poniedziałek, 30 stycznia 2012

W każdej rodzinie są pewne reguły…


Także w tej, przedstawionej przez Guya Burta w powieści "Sophie".
A rodzina ta od początku wydaje się jakaś dziwna. Mieszka na odludziu, w domu oddalonym od innych tak, że całymi dniami można nie spotkać nikogo. Ojciec przyjeżdża tak rzadko, że dzieci niemal go nie znają. Matka spędza całe dnie w ponurym salonie. Dzieci zdane są całkowicie na siebie. Starsza siostra od najwcześniejszego dzieciństwa opiekuje się swoim braciszkiem, wręcz mu matkuje. Jest bardzo inteligentna, co  dla świętego spokoju ukrywa przed światem. Wykorzystuje jednak tę swoją inteligencję do kształtowania relacji rodzinnych. Bo to ona, już jako kilkuletnie dziecko, rządzi w tej rodzinie. Matka podporządkowuje się jej woli bez protestów i prób zmiany tych relacji. Czemu dorosła kobieta nawet nie próbuje przeciwstawić się swojej córce? Co takiego wie o niej to dziecko? Jedynie młodszy brat, Mattie, ma świadomość, jaki potencjał drzemie w jego siostrze. Czy tylko to sprawia, że tak bardzo uzależnia się od siostry? Pozwala, by to ona decydowała o wszystkim, co robią, gdzie i jak spędzają całe dnie…? Chłopiec kocha ją bardzo, z czasem o wiele za bardzo, bo miłość ta zaczyna się przeradzać w obsesję. Dla niego z pewnością świat się skończy, gdy kilkunastoletnia Sophie wyjedzie do szkoły z internatem… Sophie zdaje sobie z tego sprawę, ona nigdy nic nie pozostawia przypadkowi, więc i teraz decyduje się rozwiązać niektóre kwestie ostatecznie. W część swojego planu wtajemnicza brata...
Akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, współczesnej i przeszłej, tkanej ze wspomnień dorosłego Matta, którymi dzieli się on ze swoją siostrą pewnej burzowej nocy w zapuszczonej kuchni zrujnowanego domu, tego samego, w którym oboje spędzili dzieciństwo.  Stopniowo okazuje się, że nic nie jest tym, czym zdawało się być, że bohaterowie nie są tymi i takimi ludźmi, jakich sobie podczas czytania wyobrażałam. I powoli powstaje nowy obraz, wciąż pełen niedopowiedzeń i podtekstów. Nie znalazłam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, ale  mimo to uważam, że warto było je sobie postawić.


Guy Burt: "Sophie". Wydawnictwo "Książnica",  Katowice 2004, 221 s., tłum. Barbara Korzon.

[Zdjęcie okładki pochodzi ze strony Taniej Książki ]

sobota, 28 stycznia 2012

Zbrodnia z dobrego serca

To moje kolejne spotkanie z noblistą, tym razem jest nim Anatol France. Jego "Zbrodnia Sylwestra Bonnard" zawiera dwie minipowieści, połączone osobą głównego bohatera i formą pisanego przez niego pamiętnika. Do przeczytania tej niewielkiej książeczki zachęcił mnie dodatkowo fakt, że ów bohater jest bibliofilem, posiadającym gromadzoną przez całe życie bardzo bogatą bibliotekę. A ja lubię takie książki.
I nie zawiodłam się. "Zbrodnia..." okazała się bardzo sympatyczną lekturą.

Sylwester Bonnard jest starszym panem, który o sobie i swoim życiu mówi tak: "Dla mnie na świecie istnieją tylko słowa, tak dalece jestem filologiem! Każdy na swój sposób marzy o życiu. Ja sen życia przemarzyłem w mojej bibliotece i gdy nadejdzie pora pożegnać się z tym światem, oby Bóg zabrał mnie z mojej drabinki, sprzed półek zapełnionymi książkami!". [s.88]

W swoim pamiętniku pan Bonnard opowiada o codziennym życiu oraz o niecodziennych wydarzeniach w sposób niespieszny, językiem dzisiaj już nieco archaicznym, stylem właściwym prawdziwym erudytom, do których zresztą się zalicza, jest bowiem uczonym, członkiem Akademii Francuskiej i uznanym badaczem starych rękopisów.  
Pan Bonnard obserwuje otaczający go świat, ludzi i samego siebie z dystansem, patrzy na wszystko spod lekko przymrużonych powiek i komentuje z dużą dozą humoru, a chwilami nawet ironii. I czytając jego notatki łatwo mi było wyobrazić sobie tego starszego pana, miłego i dobrodusznego, trochę rozkojarzonego i niezaradnego, jak każdy uczony. Wyobrazić sobie i polubić.

