sobota, 31 marca 2012

"Pamiętaj, żeby pozostać sobą"


... tak przestrzegała Griet jedna z niewielu osób bezinteresownie jej życzliwych, przyjaciel i późniejszy wykonawca testamentu Jana Vermeera, van Leeuwenhoek, postać z książki Tracy Chevalier, "Dziewczyna z perłą". 16 - letnia Griet jest służącą w domu malarza. Szybko zaczynają ich łączyć bardziej skomplikowane relacje, bo Griet ma wyczucie barw i proporcji, smak i zmysł artystyczny. Dziewczyna, która potrafi z trudem napisać swoje imię i która nie dysponuje wiedzą o świecie nawet taką, jaką mają jej bardziej zamożne rówieśniczki, jest prawdziwie wrażliwa na piękno. I Vermeer bardzo szybko  zauważa to w służącej, która ma przecież tylko sprzątać jego pracownię. W tajemnicy - zwłaszcza przed swoją zazdrosną, wiecznie zmęczoną kolejnymi ciążami i połogami żoną - angażuje Griet do pomocy przy pracy... przygotowywanie barwników, udział w kreowaniu tła do obrazów, czasami zastępowanie nieobecnej modelki..., a potem ten obraz -  portret dziewczyny z perłą. 

Dziewczyna z perłą
Jedno z najbardziej znanych dzieł Vermeera. Portret, który Griet będzie drogo kosztował, bo w  siedemnastowiecznym świecie służące nie zostają modelkami malarzy, pozostając przy tym "uczciwymi kobietami". Ale przecież Griet nikt nie pytał, czy chce być sportretowana... A gdyby Vermeer ją spytał? Czy odmówiłaby mu, mistrzowi, którym była zafascynowana? 

Wszystko to jest, oczywiście, tylko fikcją, bardzo sugestywnie przedstawioną przez Chevalier, która do znanego obrazu Jana Vermeera dopisała swoją historię. Opowiada w niej nie tylko o powstaniu tego dzieła (chociaż na nim się z wiadomych powodów koncentruje), ale i kilku innych, wcześniejszych, dzięki którym możemy sobie wyobrazić mistrza przy pracy, poznajemy jego mecenasa, jednego z klientów, rodzinę. Chevalier nie zajmuje się ówczesnym życiem Delft w stopniu większym, niż jest to potrzebne do poprowadzenia akcji, dzięki temu powstaje spójny obraz codziennego życia artysty...


Widok Delft


Pamiętasz obraz, który widzieliśmy parę lat temu w ratuszu, który van Ruijven wystawił zaraz potem, jak go kupił? Przedstawiał widok Delftu od strony Rotterdamu i bramy Schiedam. Znaczną jego część zajmowało niebo, a słońce złociło się na murach budynków...
[s. 13]



Kobieta z naszyjnikiem pereł

Kobieta stojąca przy stole była namalowana z profilu i patrzyła w lustro. Miała na sobie kaftanik z żółtej satyny oblamowany białym gronostajem i modną czerwoną wstążkę z pięcioma końcami we włosach. Światło z lewej strony wydobywało delikatne kształty jej czoła i nosa. Mierzyła właśnie naszyjnik z pereł, trzymając jego końce w wyciągniętych rękach. Za nią na jasnej ścianie wisiała stara mapa. Na ciemnym, pierwszym planie znajdował się stół z listem, pędzel i inne rzeczy, którymi się zajmowałam.
[s. 38]


Kobieta z dzbanem
Córka piekarza stoi w jasnym kącie przy oknie - zaczęłam cierpliwie. - Jest obrócona do nas twarzą, ale patrzy przez okno po swojej prawej stronie. Ma na sobie żółto-czarny dopasowany stanik z jedwabiu i aksamitu, ciemnoniebieską spódnicę i biały czepek, którego dwa rogi sięgają jej aż za brodę. [...] W jednej ręce trzyma stojący na stole cynowy dzban, a w drugiej - ramę uchylnego okna. Miała właśnie wylać zawartość dzbana na zewnątrz, ale zatrzymała się w połowie ruchu i albo o czymś marzy, albo obserwuje coś na ulicy.
[s. 87 i 88]



