środa, 29 lutego 2012

Gdyby nikt nigdy nie poszedł za głosem ducha...


..., nie zapuszczał się w nieznane krainy, jakim nudnym miejscem byłby ten nasz świat! 

Tak napisała do swojego brata, Harolda, Grace, bohaterka książki Barbary Wood: "Zielone miasto w słońcu", gdy ten namawiał ją do powrotu do Anglii, tam, gdzie jest jej miejsce... I sama to hasło realizowała przez całe dorosłe życie, gdy zdecydowała się opuścić Anglię i, na przekór rodzinie, obyczajom i tradycji, nie tylko wyjechać do Kenii, towarzysząc swojej bratowej w drodze do nowego afrykańskiego domu, ale i tam pozostać, mimo że na pomoc i wsparcie swojego drugiego brata, dobrze już zadomowionego w Kenii Valentine'a,  nie mogła liczyć... Nie był to łatwy wybór, ale Grace nigdy nie szukała łatwej i wygodnej ścieżki, po której mogłaby spokojnie i beztrosko przejść spacerkiem przez życie;  kobieta niezamężna (o zgrozo!), a do tego  lekarka, to była w tamtych czasach rzadkość... I Grace została w Kenii nie z obowiązku, a przede wszystkim  dlatego, że pokochała to nie rozpieszczane przez Bogów miejsce na ziemi. Miejsce, gdzie kolor skóry jest ważniejszy niż wszystko inne, gdzie cywilizacja jeszcze nie dotarła, a przesądy i zabobony rządzą życiem i śmiercią, gdzie tseha potrafi całkowicie zmienić los. Bo wiara w klątwę sprawia, że nieszczęścia naprawdę się przydarzają... A Grace nie żyje w oderwaniu od otoczenia, wprawdzie jej towarzystwo pochodzi, jak ona, z Anglii, ale jej życie miesza się z życiem Kikujów, wśród których pracuje i zdobywa sobie ich najpierw niechętny, potem szczery szacunek. I jakoś przetrwa przez burzliwe dzieje Kenii, powstanie Mau Mau, odzyskanie przez Kenię niepodległości...
Po wielu latach, już współcześnie, mówi jeden z bohaterów do jej ciotecznej wnuczki, Debory: Wszyscy mamy dwa życia: jedno, do którego się urodziliśmy, i drugie, które sami sobie wyszukujemy i budujemy.
Dobre słowa na zakończenie tej notatki... :-)


Barbara Wood: "Zielone miasto w słońcu". Prószyński i S-ka, Warszawa [2007], 776 s., tłum. Zofia Kierszys


Okładkę książki skopiowałam ze strony wydawnictwa


sobota, 18 lutego 2012

Z niektórych książek się wyrasta


Są książki, które można czytać przez całe życie i w każdym wieku. Mówi się o nich, że są dla dzieci od lat 3 do 100. Niektóre poznałam w dzieciństwie i wciąż jeszcze do nich czasami wracam, mimo że całe fragmenty znam na pamięć. Inne czytałam po raz pierwszy całkiem niedawno, z przyjemnością przenosząc się w dziecięcy i młodzieżowy świat. I dotychczas tak właśnie oceniałam książki Josteina Gaardera, uważając, że każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Kiedy więc zobaczyłam na bibliotecznej półce "Magiczną bibliotekę Bibbi Bokken" Josteina Gaardera i Klausa Hagerupa, to nie zważałam na fakt, że jest to książeczka adresowana do nastolatków, tylko dodatkowo skuszona tytułem wyjęłam ją z torby natychmiast po zajęciu miejsca w tramwaju. I przeczytałam ją w czasie długiej jazdy przez moje zakorkowane miasto. I tak sobie teraz myślę... Przeczytałam z zainteresowaniem, naprawdę chciałam wiedzieć (powiedzmy, upewnić się, bo dość szybko zaczęłam się domyślać rozwiązania zagadki), jaką tajemnicę skrywa tytułowa biblioteka, poza tym podobał mi się zabieg autorów polegający na poprowadzeniu narracji dwuosobowej, najpierw poprzez książkę z listami pisanymi do siebie przez głównych bohaterów, spokrewnionych ze sobą nastoletnich detektywów amatorów, Berit i Nilsa, a następnie przez naprzemienne ich monologi. A mimo to miałabym kłopot, gdyby ktoś mi kazał tę książkę ocenić. Dla nastolatków, do których jest adresowana, zwłaszcza tych, które lubią książki o książkach,  to bardzo dobra lektura i gdybym miała w rodzinie dziecko w tym wieku, to bym je namawiała do przeczytania książki. Cóż, ja dzieckiem już nie jestem i wiem, jaka jest różnica między bibliografem a bibliofilem, wiem, że inkunabuł to nie kołyska, co to jest seria wydawnicza i klasyfikacja Deweya..., o tych i podobnych odkryciach dokonywanych przez młodych bohaterów czytałam zatem z lekką nostalgią, ale i pobłażaniem, upominając samą siebie, że to dzieci i mają prawo nie wiedzieć, i dobrze, że chcą się dowiedzieć ...  Dlatego to książka nie dla mnie i gdybym musiała ją ocenić, to brałabym pod uwagę różne aspekty. Na szczęście - nie muszę... :-)



