo w programie turnieju zostało ustalone, że i my będziemy zadawały pytania. [...] 
Dwa tygodnie obkuwałyśmy się, jakby do jakiegoś straszliwego egzaminu, przesiadując całe dnie na werandzie, obłożone książkami i notatkami. 

[s. 77-78]


Okładka
Są książki, które się czyta.
Są książki, które się pochłania.
Są książki, które pochłaniają czytającego.
Dla mnie właśnie Przeminęło z wiatrem było taką książką. 
Czytałam przez całą noc. Zaczęło się robić widno, gdy zasnęłam. Obudziłam się o dziesiątej. Nie było więc sensu iść o tak późnej porze do biura. Wobec tego zjadłam śniadanie i wróciłam do łóżka czytać dalej. Trapiła mnie co prawda myśl o sprzątaniu mieszkania, ale miałam przed sobą całe popołudnie. O godzinie piątej wypędził mnie z łóżka głód i miauczenie Ptolka. Nałożyłam więc na nocną koszulę prochowiec i wyskoczyłam do najbliższego sklepiku po kiełbasę, bułki i mleko. 
Pokrzepiona na ciele, pokrzepiałam się na duchu myślą, że posprzątam w niedzielę rano. 
Do której godziny w nocy czytałam, nie wiem, bo stanął nienakręcony zegarek. O której godzinie obudziłam się w niedzielę, też nie wiem, z tego samego powodu. 
Do jedzenia miałam w domu już tylko dwie tabliczki czekolady. Całe szczęście, że Ptolemeusz lubił czekoladę, tak samo jak ja. Postanowiłam więc spokojnie skończyć książkę, a zostało mi zaledwie około stu stron, i potem oddać się sprzątaniu i szykowaniu na dansing. Zbliżałam się już do końca tej fascynującej powieści, gdy ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Odruchowo, myślą tkwiąc cały czas w książce, podniosłam się i otworzyłam. 
Przed drzwiami stali Mizia z Połanieckim. Uśmiechnięci, weseli i wyelegantowani. 

[s. 113-114]




Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz". Wydawnictwo Formicula, Kraków 2009.

niedziela, 20 maja 2012

"Chiński Kopciuszek" i "Mała księżniczka"

Dzisiaj czytelnicze spotkanie dwóch bardzo różnych światów: w autobiograficznej opowieści Adeline Yen Mah, "Chiński Kopciuszek" jest wzruszający opis tego, jak wielkie znaczenie dla chińskiej dziewczynki, zaniedbywanej i upokarzanej przez rodzinę i całe otoczenie tylko dlatego, że urodziła się dziewczynką, miało przeczytanie o smutnych losach dzielnej Sary, bohaterki "Małej księżniczki" Frances Hodgson-Burnett

"Właśnie wtedy Wu Chun-mei pożyczyła mi książkę pod tytułem „Mała księżniczka”, przetłumaczoną na chiński z angielskiego. Powiedziała, że to jedna z jej ulubionych powieści i że została napisana przez angielską autorkę Frances Hodgson Burnett. Ta opowieść o siedmioletniej osieroconej Sarze Crew, która życie zaczęła jako dziedziczka, a w ciągu jednej nocy stała się posługaczką bez grosza, ale w końcu odmieniła swój los dzięki własnym wysiłkom, porwała moją wyobraźnię jak żadna inna książka dotąd. Czytałam ją ciągle od początku, cierpiałam wraz z upokorzoną Sarą, płakałam nad jej rozpaczą, żałowałam utraty ojca i rozkoszowałam się końcowym tryumfem. Zatrzymałam ją na tak długo, że w końcu Wu Chun-mei zniecierpliwiła się i zażądała zwrotu. Pochodząc z bezpiecznego, szczęśliwego domu, Wu Chun-mei nie mogła pojąć, jakie wrażenie wywarła na mnie ta książka i jaką przyniosła mi nadzieję. Po raz pierwszy zrozumiałam, że dorośli mogą się mylić w swoich ocenach co do dziecka. Jeżeli będę się starać tak, jak Sara, żeby wewnętrznie stać się księżniczką, może także i ja będę potrafiła zmienić tę kiepską opinię, jaką wszyscy w domu mieli na mój temat. 
Nie chcąc tracić z oczu tego dopiero co znalezionego skarbu, błagałam, żebym mogła ją zatrzymać jeszcze przez dwa tygodnie. Z wielkim nakładem sił i zawziętości przez ten błogosławiony czas przepisałam książkę słowo po słowie do zeszytów, a jej fragmentów nauczyłam się na pamięć. Spałam z zeszytami pod poduszką, aż manuskrypt w końcu całkiem się wystrzępił."