Rano sprzątnęłam stół, odstawiając szkatułkę na swoje miejsce, ostrożnie układając perły, list oraz kałamarz. [...] 
Dziewczyna pisząca list
Następnie jednym ruchem zadarłam niebieskie sukno tak, by tworzyło ukośne fałdy przy szkatułce. Trochę jej poprawiłam, a potem się cofnęłam. Fałdy naśladowały ułożenie lewej ręki żony van Ruijvena.[...]
- Powiedz, Griet, dlaczego zmieniłaś ułożenie obrusa? - spytał mnie takim tonem, jak wtedy, gdy pytał o warzywa.
Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
- Na stole musi być jakiś nieporządek, przeciwny spokojowi całej sceny - wyjaśniłam. - Coś, co drażniłoby oko. A jednak musi cieszyć oczy, dlatego fałda i ramię modelki wyglądają tak samo.
Milczał długo. Patrzył na stół. Czekałam, wycierając ręce w fartuch.
- Nie sądziłem, że nauczę się czegoś od służącej - powiedział w końcu.
[s. 126 i 128]


Koncert
- Młoda kobieta gra na wirginale. Ma na sobie żółto-czarny stanik, ten sam, w którym pozowała córka piekarza, białą satynową spódnicę i białe wstążki we włosach. Tuż obok stoi druga kobieta, która trzyma nuty i śpiewa. Ma na sobie oblamowaną futrem, zielomą podomkę i niebieską suknię. Między nimi widać siedzącego tyłem mężczyznę...
- Van Ruijvena - wtrącił ojciec.
- Tak, van Ruijvena. Widzimy tylko jego plecy, włosy i rękę na szyjce lutni.
- Dlatego, że tak źle gra - dodał ochoczo ojciec.
- Okropnie. Dlatego siedzi tyłem, żeby nie było widać palców na gryfie.
[s. 161-162]


I jeszcze tylko wspomniana w książce Tracy Chevalier Mleczarka..., ulubione dzieło Wisławy Szymborskiej, której wiersz jest moim "Cytatem na dziś"




Tracy Chevalier: "Dziewczyna z perłą". Zysk i S-ka, Poznań [2004], 216 s., tłum. Krzysztof Puławski


Okładka przedstawia kadr w filmu nakręconego na podstawie książki w roku 2003 przez Petera Webbera - pobrałam ją ze strony Merlina, a wszystkie zdjęcia obrazów pochodzą ze strony poświęconej Janowi Vermeerowi

wtorek, 27 marca 2012

Tęczowa wiosna 3

Szukając różnorodności gatunkowej wśród tęczowych książek natrafiłam na "Tęczę w kropli wody" Hanny Zdzitowieckiej, książkę, którą czytałam we wczesnym dzieciństwie. I dzisiaj przeczytałam ją ponownie po wielu latach - z niekłamaną przyjemnością, a nawet lekkim rozrzewnieniem. I okazało się, że wraz z  kilkoma pierwszymi słowami każdego opowiadania wracają z zakamarków pamięci te następne, wyjaśniające czytelnikowi zjawiska przyrodnicze i fizyczne łatwo i przystępnie. Dlaczego łódka z bibuły tonie szybko, z papieru pływa dłużej, a ta z kory nie tonie wcale? Ile trzeba kropelek deszczu, żeby zrobił się strumyczek na szybie? Z czego lepszy i trwalszy jest zamek - z piasku czy z gliny? Skąd wiemy, że ziemia jest okrągła? Skąd się wzięła muszka w kawałku bursztynu? Jak powstaje błyskawica w czasie burzy? Skąd się bierze rosa na trawie? To tylko kilka pytań, na które odpowiedź w zakresie zupełnie wystarczającym kilkuletnim szkrabom można znaleźć w tej książeczce. 
A ja znalazłam w niej też chwilę refleksji...