Jostein Gaarder, Klaus Hagerup: "Magiczna biblioteka Bibbi Bokken". Jacek Santorski & Co, Warszawa [1998], 181 s., tłum. Iwona Zimnicka


[Okładkę książki skopiowałam ze strony wydawnictwa]

czwartek, 16 lutego 2012

Czas dla starych przyjaciół

Akurat ta książka Małgorzaty Musierowicz - "Tygrys i Róża" -  nie jest moją ulubioną  częścią  "Jeżycjady". Niemniej w każdym tomie cyklu znajduję coś dla siebie: specyficzny klimat jednej z dzielnic mojego miasta i książki, książki, książki..., wspaniałą domową bibliotekę oraz bardzo zaraźliwą atmosferę sprzyjającą czytaniu. 




"Natalia zajrzała jeszcze do Babi, która też dzisiaj wyglądała raźniej. Leżała sobie w czystym łóżku, uczesana starannie i ubrana w świeżą koszulkę z falbanką wokół szyi. Czytała grubą książkę o apetycznie wytartej okładce. 
- „Dusza zaczarowana", Rolland - wyjaśniła w odpowiedzi na pytające spojrzenie córki. - Postanowiłam ją sobie przypomnieć. Kiedyś bardzo lubiłam tę Anetkę Riviere. 
- Ostatnio masz serię lektur reminiscencyjnych - zauważyła żartobliwie Natalia, na co Babi spojrzała znad okularów i powiedziała poważnie: 
- Bo zdałam sobie sprawę, że w moim późnym wieku czytam wciąż książki nowe, a dla starych przyjaciół nie starcza mi czasu. Może się zdarzyć, że już nie zdążę do nich wrócić. A potem, w zaświatach, będę za nimi tęskniła. 
- A za kim najbardziej będziesz tęskniła? - zainteresowała się Natalia. - Bo ja chyba za Małą Dorrit. 
- A ja - za Krystyną, córką Lavransa. 
- To ja już raczej za Lavransem. 
- Albo za Ignacym Rzeckim - powiedziała Babi z zapałem. - O, albo za księciem Myszkinem. I przede wszystkim - za Soamesem Forsythem. 
- Co?! Za nim?! No, coś ty - raczej za Ireną Heron! 
- Irena - oświadczyła babcia gniewnie - była zimna. Trudno za nią tęsknić. Skrzywdziła Soamesa, zraniła go na zawsze. On miał w sobie jednak wiele szlachetności. Zawsze mi go było żal. 
- Rzecki, Myszkin, Soames - wyliczała Natalia. - Same męskie pokraki albo nieudacznicy. Nie masz jakiejś kandydatury prawdziwego mężczyzny? 
- Kmicic - rozmarzyła się Babi. 
- Heathcliff? - podsunęła Natalia. 
- Wokulski! - krzyknęła z kuchni Gabrysia. - Chodźcie na herbatę! 
- Bohun - rzuciła Babi, wstając z pomocą Natalii. - Bogumił z „Nocy i dni". 
- Konrad Wallenrod? - powiedziała Natalia niepewnie. 
- Jan Bohatyrowicz! - dorzuciła Gabrysia, kiedy już pojawiły się obie w kuchni. 
- Pan Rochester z „Jane Eyre" - stanowczo podkreśliła Babi, siadając za stołem. 
Około pierwszej wciąż jeszcze o tym rozmawiały, siedząc we trzy przy wielkim kuchennym stole... "




Ten fragment "Tygrysa i Róży" powiedział wszystko. :-) 




Cytat pochodzi z książki Małgorzaty Musierowicz: "Tygrys i Róża". Akapit Press, Łódź 1999, 159 s.


[Wcześniej zamieściłam ten fragment w moim czytatniku w BiblioNETce]

wtorek, 14 lutego 2012

Mól książkowy wczoraj, dziś i ... jutro

Zawsze muszę się uśmiechnąć, gdy widzę obraz "Der Bücherwurm" Carla Spitzwega. Wspaniała biblioteczka, półki regałów uginające się pod ciężarem wielu ksiąg..., we fraczku siwowłosy pan, który nawet nie zszedł z drabinki, żeby nie tracić czasu, bo musiał czytać już, od razu.