Adeline Yen Mah: "Chiński Kopciuszek : sekretna historia niechcianej córki". Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2004, 185 s. tłum. Joanna Orska.


Zdjęcie okładki "Chińskiego Kopciuszka" pochodzi ze strony poczytaj.pl, a "Małej księżniczki" ze strony Wydawnictwa SARA.

sobota, 19 maja 2012

Maria Dąbrowska: "Noce i dnie"



Maria Dąbrowska jest pochowana
 na Starych Powązkach
Henryk Sienkiewicz
Dzisiaj dwoje wielkich klasyków literatury polskiej, Maria Dąbrowska i Henryk Sienkiewicz
I dwa utwory, jedna bardzo znana saga, "Noce i dnie" i jedno chyba niezbyt dobrze pamiętane króciutkie opowiadanie, "Legenda żeglarska".

My dzisiaj pewnie o nim nie pamiętamy, ale jakie wywarło wrażenie na bohaterach "Nocy i dni":


"W salonie tymczasem omawiano z żywością występy Modrzejewskiej w Ameryce i utwory znakomitego Litwosa, którego nazwisko - Henryk Sienkiewicz - zostało świeżo ujawnione i było na wszystkich ustach. Wróżono młodemu pisarzowi wielką przyszłość, a pani Michalina odczytała ostatni jego utwór, zaczynający się od słów: 

Był okręt, który zwał się Purpura… 

I wszyscy wnet pojęli, że ten okręt oznaczał Polskę, a była tam następnie mowa o nieładzie, co wkradł się do załogi, o burzy i o napadzie korsarzy, i o tym, jak okręt zaczął tonąć. Jednym słowem, jasnym było już dla każdego, że jest to przypowieść patriotyczna, i goście poczuli się wzruszeni. 
- Wszyscy na dno! Do pomp! - wołała spiżowym niemal głosem pani Michalina, gdyż takim nakazem kończyła się czytana alegoria. 

Słuchano w zadumie i goście przyklasnęli zawartej w utworze myśli, zgodzono się bez sporu, że teraz, kiedy wszelka broń została narodowi z rąk wytrącona, pozostaje praca u podstaw, wszyscy u swoich warsztatów, czyniąc co można, by się nie dać i przetrwać. I każdy czuł się właśnie tym stojącym przy pompie i na dnie, i uprzytomniając sobie grozę położenia doświadczano niemal radości, że oto nadeszła epoka, w której najzwyklejszy śmiertelnik miał w sobie dosyć siły i umiejętności, by co dnia wypełniać wysokie, narodowe posłannictwo ratowania ojczyzny. Wtem zapragniono dać wyraz innym, bardziej walecznym uczuciom, zaświadczyć, że piersi obecnych noszą w sobie i gotowość do buntu. Ktoś uderzył w klawisze, a goście wnet podjęli znaną gniewną melodię i stojąc, przechadzając się lub otaczając fortepian śpiewali: 

Zemsta, zemsta na wroga
z Bogiem, a choćby mimo Boga...

Zerkano przy tym na okna, a pani Michalina zapuszczała od niechcenia rolety. " *


* Maria Dąbrowska: "Noce i dnie". Czytelnik, Warszawa 1979, tom 1, s. 100-101.

Okładka "Nocy i dni" ze strony Lubimy czytać, a tomu  XIII "Pism" Henryka Sienkiewicza, zawierającego "Legendę żeglarską", ze strony Openlibrary

środa, 16 maja 2012

My czytamy o nich, a oni też czytają


Chciałabym podjąć próbę tematycznego ujednolicenia bloga, skoncentrować się na tym, co mnie najbardziej w książkach urzeka: otóż, bardzo lubię, gdy książka (lub książki) są ważnymi "uczestnikami" wydarzeń. Lubię też, gdy książkowi bohaterowie czytają... książki naprawdę istniejące i te wymyślone. O takich książkach już tu zresztą pisałam.