Kiedy ostatni raz leżeliśmy sobie na trawie i patrzyliśmy na chmury?

Najciekawsze są białe obłoki, podobne do kłębów waty. [...] Czasami układają się z nich wielkie góry, czasem zamki i pałace. To znowu koń z rozwianą grzywą galopuje po niebie. Albo pies z puszystym ogonem przysiadł na dwóch łapkach i służy.
Komu? Nie wiadomo. Może tej olbrzymce, której głowę widać na niebie. Jakie to śmieszne! Brzegi chmury układają się jak nos oglądany z boku i usta, i wielki kapelusz z rondem!
A kiedy się dwa obłoki spotkają, wtedy jest zabawniej, bo wydaje się, jakby jeden chciał pożreć drugiego, jakby dwa smoki z bajki napadły na siebie.
Kiedy indziej całe niebo wygląda jak ogromna, niebieska łąka. Na tej łące pasą się stada białych owieczek. ... [s. 20]


Zagonieni, krążący między pracą i domem, zarabianiem i gotowaniem, sprzątaniem i prasowaniem nie mamy czasu na relaks. Zwolnijmy. Podarujmy sobie odrobinę radości, wróćmy na chwilę do lat dzieciństwa i spójrzmy na otaczający nas świat oczami dziecka...


Hanna Zdzitowiecka: "Tęcza w kropli wody". Nasza Księgarnia, Warszawa 1961, 72 s.

Zdjęcie okładki znalazłam na stronie www.antykwariat.pl a to drugie  tu

poniedziałek, 26 marca 2012

Bez znieczulenia...

Ta książka zajęła mi jeden wieczór, dłuższy niż zwykle z powodu przesunięcia czasu, gdy zegarek mi pokazywał, że jest już późno, a organizm nie dał się oszukać. Spędziłam te godziny z "Lektorem" Bernharda Schlinka.


Niemcy, wojna, 15-latek i dojrzała kobieta. Ona mu pomogła, gdy zachorował, on jej przyszedł podziękować, gdy się lepiej poczuł. Z tej wdzięczności zgodził się czytać jej głośno swoje lektury... Od początku jednak chodziło nie tylko o czytanie. On się zakochuje miłością młodzieńczą, taką, z której intensywności sam sobie nie zdaje sprawy. Ona pewnego dnia znika bez słowa... Banał, romans, melodramat? Wcale nie. Bo w tle jest przecież wojna. Po kilku latach Michael, teraz już student, widzi ją znowu, w miejscu, w którym nigdy by się jej zobaczyć nie spodziewał - na ławie oskarżonych w procesie o zbrodnie wojenne. I cała intensywność uczucia, uśpiona w ciągu tych minionych kilku lat, wraca. Ale tym razem odmieniona: czy można czuć sympatię do zbrodniarki? Jak mogłbym współczuć osobie, która jest winna, sama się zresztą do winy przyznaje... ? Jak w ogóle mogła robić to, o co jest oskarżona? Siedząc przez wiele tygodni na sali sądowej i obserwując proces zakończony skazaniem Hanny, Michael podejrzewa sam siebie o stan znieczulenia, takiego, które pozwala mu spojrzeć na ten proces, swoją przeszłość i generalnie problem winy zbrodniarzy wojennych z boku i - jak sądzi - objektywnie.