A tytułowa zbrodnia? Czy ktoś taki jak pan Bonnard mógłby popełnić zbrodnię? Czy w ogóle byłby do tego zdolny? Co miał na myśli Anatol France? 
Dla mnie jedyną przewiną pana Bonnarda jest to, że ma dobre, wrażliwe serce.




Anatol France: "Zbrodnia Sylwestra Bonnard". Książka i Wiedza, Warszawa 1983, 269 s., tłum. Jan Sten

[Okładka książki pochodzi ze strony antykwariatu MIT a zdjęcie pisarza z Wikipedii]

niedziela, 22 stycznia 2012

Cały świat wcale nie musi być wielki

Najpierw był film Giuseppe Tornatore z piękną muzyką Ennia Morricone, potem trafiłam na niewielką książeczkę "Jedwab" i wtedy, szukając innych książek autorstwa Alessandra Baricco, dowiedziałam się, że wspomniany film "1900: Człowiek  legenda" jest adaptacją monodramu "Novecento. Monolog". Ta niepozorna książeczka wydana została nie bez powodu w serii "Mała proza", jej lektura zajęła mi kilkadziesiąt minut, ale myślę, że w głowie zostanie mi znacznie dłużej.

Dla Novecento statek był domem i całym światem, nigdy nie zszedł na ląd, ani na chwilkę. Nie miał dokumentów, metryki, paszportu, żadnego z tych i innych jeszcze atrybutów cywilizowanego człowieka. Czy jednak można w związku z tym wysnuć wniosek, że był niecywilizowanym dzikusem? Nie, nigdy! Nocevento był genialnym muzykiem samoukiem, o jego grze narrator, sam muzyk, powiedział: "Był naprawdę największy. My graliśmy, on był czymś innym. On grał... To nie istniało, póki on tego nie zagrał, okay? Tego nigdzie nie było. A kiedy wstawał od fortepianu, to przestawało istnieć... znikało na zawsze..." [s. 14]

Tak jak to, co w czasie gry wypełniało myśli pianisty: podróże, pociągi, samochody, piękne kobiety i wspaniałe krajobrazy,  zapachy i dźwięki. Świat, którego nie powinien znać, bo skąd?  "Świata, być może, nie widział nigdy. Ale od dwudziestu siedmiu lat świat przewijał się przez ten statek: i od dwudziestu siedmiu lat on go na tym statku podpatrywał. I kradł mu duszę. [...] Co dzień dorzucał mały fragmencik do tej ogromnej mapy, która układała mu się w głowie, ogromna mapa świata, całego świata, z jednego krańca po drugi, wielkie miasta i bary w zaułkach, długie rzeki, kałuże, samoloty, lwy, cudowna mapa. A potem, niby Bóg, odbywał po niej podróże, podczas gdy palce prześlizgiwały się po klawiszach, muskając pieszczotliwie serpentyny ragtime'u" [s. 30]

A potem nagle decyzja... Novecento, którego nikomu wcześniej nie udało się namówić, by zszedł na ląd w którymś z wielu portów, by zobaczył to, co zawsze widział tylko oczami wyobraźni, nagle postanawia, że opuści statek w Nowym Jorku, po to, by zobaczyć... morze. On, który całe życie spędził na morzach i oceanach. Chciał zobaczyć morze takim, jakie widzą ludzie podchodzący do portu i na brzeg.

Niełatwa była to decyzja, jeszcze trudniej wykonać taki, dla innych bardzo łatwy do wykonania, wręcz oczywisty plan.
Czy Novecento zszedł na ląd? Czy zrealizował to swoje, jakże dziwne dla innych pragnienie?




Alessandro Baricco: "Novecento. Monolog". Czytelnik, Warszawa 2008, 59 s., tłum. Halina Kralowa

[Okładka filmu pochodzi z Merlina a książki ze strony Taniej Książki]

środa, 18 stycznia 2012

Nie jedzcie książek! :-)

Pomysłowość autorów nie zna granic. Bohaterowie "Atramentowego serca" Cornelii Funke mogli się wczytać w książkę, potrzebna była tylko umiejętność sugestywnego czytania na głos, w książce Michaela Ende "Niekończąca się opowieść" chłopak przeniknął do czytanej z wielkim zainteresowaniem książki po to, by ratować opisany tam świat. 


A w powieści Paula Glennona "Księgowir" można się było przenieść do książki, zjadając jej kartki. Tu także zmieniała się akcja opowieści, w ślad za działaniami Normana, ale nie tylko, zmiany dokonane w jednej książce powodowały zmiany w innych książkach, tych aktualnie czytanych przez członków rodziny Normana. Tak więc chłopak przenosił się ze świata realnego w świat kolejnych książek po to, by minimalizować szkody, których sam dokonywał.