Dzisiaj Haruki Murakami i fragment jego powieści "Norwegian Wood":

"Często czytałem książki. Nie byłem oczytany, natomiast do ulubionych książek wracałem po kilka razy. Podobali mi się wtedy: Truman Capote, John Updike, Scott Fitzgerald, Raymond Chandler, lecz nie zauważyłem na swoim roku ani w akademiku nikogo, kto gustowałby w tego typu powieściach. Wszyscy czytali zazwyczaj japońskich autorów, jak Kazumi Takahashi, Kenzaburo Óe czy Yukio Mishima, albo współczesnych pisarzy francuskich. Dlatego nic dziwnego, że nie mieliśmy wspólnych tematów i spędzałem dużo czasu w samotności zatopiony w lekturze. Niekiedy po kilkakrotnym przeczytaniu książki zamykałem oczy i wciągałem do płuc jej zapach. Samo wąchanie i dotykanie kartek sprawiało, że czułem się szczęśliwy.
W osiemnastym roku życia najwyżej ceniłem Centaura Johna Updike'a, ale kiedy przeczytałem go kilka razy, stopniowo stracił swój pierwotny blask i wtedy na pierwszą pozycję wysunął się Wielki Gatsby Scotta Fitzgeralda, i przez długi czas uważałem go za najlepszą powieść. Gdy przychodziła mi ochota, brałem z półki Wielkiego Gatsby'ego, otwierałem na chybił trafił i czytałem dłuższy fragment. Taka lektura ani razu mnie nie rozczarowała. W książce nie było ani jednej nudnej strony. To doprawdy wspaniałe, myślałem. I chciałem tą wspaniałością podzielić się z innymi, lecz wokół mnie nie było nikogo, kto czytałby Wielkiego Gatsby'ego lub chociażby był skłonny go przeczytać. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku czytania Scotta Fitzgeralda nie uznawano może za reakcyjność, ale na pewno nie było ono mile widziane.
Tylko jedna osoba z mojego otoczenia znała Wielkiego Gatsby'ego i właśnie z tego powodu się zaprzyjaźniliśmy. Był to student trzeciego roku prawa Uniwersytetu Tokijskiego nazwiskiem Nagasawa. Mieszkaliśmy w tym samym akademiku, do tej pory znaliśmy się tylko z widzenia, lecz pewnego dnia, gdy siedziałem w jadalni, wygrzewając się na słońcu, i czytałem Wielkiego Gatsby'ego, usiadł obok i zapytał, co czytam. Kiedy mu powiedziałem, spytał, czy książka jest ciekawa. Odrzekłem, że czytam ją trzeci raz, a mimo to w miarę czytania przybywa fragmentów, które chce się czytać ponownie.
- Skoro facet przeczytał Wielkiego Gatsby'ego trzy razy, chyba będzie moim przyjacielem - powiedział, tak jakby sam siebie przekonywał. I zostaliśmy przyjaciółmi. Miało to miejsce w październiku.
Im lepiej poznawałem Nagasawę, tym dziwniejszy mi się wydawał. Spotkałem w swoim życiu wielu dziwnych ludzi, niektórych poznałem bliżej, ale nigdy przedtem nie widziałem kogoś równie dziwnego jak on. Czytał mnóstwo - nie mogłem się z nim równać - lecz z zasady brał do ręki tylko te książki, których autor nie żył od ponad trzydziestu lat. Wierzył tylko takim.
- Nie o to chodzi, że nie wierzę we współczesną literaturę. Po prostu nie chcę marnować cennych chwil na czytanie rzeczy, które jeszcze nie przetrwały próby czasu. Życie jest krótkie.
- A jakich pisarzy lubisz? - spróbowałem się dowiedzieć.
- Balzaka, Dantego, Josepha Conrada, Dickensa. - Odpowiedź miał gotową.
- Nie można ich nazwać współczesnymi.
- Dlatego ich czytam. Jeżeli czytasz to samo, co inni ludzie, potrafisz myśleć tylko tak jak oni. To prostacy i prymitywy. Normalny człowiek nie robi rzeczy, których musiałby się wstydzić. Wiesz co, Watanabe? W tym akademiku tylko ja i ty jesteśmy stosunkowo normalni. Wszyscy inni nadają się na przemiał.
- Skąd wiesz? - zapytałem zdziwiony.
- Znam się na tym. Od razu widać, jakby mieli to wypisane na czołach. Do tego obydwaj czytaliśmy Wielkiego Gatsby'ego.
W głowie dokonałem obliczeń. - Ale Scott Fitzgerald umarł dopiero dwadzieścia osiem lat temu.
- Czy to ma znaczenie? Zaledwie dwa lata - powiedział. - Dla takiego wspaniałego pisarza można zrobić wyjątek.” *