Na zewnątrz przesuwały się domy, ulice, samochody, drzewa, a w oddali góry zamki i kamieniołomy. Postrzegałem to wszystko i nic nie czułem. Nie bylem już obrażony na Hannę, że mnie opuścila, zwiodła i wykorzystała. Nie musiałem łamać sobie nad nią dłużej głowy. Czułem, jak znieczulenie, z którym obserwowałem okropieństwa rozprawy, opanowywało moje uczucia i myśli z ostatnich tygodni. Stwierdzenie, że byłem z tego rad byłoby zbyt daleko idące. Miałem jednak wrażenie, że tak było dobrze. Że to umożliwiało mi powrót do codzienności i dalsze codzienne życie. [s. 155]

Tak jednak nie było, Michael nie przestaje analizować swojego uczucia, procesu, problemu odpowiedzialności za siebie i za swoich rodziców. I zadaje sobie pytania, mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Tych pytań nie kończy stawiać nigdy, przez nieudane małżeństwo i inne związki z kobietami, przez zawodowe życie historyka prawa, przez wiele godzin spędzonych nad książkami z mikrofonem magnetofonowym w ręce, kiedy nagrywał dziesiątki kaset i wysyłał je Hannie do więzienia. Nie przyszło mu łatwo robić to, co dla naczelniczki tego więzienia wydawało się prostym i jedynym rozwiązaniem.
Dla Michaela nic nie jest proste, niczego nie bierze na wiarę, nie ucieka ...

Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć. A przeszłość, do której dotarłem jako historyk prawa, nie była w mniejszym stopniu wypełniona życiem niż teraźniejszość. Nie jest również tak, jak mogłaby przypuszczać osoba stojąca z boku, że ktoś obserwuje jedynie minioną pełnię życia, uczestnicząc w teraźniejszej. Zajmować się historią oznacza budować pomosty między przeszłością a teraźniejszością, obserwować obydwa brzegi i być na nich aktywnym... [s. 174]

Bernhard Schlink: "Lektor". Wydawnictwo Polsko-Niemieckie, Warszawa 2001, 208 s., tłum. Maria Podlasek-Ziegler

Okładka książki pochodzi ze strony Poczytaj.pl

sobota, 24 marca 2012

Tęczowa wiosna 2


I już przeczytałam drugą tęczową książkę, tym razem jest to "Blondynka wśród łowców tęczy" Beaty Pawlikowskiej. Łowcy tęczy... ładne sformułowanie, a tym łowcą jest szaman znad Orinoko..., czyli jesteśmy w Ameryce Południowej, w amazońskiej dżungli.

Lektura wciągnęła mnie, bywały momenty, że spoglądałam w górę, żeby się upewnić, że mam tam swojski, własny, gładki i bielutki sufit a nie plątaninę gałęzi, z których za chwilę spadnie mi na głowę  chmara owadów i robactwa wszelkiej maści. :-)
No właśnie, nie wiem, czemu książki kilkorga innych zapalonych podróżników mogę czytać niemal w każdej sytuacji i okolicznościach, a Pawlikowskiej nie daję rady czytać przy jedzeniu? Trudno mi się je, skoro posiłkowi towarzyszą robale, brud, piranie i masato... :-)
Miałam więc podczas czytania swoistą huśtawkę - raz krzywiłam się na opisy zmagań z owadami, muszkami, karaluchami i tradycyjnymi napojami Indian, innym razem uważnie wczytywałam się w opisy takie jak ten:

Wschód słońca nad amazońską rzeką to jeden z najpiękniejszych widoków świata. Niebo  nabiera najpierw koloru soczyście granatowego. Gwiazdy bledną. Nad horyzontem pojawia się maleńka różowa kreska. Z dżungli wychodzą mgły i ścielą się leniwie nad rzeką, jak gdyby nie były pewne czy wolą spaść i utonąć, czy wzlecieć ponad drzewa. Przez kilka chwil rzeka i puszcza są jednakowo błękitnoszare, mgliste, wilgotne i zagadkowe; motyle o kosmicznie i elektrycznie niebieskich skrzydłach wpadają w stan nieważkości, powietrze pachnie jak świeżo rozkrojony arbuz, a cykady ze swoich instrumentów wydają ostatnią nutę szorstką,  przeciągłą i zapadającą w milczenie... A potem nagle chórem zaczynają wrzeszczeć ptaki, kumkać żaby, szczekać małpy, gwizdać tapiry i chrumkać kapibary. Znad dżungli wyłania się ogromne czerwone słońce. [s. 112]