A tak to się zaczęło:

"Im dłużej Norman czytał, tym bardziej wciągała go akcja nowej powieści o Przyziemiu. Tereny były znajome, ale wystarczająco dziwne i nowe, by chciał dowiedzieć się więcej. Skulił się pod kołdrą i przysunął książkę do twarzy tak blisko, jak tylko mógł. Nie byłby bardziej zaangażowany w rozgrywające się wydarzenia, nawet gdyby sam znalazł się między bohaterami. Z podekscytowania czuł motyle w brzuchu i nerwowo przerzucał następne strony, odrywając podczas czytania małe trójkąciki papieru i wkładając je sobie do ust. Nie zdając sobie z tego nawet sprawy, właściwie pożerał książkę.
Norman miał skłonności do takich dziwactw. W szkole koledzy mówili mu, że podczas czytania lub nauki wydaje różne dźwięki, mamrocząc ledwie zrozumiałe słowa lub wydając cienkie piski. Norman nie wierzył w to, w każdym razie zazwyczaj nie wierzył. Koledzy przesadzali, ale może rzeczywiście odrobinę wariował, gdy był czymś zdenerwowany lub zaabsorbowany. Mama często ganiła go za ssanie ubrań podczas czytania lub gry na komputerze, a wilgotna plama na T-shircie zazwyczaj stanowiła niezbity dowód, że rzeczywiście to robił. Tej nocy jednak Norman nie obgryzał koszulki. Podczas czytania zjadał stronę ze swojej książki, metodycznie rwąc ją na kawałeczki i przeżuwając lekko krzywymi zębami malutkie kuleczki papieru. Kiedy odłożył już książkę, nie wiedział nawet, co zrobił." [s. 23]

Gdyby Norman zjadł kartkę z części już przeczytanej, zapewne nic by się nie wydarzyło. On jednak dobrał się do części dalszej i tylko kwestią czasu było, że dotrze do miejsca, w którym brakowało dwóch stron z opisem niezwykle emocjonujących wydarzeń. :-)




Paul Glennon: "Księgowir". Świat Książki, Warszawa 2010, s. 285, tłum. Ewa Kleszcz

sobota, 14 stycznia 2012

Życie mierzone w siedmioleciach

Gdy zobaczyłam książkę Joanny Olczak-Ronikier "Korczak. Próba biografii" na półce z nowościami w księgarni i tam ją przeglądałam, zastanawiałam się, co ja wiem o Korczaku... Wyszło mi na to, że niewiele i że to same banały: lekarz, pedagog, społecznik, autor książek dla dzieci... "Król Maciuś Pierwszy", "Koszałki Opałki" i "Bankructwo małego Dżeka"... Co jeszcze? Oczywiście, jak wszyscy wiedziałam o jego bohaterskiej śmierci, której mógł uniknąć.
Mało, o wiele za mało, dlatego nosiłam się z zamiarem przeczytania tej obszernej, szczegółowo udokumentowanej biografii. Dodatkową motywacją stało się dla mnie uznanie jej przez Lirael za Książkę Roku i przyznanie jej nagrody  Literackiego Oscara Lirael 2011 .

Co tam, nie ma co zwlekać, pomyślałam i zamówiłam książkę w mojej bibliotece. I dzisiaj jestem już po lekturze.

Wielką zasługą Joanny Olczak-Ronikier jest to, że odbrązowiła postać swojego bohatera, przedstawiła go jako człowieka z krwi i kości, który w młodości dobrze poznał tę bardziej mroczną stronę życia i w tym życiu próbował niemal wszystkiego. A jeżeli już wtedy koncentrował się jako dziennikarz na sprawach dydaktyki, problemach dzieci i ich wychowania, to pewnie wpływ na to miało jego własne dzieciństwo, fakt, że rodzice zbyt chętnie wyręczali się wynajętymi opiekunkami i guwernantkami. Wczesne dzieciństwo nie dało mu zatem pełni uczuć i należytego wsparcia emocjonalnego. Ani ze strony ojca, ani matki. Stąd zapewne tak częste motywy jego wczesnych prac publicystycznych, podkreślających potrzebę ściślejszych kontaktów rodziców z dziećmi. Ojciec odszedł, gdy Henryk miał niespełna dwadzieścia lat, a jego śmierć poprzedziła długa choroba psychiczna, która tych więzi z pewnością nie mogła ani wzmocnić, ani utrwalić. Natomiast kontakt dorosłego Henryka z matką rekompensował mu to, czego pewnie w dzieciństwie zabrakło. Sam o sobie mówił, że doświadczył bogactwa w dzieciństwie, biedy w młodości..., te doświadczenia ukształtowały go.  Czy jednak w podświadomości nie ma jeszcze jednego aspektu? Czy odrzucenie możliwości zostania ojcem wtedy, gdy to miało stać się faktem, nie spowodowało u niego poczucia winy, którą próbował przez całe swoje dorosłe życie zmazać? A może to strach, że choroba ojca okaże się dziedziczna? Trudno powiedzieć...