Całkiem niedawno zobaczyłam "ten" obraz w innej wersji, autorstwa Gerharda Herderera. "Moderner  Bücherwurm" jest bardzo podobny na pierwszy rzut oka, też są regały, jest siwowłosy pan w garniturze, stoi na drabince i, tak jak tamten, jest zaczytany... 


Ale gdzie są te księgi?? No tak, wszystko się wyjaśnia, gdy spojrzymy uważniej na "książkę", którą ten pan trzyma w ręce... 


Idzie nowe, książki drukowane znikają z półek, zastępowane przez ebooki i audiobooki. Bo wygodniej, bo nowocześniej, bo nie trzeba nosić ciężkiego papieru, bo słuchać można na ulicy i w tramwaju, a przecież na czytanie nigdy nie ma czasu... Rozumiem, rozumiem... Trzeba iść z duchem czasu...  A jednak mi żal... I mam nadzieję, że jeszcze długo nie będziemy mówić o drukowanych książkach jako o reliktach przeszłości. Bo wtedy pozostanie mi już tylko zanucić za Bułatem Okudżawą...

Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno,
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład,
A przecież mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin...



[Zdjęcie obrazu "Der Bücherwurm" pochodzi ze strony scc.pinehurst , natomiast to drugie znalazłam tutaj]


czwartek, 9 lutego 2012

Pieniądze szczęścia nie dają ...?


Po "Złoty deszcz" sięgnęłam, szukając książki, która spełniałaby warunki akcji "Kolorowy rok - kolorowe czytanie". Jest już połowa lutego, a ja mam do "nadrobienia" jedną kolorową książkę, dlatego nie zastanawiałam się zbyt długo, gdy trafiłam na powieść obyczajową pary autorów kryjących się pod pseudonimem Judith Michael. Zaczyna się jak w bajce o złotej rybce, spełniającej odwieczne życzenie... Bohaterka "Złotego deszczu" wygrywa na loterii, bagatela, 60 milionów dolarów. Etap życia, kiedy nie miała czym opłacić czynszu, rachunków i zaspokoić potrzeb swoich i swojej córki się skończył. Zaczął się nowy, od wielkiego bum. Jak to w życiu bywa, pieniądze zawróciły jej w głowie, spowodowały też napływ wszelkiego rodzaju krętaczy i naciągaczy, pasożytów, ludzi z "pasjami" wszelkimi, z potrzebami prawdziwymi i wymyślonymi..., trudno się opędzić od takich, najczęściej zbyt nachalnych petentów. 
Kiedy o tym czytałam, w puli Lotto było 35 milionów, przyznam, że zastanowiłam się przez chwilkę, po co ja ten kupon wysyłałam, bo może będę miała "pecha" i wygram ... :-))

No, ale u nas nie robi się wokół zwycięzców w Lotto takiego szumu medialnego, jak to się stało w  powieści, gdzie reporterzy nie tylko lokalnych tabloidów i stacji telewizyjnych bezpardonowo walczyli o pierwszeństwo i wyłączność do nagrań i wywiadów.
Bardzo szybko i matka, i córka mają dosyć nieustannie dzwoniącego telefonu, intruzów wciskających się siłą do mieszkania, wystających przed drzwiami i na ulicy; jedynym sposobem jest zniknięcie z horyzontu. Claire i Emma, wraz z jedną z nowych znajomych, znikają... na statku na Alaskę.
Problem jednak w tym, że panie mogą uciec od dotychczasowego otoczenia, życia i domu, ale nie mogą od siebie samych. Dotychczas wiodły bardzo skromne, wręcz ubogie, ale uczciwe i prostolinijne życie. Nie wiedzą więc, że nie każdemu nowemu znajomemu mogą zaufać, że nie powinny szczegółowo opowiadać przypadkowo spotkanym ludziom o sobie, swoim majątku i rodzinie, nie widzą, że stają się łatwym obiektem manipulacji, przyjmując z wiarą i naiwnością wszystko, co się wokół nich dzieje. A to nie może się dla nich dobrze skończyć. I przyznam, że mnie, osobie dość realnie i trzeźwo patrzącej na świat, czytało się tę powieść z trudem, bo mnie denerwowała schematyczna akcja, łatwe do przewidzenia reakcje i zachowania bohaterów, ich nieskomplikowane portrety psychologiczne ... 

Czytając zadawałam sobie pytanie: to jak to w końcu jest, dają te pieniądze szczęście, czy nie? 