Pięknie..., ale zanim nadejdzie taki niezapomniany wschód słońca, jest noc, a noc w dżungli jest jak wędrówka po zoo, w którym zgaszono światła i otwarto wszystkie klatki. [s. 73]

Nie można pani Pawlikowskiej odmówić inwencji i pomysłowości w przedstawianiu swoich przygód i ubieraniu w słowa swoich wrażeń i emocji. A ja tak sobie myślę, że mimo wszystko nie jest źle, że jedyną dżunglą, jaką znam, jest ta miejska. :-) 
Chociaż jednego zazdroszczę na pewno - to "jungle time"... Czas w Amazonii biegnie swoim rytmem. Powoli. Nikt się tu do nikąd nie spieszy, nikt się nie stresuje tym, że coś jeszcze nie zostało zrobione, upolowane albo dostarczone. Wszystko co możesz zrobić dzisiaj - zrób dzisiaj, a jeśli ci się nie uda - zostaw to na jutro... [s. 47]



Beata Pawlikowska: "Blondynka wśród łowców tęczy". Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2002, 215 s.



Zdjęcie okładki znalazłam w Książkolandii a wschodu słońca nad Amazonką na stronie  Amazonka 2009 

wtorek, 20 marca 2012

Tęczowa wiosna 1

Wiosna! I moja prywatna metoda jej uczczenia, czyli tęczowa wiosna - trzy książki z tęczą w tytule. 

Pierwszą część akcji zrealizowałam pomyślnie, starałam się tak zaplanować swoje lektury, żeby właśnie pierwszego dnia wiosny skończyć pierwszą tęczową książkę: jest to "Tęcza Sześć". Tytuł tytułem, sama książka jednak bardzo wiosenna nie jest, nikt by chyba zresztą Toma Clancy'ego o wiosenne fabuły nie podejrzewał. :-)
W "Tęczy Sześć" mamy terroryzm i specjalny oddział antyterrorystyczny. Mamy ekologów, Przyjaciół Ziemi, którzy wymarzyli sobie planetę słabo zaludnioną i cudownie zieloną, z bogatą fauną i florą. No, ale co zrobić z tymi miliardami ludzi, którzy już zdążyli tu zamieszkać i teraz doprowadzają Ziemię "do zagłady" nadmiernie czerpiąc z jej bogactw i niszcząc atmosferę, zanieczyszczając środowisko, trzebiąc lasy...? Jest na to rada - Sziwa. Szybki i prosty sposób przetrzebienia ludności do wymaganej ilości, która będzie się cieszyć życiem, nie nadwerężając zasobów Ziemi. Projekt, który mógł się zrodzić tylko w umyśle szaleńca, a tu ten szaleniec zdołał zebrać wokół siebie ludzi i fundusze. Na szczęście jest też doskonale wyszkolona i przygotowana do akcji w każdych warunkach Tęcza Sześć.
Akcja książki jest tak poprowadzona, że nie ma miejsca na tajemnice i zagadki, równolegle wprowadzany jest doborowy oddział komandosów oraz grupa tych, którzy Ziemię i jej dobro stawiają ponad wszystkim innym, realizując swój plan w sposób nie do zrozumienia i akceptacji. I dobrze, że nie udaje im się wykonać stawianego sobie zadania. A antyterroryści? Jakie znaczenie dla ich działań może mieć całkiem niewinna fajka?