Joanna Olczak-Ronikier nie ogranicza się tylko i wyłącznie do przedstawienia życia Korczaka, jego  pracy literackiej i publicystycznej oraz działalności społecznej i pedagogicznej Doktora i jego najbliższego otoczenia, z którego chciałabym wymienić Stefanię Wilczyńską, lecz omawia je na tle bardzo szerokiej panoramy wydarzeń z przełomu wieków i pierwszej połowy XX wieku. Komentuje nie tylko te wydarzenia, ale i wybrane opracowania na interesujący ją temat, włączając w to kilkadziesiąt lat wcześniej wydaną biografię Korczaka autorstwa swojej matki, Hanny Mortkowicz-Olczakowej, wiele innych cytuje, uzupełniając swoją opowieść licznymi materiałami źródłowymi. Dlatego myślę, że do czytania tej biografii nie jest potrzebna szczegółowa wiedza o epoce, bo autorka, pisząc przystępnym językiem, daje zupełnie wystarczający ogólny zarys wydarzeń, które kierowały życiem jej bohatera. Nie ma dla niej tematów tabu, nie ma wątków, które lepiej przemilczeć. Można się z jej przedstawieniem Korczakowego życia na tle nie tak w końcu odległej epoki zgodzić lub nie, dlatego warto sięgnąć po tę książkę...

A wtedy wyjaśni się też tajemnica tytułu, którym opatrzyłam tych kilka zdań refleksji po lekturze.




Joanna Olczak-Ronikier: " Korczak. Próba biografii". W.A.B., Warszawa 2011, 479 s.

[Zdjęcie Janusza Korczaka pochodzi z Wikipedii a okładka książki z Merlina]

wtorek, 3 stycznia 2012

Człowiek człowiekowi...

Przyznaję, że kilka moich ostatnich prób poznania twórczości laureatów Literackiej Nagrody Nobla skończyło się fiaskiem albo co najmniej brakiem zachwytu. Nie zniechęca mnie to jednak do realizowania mojego biblionetkowego projektu "Nobliści". Początek tego roku spędziłam zatem, zawierając bliższą znajomość z Williamem Goldingiem.
Film na podstawie książki "Władca much" widziałam dawno i wizja jego reżysera nie przeszkadzała mi w lekturze. A sama książka wciągnęła mnie bardzo.

Początek zapowiada historię przygodową lub opowiadającą o odkrywaniu nowych nieznanych światów i kultur. Bo oto grupka chłopców w wieku od 6 do 12 lat trafia w wyniku katastrofy samolotu na bezludną wyspę. Dalej może być wszystko: groźne zwierzęta, czyli miejsce jak z horroru lub wspaniała natura, czyli raj. A jest piekło pod hasłem "człowiek człowiekowi...". 

Chłopcy są początkowo zagubieni, przestraszeni i z ulgą przyjmują przewodnictwo Ralfa, który z mądrym, choć wyśmiewanym i lekceważonym z powodu swojej postury i chorób Prosiaczkiem u boku reprezentuje rozsądek i realną ocenę sytuacji. Ralf nie ma jednak cech przywódcy, więc jego plany i zarządzenia są wprawdzie przyjmowane zgodnie a nawet z entuzjazmem, ale mało kto się kwapi do ich realizowania. Bardzo szybko pojawia się drugi kandydat do przewodnictwa, Jack, kierownik chóru kapituły, chłopak obdarzony cechami przywódczymi, zwolennik silnej ręki i władzy absolutnej, który może swój wpływ na rówieśników zwrócić w każdą stronę. Jack zdobywa w grupie coraz większą popularność,  jest bowiem myśliwym, dostarczającym chłopcom mięsa, urozmaicającego monotonną owocową dietę. 
Początkowo niewidoczny aż tak bardzo antagonizm między tymi chłopcami rozwija się każdego dnia i nieuchronnie prowadzi do zdarzeń ekstremalnych, do sytuacji, z których nie ma wyjścia i których nie da się już obrócić w żart. Jest to więc opowieść o relacjach między ludźmi, o sile nienawiści i o łatwości, z jaką człowiek pod wpływem innego może posunąć się do przemocy i okrucieństwa wobec ludzi, którzy niczemu nie zawinili i nie mogą się bronić.

Książka powstała w roku 1954. Nietrudno zatem dostrzec w niej nawiązanie do niedawnych wydarzeń i ludzi, którzy w pierwszej połowie XX wieku kształtowali historię świata.



William Golding: „Władca much”. Mediasat Poland, Kraków 2004, 180 s., tłum. Wacław Niepokólczycki

[Kadr z filmu pochodzi ze strony: telemagazyn.pl a okładka książki ze strony: Alejka.pl]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...