Czy świat dotychczas niedostępny dla Claire i jej córki, świat wielkich pieniędzy i wielkiego biznesu, spełni ich oczekiwania i sprawi, że będą miały satysfakcję z tego, co i jak robią? I wreszcie, czy sprawdzi się to, co tak stanowczo deklarowała Claire zaraz na początku - że wygrana nie zmieni jej jako człowieka, a tylko warunki, w których żyje?


Judith Michael: "Złoty deszcz". Amber, Warszawa 1994, 478 s., tłum. Grażyna Jagielska

środa, 1 lutego 2012

Wisława Szymborska



Pamiętam, jak niemal dwa lata temu siedziałam późnym wieczorem, oglądając film dokumentalny Katarzyny Kolendy-Zaleskiej "Chwilami życie bywa znośne". W czasie przerw na liczne reklamy zaczęłam sobie robić notatki, żal mi było, że zatrze mi się w pamięci obraz poetki, skromnej i pogodnej starszej pani o ogromnym poczuciu humoru. Swoje zapiski zamieściłam wtedy, 1 marca 2010, w BiblioNETce i dzisiaj odszukałam je, gdy dowiedziałam się o śmierci pani Szymborskiej. 

***   ***   ***

"Ona żyje jeszcze?" - spytała Wisława Szymborska, gdy Katarzyna Kolenda-Zaleska zwierzyła się jej w pierwszej scenie filmu, że po 15 latach dziennikarskiej pracy zaproponowano jej zrealizowanie projektu z… Wisławą Szymborską… 

Ten film to "przewrotny portret Wisławy Szymborskiej"… bardzo, moim zdaniem, udany debiut Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. 

Widzimy Wisławę Szymborską w czasie podróży po świecie - bezpretensjonalną, skromną ale swobodną panią: 

- wymyślającą frywolne limeryki 
- palącą papierosy z powodów… erotycznych (tak o początkach swojego nałogu opowiadała swojemu sekretarzowi Michałowi Rusinkowi) 
- dzielącą swoje życie na to "do tragedii sztokholmskiej" i "po tragedii sztokholmskiej", dbającą o to, by pozostać osobą, a nie stać się osobistością 
- domagającą się od Michała Rusinka, by wjechał samochodem pod górę cichutko, czyli na wyłączonym silniku 
- lubiącą kicz 
- interesującą się polityką (Vaclav Havel), ale przyznającą się, ze wstydem, do braku świadomości politycznej młodej poetki i autorstwa wiersza "Ten dzień" (1953) 
- kolekcjonującą zdjęcia siebie pod tablicami z dziwnymi nazwami miejscowości 
- wielką sympatyczkę Andrzeja Gołoty, bo to "prawdziwy mężczyzna". 

Woody Allen, Umberto Eco, Jerzy Pilch, prof. Henryk Markiewicz, Grzegorz Turnau, Ewa Lipska, Jane Goodall i inni… 

- "dowcipna i mądra" (Woody Allen) 
- "to jest czysta przyjemność" (Woody Allen o wierszach Wisławy Szymborskiej) 
- "w prosty, nieskomplikowany sposób pisze o rzeczach najważniejszych" (Umberto Eco) 
- "jest zewsząd i znikąd, jest przynależna do każdej przestrzeni" (Grzegorz Turnau) 
- "przyzwoitość, to jej poglądy" (Joanna Szczęsna, dziennikarka) 

Sama Wisława Szymborska zapytana, dlaczego pisze poezje, odpowiada z rozbrajającą szczerością: a to ja tego nie wiem… […] piszę wiersze tak, jak by się głośno myślało. 

Dodatkowym atutem filmu jest dla mnie ścieżka dźwiękowa. 

"Ella w niebie 
Modliła się do Boga, modliła gorąco, 
żeby z niej zrobił białą szczęśliwą dziewczynę. 
A jeśli już za późno na takie przemiany, 
to chociaż, Panie Boże, spójrz ile ja ważę 
i odejmij mi z tego przynajmniej połowę. 
Ale łaskawy Bóg powiedział Nie. 
Położył tylko rękę na jej sercu, 
zajrzał do gardła, pogłaskał po głowie. 
A kiedy będzie już po wszystkim - dodał - 
sprawisz mi radość przybywając do mnie, 
pociecho moja czarna, rozśpiewana kłodo." 

[z tomiku "Tutaj"] 

***   ***   ***

Taką właśnie panią Wisławę Szymborską chciałabym zapamiętać.


[Zacytowane notatki pochodzą z BiblioNETki , pierwsze zdjęcie z Wikipedii a drugie ze strony Rzeczpospolitej]

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...