Poglądy miał Nagasawa radykalne. Ale to jest bardzo ciekawe podejście do czytania. To spostrzeżenie, że prawdziwa wartość broni się sama. Jeżeli więc o jakiejś książce lub pisarzu świat pamięta po 30 latach, to warto mu poświęcić trochę swojego czasu.


* Haruki Murakami: „Norwegian Wood”. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, s. 51-53, tłum. Dorota Malczewska i Anna Zielińska-Elliott

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony Merlina.

sobota, 12 maja 2012

Agatha Christie: "Noc w bibliotece"


Agatha Christie
W małych miejscowościach życie płynie leniwie. Nikt się donikąd nie spieszy, wszyscy się znają i zdawać by się mogło, że nikt nikogo nie może zaskoczyć ani swoim zachowaniem, ani nagle powstałymi okolicznościami. Czy naprawdę? Przecież wystarczyło jedno zdarzenie, które poruszyło lokalną społeczność, żeby dotychczas ogólnie szanowany i wiodący uporządkowane życie starszy pan stał się obiektem podejrzeń i niespokojnego odsuwania się dotychczas dobrze usposobionych sąsiadów, tak na wszelki wypadek... Czy naprawdę opinia o kimś jest tak łatwa do podważenia, z byle powodu i bez sprawdzenia faktów? 
Tak właśnie jest w kryminale Agathy Christie "Noc w bibliotece" (polska wersja tytułu, który w oryginale brzmi: "The Body in the Library" nie jest, moim zdaniem, najszczęśliwsza, a nawet lekko wprowadza czytelnika w błąd. Ale - jak napisałam - to moje zdanie).
Mamy tu zatem niedużą wioskę i nobliwych państwa Bantry. Szacownych i poważanych. Pan pułkownik Bantry kandyduje na stanowisko prezesa rady gminnej. Pani Bantry dobrze prowadzi dom  przy pomocy gromadki służących. Aż do dnia, gdy rankiem w ich bibliotece zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Oboje twierdzą, że jej nie znali, że pierwszy raz widzą... Ale kto ich tam wie... Może jednak pan Bantry zbłądził i w taki sposób rozwiązał problem?
Pan Bantry nie dostrzega niebezpieczeństwa, ale jego żona doskonale zdaje sobie sprawę  z tego, jak kruche są więzy społeczne. Do pomocy w wyjaśnieniu sprawy zaprasza więc swoją wieloletnią przyjaciółkę, pannę Marple. Znając choć kilka kryminałów pani Christie, można od początku się domyślać, że i tym razem panna Marple rozwiąże zagadkę. A zagadka ta jest ciekawie skonstruowana, podążanie tropem roztropnej, dociekliwej i spostrzegawczej panny Jane i próba wyprzedzenia jej w wyjaśnieniu morderstwa zapewni miłe spędzenie...  wieczoru w bibliotece (tym razem własnej).

Agatha Christie: "Noc w bibliotece". Prószyński i S-ka, Warszawa [b.r.], 143 s., tłum. Edyta Sicińska-Gałuszkowa

Zdjęcie Agathy Christie pochodzi z Wikipedii a zdjęcie okładki ze strony esensja.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...