Tom Clancy: "Tęcza Sześć". Buchmann, Warszawa 2011, 720 s., tłum. Krzysztof Sokołowski i  Andrzej Zieliński 

Okładkę książki pobrałam ze strony Empiku.

wtorek, 6 marca 2012

Nigdy nie jest za późno na szukanie siebie


W przeciętnych rodzinach jest to moment nieunikniony..., dzieci dorastają i opuszczają dom, studia, praca, potem samodzielne życie...

Przychodzi zatem taka chwila, gdy dotychczas bardzo zajęta pani domu przestaje być mamą na cały etat. Jeżeli nie ma nic w zamian, pozostaje pustka. Bo przecież przez wiele lat nie zajmowała się sobą i swoimi zainteresowaniami, porzuciła swoje pasje na rzecz zebrań w szkole, kółka rodzicielskiego, meczów małej ligi albo innych zajęć, w których uczestniczyły jej dzieci. Nagle zostaje dom, za duży i pusty, i mąż, który przecież jest tym jedynym i kochanym, ale... kiedy ostatni raz byli sobie bliscy? Kiedy mieli czas i ochotę na spędzenie ze sobą kilku godzin? O czym mieliby ze sobą rozmawiać? Co właściwie łączy dwoje ludzi po ponad dwudziestu latach małżeństwa? Przyzwyczajenie. Wygoda i pewność spokojnej egzystencji w letniej temperaturze, w której, co prawda, zmarznąć nie można, ale i ogrzać się też nie. Powtarzane sobie często "kocham" - słowo, którego wymowa zdążyła się zatrzeć z biegiem lat...
W takiej sytuacji znalazła się Elizabeth, bohaterka książki Kristin Hannah: "Odległe brzegi". Ma do wyboru życie dalej tak, jakby nic się nie zmieniło albo próbę odszukania w sobie tych dawnych marzeń i pasji, zainteresowań i hobby, które kiedyś stanowiły ważny element codzienności. I Elizabeth decyduje się na taką próbę....
Czy uda jej się odnaleźć siebie?

Kristin Hannah: "Odległe brzegi". Świat Książki, Warszawa 2005, 383 s., tłum. Bożena Krzyżanowska


Okładkę książki pobrałam z strony wortalu literackiego "granice.pl".

piątek, 2 marca 2012

Zemsta jest rozkoszą bogów i lepiej niech już tak pozostanie


To powiedzenie o zemście, która jest rozkoszą nie dla ludzi, zawiera w sobie wiele prawdy. Mogła się o tym przekonać bohaterka powieści Sidneya Sheldona: "Niezawodny plan", Leslie Stewart. 

Całe swoje życie podporządkowała jednemu celowi: zemścić się na tym łotrze, który porzucił ją dwa dni przed ślubem, kiedy to zrezygnował z miłości na rzecz kariery. Kariery niebłahej, trzeba to przyznać, bo teść, załącznik do żony, znacznie ważniejszy niż ona sama, zrobił co mógł, żeby posadzić swego obiecującego zięcia w najważniejszym fotelu w państwie, ba, w świecie. Oczywiście, nie za darmo, teraz pan kongresmen pociąga za sznureczki ku radości swojej i swoich partnerów biznesowych i z wymierną korzyścią dla ich kont w bankach. Sielanka? Pewnie by tak było, tylko, że tam, za plecami pana prezydenta czyha porzucona narzeczona, podstępnie realizująca swój plan zemsty doskonałej. A że okoliczności i otoczenie obiektu knowań jej w tym nieświadomie pomagają, to tym lepiej. Albo gorzej. O tym przekonuje się Leslie dopiero wtedy, gdy spełnia się przepowiednia zapisana w gwiazdach: "Będzie pani jeszcze bardziej sławna niż teraz. Cały świat pozna pani imię". Taaak, czasami lepiej, żeby przepowiednie się nie sprawdzały. :-)


Sidney Sheldon: "Niezawodny plan". Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, 298 s., tłum. Wiesława Schaitterowa.

Okładkę książki pobrałam ze strony wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...